Kolorowe jarmarki

DSCN1235W ogóle już mi się nie chciało pisać tejże drugiej części, bo tak dawno i nieprawda, ale Mąż chory i potrzebuje wpisu by zdrowieć bo on się wpisami karmi, więc piszę.

Jak czytelnicy mogli wygoglać, wstęp do Parku Miniatur kosztuje 14 złotych od łebka, więc się pewnie zastanawiali czy weszliśmy, czy też może poskąpiliśmy i dojechawszy na miejsce, obeszliśmy się smakiem. Bo że ograniczyliśmy się co najwyżej do jednego parku*, to chyba oczywiste! Ale weszliśmy. Byliśmy przygotowani na wydatek i pogodziliśmy się z nim już dzień wcześniej. Sytuacja pogodowa wyglądała tak, że niebo z bezchmurnego zrobiło się lekko przedburzowe a upał zelżał w sposób istotny. W myśli pochwaliłam Męża, że taki skąpy, bo gdybyśmy kupili bilet na dwa parki i złapali burzę, to pochlast! Plan był,by spędzić tam przynajmniej dwie godziny, bo inaczej by się nie opłacało. Plan zrealizował się w prawie 200 procentach a burza dalej nie spadła.

DSCN1069Przyjechaliśmy i na parkingu nie było miejsc, bo dwa miejsca zajęła krzywo zaparkowana bejca, a 7 miejsc zajął autokar. Ale autokar odjechał zanim się rozmyśliliśmy. Przy okazji na parkingu odnaleźliśmy pobratyńca (już wkrótce wpis o pobratyńcach, nie przegapcie!). Rozłożyliśmy dwa wózki, bo każde nasze dziecko zadeklarowało, że chce wózek. Drugi wózek bruździł nam potem niemożebnie, bo używaliśmy w porywach jednego. Ja byłam tym rodzicem, który szedł krętymi alejkami pchając przed sobą jeden i ciągnąc za sobą drugi, a jednocześnie niosąc niemowlę. Mąż był tym rodzicem, który szedł przodem ze starszym synem i pokazywał mu świat. Ale nigdy więcej! Basta! Od teraz będziem szli z wózkiem dla chętnych i nosidłem dla tych, którzy na nogach jeszcze nie pójdą a wózek akurat odstąpią! Od dziś jest z nami Tula! Miała być na pewien górski wyjazd, ale Mąż akurat chory i górski wyjazd kiedy indziej.

Przy kasie starszak rzekł, że chce wieżę Eiffle’a. Mało charakterystyczna jest wieża Eiffle’a jak na pamiątkę z Kaszub. Powinien był chcieć sierakowicki ołtarz papieski (o tym dlaczego, w dalszej części tekstu). Ale wybrał co wybrał i my się ochoczo zgodziliśmy, bo pamiątki utrwalają wspomnienia. Zresztą sierakowickiego ołtarza chyba w Chinach nie robią. Więc byłby droższy gdyby był.

DSCN1129Nie będę nikomu wmawiać, że eksponaty zrobiły na mnie duże wrażenie. Wybraliśmy to miejsce dlatego, że zawsze kręcimy się wokół swojej wsi i w porywach jedziemy do Kościerzyny, a inne części Kaszub były nam zupełnie obce. Park miniatur jest poniekąd modny, albo przynajmniej must-see. A przynajmniej był kiedyś. Jeszcze w czasach naszej klasy widziałam u ludzi te zdjęcia z popychania miniatury krzywej wieży.

