Liczyrzepa

DSCN7218Rzadko zdarza się tak niezwykła koniunkcja rocznic jaka przytrafiła nam się tego sierpnia. Drugiego obchodziliśmy 2000 dni od ślubu, zaś 4-ego stuknęło nam 100 miesięcy związku. Podania do Rodzinnego Urzędu Opieki nad Małymi Dziećmi słaliśmy już od kilku miesięcy. Przyznano nam opiekę dłuższą niż prosiliśmy, ale dla mniejszej ilości dzieci. Ursus się po prostu nie załapał. Postanowiliśmy, że wraz z 14-miesięcznym niemowlęciem pełniącym funkcję niezawodnej przyzwoitki udamy się do Chłopięcego Raju.

Niestety życie bywa brutalne i w wyznaczonym terminie ta sama fala bezgłosu, która około 17 lipca zaatakowała mnie, spłynęła na Męża. Jego CRP szczytowało i wyjazd został odłożony w nieznane (to znaczy w nieznany termin, cel podróży pozostał bez zmian). Męża potraktowano antybiotykiem i już po chwili był tylko słaby. Tak słaby, że nawet po wypiciu mleka musiał odpoczywać. 4 sierpnia minął nam na kocyku w lesie, 60 tiptopów od uczęszczanej alei. A antybiotyk ‚pomagał’ aż do 9-ego (skądinąd pół-rocznica ślubu). Po antybiotyku trzeba było jeszcze zbadać szczytujące CRP i dopiero mogliśmy jechać.

Nie, DSCN7221jednak jeszcze nie mogliśmy. 10-ego (dzień planowanego wyjazdu!) o poranku przyszły poprawki do doktoratu i Mąż, zamiast pomagać mi się spakować, nanosił je pracowicie aż do wieczora. Miało to katastrofalne skutki, o których przeczytacie w tym i kilku kolejnych wpisach.

Wiedzieliśmy, że droga do Chłopięcego Raju biegnie przez Wrocław i postanowiliśmy to wykorzystać, zwłaszcza, że i tak we Wrocławiu wypadła nam przesiadka. Ci co wiedzą, że lubimy Pizza Hut, pomyślą, że skusiło nas 7 Pizza Hutów (wszak to we Wrocławiu jest siedziba naszej ulubionej pizzerii), ale będą w błędzie. Owszem, planowaliśmy kupić sobie ulubioną pizzę po wtorkowej cenie na Rynku, ale we Wrocławiu jest też coś o wiele bardziej unikatowego i nie chodzi wcale o Panoramę Racławicką. Otóż Wrocław jest jednym z dwóch polskich miast, które ma restaurację DSCN7227Gruzińskie Chaczapuri znaną nam z Krakowa. Mąż ową restaurację uwielbia, mi zaś na samą o niej myśl robi się niedobrze gdyż każdorazowo podczas wizyty w Krakowie boli mnie głowa i wymiotuję z bólu co potocznie zwie się migreną.

Do Wrocławia było 528 kilometrów po torze kolejowym czyli taki sam numerek jak na rejestracji naszego samochodu, więc bardzo sympatycznie. Jako że wyjazd do ostatniej chwili był niepewny, to bilety kupowaliśmy kilka godzin przed podróżą i nie było już kuszetek na parterze, a na inne piętro Ursus się nie kwalifikował. Po odstaniu w półgodzinnej kolejce bardzo miła pani sprzedała nam 3 bilety do przedziału dla matki z dzieckiem. Inna pani innemu panu nie chciała sprzedać trzech, więc i tak mieliśmy szczęście.

DSCN7228A jeśli chodzi o nocleg, to zadzwoniliśmy do Magdaleny, która reklamowała się zdjęciami nowocześnie urządzonych pokoi, a zawsze to lepiej płacić za nowoczesny niż za brzydki, ale Magdalena miejsc nie miała. Na najgorszą ostateczność mieliśmy w odwodzie pokoje za 60 złotych od osoby z booking.com, ale wysiliłam szare komórki, zużyłam trochę internetu i wykorzystałam drzemkę Ursusa. Zjadłam tez cały słoik własnych wiśni nisko słodzonych i użyłam telefonu i w rezultacie takiej mikstury (przypominam ingrediencje: rozumek, internet, drzemka, wiśnie, telefon) zdobyłam dla nas pokój na poddaszu blisko dworca i blisko centrum (jak się później okazało o wiele lepiej usytuowany niż Magdalena) za 40 złotych. Domek nazywał się Liczyrzepa i był duży. Pewnie sobie myślicie, że 40 to musi być podły. Pewnie Wasz wewnętrzny pragmatyk podpowiada Wam, że na poddaszu w upał to zrozumiałe, że tanio. Poczekajcie do wtorku wieczora by przekonać się, czy mieliście rację.

DSCN8655Zorganizowałam prowiant w postaci suchych bułek (żadnych kanapek z jełczejącym masłem!), kabanosów, świeżych ogórków, pomidorków koktajlowych, jabłuszek, morelek. Wyjazd był gotowy poza Mężem, który miał wrócić na ostatnia chwilę i plecakami, których nie spakowałam, gdyż kręciłam się w kółko za własnym ogonkiem w panice (ale za to miałam listę rzeczy do wzięcia). Mimo kompletnej listy, nie pojechały z nami dwie bardzo ważne rzeczy, ale to też we wtorek wieczorem…

Uratowała mnie Natalia, która zamknęła jarmark* przed czasem i przyszła opiekować Ursus. Ona opiekowała, a ja pakowałam. Zadanie było trudne, bo trzeba było podzielić bagaż na to, co przyda się w pociągu, co przyda się we Wrocławiu i co przyda się dopiero w Chłopięcym Raju. W ostatniej chwili pojawił się Mąż i obrał ogórki oraz umył owoce. Włożył mokre jabłka do siatki, ale na szczęście skisło tylko to jedno, które Ursus wcześniej potraktował jak piłkę**.

