Piechotą w Piechowicach

DSCN7877Trudno budować atmosferę tajemniczości wokół ładowarki do aparatu, ale przyznać musicie, że udawało mi się to znakomicie przez dwa wpisy. Jak wiadomo i pisze o tym nawet Polityka, zdjęcia z wakacji są ważniejsze niż same wakacje. W takiej sytuacji wyjazd bez aparatu/bez karty pamięci/ z aparatem niesprawnym jawi się jako najprawdziwszy wakacyjny horror. My mieliśmy ze sobą 5 baterii, z czego 3 oryginalne a dwie pozostałe też w miarę nowe, ale w chwili skonstatowania, że ładowarki z nami nie ma, stosowaliśmy już czwartą z tych pięciu.

Skoro tak z grubej rury wyznałam, co nas spotkało i całe napięcie zniknęło, to dodam jeszcze, że nie pojechała z nami także ładowarka do Nokii (w sobotę rano okaże się, że obie zostały na kuchennym blacie, ale przez resztę wyjazdu spróbujcie wraz z nami się o nie martwić). A żeby było ciut lepiej to wiedzcie, że pokoik na poddaszu był cudowny, rolety chroniły przed ciepłem, wokół rosło wiele drzew i co najlepsze, płynął szumiąc przyjemnie strumień! Otwieraliśmy sobie na noc te okna dachowe i słuchaliśmy szemrania a żadne robactwo nam nie dokuczało! Zanim się skumaliśmy, że to strumień jest tym, co szemrze, to najpierw myśleliśmy, że deszcz pada, a potem jeszcze, że jakieś maszyny pracują. Identyczne szemranie w wykonaniu maszyn nie byłoby miłe wcale.

DSCN7682A wracając do baterii, to macie wyobrażenie o naszej sytuacji? Jesteście na zatyłczu, które bynajmniej odludziem nie jest bez jednego porządnego sklepu i wkrótce wasz aparat straci funkcjonalność a przed wami cały urlop! Zagooglaliśmy, że jest jakaś naprawa laptopów/komórek w miasteczku i z samego rana w środę tam podreptaliśmy. Pod adresem z internetu był sklep z pamiątkami i naprawy już tam od 10 lat nie ma, ale pani nas skierowała do sklepu z elektroniką. W sklepie z elektroniką kupiliśmy słabą żarówkę do lampki nocnej, ale ładowarki nie nabyliśmy. Mieli uniwersalną za 24 złote, a to nas nie przekonało. Baliśmy się, że uniwersalna ładowarka z rozwieranymi pinami uszkodzi nasze wcale niezłe baterie*. Postanowiliśmy pojechać do Jeleniej Góry.

DSCN7746Kupiliśmy sobie pierwsze oscypki i poszliśmy do informacji turystycznej. Pan w IT dał nam rozkład jazdy, z którego wynikało, że akurat zdążymy na pociąg. Akurat zdążyliśmy. Przy okazji odkryliśmy, że na dworcu w Szklarskiej Porębie nie ma kasy i że biletu do domu tam nie kupimy. Kiedy więc dojechaliśmy do JG, wiedzieliśmy, ze bilety powrotne musimy tam nabyć i zrobiliśmy to bezzwłocznie. Właściwie tej niewziętej ładowarce zawdzięczamy fakt, że w ogóle mieliśmy miejsce w pociągu. Znów nie było kuszetek, tym razem pani nam łachę zrobiła sprzedając 3 bilety w przedziale dla matki z dzieckiem a my do ostatniej chwili i nawet płacąc nie wiedzieliśmy, czy zrobi tą łachę czy nie.

Byliśmy pełni optymizmu, bo to taka jakby przygoda. Niczym quest w Baldurze czy innym erpegu. Poza tym miało pójść szybko a nagrodą (dla Męża) miał być zamek Chojnik. Poszukiwania rozpoczęliśmy od komisu, w którym akurat biedny chłopak próbował odzyskać swój laptop, którego nie spłacił na czas. Pani w komisie skierowała nas do sklepu z telefonami komórkowymi prawie naprzeciwko. W sklepie z telefonami kupiliśmy ładowarkę do Nokii za 16 złotych. Ładowarka do Nokii za 16 złotych wysadziła wieczorem korki na piętrze i przestała działać. O ładowarce do Nikona nie słyszeli, ale skierowali nas ‚naprzeciwko kina Lot’. W ten sposób odnaleźliśmy centrum Jeleniej Góry. Podczas poszukiwań kina zajrzeliśmy jeszcze do jednej naprawy laptopów i oni nam z kolei polecili ‚ABC elektroniki’ na Zamenhofa. Mieliśmy dwa rozpoczęte wątki i trzeci na horyzoncie- DSCN7710tym trzecim było napełnienie brzuszków. Naprzeciwko kina LOT znajdowało się kilku kandydatów na miejsce polecone. Jeden pan był gotów nam sprowadzić oryginalną ładowarkę za 129 na popołudnie dnia następnego, co nas nie urządzało, zaś pan w naprawie aparatów akurat miał pozostawioną przez klienta ładowarkę i mógł nam podładować, ale była to ładowarka typu kabel podłączany do aparatu a nie zewnętrzna i wymagała pozostawienia naszego aparatu,co nas nie urządzało jeszcze bardziej. Intryga się zagęszcza.