Arcydzieła architektury światowej zdawały się nie robić na dzieciach wrażenia. Stocznia Gdańska, Żuraw, kościół Mariacki- te owszem. Partenon, Mur Chiński**, Big Ben- te mogłyby nie istnieć. Statui Wolności pomogło to, że mamy ją na koszulce. Łuk Triumfalny wkupił się w łaski tym, że  można pod nim przejść. Może jeszcze tym, że jest to Ladefans z ulubionych i widzianych 200  razy Wakacji Jasia Fasoli. O wiele ciekawsze było jednak zdejmowanie łańcuszka ochronnego ze słupków. Dla młodszej latorośli to w ogóle nic się nie liczyło poza fajnymi w dotyku alejkami. Ale młodsza latorośl była tam za darmo. Wydawało się, że trudno będzie dobić do pełnych dwóch godzin gdy nagle oczom naszym ukazał się plac zabaw. I to było to po co tam przyjechaliśmy. Nie eksponaty, nie obiadek, nie zwierzątka (owieczki, kózki, osiołek, konik, sarenki i bawół), nie gabinet krzywych luster, nie zamek strachu (cienizna!), nie zakupiona pamiątka, nie popchnięta wieża, nie pocztówka z automatu (nie kupiliśmy!), tylko właśnie ten plac zabaw. Pierwszy rzut oka i widzicie jakąś plastikową zjeżdżalnię. Na zdjęcia wkradła się  jednak i trampolina (niezbyt duża, ściśle rzecz ujmując jednoosobowa). Jesteście sceptyczni?

DSCN1164

Rzućcie okiem po raz drugi. Widzicie to kolorowe dmuchane coś w tle?

DSCN1166

Tak, oczy Was nie mylą. To klasyczna zjeżdżalnia festynowo-odpustowa. Obecna na każdym jarmarku i zgarniająca krocie od rodziców. Czy nie raz nie płaciliście za nią jak za zboże? Czy nie jest ona w grupie obiektów klasy ‚7 złotych za 5 minut czegokolwiek’? Ona tam stała i była dostępna w cenie biletu wstępu do parku!!!!!!! Zobaczyliśmy ją i ucieszyliśmy się, że kasa wydana na bilet się zwróci potokiem zjazdów. Byliśmy pewni, że swoją atrakcyjnością przebije jednoosobową trampolinę DSCN1327wykorzystywaną przez naszą dwójkę jednocześnie. Czy tak się stało? Nie od razu. Nasz starszak podszedł, lecz nie spodobały mu się dźwięki (nie lubi hałasu). Przez długi czas nasze dzieci trzymały się trampoliny. A inne dzieci przychodziły i odchodziły. Rozumiecie to? Ludzie płacili za wstęp, przychodzili z dziećmi i nie dawali się tym dzieciom wybawić („Przemysław! Małgorzata! Do nogi!”). Z czasem jednak starszak popatrzył na dzieci zjeżdżające i postanowił spróbować. No i zabawa cieszyła bardziej niż hałas przeszkadzał. Oprócz nas jeszcze tylko jedna babcia pozwoliła wnuczkowi bawić się do woli w miarę długo. I jeszcze jedna pani z dziewczynką o imieniu Oli, która to Oli później okazała się być Oliwerem. Nie pokażę Oliwera na zdjęciu bo chronię jego dane osobowe.

Po dwóch godzinach i my opuściliśmy plac zabaw. Wszak mieliśmy jeszcze w planach pierogi z jagodami i gabinet luster, a i nie wszystkie eksponaty były zaliczone. Wówczas właśnie młodszy syn, który dysponuje mniejszą siłą przebicia mógł się nieskrępowanie przytulić do babci i dziadka i to na raz! Raczej rzadko mu się to zdarza. Pooglądaliśmy się w lusterkach jak kto by wyglądał gdyby mu się wydłużyły nogi lub brzuch lub gdyby schudł lub gdyby przytył lub rozciągnęła mu się głowa lub zagięła czasoprzestrzeń. A potem… no cóż, na kolejnym zdjęciu możecie zaobserwować, że starszak wędruje już za rękę. To dlatego, że chwilę wcześniej przewrócił ołtarz papieski z Sierakowic i wpadł do wody go otaczającej (woda otaczała ołtarz, starszaka otoczyła dopiero gdy wpadł).DSCN1362

Powrót do domu zajął nam co najmniej tyle samo kilometrów co droga ‚do’. Oczywiście zajechaliśmy do Leśnego Dworku na pierogi. Zgadniecie co nas spotkało? I czy zjedliśmy te pierogi? Tak, w Leśnym Dworku trwało wesele i pierogów nie było. Zjedliśmy je dopiero następnego dnia podczas poprawin, jedząc na własny koszt i słuchając muzyki na koszt państwa młodych. A w sobotę brzuszki musiały się obejść smakiem.