Opuściliśmy Misi domek. Pierwszy raz wyjeżdżałam w podróż niewykąpana czyli brudna, co było pierwszym katastrofalnym skutkiem, gdyż lubię być wykąpana. ale kąpać się przed wsiadaniem dDSCN8592o PKP to trochę i tak bez sensu. Natalia niosła Ursus, ja niosłam plecak i łóżeczko turystyczne, które we wtorek wieczorem okaże się strzałem w dziesiątkę. Na plecach Męża spoczywał wielki plecak, a ręce jego popychały wózek typu parasolka z prowiantem i matą piknikową, która miała okazać się zupełnie niepotrzebna. Wózek parasolka to też kijowy wybór jeśli chodzi o cokolwiek, ale jedyna słuszna decyzja jeśli chodzi o wsiadania i wysiadania z pociągów. A tego prowiantu na wózku były 2 torby. Nie wiem po co tyle.

Rozważaliśmy wzięcie taksy by lepiej zdążyć, ale ostatecznie tego nie zrobiliśmy. Przejęliśmy Ursus od Natalii i pobiegliśmy naszym misim truchtem na dworzec. Udało się wsiąść do pociągu zanim odjechał.
Po wsiadaniu do pociągu musieliśmy odpoczywać aż do następnej stacji. A wówczas weszliśmy do naszego przedziału dla matki z dzieckiem, którym jechał już pan z chłopcem i pan z yorkiem (zero matek!). Pan od chłopca był tak zwykły, że nikt nie zapamiętał jego twarzy, zaś pan z yorkiem był opalony i miał biały pasek. Pan z yorkiem ustąpił nam miejsca pod oknem. Ursus skorzystał i kimał aż do Wrocławia z przerwami. Ja też kimałam ile się dało (czyli niewiele), a w przerwach jadłam banany żeby nie mieć bólu głowy, ale do Wrocławia dojechałam już z nim.

DSCN7918Jako że ten wpis jest taki krótki, to sprzedam Wam nowatorską metodę na wygodniejszą jazdę pociągiem. Jeszcze jej nie testowaliśmy, ale wydaje się być idealna. Otóż dziecko nic nie kosztuje, więc należy wykupić bilet i miejsce dla drugiego dziecka. A nawet i dla trzeciego. Można też wykupić darmowy bilet inwalidzie z dwójką dzieci. W tym samym przedziale ale na innym blankiecie. Wtedy nikt Was nie zapyta o nieobecne dziecko. Można też kupić darmowy bilet poselski jeśli znacie numer zniżki.

*Mamy pod oknem jarmark dominikański i dzięki temu Natalia, która na co dzień jest zupełnie gdzie indziej,była blisko i mogła mnie uratować.

**Co ciekawe, Ursus piłkę traktuje jak jabłko i zjada na śniadanie, zaś jabłko potraktował jak piłkę i rozegrał mecz.

Reklamy

2 Responses to Liczyrzepa

  1. zuziaszulist says:

    Co za fantastyczna metoda podróżowania! Nie jeżdżę pociągami wcale, ale jeśli kiedyś mi się to zdarzy, to na pewno wypróbuję (i nie będę miała z tego powodu wyrzutów sumienia, bo Wy, choć zgrywacie takie cwaniaki, to na pewno tak byście nie zrobili!).
    Bardzo spodobał mi się też pomysł liczenia rocznic miesiącami i dniami, nigdy nie przyszłoby mi to do głowy, a to przecież fajne, bo wtedy rocznice wypadają częściej. Z drugiej jednak strony nasze własne, coroczne, olewamy zupełnie. Gdyby było więc jeszcze więcej okazji, żeby olewać ważne skądinąd wydarzenia, to może w końcu zrobiłoby się smutno?
    Bardzo przyjemna wycieczka i zapartym tchem czekam na ciąg dalszy!
    P.S. Mamy identyczną piłkę, chyba nawet z identycznym obrazkiem i tak samo pogryzioną!!!
    P.S. 2 Jak zrzutka na krem na komary??? 😀

    • cytrynna says:

      Jeśli chodzi o naszą wygodę, to nie tylko zgrywamy cwaniaki. W drodze powrotnej staraliśmy się zajmować jak najwięcej miejsca i chociaż na korytarzu nie było gdzie stanąć, to ja i Ursus mieliśmy kanapę dla siebie. Ale mam nadzieję, że nam się to więcej nie przyda. Tym razem jechaliśmy pociągiem by oszczędzić czas, ale komfort ujemny.
      Liczenie tysiąc-dniówek to u nas nowość, ale miesięcznice 4-ego (związek), 9-ego (ślub) i 20-ego (zaręczyny) staramy się obchodzić, bo to okazja na dedykowanie sobie książek. O okazji do randki nie wspominam,bo w tej kwestii krucho.

      A o komarach powinnam wydać oficjalny komunikat, ale niech będzie, że tu jest oficjalnie: mamy szóstaka, ale nie za bardzo się liczy, bo piątaka dał Mąż. Na szczęście w górach komarów nie było, a teraz też ich mniej niż podczas upałów. mamy oddać złotóweczkę, czy możemy zbierać na przyszły rok?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s