A chwilę później spotkała nas największa przykrość tego dnia. Bo oto okazało się że w Jeleniej Górze, mieście owszem bardzo ładnym i niegdyś wojewódzkim, ale umiejscowionym na końcu Polski i ludnym zaledwie tak jak Tczew i Kościerzyna razem wzięte i w dodatku nieposiadającym ładowarki do Nikona, znajduje się Pizza Hut! ‚Cóż w tym przykrego?‚, DSCN7721spytacie. Ano to, że Pizza Hut ze swoimi cenami to nie istnieje poza poniedziałkiem i wtorkiem. W środy i inne dni lokal powinien narzucać na siebie pelerynę-niewidkę żeby nie sprawiać przykrości. A nie zrobił tego. To znaczy nie narzucił peleryny i przykrość sprawił. I chociaż potem jedliśmy znakomite frytki belgijskie (5zł) i absolutnie doskonały kebab z sosem czosnkowym (14zł), to ta niezjedzona pizza kłuła w serce. I w ogóle, jakkolwiek to naprawdę urocze miasto, to nigdy nie wybaczę Jeleniej Górze tego, że ma Pizza Hut, a Sopot nie ma (a kiedyś miał). I gdy chcemy zjeść pizzę w Sopocie,to musimy ją osobiście w korku z Gdańska wieźć. Mało tego, jeleniogórzanie (jeleniogórale?) mogą sobie tą pizzę zamawiać do domu!

DSCN7762Wracając jednak do kebabu, to należy go tu popodkreślać, gdyż pan osobiście robił sos czosnkowy na bazie jogurtu, a nie używał zwykłego sosu z butelki. Żałuję, że tylko podjadałam kebab od Męża, ale skąd mogłam wiedzieć, że będzie dobry? Otóż zwykle zmuszona jestem brać kebab z keczupem, a żadnemu barmanowi zaufać nie mogę, bo te ich sosy z butelek to są majonezowe w sposób utajony i nie strawię**. Wyobraźcie sobie, że ostatnio kupiliśmy cheeseburgera w restauracji i miał być bez majonezu, a okazał się wiadomo jaki. Można byłoby się też pozachwycać wnętrzem kebabiarni, ale wnętrze było malutkie i jedliśmy oczywiście na dworze. A jeśli chodzi o frytki,to Mąż obiecał zabrać mnie na takie belgijskie w Gdańsku. Mąż wie, gdzie takie podają.

Chodziliśmy od sklepu do sklepu i byliśmy w każdym komisie. Byliśmy także i u fotografa, który polecił nam ‚Fotojokera w pasażu Tesco’ jako jedyne prawdopodobnie miejsce. Pasaż Tesco był daleko i pojechanie tam wyczerpałoby cały pozostały czas tego dnia, ale nasz prymitywny telefon typu Nokia dał radę wygooglać telefon do Fotojokera i okazało się, że oczywiście nie mają tam tego, czego szukamy.

DSCN7745Jelenią Górę zwiedziliśmy w sumie mimochodem i przypadkiem. Mąż uważa, że aby zwiedzić miasto należy zajrzeć do głównego kościoła, na główną uliczkę/rynek i zjeść coś charakterystycznego. Mąż się nie zna, tak to można zwiedzić kaszubską wieś. Nie zajrzeliśmy do kościoła, ale za to przejechaliśmy się autobusem. Panie w informacji turystycznej udzieliły nam mnóstwa informacji o darmowych toaletach, o ulicy Zamenhofa, o sposobach dojechania na Chojnik i o wodospadzie, który był poza naszym zasięgiem czasowym. Ponadto na rynku w JG miejskie wodociągi postawiły bramę zraszającą. Nie jestem zbyt światowa, ale nie spotkałam się z czymś takim wcześniej. Brama zraszająca była szałowa. Tylko Ursusowi zraszanie nie sprawiło radości,ale on się dopiero uczy życia.

DSCN7791Ulica Zamenhofa była dosyć daleko i Mąż, który lubi lasy, a nie lubi miast, trochę się już irytował, bo przecież chciał jeszcze iść na Chojnik. Szczęśliwie w ABC elektroniki mieli podrabianą ładowarkę dedykowaną naszemu modelowi baterii! Jest to dość niebywałe, bo nie mieli takiej nawet w sklepie Nikona w Gdańsku! Kupiliśmy i cali szczęśliwi udaliśmy się na autobus. W Sobieszowie (to miejsce z którego startuje się na Chojnik) byliśmy o 16:50, czyli późno. Mieliśmy wprawdzie Tulę i Ursus jej używał do przemieszczania się, ale jechał z nami także strasznie obładowany wózek typu parasolka. Na załadunek wózka składały się między innymi 3 butelki wody, kilogram moreli i bardzo ciężka książka Męża***. Wydawało się, że jest tam cały dobytek świata. Tachanie wózka z całym dobytkiem świata po schodach nie należy do przyjemności, a godzina była taka niefortunna i szans na dotarcie przed zamknięciem zamku nie było, więc zrezygnowaliśmy. Nasza Nokia znów nam podpowiedziała, że za kwadrans mamy Pekaesa, więc co sił w nóżkach zbiegliśmy w dół na ten pekaes i byliśmy 3 minuty przed czasem.