*Za 14 złotych wchodziło się do jednego parku, a za 20 do dwóch. Dzieci jakoś tam proporcjonalnie taniej.

**Czy to, że Mur Chiński piszemy dużymi a mur pruski małymi jest oznaką braku szacunku dla zachodnich sąsiadów?

DSCN1140

DSCN1092

DSCN1118

DSCN1189 DSCN1199 DSCN1280 DSCN1282

Reklamy

Wpis, którego nie ma

DSCN6195Bardzo miał być wpis,ale klawiatura słabo działa i źle robi spacje. Więc wpis nie ma jak być. Poza tym jest gorąco, a ja się zmęczyłam, bo wszyscy chorują i ja jestemdlanich pielęgniarką i rosółmasterem. A gdybym chciałabyć pielęgniarką, to bym poszła na pielęgniarstwo. Poszłam na matematykę, która jest taka nieżyciowa,bo już wtedy przeczuwałam,że się słabo nadaję do życia. Klawiaturę popsuł Ursus.Słabo działateż mysz. Mysz popsuł Mąż. Mąż odebrał teżdziś dyplom. Po trzech latach od obrony. Z archiwum musieli wyciągnąć.

Za oknami mamy jarmark. I pachnie goframi, aleone drogie są. My mamy gofry o konsystencji naleśnika z darmowymi malinami zebranymi własnoręcznie w krzakach.

DSCN6210

 

Nogi w wielkim mieście

DSCN5591Wiecie, jesteśmy tacy kuriozalni, że zawsze omijamy korek, choćby korek był krótki a omijanie go długie. Podobnież nie tankujemy gazu do pełna, jeśli cena nie jest najlepsza choćbyśmy później przez to musieli jechać na benzynie. Zdarzyło nam się nawet branie gazu za 8 złotych żeby dojechać do lepszej stacji.  Mąż mówi, że to jak chodzenie po moście linowym, ale nie przesadzajmy. Mówimy przecież o zwykłym duszeniu grosza.

Każdy się zgodzi, że wpisy o dzisiaju są najlepsze, bo szczegóły jeszcze nie wyparowały i aromat wycieczki wciąż się unosi, więc taki właśnie dziś Wam zaserwuję. Dzisiaj przybyliśmy na wieś. Ale nie po prostu jak zwykle. Przybyliśmy na wieś dookoła. Nasze życie toczy się ostatnio na Kaszubach, a Kaszuby można sobie na mapie obejrzeć. Kluczowe jest jedynie to, że z Gdańska do Kartuz jest blisko, a z Gdańska do Kościerzyny i z Kościerzyny do Kartuz jest daleko. Więc jadąc z Gdańska do Kościerzyny przez Kartuzy ma się blisko plus daleko czyli wciąż tylko daleko, a jeszcze nie bardzo daleko. Można więc sobie taką wycieczkę zaserwować. Zwłaszcza, że tuż za Kartuzami są Łapalice z zamkiem.

