Jak się rozkraczy, to nie pojedzie

DSCN7865Dwa lata temu zabraliśmy syna na wyścigi samochodów. Nie jakieś zwykłe wyścigi, ale takie nietypowe, bo były to wyścigi samochodów ledwo jeżdżących i nazywały się ‚Ostatni dech’. A były za darmo co dla nas stanowiło czynnik decydujący. Poszliśmy tam bez przekonania, niepewni czy wyścigi będą równie fajne jak zbieranie grzybów, które wówczas uskutecznialiśmy każdego weekendu. Jeśli chcieć być dokładnym, to zabraliśmy wówczas dwóch synów, ale jednego nieświadomie. Jako że byliśmy tacy niepewni, czy to aby fajne i w dodatku była to niedziela, to na wyścigi trafiliśmy dopiero po Mszy, a nawet o 14:00, czyli załapaliśmy się na ostatni. Ale to wystarczyło. że użyję tu górnolotnego określenia „złapaliśmy bakcyla” i pomyśleliśmy sobie, że „zrobimy mu to”, czyli będziemy zabierali owego syna na takie wyścigi żeby kiedyś je lubił sam nie wiedząc dlaczego. Syn też bakcyla złapał i chociaż wówczas dopiero mówić zaczynał, to gdy już się z tym mówieniem  rozkręcił, to zawsze w okolicy wspominał, że DSCN8705tu właśnie na takim wyścigu był.

Pech chciał, że przez dwa kolejne lata informacje o takich wyścigach trafiały do nas zawsze po imprezie. Aż do obecnie trwającego września. Tym razem świadomi, że we wrześniu taki wyścig się odbywa, poszukaliśmy informacji na czas. Ponadto już lubimy co trzeba na fejsiku i o następnych dowiemy się pierwsi, a w każdym razie nie ostatni. Po cichu zdradzę Wam, że następne już w październiku i czeka nas trudna decyzja czy wybrać urodziny u mamy, głosowanie w wyborach na kolegę czy może wyścigi.

DSCN7768Jedyne, co nam tej niedzieli nie wyszło, to średnia pogoda. Jako, że czas nie sprzyja obecnie naszym rekreacjom i ważny telefon sprawił, że w sobotę Mąż trochę pracował (a trochę nie, bo miałam akurat urodziny), na wieś udaliśmy się w niedzielę. Mszę zaplanowaliśmy na wieczór i była to dobra decyzja. Pierwszy wyścig ruszał o 12, do celu mieliśmy daleko, a udało nam się dotrzeć na miejsce już przed 13-tą, czyli nieźle jak na nas. Nie wiem, co działo się o 12, ale o 13 też było całkiem spektakularnie. I o 14 także. I o 15 również. Nie wiemy tylko, jak się zabawa skończyła, bo podczas ostatniego wyścigu poszliśmy sobie, co by zdążyć z ciepłym obiadkiem i Mszą.

DSCN7832Początkowo było zimno, ale Mąż oddał swój t-shirt starszakowi i występował topless (w polarku), zaś po pierwszym wyścigu doubraliśmy się hojnie i już zimno nie było. Jedliśmy jabłuszka, a gdy dzieci nie patrzyły to i chipsy i było nam fajnie. Piwo dookoła się lało strumieniami i innym też było fajnie.

Na torze wyścigowym najciekawsze rzeczy działy się za górką i nie widzieliśmy, ale w polu widzenia też było nieźle. Synowi, który lubi swoją lalę, spodobało się auto wiozące lalę na dachu. Niestety, ono szybko stanęło z niemocy. Innym autom przytrafiały się głównie odpadające opony, ale były i spektakularniejsze rzeczy jak na przykład dachowania (niegroźne dzięki wzmocnionej konstrukcji złomów). Było i fajnie, gdy ktoś próbując kogoś zepchnąć, sam utknął na poboczu. Zdarzyło się i tak, że jeden samochód wjechał pod drugi. Wyjątkowo sympatyczne było iż gdy tylko jakieś auto opuściło tor, tłum pomocnych chłopców biegł i przywracał je na miejsce. Byli też i strażacy i terenówka do holowania, ale zwykle kilkunastu chłopców wystarczało.