DSCN78292 minuty przed czasem nadjechał autobus i… zatrzymał się po przeciwnej stronie ulicy niż znajdowała się buda przystankowa, rozkład jazdy i my. Mieliśmy jeszcze nadzieję, że gdzieś za rogiem zawraca i o czasie przyjedzie na „przystanek właściwy”, ale tak się nie stało. Mentalne łezki lały się po prawdziwych policzkach. Postanowiliśmy, że zamiast czekać bezczynnie na następny, pójdziemy z buta. Tym sposobem po półgodzinnym marszu dotarliśmy do Piechowic. Stamtąd uciekł nam kolejny autobus (18:40). Nie uciekł, tylko przejechał ignorując nasze machanie. Zadzwoniliśmy naskarżyć i pocieszono nas, że on prostu tam nie stawał, bo tak naprawdę to nie był autobus tylko tramwaj, a przecież widzieliśmy, że był autobusem. Kupiliśmy w żabce soki pomarańczowe na pocieszenie i kabanosy na kolację. Kabanosy okazały się być droższe niż głosiła etykieta nad nimi na półce i oddano nam różnicę, co nas bardzo ucieszyło,bo 2,50 piechotą nie chodzi, nawet w Piechowicach (ale żart językowy!). O porze, o której miał jechać kolejny autobus, staliśmy niemal na środku drogi i machaliśmy by nas nie przeoczył.

DSCN7858Do bilansu dnia należy dodać, że Ursus zgubił bucik i nie mógł już potem dreptać w bucikach (musiał boso). Nokia się prawie wyczerpała, a naładować jej nie było czym bo nowa ładowarka do Nokii wywaliła korki, więc i nowo zakupiona żarówka do lampki nocnej się nie przydała. W obliczu tego wszystkiego nie będzie wielkim zdziwieniem, że następny dzień zaczniemy od urwania węża w prysznicu…

*Bo mamy w domu ładowarkę chińską i oryginalną i baterie ładowane tą chińską statystycznie mają się gorzej

**Wcale nie bardzo utajony, bo na butelce pisze, że jaja, że ocet, że olej i każden jeden wie, że to już majonez, ale widać za barem można nie czytać składników i lać ludziom wodę, tfu majonez.

***Mąż zawsze bierze ze sobą książkę, co jest dobrym zwyczajem ale nigdy nie kieruje się praktycznością a jedynie harmonogramem czytania,co jest zwyczajem złym, bo akurat obecnie czyta Złotą gałąź, która ma ponad pińćset stron i duży format.

DSCN7749

DSCN7784

DSCN7667

DSCN7842

DSCN7848

Reklamy

Herbatka w mieście Breslau

DSCN7251Cofnijmy się w czasie do 11. sierpnia. Zapomnijmy o dodatkowych miejscach w przedziale. Jest piąta rano a my jesteśmy we Wrocławiu i czeka nas szałowy upalny dzień. Przyjechał z nami ból głowy, ale jechał na gapę, buahahaha. Odpoczęliśmy już po jeździe pociągiem i wysiadaniu z niego. Podjęliśmy heroiczną decyzję o niewymiotowaniu do śmietnika na peronie na oczach pasażerów pociągu do Kudowy. Idziemy zanieść bagaże do skrytki i miasto będzie nasze.

Gdy tylko przekręciliśmy kluczyk, okazało się, że Mąż ma na nogach buty ciężkie, a sandałki właśnie spoczęły w skrytce i wyjmując je zmarnujemy 12 złotych. Mąż poprosił o zakup gumowych laczy,bo najbardziej lubi chodzić w takowych i była to dobra prośba, bo potencjalnie klapki za dychę i jesteśmy 2 złote do przodu względem otwierania skrytki, a jeszcze mamy klapki.

DSCN7284Nie wiem,czy Wy się orientujecie, gdzie we Wrocławiu o szóstej rano można kupić gumowe klapki za dychę? My nie wiedzieliśmy. Szwendaliśmy się po mieście aprobując jak ładnie połączone jest stare budownictwo z nowym i trochę tylko się dziwiąc gdzie ach gdzie jest to centrum. Brak centrum bardzo nam doskwierał,bo nigdzie nie było ławek, a my potrzebowaliśmy, gdyż Mąż chciał zjeść śniadanie na ławce. O 6:45 dotarliśmy na basen i pod basenem ławka się znalazła. W końcu i tak siedzieliśmy na schodach żeby dotrzymać kroku naszemu małemu towarzyszowi, który siedzieć nie potrzebował. Mąż zjadał swoje śniadanie, a ja, która miałam nieczynny żołądek, zjadałam tylko kabanosy z łakomstwa. Po półgodzinie opuściliśmy basen. Znaleźliśmy też mapę i okazało się, że nie jesteśmy w centrum z tego prostego powodu, że wyszliśmy z dworca nie na tę stronę torów. Jak już naprawiliśmy błąd, to ja bardzo pilnie zapotrzebowałam siusiu. Na co DSCN7286dzień jesteśmy w lesie i mogę potrzebować zupełnie nieskrępowanie, prawie jak ptak, więc jak już potrzebuję to potrzebuję pilnie. Ale w mieście potrzebować trudniej. Znaleźliśmy wprawdzie Arkady Wrocławskie, które miały Almę czynną od ósmej, ale ósmej jeszcze nie było. Posiedzieliśmy na ławce czekając na tą ósmą, a wówczas wkroczyliśmy do sklepu i dziarskim kroczkiem powędrowaliśmy do kibla. Przy kiblu spotkaliśmy panią sprzątaczkę, która była uprzejma stanąć niczym Rejtan w drzwiach i nas poinformować, że kible są od dziewiątej czynne. Wkurzyłam się bardzo. Poszłam na inne pięterko i wiecie co? Na innym pięterku kible były po prostu zakluczone. Siusiu już mi prawie tryskało uszami, ale Mąż nie stracił zimnej krwi. Przerzucił mnie sobie przez mentalne ramię jak mityczny Wiking swoja Brunhildę i również mentalnie zaniósł do Starbunia. Starbunia naprzeciwko którego siedzieliśmy na ławce pół godziny wcześniej! Nigdy jeszcze nie byłam w Starbuniu tylko o nim słyszałam, że jest taki wielkomiejski i trendsetterski. Mąż bywał tam z szefem, z którym za państwowe piniondze zjechał Europę* i wiedział, że herbata kosztuje tam 2 Euro,czyli drogo.