mapa pogladowaJak wyżej wspomniałam, nasze zgodne małżeństwo ma taką cechę, że nie lubimy stać w korkach. Dla zobrazowania sprawy dzisiejszego korka sporządziłam mapę poglądową. Otóż zwykle omijamy Żukowo po drodze do Kościerzyny stosując objazd czerwony. Ale w sytuacji gdy jedzie się do Kartuz nasz czerwony objazd (dużego niebieskiego korka) byłby o kant tyłka, bo po skończeniu objazdu trzeba odstać w małym różowym korku (na około 20 aut) do głównego ronda w Żukowie. A my tak bardzo nie lubimy korków, że zdecydowaliśmy się nadłożyć trochę kilometrów i sprawdzić, czy da się do trasy kartuskiej dotrzeć przez las (objazd zielony). Z perspektywy czasu uważam, że nie było to za mądre, ale za to w lesie odbyliśmy piknik. Taki pełny piknik z jedzonkiem, koktajlem z jagód, morelami, siedzeniem na stertach drewna i skakaniem w kaloszach po kałużach. I byłoby naprawdę całkiem spoko, ale potem trochę zabłądziliśmy. Drogę wskazał nam pan w traktorze marki Belarus. Tyle, że ta wskazana przez niego droga biegła przez kałużę. Kałuża ze zdjęcia ze DSCN5602Staszkiem jest niczego sobie głęboka. Ta na naszej drodze była jeszcze głębsza. Omijałam ją trochę boczkiem, bo nie chciałam sobie zalać silnika. Kiedyś dziadek zepsuł sobie samochód przejeżdżając przez kałużę, a ma nowszy. No to nie chciałam Lanosa narażać. W efekcie zakopaliśmy się. Tak się zakopaliśmy, że ani do przodu ani do tyłu. Radość z zakopania psuło to, że mieliśmy nie za dużo paliwa a byliśmy w samym środku niczego. Przygoda okazała się jednak fajna mimo to, bo ja jednym małym palcem wypchnęłam autko z kałuży*. Musiałam tylko zdjąć buciki i wejść do niej. Fajna sprawa. Później umyłam nogi w umywalce w restauracji w której jedliśmy obiad! A stopy, co każdy przyzna, mam lepsze nawet niż Uma Thurman.

A po Kartuzach pojechaliśmy do tych Łapalic się ucieszyć i zasmucić. Mąż to był tam przed dwudziestu laty z rodzicami swoimi i zapamiętał, co wówczas rzekł jego Tata. A Tata akurat rzekł, że gdyby to Wałęsa się był za to zabrałDSCN5630 i mu nie wyszło, to Urban z czystej złośliwości by dokończył. Gdyż były to czasy Wałęsy akurat. Ja tam z rodzicami nie byłam, bo mnie to tak ne zabierali w miejsca. Ucieszyliśmy się oczywiście wspaniałością i zasmuciliśmy oczywiście tym, że takie potencjalne wspaniałości tak się marnują. Potem na stronie Gazety Wyborczej  przeczytaliśmy co nieco i Mąż byłby gotów 20 złotych dać na cele fantastyczne. Ma chłopak gest**.

A potem wracaliśmy do domu. To znaczy do domu na wsi. Jako, że to ta sama okolica, w której byliśmy przed tygodniem, to wiedzieliśmy, którędy wracać najekonomiczniej. Najekonomiczniejsza droga omijała zarówno zatłoczone Kartuzy (to dobrze) jak i stację benzynową za Kartuzami (to źle). Bo w ostatnią niedzielę nie wzięliśmy gazu do pełna gdyż nie miał najoptymalniejszej z możliwych cen (kosztował 1,89, a nie 1,83 lub mniej). A i benzynka nam się kończyła. Na rezerwie jeździmy od dobrych dwóch tygodni***. No i stało się to, czego należało oczekiwać, czyli nagle Lanos zasłabł i trzeba było przełączyć się z gazu na gas, czyli na benzynę. DSCN5620A nie wiadomo było ani ile do stacji najbliższej ani ile tej benzyny właściwie jest. I nikomu to nie przeszkadzało. Gdyby zabrakło, to któreś z nas pojechałoby stopem na stację. Wszak mamy kanisterek (o tym nie wiecie, bo nie napisałam o tym) i ja jestem dobra w zatrzymywaniu stopa (o tym też nie wiecie, bo też nie napisałam). Niestety, do przygody nie doszło, gdyż benzyny starczyło aż do stacji.

Stratę spowodowaną jazdą na benzynie powetowaliśmy sobie kupując 4 kilogramy ostatnich truskawek w cenie 3 złote za kilogram.