DSCN7991W międzyczasie zjedliśmy fryteczki, bo najlepsze są takie fryteczki z baru, a tam bar był. Nie były tanie, ale czasami jemy nawet jak nie jest tanio, gdy wpływa to korzystnie na klimat. Oczywiście uwielbiamy też frytki z maczka i frytki z Ikejki. Nie wiem czy w ogóle istnieją niedobre frytki, ale takie barowe to zupełnie najlepsze. Bo frytki to tak naprawdę jednorazowe łyżeczki do keczupu i grunt by keczup lał się obficie. Dlatego pamiętamy by wziąć z domu porządny keczup, bo bardzo często keczup nie jest dobry, lub jest go mało lub, co gorsza, jest płatny. Jeśli akurat nie pamiętamy o zabraniu keczupu, to go kupujemy. Dowodem na to, że nie zawsze pamiętamy o zabraniu keczupu jest fakt, iż w naszej lodówce obecnie chłodzą się 3 butelki czerwonej polewki.

A po fryteczkach zagadnęła mnie pani, której DSCN7989tego dnia piwa nie brakowało i opowiedziała, że ma dwójkę dzieciaczków, rok po roku i że męża poznała przez telefon, a to tak jakby przez internet i czy zwróciłam uwagę na tego męża, co jeszcze chwilę temu tu siedział taki i owaki. No nie zwróciłam. Potem zwróciłam i rzeczywiście- taki typowy cudzy mąż podczas niedzielnego wyjścia. Mąż twierdzi, że łatwiej pożądać cudze żony niż cudzych mężów i że to dobrze. Ja tam nie wiem czy aby dobrze, ale to Mąż się zna na pożądaniu.

DSCN7836A jeśli chodzi o same wyścigi, to było za dużo przerw i przestojów. Moim zdaniem powinni mieć w odwodzie zapasowe auta a nie przywracać na chód te, które się psuły. Może gdybyśmy łoili piwo, albo gdyby nie było zimno, to współczynnik tolerancji miałabym większy, ale mnóstwo czekania i nawet nie było gdzie posadzić pupy, bo wszyscy stali przy tasiemkach grodzących i kto sobie na ławce usiadł, ten nic nie widział. A i same ławki nie miały oparcia. Więc z bólem serca, ale oceniam na 3/5, bo jednak komfort widza  na niskim poziomie. I wiecie co? Następnym razem pójdę tam z własnym składanym  krzesełkiem (a może i termosem z herbatką) i ocenię wyżej.

DSCN7933

DSCN7943

DSCN7858

DSCN8049

Reklamy

Like a waterfall

DSCN8139Wpis ten powstaje na specjalne życzenie Męża, który spędza tę noc w pracy (mam nadzieję, że nie całą) po to, aby nasza rodzina mogła mieć weekend. W poniedziałek Mąż oddaje doktorat i jednym z elementów doktoratu jest spędzenie nocy (mam nadzieję, że nie całej) w pracy. na wstępie chciałabym zaznaczyć, że wszyscy tu obecni, czyli ja, śpiący starszy syn i drzemiący syn młodszy oraz szarlotka z gruszkami i paluszki francuskie z dipem czosnkowym kochamy Męża i czekamy bardzo na niego. To znaczy paluszki francuskie, dip i szarlotka czekają, ale raczej nie kochają.

O wyżej wymienionym jedzonku to można zaryzykować stwierdzenie, że więdnie z tęsknoty za Mężem, gdyż całego tego jedzonka ubywa. W zasadzie jedyna siła wspierająca a wręcz powodująca to ubywanie, czyli ja nie ma już siły być taką siłą bo wchłonęła już jedną szóstą szarlotki (małej) i kilka paluszków francuskich z dipem i naprawdę nie da rady więcej gdyż nawet takie żarłoki jak ja nie potrafią się tuczyć na noc. skądinąd DSCN8128należy tu podkreślić, że tego lata ubyło mi kilogramów i centymetrów i wyglądam lepiej niż gorzej, a jak już pójdę na ten basen co to pójście na niego jest mi obiecywane od czasów przed porodem, to będę wyglądać jeszcze lepiej.

A wracając do kwestii doktoratu, to ten Mąż, jakkolwiek jest bardzo mądry, to bez swojej żony (czyli beze mnie) by tego doktoratu tak ładnie nie ogarnął. Nieoficjalnie należy mi się tytuł doktorki/pani doktór gdyż bardzo profesjonalnie pomagałam Mężowi w przemieszczaniu się, drukowaniu, podmienianiu stron czarno-białych na kolorowe, pilnowałam jego pen-drajwu oraz plecaka z laptopem. Raz tylko doprowadziłam do szkody gdy zamknęłam przeglądarkę i przepadły Mężowi wszystkie karty, DSCN8387które miał otwarte, bo nie wiedziałam, że jak kart nie ma to też są otwarte.  A było tych kart bardzo bardzo dużo. Ale Mąż doprowadził do wielu innych szkód jak na przykład pozostawienie teczki i płyty cd w punkcie ksero (odległym). Do jednej szkody doprowadził Ursus wrzucając mi do torebki pół śliwki. W sumie to tytuł doktorki mi się nie należy, co najwyżej pomocy technicznej. Grzecznościowy jakiś taki tytuł, na przykład hrabina albo lejdi. Wprawdzie Lejdi to imię typowe dla psa, ale niezależnie od skojarzeń, lejdi brzmi lepiej niż hrabina. no i lepiej być lejdi w pełni słusznie niż doktorką pół-słusznie.