DSCN7334Sympatyczny Paweł ze Starbunia otworzył nam drzwi tak jakby na nas czekał i weszliśmy. Mąż zamówił herbatkę a ja zrobiłam jedyną słuszną rzecz, czyli siusiu, które uczyniło dzień pięknym (znaczy zrobienie siusiu a nie samo siusiu, w ogóle mi się to sformułowanie nie podoba, ale cenzor kazał zostawić). Mimo że Mąż należy do tych dziwaków które w najgorszą pogodą usiądą na dworze i będą czerpać słońce, tym razem on sam zajął kanapę w klimatyzowanym wnętrzu. Zajął kanapę i odpłynął, bo Mąż w pociągu to nie pospał gdyż syn pana z chłopcem (czyli chłopiec) zajmował większość miejsca w przedziale i Mąż nie miał gdzie nóg wyprostować. Wkrótce odpłynął i Ursus, a ja zmieniłam getry, w których podróżowałam na krótkie jeansy pozyskane z markowych spodni Męża poprzez obcięcie ich nożyczkami. Posmarowałam buzię filtrem, napisałam DSCN7335Mężowi na karteczce, że idę po laczki, wsunęłam mu do kieszeni telefonik i poszłam. Szłam sobie a herbatka ze Starbunia działała cuda z moją bolącą głową. Zamiast gumowych klapek kupiłam Mężowi sandałki w Dajśmanie. Wróciłam a Mąż dalej spał. Wypiłam drugą herbatkę. Mąż wstał i powędrowaliśmy w upał. Starbunio zrobił bardzo dobre wrażenie. Bo wiecie, nikt nas nie przepędził mimo że Mąż tak mało reprezentatywne spał. W Norwegii i w Bydgoszczy** nas przepędzili (z centrów handlowych) za leżenie na ławce. I ta herbatka taka pomocna.

Za rogiem sprzedawano soki jabłkowe prosto z wyciskarki w cenie 1,50 za kubeczek! Mąż wypił dwa. Ja nie wypiłam ani jednego bo nie moja odmiana jabłuszek. Pomyśleliśmy, że kupimy sobie taką wyciskarkę do domu, ale jednak nie, bo to droga rzecz (8 stówek). Zrobiłabym zbiórkę czytelniczą na wyciskarkę, ale niedawno DSCN7340zbieraliśmy na komary i czytelnicy nie mają tyle by co chwilę nam przelewać. O 10:27 odkryliśmy Mekkę dla przybysza,czyli księgarnię Dedalus***. Dedalus był słabo klimatyzowany, a upał tak duży, że mdlałam z gorąca, ale Ursus spał, a piętra książek były dwa i każdemu było tam dobrze. Spędziliśmy w księgarni godzinę i zrobiliśmy tylko naprawdę niezbędne zakupy (wszak wszystko można kupić przez internet). Dostało mi się między innymi Milczenie Owiec, które lubię. Niedawno widzieliśmy wszystkie filmy o Hannibalu, ale przeczytałam dopiero 2 książki z czterech, bo pozostałych nie miałam****. Milczenie Owiec to idealna powieść na podróż, bo jest wciągająca, ale jednocześnie dzięki znajomości fabuły bez trudu można się od niej oderwać, co sprawia, że nie popsuje taka wyjazdu. Bo gdy osoba o słabej woli się wciągnie, to nie ma jej dla współmęża. Z tych powodów książka wzięta z domu była zła i Milczenie Owiec było jak znalazł. W Dedalusie przewrócił nam się wózek pod ciężarem. Było to jedno z miliona wywróceń wózka na tym wyjeździe. Na ogół wózek wywracał się bez dziecka, ale nie zawsze. Na szczęście wisiało na nim zawsze tyle rzeczy, że nawet gdy wywracał się z dzieckiem, to nikomu nie działa się krzywda.