A żeby nie było tak kolorowo to tego, mały szkodnik wyrządził dziś swoją pierwszą dużą szkodę i stłukł mi  kubeczek (pełen herbaty oczywiście). Kubeczek był bardzo drogi, dostałam go rok temu na urodziny. Składało się na niego 3 gości i chociaż istnieją kubeczki w ładniejsze wzorki, to herbatka z niego smakowała najlepiej na świecie. Mąż, który ma gest, zaoferował, żebym sobie odkupiła kubeczek za jego pieniążki z urodzin, ale nie mogłam przyjąć tego gestu, bo to ja postawiłam kubeczek źle. Jest mi bardzo smutno. Na wsi mam inny bardzo dobry kubeczek, DSCN5851ale w Gdańsku będę pijać już tylko niedobre herbatki ze zwykłych kubków.

*Każdy chciał zdjąć buty i wejść do kałuży, ale ja wygrałam plebiscyt.

**Ma taki gest, że gdy spotkał dwóch dziwnych, którym abstrakcyjnie brakowało 48 groszy, to dołożył im pewną kwotę pieniędzy ze słowami ‚teraz brakuje wam 16 groszy’.

***Możemy jeździć na rezerwie, bo spalamy głównie gaz.

DSCN5569

DSCN5801

DSCN5805

DSCN5810

DSCN5827

Mentalny plasterek

DSCN0851O tym, że obchodzimy co roku 18 lipca można już było na blogu przeczytać (albo i nie). Dla tych, którym się szukać nie chce (lub nie znajdą) dodam tutaj informację, że jest to rocznica zupełnie niczego, przynajmniej w oczach osób postronnych. Bo dla nas akurat każda rocznica jest ważna. Ale bycie rocznicą niczego nie przeszkadza osiemnastemu lipca być rocznicą ważną. Coroczne obchody polegają na pojechaniu do Sopotu z kubełkiem umytych w domu borówek amerykańskich i przespacerowaniu się trasą sentymentalną. Ale w Sopocie ostatnio bywamy nader często, gdyż jadamy tam bardzo dobrą pizzę na stadionie w towarzystwie wyrwanego na chwilę z pracy w tym celu Męża, więc klasyczne obchody 18 lipca przeniosły się na jakiś dzień, a my skorzystaliśmy z upalnej letniej soboty i sprawdziliśmy, co da się z nią zrobić na Kaszubach. Licznik kilometrów zakleiliśmy mentalnym plasterkiem i udaliśmy się w trasę nie szczędząc ani środków ani rzecz jasna dystansu. Miało być z pompą. Jak na weselu. I to nam się udało. Z akcentem na ‚jak na weselu’.

Jako cel wybraliśmy sobie Stryszą Budę, czyli wieś, w której nie byłoby nic, gdyby nie było w niej DSCN0846tego, co jest. Na zupełne nic wskazuje zresztą nazwa wsi, ale wbrew oczekiwaniom znajduje się tam Kaszubski Park Miniatur i Park Gigantów. Rodzice zaoferowali nam zaprogramowany GPS, ale my lubimy prymitywnie, więc pojechaliśmy mając na podorędziu jedynie dosyć ogólną mapę i własne wyobrażenia o świecie. Pozwoliło nam to w jedną stronę zrobić 80 kilometrów zamiast podpowiadanych przez Google 48. A ani razu nie zawracaliśmy!

Dzień zaczął się leniwie, tak leniwie jak tylko może zacząć się deszczowa sobota u kogoś, kto ma przetrącony kark i niesprawne gardło. Tym kimś jestem oczywiście ja. Gdyby niesprawne gardło miał Mąż, musiałby przespać tydzień, ale ja jestem tu tylko Cytrynną i moje niesprawne gardło oznacza, że na nikogo nie mogę pokrzykiwać, więc właściwie to z punktu widzenia zainteresowanych tym pokrzykiwaniem jestem UNIESZKODLIWIONA. Zjedliśmy śniadanie na trawie pod domem a DSCN0833ja dodatkowo wypiłam moje kubki smakowe. Deszcz ustał, spakowaliśmy wałówkę, przebrania na wypadek zmoczenia (bardzo przydatne!) i na wypadek zmiany pogody, dwa wózki i dwójkę dzieci i pojechaliśmy do Kościerzyny, bo to przez Kościerzynę biegną wszystkie ścieżki. Pojechaliśmy tam trochę dookoła i przez las żeby się schłodzić, bo jak przystało na porządnych i ekologicznych obywateli, nie przykładamy ręki do globalnego ocieplenia używając klimatyzacji (ha! nawet jej nie mamy!). Powinna nam za to Unia dopłacać, bo w taki upał kosztuje nas to sporo komfortu.

