Piechotą w Piechowicach

DSCN7877Trudno budować atmosferę tajemniczości wokół ładowarki do aparatu, ale przyznać musicie, że udawało mi się to znakomicie przez dwa wpisy. Jak wiadomo i pisze o tym nawet Polityka, zdjęcia z wakacji są ważniejsze niż same wakacje. W takiej sytuacji wyjazd bez aparatu/bez karty pamięci/ z aparatem niesprawnym jawi się jako najprawdziwszy wakacyjny horror. My mieliśmy ze sobą 5 baterii, z czego 3 oryginalne a dwie pozostałe też w miarę nowe, ale w chwili skonstatowania, że ładowarki z nami nie ma, stosowaliśmy już czwartą z tych pięciu.

Skoro tak z grubej rury wyznałam, co nas spotkało i całe napięcie zniknęło, to dodam jeszcze, że nie pojechała z nami także ładowarka do Nokii (w sobotę rano okaże się, że obie zostały na kuchennym blacie, ale przez resztę wyjazdu spróbujcie wraz z nami się o nie martwić). A żeby było ciut lepiej to wiedzcie, że pokoik na poddaszu był cudowny, rolety chroniły przed ciepłem, wokół rosło wiele drzew i co najlepsze, płynął szumiąc przyjemnie strumień! Otwieraliśmy sobie na noc te okna dachowe i słuchaliśmy szemrania a żadne robactwo nam nie dokuczało! Zanim się skumaliśmy, że to strumień jest tym, co szemrze, to najpierw myśleliśmy, że deszcz pada, a potem jeszcze, że jakieś maszyny pracują. Identyczne szemranie w wykonaniu maszyn nie byłoby miłe wcale.

DSCN7682A wracając do baterii, to macie wyobrażenie o naszej sytuacji? Jesteście na zatyłczu, które bynajmniej odludziem nie jest bez jednego porządnego sklepu i wkrótce wasz aparat straci funkcjonalność a przed wami cały urlop! Zagooglaliśmy, że jest jakaś naprawa laptopów/komórek w miasteczku i z samego rana w środę tam podreptaliśmy. Pod adresem z internetu był sklep z pamiątkami i naprawy już tam od 10 lat nie ma, ale pani nas skierowała do sklepu z elektroniką. W sklepie z elektroniką kupiliśmy słabą żarówkę do lampki nocnej, ale ładowarki nie nabyliśmy. Mieli uniwersalną za 24 złote, a to nas nie przekonało. Baliśmy się, że uniwersalna ładowarka z rozwieranymi pinami uszkodzi nasze wcale niezłe baterie*. Postanowiliśmy pojechać do Jeleniej Góry.

DSCN7746Kupiliśmy sobie pierwsze oscypki i poszliśmy do informacji turystycznej. Pan w IT dał nam rozkład jazdy, z którego wynikało, że akurat zdążymy na pociąg. Akurat zdążyliśmy. Przy okazji odkryliśmy, że na dworcu w Szklarskiej Porębie nie ma kasy i że biletu do domu tam nie kupimy. Kiedy więc dojechaliśmy do JG, wiedzieliśmy, ze bilety powrotne musimy tam nabyć i zrobiliśmy to bezzwłocznie. Właściwie tej niewziętej ładowarce zawdzięczamy fakt, że w ogóle mieliśmy miejsce w pociągu. Znów nie było kuszetek, tym razem pani nam łachę zrobiła sprzedając 3 bilety w przedziale dla matki z dzieckiem a my do ostatniej chwili i nawet płacąc nie wiedzieliśmy, czy zrobi tą łachę czy nie.

Byliśmy pełni optymizmu, bo to taka jakby przygoda. Niczym quest w Baldurze czy innym erpegu. Poza tym miało pójść szybko a nagrodą (dla Męża) miał być zamek Chojnik. Poszukiwania rozpoczęliśmy od komisu, w którym akurat biedny chłopak próbował odzyskać swój laptop, którego nie spłacił na czas. Pani w komisie skierowała nas do sklepu z telefonami komórkowymi prawie naprzeciwko. W sklepie z telefonami kupiliśmy ładowarkę do Nokii za 16 złotych. Ładowarka do Nokii za 16 złotych wysadziła wieczorem korki na piętrze i przestała działać. O ładowarce do Nikona nie słyszeli, ale skierowali nas ‚naprzeciwko kina Lot’. W ten sposób odnaleźliśmy centrum Jeleniej Góry. Podczas poszukiwań kina zajrzeliśmy jeszcze do jednej naprawy laptopów i oni nam z kolei polecili ‚ABC elektroniki’ na Zamenhofa. Mieliśmy dwa rozpoczęte wątki i trzeci na horyzoncie- DSCN7710tym trzecim było napełnienie brzuszków. Naprzeciwko kina LOT znajdowało się kilku kandydatów na miejsce polecone. Jeden pan był gotów nam sprowadzić oryginalną ładowarkę za 129 na popołudnie dnia następnego, co nas nie urządzało, zaś pan w naprawie aparatów akurat miał pozostawioną przez klienta ładowarkę i mógł nam podładować, ale była to ładowarka typu kabel podłączany do aparatu a nie zewnętrzna i wymagała pozostawienia naszego aparatu,co nas nie urządzało jeszcze bardziej. Intryga się zagęszcza.