DSCN7364Z księgarni poszliśmy na kolejną ławkę odpoczywać. Pogoda była taka, że nie bardzo szło robić coś innego niż odpoczywanie. Odpoczywały babcie na balkonach i odpoczywaliśmy my na ławce. Pewnie odpoczywali też inni gdzie indziej. Jedliśmy morele żeby wózek był lżejszy, ale niewiele to pomogło,bo moreli był tylko kilogram, a wózek i tak się przewracał. Gdy minęła dwunasta, ruszyliśmy na poszukiwanie naszego obiadku. Lokal był akurat nieklimatyzowany i musieliśmy zostać na wierzchu. Nasze potomstwo źle znosiło upał i cały czas o tym informowało. Chłodziliśmy je w łazience, ale to niewiele dawało. Zamówiliśmy sobie do jedzenia to, co uznaliśmy za najbardziej charakterystyczne. Oni tam mają taką shoarmę tylko taniej i bardzo dobre sosy oraz ogromne DSCN7494porcje frytek. Zamówiliśmy też leczo zwane adżapsandałem, dodatkowy sos i dodatkowe frytki. Napełnialiśmy brzuszki a talerze się opróżniały i tak mijał czas, a niezadowolenie potomstwa rosło. W końcu talerze były puste i trzeba było iść dalej. Najgorsze, że nie było już miejsca na deserek. Bo w Chaczapuri podają tort Marlenka, który od tego roku umiemy zrobić sami, ale jednak przepłacone smakuje lepiej. Nikomu się nie chciało brnąc przez upał, więc przypadkowe trafienie na drugą filię Dedalusa było niczym wygrana na loterii. Zwłaszcza, że druga filia Dedalusa była lepiej klimatyzowana. Mieli tam też inne książki o tej samej parze bohaterów tego snu o Warszawie, który tak lubimy.
W kąciku z tyłu tuż pod kamerą mieliśmy taborecik i próbowaliśmy zakarmić nasze maleństwo na drzemkę, ale ono nie chciało. W ogóle nie doceniając klimatu miejsca ani przyjemnego chłodu darło ryja. Cóż, Ursus miał wyraźnie dość, a my mieliśmy dość Ursusa. W końcu musieliśmy DSCN7464opuścić przyjemny przybytek nie dokonując zakupu, czego do dziś żałujemy (ale będziemy żałować krótko,bo zaraz po publikacji tego wpisu pójdziemy na zakupy do internetu). Wówczas, w przedsionku przewrócił nam się wózek (bez dziecka) i krople goryczy rozlały się wszędzie. Zrobiło się fatalnie. Mąż poważnie rozważał powrót do Gdańska. Na szczęście zobaczyliśmy kobietę chodzącą po mostku między dwoma wieżami jakiegoś kościoła hen hen wysoko. Postanowiliśmy tez tam pójść i to uratowało wyjazd. Wejście kosztowało wprawdzie 5 złotych za każdego, ale cel był kościelny i mogliśmy zostawić choć na chwilę ten okropny przewracający się wózek i to u księdza, więc bezpiecznie. Szliśmy i szliśmy, schodów było najpierw 156 cementowych i potem jeszcze 87 drucianych. Lęk wysokości miałam bez przerwy. Ale widoki DSCN7515były oczywiście warte 5 złotych i miliona schodów (156+87=milion). Powymienialiśmy błyskotliwe uwagi na temat Wrocławia i zeszliśmy na dół celem zwiedzenia pobliskiego domu handlowego, takiego klasycznego Społem jaki jest i w Zakopanem. Tam kupiliśmy jeden kubeczek z misiami, jedną tanią książkę i kilka bułek i bananów i już był czas iść na pociąg. Mieliśmy niewiele ponad pół godziny, zero biletów, bagaże w skrytce a przed sobą długą drogę. Po drodze musieliśmy jeszcze napoić niemowlę i napojone niemowlę zasnęło w nosidle. Odnaleźliśmy dworzec, który wyglądał jak zamek Lego z 1978  Z sukcesem nabyliśmy bilety w automacie (bez kolejek, ale trudniej!) i jakimś cudem odnaleźliśmy skrytki bagażowe. Kątem oka zauważyłam, ze nasz pociąg ma odjechać z peronu czwartego. Do odjazdu było mało czasu, ale szanse na zdążenie pozostawały wciąż spore. Już mieliśmy przekręcać kluczyk w skrytce, gdy okazało się, że ów kluczyk nie pasuje. Wpadliśmy w panikę. Zanim panika nas całkiem zjadła, skumaliśmy się, że po prostu się pomyliliśmy i próbowaliśmy do skrytki włożyć klucz od mieszkania, który akurat przebywał w tej samej kieszeni torebki. Podczas DSCN7608łapania bagaży obudziło się niemowlę, gdyż chwytając łożeczko przygniotłam mu nóżkę. Sytuacja przedstawiała się tak, że niosłam niemowlę z przodu, plecak z tyłu i łóżeczko oburącz też z przodu a Mąż resztę. Wybiegliśmy z windy i na tablicy przeczytaliśmy, że pociąg, który stoi na czwartym peronie nie jest naszym pociągiem o 17:05, ale pociągiem do Jeleniej Góry o 16:16 (a nasz też miał jechać przez JG). Mieliśmy 5 minut! Ten do JG był zatłoczony, ja pobiegłam z plecakiem, dzieckiem i łóżeczkiem obejrzeć inne perony czy się może nie pomyliłam a Mąż został odesłany do pociągu JG żeby go w razie czego zatrzymać. Ale ci z pociągu JG rzekli, ze nie są naszym pociągiem. Na żadnym innym peronie nie było naszego pociągu. Poziom paniki dorównywał poziomowi spocenia. W końcu zapowiedzieli, że ten nasz pojedzie wyjątkowo tego dnia z peronu piątego. Na peron piąty nie wjeżdżała winda. Gdyby nie panika, to można byłoby usłyszeć też, że odjedzie 20 minut później, ale panika zagłuszyła ten uspokajający komunikat i na pociąg biegliśmy. Bardzo spoceni i bardzo DSCN7633panikujący wbiegliśmy do bardzo mocno klimatyzowanego pociągu. Na szczęście nie przypłaciliśmy tego zdrowiem. Na uwagę zasługuje jedynie fakt, że nasze małe dziecko przespało tylko około pół godziny z niemal 4-godzinnej podróży i że z naszej części pociągu zniknęła większość pasażerów. Ludzie chyba nie przepadają za dziećmi. A potem znaleźliśmy się w Szklarskiej Porębie i tam nie było komarów a niemowlę gdy tylko rozpoznało swoje łóżeczko, to zasnęło jak na niemowlę przystało i wynagrodziło trud dźwigania mebla. O tym, czego zapomnieliśmy z domu, napiszę w następnym odcinku naszych górskich przygód.