Że coś jest nie tak, skumaliśmy się, gdy przyszło zjechać z drogi leśnej na drogę do miasta. Drogą, którą normalnie nikt nie jeździ, jechało dziś wielu. W końcu udało nam się zająć niechlubne miejsce za radiowozem i ruszyliśmy. W mieście przywitał nas korek. Zawróciliśmy na czyimś podjeździe (przyznaję, było jednak jedno zawracanie, ale malutkie) i pojechaliśmy do drogi mniej uczęszczanej. Tą mniej uczęszczaną dojechaliśmy do głównej, ale przed nami było kilku, którzy nie mogli się włączyć. Wtedy Mąż rzekł żebyśmy ominęli miasto i ja to zrobiłam za pomocą skrętu w lewo. W ten sposób trafiliśmy do Szarloty, w której zawsze świeci słońce. Nie, jednak nie byliśmy w Szarlocie, minęliśmy ją nawet nie spojrzawszy i pojechaliśmy na DSCN0841skrzyżowanie drogi kościerskiej z drogą, którą jechaliśmy. I tam znów było pełno aut. Ale przebiliśmy się jak to my. Nie będzie niespodzianką, jeśli napiszę, że gdy dobrnęliśmy do najgłówniejszej z dróg, okazało się, że koreczek mierzy bez mała 2 kilometry (tak mówią po fakcie Google) i musimy odbić w siną dal od miasta choćby to miało oznaczać nadłożenie kilometrów (zupełnie jakbyśmy ich jeszcze nie nadłożyli). W ten sposób dojechaliśmy do wsi Korne, w której upatrzyliśmy sobie apetyczny zajazd na smaczną kolację. Miałam chcicę na pierogi z jagodami. Jak każdy zresztą. Ostatni raz pierogi z jagodami jadłam w Augustowie w 2004, czyli niewątpliwie dawno. A oni je tam mieli. Zjedlibyśmy od razu, ale oba dzieci spały a należało im się trochę odpoczynku przed zaplanowanymi atrakcjami. Stąd ten plan na kolację.