Wydruki kosztowały nas około miliona pieniążków, a jeszcze w poniedziałek zapłacimy za profesjonalną  oprawę sześciu egzemplarzy. Szczerze mówiąc, gdyby człowiek wiedział, ile taki doktorat będzie kosztował, to by chyba nie robił doktoratu.

Porzućmy jednak kwestie mojej przydatności i zaradności oraz cen i skupmy się na tym, co ważne. Ważne są oczywiście liczby, bo liczby to fakty, a faktom się nie DSCN8264przeczy. Polecam zwłaszcza uwadze Męża „Film o nieprzeczeniu faktom”. Liczby mówią, ze od ślubu minęło 2048 dni ( i nocy). 5 nocy spędziłam w szpitalu z okazji dwóch porodów. 5 nocy spędził Mąż w Hiszpanii gdy zwiedzał Europę z szefem, oraz jedną w Zielonej Górze, z tych samych powodów. 2 noce spędził Mąż samotnie w Zakopanem gdy ja rejestrowałam auto, zaś 4 równie samotnie w Warszawie, gdy pojechał tam beze mnie. Jak sięga pamięć, pozostałe noce spędziliśmy razem u swych boków, co daje 2031 nocy. Jeśli chodzi o matematykę, to 2031 dzieli się tylko przez 3. (2031=3*677). 677 jest liczbą pierwszą. I chociaż 2031 dzieli się przez 3, to „my się nie dzieli przez 3”. A jeśli chodzi o te wspólne noce, to każdą wspólnie spędzoną noc poprzedza ułożenie pościeli i zwykle robi to Mąż, a dziś muszę ja. Smuteczek.

A żeby wpis nie kończył się smuteczkiem, to chciałam dodać, że wkrótce powstanie wpis o wyścigach samochodów na których byliśmy. To znaczy byliśmy na wyścigach, nie na samochodach. I ów wpis,gdy powstanie, to będzie bardziej do czytelników. Bo ten sami widzicie, taki do Męża jest.

A żeby było jeszcze radośniej, to jutro w naszym domu nie dzwoni budzik. Istnieje cień szansy i promyk nadziei, że naturalne budziki dadzą pospać chociaż do 8:30…

DSCN8128

DSCN8302

DSCN8393

Inter pedes puellarum

DSCN7961Po przeżyciach dnia poprzedniego każden jeden zostałby w łóżku i cieszył się, że ono takie wygodne (bo zaiste było!), ale nie my. My tak dużo zapłaciliśmy, że pozostanie w najwygodniejszym łóżku byłoby zbrodnią. Ponadto my mieliśmy już baterie i mogliśmy pójść sfotografować to, po co przyjechaliśmy. A przyjechaliśmy do Chłopięcego Raju. Pewnie każdy z Was inaczej sobie wyobraża miejsce o takiej nazwie. Pewnie dla niektórych będzie to pokój z grami komputerowymi, inni widzieliby zimne browarki lub gorące laski. Prawdopodobnie znajdą się i tacy, którzy docenią święty spokój. Ja osobiście wybrałabym wygodny leżak, dobrze dobrane lektury i catering z gorącymi herbatkami przy zachowaniu komfortu cieplnego oczywiście. Wiecie jednak, że mój Mąż nie jest ekhem… typowy pod żadnym względem. Dla niego Chłopięcy Raj wcale nie jest między nogami dziewcząt. On woli… on woli skakać po kamieniach w górskim strumieniu.DSCN7972

O 11:30, po zjedzonym na dworze śniadaniu obficie popitym herbatką wyruszyliśmy. Wiedzieliśmy, że tym razem wózek musi zostać. Dzień wcześniej niesiony Ursus rwał włosy z głowy matki i wpychał jej palce do nosa, ale jeśli mieliśmy pójść w jakieś góry, to trzeba było przymknąć oko na te palce w oku. Mąż postanowił, że zamiast plecaka, pod którym pocą się plecy, poniesie torbę na ramię, ale tuż po wyjściu zmienił zdanie. Różowy plecak zresztą pasował mu wyśmienicie do czapeczki. Zdecydowaliśmy, że najpierw zobaczymy Wodospad Kamieńczyka, bo w razie zmęczenia, do Szklarki można podjechać autobusem i nawet wrócić. Poza tym na mapie napisali, że do Szklarki prowadzi ścieżka dla niepełnosprawnych (czyli dla naszego wózka też).