A chwilę później spotkała nas największa przykrość tego dnia. Bo oto okazało się że w Jeleniej Górze, mieście owszem bardzo ładnym i niegdyś wojewódzkim, ale umiejscowionym na końcu Polski i ludnym zaledwie tak jak Tczew i Kościerzyna razem wzięte i w dodatku nieposiadającym ładowarki do Nikona, znajduje się Pizza Hut! ‚Cóż w tym przykrego?‚, DSCN7721spytacie. Ano to, że Pizza Hut ze swoimi cenami to nie istnieje poza poniedziałkiem i wtorkiem. W środy i inne dni lokal powinien narzucać na siebie pelerynę-niewidkę żeby nie sprawiać przykrości. A nie zrobił tego. To znaczy nie narzucił peleryny i przykrość sprawił. I chociaż potem jedliśmy znakomite frytki belgijskie (5zł) i absolutnie doskonały kebab z sosem czosnkowym (14zł), to ta niezjedzona pizza kłuła w serce. I w ogóle, jakkolwiek to naprawdę urocze miasto, to nigdy nie wybaczę Jeleniej Górze tego, że ma Pizza Hut, a Sopot nie ma (a kiedyś miał). I gdy chcemy zjeść pizzę w Sopocie,to musimy ją osobiście w korku z Gdańska wieźć. Mało tego, jeleniogórzanie (jeleniogórale?) mogą sobie tą pizzę zamawiać do domu!

DSCN7762Wracając jednak do kebabu, to należy go tu popodkreślać, gdyż pan osobiście robił sos czosnkowy na bazie jogurtu, a nie używał zwykłego sosu z butelki. Żałuję, że tylko podjadałam kebab od Męża, ale skąd mogłam wiedzieć, że będzie dobry? Otóż zwykle zmuszona jestem brać kebab z keczupem, a żadnemu barmanowi zaufać nie mogę, bo te ich sosy z butelek to są majonezowe w sposób utajony i nie strawię**. Wyobraźcie sobie, że ostatnio kupiliśmy cheeseburgera w restauracji i miał być bez majonezu, a okazał się wiadomo jaki. Można byłoby się też pozachwycać wnętrzem kebabiarni, ale wnętrze było malutkie i jedliśmy oczywiście na dworze. A jeśli chodzi o frytki,to Mąż obiecał zabrać mnie na takie belgijskie w Gdańsku. Mąż wie, gdzie takie podają.

Chodziliśmy od sklepu do sklepu i byliśmy w każdym komisie. Byliśmy także i u fotografa, który polecił nam ‚Fotojokera w pasażu Tesco’ jako jedyne prawdopodobnie miejsce. Pasaż Tesco był daleko i pojechanie tam wyczerpałoby cały pozostały czas tego dnia, ale nasz prymitywny telefon typu Nokia dał radę wygooglać telefon do Fotojokera i okazało się, że oczywiście nie mają tam tego, czego szukamy.

DSCN7745Jelenią Górę zwiedziliśmy w sumie mimochodem i przypadkiem. Mąż uważa, że aby zwiedzić miasto należy zajrzeć do głównego kościoła, na główną uliczkę/rynek i zjeść coś charakterystycznego. Mąż się nie zna, tak to można zwiedzić kaszubską wieś. Nie zajrzeliśmy do kościoła, ale za to przejechaliśmy się autobusem. Panie w informacji turystycznej udzieliły nam mnóstwa informacji o darmowych toaletach, o ulicy Zamenhofa, o sposobach dojechania na Chojnik i o wodospadzie, który był poza naszym zasięgiem czasowym. Ponadto na rynku w JG miejskie wodociągi postawiły bramę zraszającą. Nie jestem zbyt światowa, ale nie spotkałam się z czymś takim wcześniej. Brama zraszająca była szałowa. Tylko Ursusowi zraszanie nie sprawiło radości,ale on się dopiero uczy życia.