DSCN1015Potem z okien samochodu zobaczyliśmy wszystkie perły Kaszub takie jak Stężyca, Gołubie, Szymbark i -znane wcześniej jedynie z napisu na drogowskazie- Ostrzyce. Ostrzyce okazały się być prawdziwym kurortem, z jeziorem widocznym z drogi, barami i autami na poboczach. Wkrótce dojechaliśmy na punkt widokowy, który wydawał się bardzo atrakcyjny, bo wczoraj o nim czytałam i wówczas dzieci się obudziły, więc mogliśmy oglądać widok wszyscy wraz zamiast oglądać go na zmianę. A potem już jechaliśmy prosto do celu, z tym, że z braku porządnych oznaczeń i z braku GPSa przez Kartuzy, co wydłużyło dystans o kolejne kilometry. Mąż miał chęć by zatrzymać się w położonym po drodze Sanktuarium w Sianowie, co było pomysłem dobrym i ubarwiło wycieczkę. Sianowo przygotowywało się do jutrzejszego odpustu i wieś zamarła DSCN0990w oczekiwaniu na niego. E, tylko chciałam użyć tego określenia. Wcale nie zamarła. Dekorowano plenerowy ołtarz i sprzedawano odpustowe cukierki. Kupiliśmy cukierki z eukaliptusa, które działały na gardło lekko pozytywnie. Przy nas nadjechała nawet ciężarówka z toi-tojami. Leciało fajne disco-polo ‚ja się w tobie zakochałem a ty nie chcesz mnie’. Czy Wy też lubicie disco polo? Nie żebyśmy sobie w domu puszczali,  nawet nie mamy na żadnym nośniku, ale lubimy jak gdzieś leci akurat. W podróży towarzyszyła nam dziś najlepsza kaseta Britney (wkrótce posiądziemy ją też legalnie na płycie, dziś krążek kosztuje 5 złotych i stać nas). Gdy wracaliśmy do domu, Sianowo było pełne aut, gdyż trwała akurat Msza przedodpustowa. A jeszcze dalej spotkaliśmy pieszą pielgrzymkę która do Sianowa szła z odległego o ponad 100 kilometrówDSCN1415 Miastka. Lubię pielgrzymki, gdy nie idą moim pasem (a ta nie szła). Ale my, drodzy czytelnicy jeszcze nigdzie nie wracamy, my właśnie dotarliśmy do Stryszej Budy i widzimy z daleka makietę Tupolewa. W tym emocjonującym momencie przerywamy relację i zostawiamy czytelników w błogiej niewiedzy kiedy też ten ciąg dalszy nastąpi, ach kiedy nastąpi. Czytelnicy mogą sobie czas oczekiwania umilić odwiedzeniem strony internetowej Parku Miniatur celem sprawdzenia, ile też bilecik kosztuje. Jak już to czytelnicy sprawdzą, to pewnie się zamyślą, czy zapłaciliśmy i weszliśmy czy dojechawszy na miejsce, obeszliśmy się smakiem.

DSCN1032

Akap-Ulko

DSCN0125O tym, że motywy chodzą grupami wiedzą już wszyscy. Motyw Acapulco przewinął się przez nasz dom, bo ostatnio odsłuchujemy na drodze wyjątku pirackich, czyli kradzionych, płyt nagranych przez młodziutką Cytrynnę przed piętnastu laty. Przewinął się i obok nas, ale poza domem, bo w mijający właśnie weekend bawiliśmy się na weselu u państwa młodych i leciała tam muzyka. A potem przewinął się wokół naszego samochodu tworząc nad nim tunel, bo jechaliśmy przez Ulkowy. O tym, co to te Ulkowy to pewnie nie wie żaden czytelnik, bo to wioska zabita dechami. Wioska znajduje się w bok od drogi, którą jeździmy czasem do rodzinnego miasta. W bok od drogi do rodzinnego miasta znajduje się też wiele innych wiosek, dlaczego więc ta miałaby być szczególna? Otóż dlatego, że Mąż miał niegdyś kolegę o imieniu jakimś i nazwisku Ulko. I DSCN0078ZAWSZE, ale to zawsze gdy mijamy ten drogowskaz na Ulkowy, to sobie tak śpiewamy w rytm Akapulko imię kolegi (dwie sylaby) i jego nazwisko (Ulko). A dziś przypadkiem przejechaliśmy osobiście przez Ulkowy, ale o tym później.

No więc wczoraj o którejś tam wróciliśmy z wesela i poszliśmy spać. A już o ósmej i po jakichś czterech pobudkach w międzyczasie nasz mały Ursus zarządził początek dnia. Wówczas to Mąż zabrał ten Ursus na spacer a mi i Staszkowi pozwolił tym sposobem pospać. Pospaliśmy tyle, że nie pyknęliśmy Mszy o 11:30 i chcieliśmy pyknąć inną Mszę po drodze, najlepiej o 13. Bo ruszaliśmy dziś w drogę akurat- na poprawiny. I tak oto około 12:30 znaleźliśmy się w Pruszczu Gdańskim- mieście z 4 kościołami  i bez trudu znaleźliśmy pierwszy z nich- ale Msza w nim odbywała się o 12:00. DSCN0131Przy użyciu prymitywnej komórki z internetem znaleźliśmy informację o innym kościele, który miałby Mszę o 13, ale nie ma jej w wakacje, bo w wakacje zamiast tego ma Mszę o 20. Bardzo niefortunne, bo przecież Msza o 13 jest właśnie pożądana. Jadąc dalej, o 12:55 znaleźliśmy trzeci- taki z Mszą o 12:30. Opuściliśmy Pruszcz. Kolejną wioskę mijaliśmy o 13:05. Był tam i kościół i byli wokół niego ludzie, więc zatrzymaliśmy się by sprawdzić ile minut się spóźniliśmy i okazało się, że ów kościół miał Mszę o 12:45! Gdybyśmy nie stracili czasu na szukanie kościoła w Pruszczu, to pyknęlibyśmy sobie tą Mszę w wiosce Łęgowo, a tak to nie.