Prawie nie było bagażu w plecaczku, gdyż pogoda była pewna jak rzadko. Ale zdarzył się i taki moment gdy w górach zagrzmiało i kropnęło (mniej niż pokropiło). Także z tą pewną pogodą to tylko taki zabieg stylistyczny. Tego jednego dnia była przez chwilę niepewna.

DSCN8081W drodze do wodospadu Mąż wszedł na 15 minut do rzeki Kamiennej i brodził, po czym stwierdził, że to był ten kwadrans, dla którego tu przyjechaliśmy. Kilkadzieści metrów dalej okazało się, że za mostem znajdowało się legalne miejsce do skakania po kamieniach, ale my o nim nie wiedzieliśmy i dzięki tej niewiedzy miał Mąż wszystkie głazy dla siebie.

Szliśmy dalej, a szło nam się dobrze. Mąż wprawdzie coś bąkał o bryczce, bo kiedyś jako dziecko powieziono go bryczką, a Mąż lubi wracać do wspomnień z dzieciństwa, ale gdy zaproponowano nam dołączenie do rodziny jadącej bryczką za J-E-D-Y-N-E 3 dyszki, bez wahania odmówiliśmy. Mąż szedł podekscytowany a ja szłam sceptyczna. Przy wodospadzie był dziadzio z bernardynem, który robił zdjęcia i pobierał adres do kajeciku by te zdjęcia wysłać, ale nie gustujemy w takich rzeczach. Ursus podszedł do psa po prostu, ale dziadzio tak usiadł na linii Ursus-aparat, żebym nie mogła ani jednego zdjęcia zrobić skoro nie płacimy. Było to niesprawiedliwe, bo Mąż wrzucił mu potem zeta do puszki ZA NIC!

DSCN8112Raz osa ugryzła mnie w palec obrączkowy i to tuż po tym jak wyśmiałam dziewczynkę płaczącą na widok osy. Ale dalej uważam, że miałam prawo, bo ja na to ugryzienie nie zapłakałam ani razu nawet gdy spuchło. Mimo ugryzienia było nam tak dobrze, że schodząc z wodospadu weszliśmy na czarny szlak wokół Szklarskiej Poręby i szliśmy nim, a on szedł przez las i było naprawdę fajnie. Odpoczywaliśmy więcej niż było to potrzebne, gdyż poza przerwami na skakanie po kamieniach były też przerwy na odpoczywanie odcisku, który Mąż niósł na palcu.

O 16:00 dotarliśmy do miasta, bo akurat wówczas szlak biegł miastem. Kupiliśmy sobie rogaliki i szliśmy dalej. Mieliśmy energię i mapę, więc liczyliśmy, że dojdziemy do Szklarki z buta. A buty mieliśmy akurat niezbyt profesjonalne, ale to nam nie przeszkadzało. Nawet upał nam nie przeszkadzał.

Raz po drodze spotkaliśmy reklamę restauracji z goframi w cenie 6 złotych za 2 sztuki (albo z bitą za 7!). Wydało nam się to tanie i zamierzaliśmy pójść, ale to była restauracja hotelowa i akurat wydawała obiadokolacje i musielibyśmy czekać dłużej niż były dla DSCN8149nas te gofry warte, więc obeszliśmy się smakiem i powędrowaliśmy dalej. To było smutne.

Wkrótce znów wkroczyliśmy do lasu, a obok nas zaczęła płynąć rzeka. Odpoczynki znów stały się częste, gdyż Mąż się pluskał. O 18:08 wkroczyliśmy do Karkonoskiego Parku Narodowego, ale nie przez bramkę z biletami jak to zwykle bywa. Weszliśmy tam przez zieloną granicę i jedynie tabliczką nas poinformowano że w oddali będzie budka i wówczas uiścimy opłatę (jeśli zechcemy*).