DSCN7791Ulica Zamenhofa była dosyć daleko i Mąż, który lubi lasy, a nie lubi miast, trochę się już irytował, bo przecież chciał jeszcze iść na Chojnik. Szczęśliwie w ABC elektroniki mieli podrabianą ładowarkę dedykowaną naszemu modelowi baterii! Jest to dość niebywałe, bo nie mieli takiej nawet w sklepie Nikona w Gdańsku! Kupiliśmy i cali szczęśliwi udaliśmy się na autobus. W Sobieszowie (to miejsce z którego startuje się na Chojnik) byliśmy o 16:50, czyli późno. Mieliśmy wprawdzie Tulę i Ursus jej używał do przemieszczania się, ale jechał z nami także strasznie obładowany wózek typu parasolka. Na załadunek wózka składały się między innymi 3 butelki wody, kilogram moreli i bardzo ciężka książka Męża***. Wydawało się, że jest tam cały dobytek świata. Tachanie wózka z całym dobytkiem świata po schodach nie należy do przyjemności, a godzina była taka niefortunna i szans na dotarcie przed zamknięciem zamku nie było, więc zrezygnowaliśmy. Nasza Nokia znów nam podpowiedziała, że za kwadrans mamy Pekaesa, więc co sił w nóżkach zbiegliśmy w dół na ten pekaes i byliśmy 3 minuty przed czasem.

DSCN78292 minuty przed czasem nadjechał autobus i… zatrzymał się po przeciwnej stronie ulicy niż znajdowała się buda przystankowa, rozkład jazdy i my. Mieliśmy jeszcze nadzieję, że gdzieś za rogiem zawraca i o czasie przyjedzie na „przystanek właściwy”, ale tak się nie stało. Mentalne łezki lały się po prawdziwych policzkach. Postanowiliśmy, że zamiast czekać bezczynnie na następny, pójdziemy z buta. Tym sposobem po półgodzinnym marszu dotarliśmy do Piechowic. Stamtąd uciekł nam kolejny autobus (18:40). Nie uciekł, tylko przejechał ignorując nasze machanie. Zadzwoniliśmy naskarżyć i pocieszono nas, że on prostu tam nie stawał, bo tak naprawdę to nie był autobus tylko tramwaj, a przecież widzieliśmy, że był autobusem. Kupiliśmy w żabce soki pomarańczowe na pocieszenie i kabanosy na kolację. Kabanosy okazały się być droższe niż głosiła etykieta nad nimi na półce i oddano nam różnicę, co nas bardzo ucieszyło,bo 2,50 piechotą nie chodzi, nawet w Piechowicach (ale żart językowy!). O porze, o której miał jechać kolejny autobus, staliśmy niemal na środku drogi i machaliśmy by nas nie przeoczył.

DSCN7858Do bilansu dnia należy dodać, że Ursus zgubił bucik i nie mógł już potem dreptać w bucikach (musiał boso). Nokia się prawie wyczerpała, a naładować jej nie było czym bo nowa ładowarka do Nokii wywaliła korki, więc i nowo zakupiona żarówka do lampki nocnej się nie przydała. W obliczu tego wszystkiego nie będzie wielkim zdziwieniem, że następny dzień zaczniemy od urwania węża w prysznicu…

*Bo mamy w domu ładowarkę chińską i oryginalną i baterie ładowane tą chińską statystycznie mają się gorzej

**Wcale nie bardzo utajony, bo na butelce pisze, że jaja, że ocet, że olej i każden jeden wie, że to już majonez, ale widać za barem można nie czytać składników i lać ludziom wodę, tfu majonez.

***Mąż zawsze bierze ze sobą książkę, co jest dobrym zwyczajem ale nigdy nie kieruje się praktycznością a jedynie harmonogramem czytania,co jest zwyczajem złym, bo akurat obecnie czyta Złotą gałąź, która ma ponad pińćset stron i duży format.

DSCN7749

DSCN7784

DSCN7667

DSCN7842

DSCN7848

Reklamy

2 Responses to Piechotą w Piechowicach

  1. BiKi says:

    Oj Cytrynno, brama zraszająca stała rzut beretem od twego domu, na Targu Węglowym, koło srebrnego drzewa :))) Pozdrowienia dla całej rodzinki. BiKi

    • cytrynna says:

      Bardzo dziękuję za informację. Nie wiedziałam o bramie zraszającej,gdyż jeśli przychodzi nam się rozrywać w Gdańsku wybieramy lokalizacje odleglejsze niż rzut beretem. Również pozdrawiam!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s