DSCN0145W rodzinnym mieście pojechaliśmy do galerii handlowej, bo Mąż, który wprawdzie nie uznaje zakupów w niedziele, potrzebował krótkich spodni, gdyż było mu gorąco w spodniach długich. Mąż ma tylko jedne dobre krótkie spodnie i wiele niedobrych, więc ewentualny zakup krótkich spodni był uzasadniony. Zmierzył wiele spodni, ale większość spodni jest niewygodna, a te, które są wygodne to akurat z tyłu odstają tak, że wychodzi pupa. Nie wiem jakie wy macie pupy (piszcie w komentarzach!), Mąż ma akurat ładną, ale nawet jego pupa nie powinna się wystawiać na widok publiczny*. To chyba niezbyt fachowe szyć spodnie, z których wychodzi pupa? Ja Mężowi uszyję spodnie, z których pupa mu nie wyjdzie, ale dopiero wtedy, gdy będę miała czas. Aktualnie czasu nie mam, bo czytam. Kupiliśmy spodnie, które nie są ani brzydkie ani niewygodne ani nie wychodzi z nich pupa, jeno nieco DSCN0130za drogie były. Mąż się od razu przebrał i pojechaliśmy na poprawiny. I weszliśmy i przez wzorek w szybie (takiej mlecznej) zobaczyliśmy, że ja z moimi jeansami i Mąż ze swoimi krótkimi spodniami jesteśmy chyba nieco zbyt nieformalni. Mąż zmienił spodnie na długie i zastanawialiśmy się, czy nie powinniśmy pojechać do pobliskiej mamy przebrać mnie, ale wtedy nadjechała koleżanka w wieczorowej sukience i podczepiliśmy się do niej żeby wejść bez zwracania uwagi. Skądinąd przy tych nowych spodniach Męża wciąż wisi metka, więc jak się rozmyślimy, to oddamy je, a co!

Czas mijał aż nadszedł czas odwrotu. Chcieliśmy zdążyć na tą przeniesioną z godziny 13 na godzinę 20 Mszę w Pruszczu. Nie wyszło nam to, bo pojechaliśmy po bezdrożach takim niby-skrótem. Pod i nad autostradą przejechaliśmy w sumie 4 razy. I kiedy już się skumaliśmy, że nie zdążymy, to akurat DSCN0153nawinęły się te Ulkowy i mogliśmy sobie pozwolić na ich odwiedzenie. A potem podzieliliśmy się ciastem ze znajomym bezdomnym panem, który ucieszył się z niego bardziej niż ucieszyłby się mój idący właśnie na dietę brzuszek i poszliśmy na Mszę ostatniej szansy do zaprzyjaźnionych miki-anów**, gdzie dzieci mogły się bawić. A małe Ursusy to się nawet bawiły z innymi małymi dziećmi piłką. Piłka wpadała pod meble w zakrystii i wracała a gdy raz nie wróciła, to szukaliśmy kija, ale jedyny podłużny przedmiot w zakrystii jest na załączonym zdjęciu i uznaliśmy, że go nie użyjemy.

*Mąż się upiera żeby był przypis i mini-kandy dla tych, którzy zgadną z jakiej książki wzięło się wystawianie na widok publiczny. Nagrodą jest publiczna pochwała.
**tak na dominikanów mówi to z naszych dzieci, które już od jakiegoś czasu mówi

DSCN0151