*Konkretnie to był ten Mąż z szefem raz w Barcelonie i raz w Zielonej Górze, buahahaha.
**Właśnie wyszło na jaw, że nie powstały wpisy o Norwegii ani o Bydgoszczy a to takie rewelacyjne wyjazdy były. Pewnie jak tylko uporam się z cyklem wpisów o Chłopięcym Raju, to mnie zaprzęgną i do tego. I jeszcze o Kaszubach jak spędziliśmy lato- na szczęście jeden zbiorczy zadowoli moich mocodawców,tfu chlebodawców, mocy to ja nie mam. A w przypisie to mogę sobie pisać ile chcę. Bo mam tęęęmoooc.
***Z naszych studenckich pobytów w Krakowie słaliśmy paczki, bo zakupy w Dedalusie były nie do udźwignięcia. Dzisiaj, w dobie tanich przesyłek, rzecz nie do pomyślenia by robić duże stacjonarne zakupy.
****Milczenie Owiec tez czytałam ale tak dawno, że już nieprawda.

DSCN7362

DSCN7491

DSCN7372

DSCN7601

DSCN7421

DSCN7527

DSCN7609

Liczyrzepa

DSCN7218Rzadko zdarza się tak niezwykła koniunkcja rocznic jaka przytrafiła nam się tego sierpnia. Drugiego obchodziliśmy 2000 dni od ślubu, zaś 4-ego stuknęło nam 100 miesięcy związku. Podania do Rodzinnego Urzędu Opieki nad Małymi Dziećmi słaliśmy już od kilku miesięcy. Przyznano nam opiekę dłuższą niż prosiliśmy, ale dla mniejszej ilości dzieci. Ursus się po prostu nie załapał. Postanowiliśmy, że wraz z 14-miesięcznym niemowlęciem pełniącym funkcję niezawodnej przyzwoitki udamy się do Chłopięcego Raju.

Niestety życie bywa brutalne i w wyznaczonym terminie ta sama fala bezgłosu, która około 17 lipca zaatakowała mnie, spłynęła na Męża. Jego CRP szczytowało i wyjazd został odłożony w nieznane (to znaczy w nieznany termin, cel podróży pozostał bez zmian). Męża potraktowano antybiotykiem i już po chwili był tylko słaby. Tak słaby, że nawet po wypiciu mleka musiał odpoczywać. 4 sierpnia minął nam na kocyku w lesie, 60 tiptopów od uczęszczanej alei. A antybiotyk ‚pomagał’ aż do 9-ego (skądinąd pół-rocznica ślubu). Po antybiotyku trzeba było jeszcze zbadać szczytujące CRP i dopiero mogliśmy jechać.

Nie, DSCN7221jednak jeszcze nie mogliśmy. 10-ego (dzień planowanego wyjazdu!) o poranku przyszły poprawki do doktoratu i Mąż, zamiast pomagać mi się spakować, nanosił je pracowicie aż do wieczora. Miało to katastrofalne skutki, o których przeczytacie w tym i kilku kolejnych wpisach.

Wiedzieliśmy, że droga do Chłopięcego Raju biegnie przez Wrocław i postanowiliśmy to wykorzystać, zwłaszcza, że i tak we Wrocławiu wypadła nam przesiadka. Ci co wiedzą, że lubimy Pizza Hut, pomyślą, że skusiło nas 7 Pizza Hutów (wszak to we Wrocławiu jest siedziba naszej ulubionej pizzerii), ale będą w błędzie. Owszem, planowaliśmy kupić sobie ulubioną pizzę po wtorkowej cenie na Rynku, ale we Wrocławiu jest też coś o wiele bardziej unikatowego i nie chodzi wcale o Panoramę Racławicką. Otóż Wrocław jest jednym z dwóch polskich miast, które ma restaurację DSCN7227Gruzińskie Chaczapuri znaną nam z Krakowa. Mąż ową restaurację uwielbia, mi zaś na samą o niej myśl robi się niedobrze gdyż każdorazowo podczas wizyty w Krakowie boli mnie głowa i wymiotuję z bólu co potocznie zwie się migreną.

Do Wrocławia było 528 kilometrów po torze kolejowym czyli taki sam numerek jak na rejestracji naszego samochodu, więc bardzo sympatycznie. Jako że wyjazd do ostatniej chwili był niepewny, to bilety kupowaliśmy kilka godzin przed podróżą i nie było już kuszetek na parterze, a na inne piętro Ursus się nie kwalifikował. Po odstaniu w półgodzinnej kolejce bardzo miła pani sprzedała nam 3 bilety do przedziału dla matki z dzieckiem. Inna pani innemu panu nie chciała sprzedać trzech, więc i tak mieliśmy szczęście.

DSCN7228A jeśli chodzi o nocleg, to zadzwoniliśmy do Magdaleny, która reklamowała się zdjęciami nowocześnie urządzonych pokoi, a zawsze to lepiej płacić za nowoczesny niż za brzydki, ale Magdalena miejsc nie miała. Na najgorszą ostateczność mieliśmy w odwodzie pokoje za 60 złotych od osoby z booking.com, ale wysiliłam szare komórki, zużyłam trochę internetu i wykorzystałam drzemkę Ursusa. Zjadłam tez cały słoik własnych wiśni nisko słodzonych i użyłam telefonu i w rezultacie takiej mikstury (przypominam ingrediencje: rozumek, internet, drzemka, wiśnie, telefon) zdobyłam dla nas pokój na poddaszu blisko dworca i blisko centrum (jak się później okazało o wiele lepiej usytuowany niż Magdalena) za 40 złotych. Domek nazywał się Liczyrzepa i był duży. Pewnie sobie myślicie, że 40 to musi być podły. Pewnie Wasz wewnętrzny pragmatyk podpowiada Wam, że na poddaszu w upał to zrozumiałe, że tanio. Poczekajcie do wtorku wieczora by przekonać się, czy mieliście rację.