Tuż przed 19:00 dotarliśmy nad wodospad. Mąż miał już zbyt wyziębione nogi by zapozować do fotki na tle, ale Zbyszek widoczny na zdjęciu dał się sfocić nie tylko swojej kobicie. Zwróćcie uwagę jak prorodzinny jest ten wodospad. Z lewa płynie grubą strugą mama i na środku dołącza do niej tata. Odtąd płyną razem a później łączą się z prawą strugą- dzieckiem (dziećmi) i odtąd spływają razem jako rodzina.

DSCN8355Jako że byliśmy głodni a w plecaczku nie znajdował się żaden pokarm, a za posiłek w schronisku (drogo i słabo) płacić nie chcieliśmy, to poszliśmy dalej nie zatrzymując się dłużej. Okazało się, że ścieżka dla niepełnosprawnych to tylko krotki odcinek między szosą a wodospadem (na mapie nie było to sprecyzowane) i gdybyśmy pojawili się tam z wózkiem licząc że sobie pojedziemy, to mogłoby nam być co najmniej przykro, a na pewno też ciężko.

Idąc mieliśmy nadzieję, ze budka z biletami do KPN będzie już nieczynna, ale zawiedliśmy się. Oczywiście można było budkę minąć nie płacąc chyba, że jest się nami. Wówczas nie można było minąć budki nie płacąc. Nadmierna uczciwość kosztowała nas tym razem tylko 6 złotych, bo pan z budki widząc frajerów postanowił sprzedać im bilety ulgowe (może nie rozpoznał w nas frajerów, a jedynie z racji później godziny przyznał ulgę). Tak naprawdę to minęliśmy tą budkę, ale cofnęliśmy się, bo takie z nas uczciwe/poczciwe frajery.

Jako, że wciąż miałam siłę na noszenie, a 8 złotych na autobus piechotą nie chodzi, to w stronę DSCN8414miasta udaliśmy się pieszo. Szliśmy malowniczym szlakiem wzdłuż szosy oddzieleni od niej rzeką. O dziwo, poza burczeniem w brzuszku, było nam wciąż dobrze. Droga zajęła godzinę. Stresowaliśmy się, czy zdążymy jeszcze kupić oscypki na śniadanie, ale stres był zbędny. Gdy już dotarliśmy do miasta, Mąż postanowił się zrehabilitować za tak głupio wydane 6 złotych i zapowiedział, że pójdziemy na porządny obiad. Mieliśmy info z internetu, że Restauracja Kaprys serwuje porządne obiady (potwierdziły to niezależnie dwa blogi). Szkopuł w tym, że Restauracja Kaprys nie była na naszą kieszeń. Mąż nalegał, że niby mi się należy. Fakt, należało mi się. Wszak to dzięki mnie i mojej ofiarności spędził cały dzień w górach i wskoczył do tylu strumieni, do ilu zechciał. Ale żałuję. DSCN8442Ładne wspomnienie i w ogóle, ale zapłaciliśmy 28  złotych za spaghetti, to bardzo drogo. Nie żeby było niedobre, bo było pyszne, ale nie wydaje się 28 na jeden posiłek tak jak i nie płaci się 60 za jeden nocleg. Mało tego, kupiliśmy w tym samym lokalu pizzę „dużą” za 22. Miała 30 cm średnicy i była smaczna (chociaż brzegi się osmaliły trochę niefachowo). Szczęśliwie rachunek zsumował się do okrągłej kwoty i nie musieliśmy się zastanawiać, czy dawać jakiś napiwek, czy nie. Bo gdy kelner zobaczył koszulkę Męża, to pewnie pomyślał, że nie damy. Gdy zobaczył, że fotografujemy jedzenie, nabrał pewności. Zgłoszenie chęci zapłacenia kartą było już tylko formalnością:)

A później pani kelnerka porwała Ursus na chwilę i obdarowała go lizakiem. O 22 dotarliśmy do domu. Nie czuliśmy nóg, ale za to każdy czuł nogi współmałżonka. Korki znów działały a w prysznicu mieliśmy nowy wąż. Tym niemniej Mąż odmówił umycia swoich kończyn gdyż, jak tłumaczył, spędził cały dzień w strumieniu.

*Ludziom postronnym wydaje się absurdalne płacić za coś za co nie trzeba, ale zważcie, że cale mnóstwo oprogramowania  udostępniane jest za darmo i tylko autor informatyk po cichutku prosi żeby go wesprzeć jeśli program się podoba. I inni informatycy wspierają. Nie wiem czy ktoś jeszcze też wspiera.

DSCN7987

DSCN8005

DSCN8073

DSCN8135

DSCN8409

DSCN8423