DSCN8655Zorganizowałam prowiant w postaci suchych bułek (żadnych kanapek z jełczejącym masłem!), kabanosów, świeżych ogórków, pomidorków koktajlowych, jabłuszek, morelek. Wyjazd był gotowy poza Mężem, który miał wrócić na ostatnia chwilę i plecakami, których nie spakowałam, gdyż kręciłam się w kółko za własnym ogonkiem w panice (ale za to miałam listę rzeczy do wzięcia). Mimo kompletnej listy, nie pojechały z nami dwie bardzo ważne rzeczy, ale to też we wtorek wieczorem…

Uratowała mnie Natalia, która zamknęła jarmark* przed czasem i przyszła opiekować Ursus. Ona opiekowała, a ja pakowałam. Zadanie było trudne, bo trzeba było podzielić bagaż na to, co przyda się w pociągu, co przyda się we Wrocławiu i co przyda się dopiero w Chłopięcym Raju. W ostatniej chwili pojawił się Mąż i obrał ogórki oraz umył owoce. Włożył mokre jabłka do siatki, ale na szczęście skisło tylko to jedno, które Ursus wcześniej potraktował jak piłkę**.

Opuściliśmy Misi domek. Pierwszy raz wyjeżdżałam w podróż niewykąpana czyli brudna, co było pierwszym katastrofalnym skutkiem, gdyż lubię być wykąpana. ale kąpać się przed wsiadaniem dDSCN8592o PKP to trochę i tak bez sensu. Natalia niosła Ursus, ja niosłam plecak i łóżeczko turystyczne, które we wtorek wieczorem okaże się strzałem w dziesiątkę. Na plecach Męża spoczywał wielki plecak, a ręce jego popychały wózek typu parasolka z prowiantem i matą piknikową, która miała okazać się zupełnie niepotrzebna. Wózek parasolka to też kijowy wybór jeśli chodzi o cokolwiek, ale jedyna słuszna decyzja jeśli chodzi o wsiadania i wysiadania z pociągów. A tego prowiantu na wózku były 2 torby. Nie wiem po co tyle.

Rozważaliśmy wzięcie taksy by lepiej zdążyć, ale ostatecznie tego nie zrobiliśmy. Przejęliśmy Ursus od Natalii i pobiegliśmy naszym misim truchtem na dworzec. Udało się wsiąść do pociągu zanim odjechał.
Po wsiadaniu do pociągu musieliśmy odpoczywać aż do następnej stacji. A wówczas weszliśmy do naszego przedziału dla matki z dzieckiem, którym jechał już pan z chłopcem i pan z yorkiem (zero matek!). Pan od chłopca był tak zwykły, że nikt nie zapamiętał jego twarzy, zaś pan z yorkiem był opalony i miał biały pasek. Pan z yorkiem ustąpił nam miejsca pod oknem. Ursus skorzystał i kimał aż do Wrocławia z przerwami. Ja też kimałam ile się dało (czyli niewiele), a w przerwach jadłam banany żeby nie mieć bólu głowy, ale do Wrocławia dojechałam już z nim.

DSCN7918Jako że ten wpis jest taki krótki, to sprzedam Wam nowatorską metodę na wygodniejszą jazdę pociągiem. Jeszcze jej nie testowaliśmy, ale wydaje się być idealna. Otóż dziecko nic nie kosztuje, więc należy wykupić bilet i miejsce dla drugiego dziecka. A nawet i dla trzeciego. Można też wykupić darmowy bilet inwalidzie z dwójką dzieci. W tym samym przedziale ale na innym blankiecie. Wtedy nikt Was nie zapyta o nieobecne dziecko. Można też kupić darmowy bilet poselski jeśli znacie numer zniżki.

*Mamy pod oknem jarmark dominikański i dzięki temu Natalia, która na co dzień jest zupełnie gdzie indziej,była blisko i mogła mnie uratować.

**Co ciekawe, Ursus piłkę traktuje jak jabłko i zjada na śniadanie, zaś jabłko potraktował jak piłkę i rozegrał mecz.

Żeby sielawy stało się zadość

DSCN6543Mówię Wam, nasze małżeństwo się nie dobrało. Ja lubię leżeć na wygodnym łóżku i czytać książki, a Mąż lubi być poza domem. Ja się poza domem męczę i bez gorącej herbatki usycham, a on dusi się w pomieszczeniach (ma zrosty na płucach i twierdzi, że niejaki p. Rentgen może to udowodnić). Jak się dogadujemy na co dzień? Otóż Mąż znika na całe dni powszednie i pozwala mi w tym czasie pić herbatkę (ilość leżenia i książek regulują wtedy dzieci- regulują do zera), zaś weekendy i dni wolne od pracy spędzamy po mężowemu. Oznacza to ni mniej ni więcej tylko od świtu aż do zmierzchu poza domem, śniadanie na trawie i totalną rezygnację z herbatek. Nie jest jednak fatalnie. W porywach daje mi nawet pospać na kocyku.

DSCN6717Ostatnio Mąż lekko zachorował i dni wolnych przymusowo było więcej. Nie były to dobre dni, gdyż Mąż nie mógł opuszczać pomieszczeń i dusił się w nich. Ale w chwili obecnej kończy antybiotyk i kurację finalizujemy już na wsi. Przybyliśmy w czwartek i od razu udaliśmy się nad jezioro. W sumie to na miejscu Męża cierpiałabym bardziej z powodu niemożności wchodzenia do jeziora niż z wyimaginowanego duszenia się w pomieszczeniach (p. Rentgena do tej pory nie spotkałam). Bo wiecie, woda jest jak zupa, a on na brzegu.

Jezioro, które wybraliśmy na czwartek to nieduże jezioro Wałachy pod Wdzydzami, bardzo zaciszne i ustronne. Jest prywatne i ma właścicieli, których nie było. Czasami przejedzie tamtędy rowerzysta, ale w czwartek to akurat nie przejechał. Dzieci pluskały się przy brzegu, Mąż polegiwał na kocyku a ja się kąpałam, co świadczy zarówno o wysokiej jakości wody jak i o mojej młodości. Dla kontrastu w zeszłym roku do DSCN6823jeziora weszłam tylko raz. Z tym porównaniem do zupy lekko przesadziłam, bo woda była bardzo ciepła na powierzchni i bardzo zimna pod powierzchnią. Ale była na tyle świetna, że nauczyłam się tego dnia pływać na plecach (dotąd umiałam tylko żabką a położona na plecach natychmiast spuszczałam pupę w dół).

Na piątek wybraliśmy jezioro Strupino, które słynie z bycia jeziorem-rozrywką. Ale słynie też z latających wokół niego gzów, których ugryzienia swędzą bardziej. A już byliśmy nieco pogryzieni, o czym dalej. Mimo to wypakowaliśmy się nad Strupinem z samochodu, co zajęło mnóstwo czasu, gdyż mieliśmy mnóstwo rzeczy i upychaliśmy je na wózki. Już dojechaliśmy na plażę, już się przywitaliśmy z gąską i rozłożyliśmy koc, już dzieci polazły do wody i już ja polazłam w krzaki przebrać się w bikini, DSCN6887gdy nadeszli inni ludzie, w tym jeden facet. Pewnie nie wiecie, ale mam trochę za małą górę od stroju kąpielowego i ta obecność ludzi na plaży nie była mi na rękę. Ani na biust. Musieliśmy więc wrócić do auta i pojechać nad wypróbowane Wałachy. Wówczas dzień zrobił nam sok, który rozlał się na wycieraczkę z tyłu samochodu i pomoczył oraz oblepił wszystko, co dał radę.

Dzisiaj już nie eksperymentowaliśmy. Dziś było ekstra od rana. Dziś wchodziłam do wody bez uprzedniego zamaczania się. Mężowi dzień zrobił motylek, a motylkowi Mąż zrobił dużo zdjęć. Około 13. nad nasze puste zwykle jezioro przyjechał samochód, który nam powiedział, że o 15 będą tędy biegli. Nie wiedzieliśmy kto i co, ale nie zmartwiliśmy się wcale. Chwilę później przyjechały 3 auta właścicieli, ale to też nam nie przeszkodziło. Stwierdzili wprawdzie, że woda jest ciepła tylko do 50cm, ale to wiedzieliśmy. Stwierdzili też, że kwitnie,ale ani nie było tego widać, ani nie przeszkodziło to w kąpieli. Ani im ani nam. Gdzieś tam w międzyczasie zasnął maluszek, a po 15 faktycznie pobiegli… jakieś dwieście osób DSCN6963pobiegło, w tym Albus Dumbledore. Potem przyszli ludzie kibicujący i dwieście osób znów przebiegło tylko bardziej rozrzucone w czasie i przestrzeni. Przez tych kibicujących nie mogłam wyjść z wody, bo oni kibicowali przy nas, a ja wciąż  miałam za małą górę stroju kąpielowego. Kibice pożyczyli od nas wiaderko żeby polać Zibiego wodą gdy nadbiegnie. Mogliśmy odjechać dopiero gdy półmaraton się skończył. Potem zjedliśmy grilla, potem dzieci poszły spać a my pojechaliśmy do Wdzydz, które dziś obchodzą swoje święto sielawy i mają klimat. Mają kabarety i zimne piwo. Kabarety trochę żenujące a piwa i tak nie pijemy.  Nie mieliśmy grosza przy duszy, ale i tak było świetnie. Trochę się całowaliśmy.

A przechodząc do meritum wpisu, to komary rypią. Komarów są tysiące i duży ichDSCN6921 odsetek przebywa w naszym ogródku, a reszta tam,gdzie chodzimy gdy opuszczamy ogródek. Zabezpieczyliśmy się i kupiliśmy Ziajkę na komary za dyszkę, ale ona nie działa wcale. Nasze maleństwo zostało pogryzione najbardziej. Maleństwo za dwa dni jedzie w góry i chciałoby już nie być więcej gryzione. Czy czytelnikom nie szkoda maleństwa? Niech się ino czytelnicy zrzucą na coś lepszego przeciw komarom dla maleństwa. Chciałam podać numer konta na zrzutkę czytelniczą, ale podobno jest dużo oszustów, o których się ludziom nie śni, więc w sprawie numeru konta piszcie na priv. Jeśli każdy czytelnik da zeciszka, to akurat uzbieramy.
Ponadto mile widziane polecenie produktów, które zabezpieczą maleństwo przed rypaniem komarów skutecznie.

DSCN6699

DSCN6805

DSCN6815

DSCN6982

DSCN6832

DSCN6874