Wyspy owcze

DSCN0466Wiecie, ten blog jest taki podróżniczo-kulinarny. Nie zamieszczam tu przepisów, bo przepisy to są wszędzie, ale napiszę, że w Maczku dobre frytki, albo że w Pizza Hucie pogorszyła się promocja, ewentualnie, że święto barszczu i że można naśladować. Akurat dzięki jednemu czytelnikowi mam intratną i prywatną promocję do Maczka (jeszcze przez miesiąc ją mam), ale jednocześnie umiem sobie w domu machnąć takiego hamburgera, że prawie jak w Maczku, a taniej. No i w domu to macham drobiowego. Myślę, że kulinarny aspekt bloga jest taki w sam raz żeby nie zniechęcić nikogo, kto sobie nie ugotuje sam jak niektóre czytelniczki (piję tu oczywiście do Panny Swawolnej, do której mam wielki żal, że tak się chwali wszystkim, a umiejętnościami Róży zwłaszcza). No i jest blog jednocześnie podróżniczy, bo nas więcej w domu nie ma niż jesteśmy i o tym piszę jeśli akurat w domu jestem i nie śpię (dlatego rzadko piszę). Jest to też blog grzybiarski, bo uwielbiamy grzyby, ale ostatnie porządne grzybobranie to mieliśmy 3 lata temu. 2 lata temu nasz wówczas dwulatek dawał odrobinę rano pospać i korzystaliśmy z tego, a na grzyby szliśmy po ósmej rano, gdy już wszystkie były zebrane przez kogoś innego. Rok temu coś tam sobie ususzyliśmy, ale też bez tej spiny że musimy. Sloł liwing i nic nie trzeba. Tylko wszystkich niezebranych rydzów szkoda. Bo rydz to taki najlepszy grzyb. A tacka rydzów kosztuje 25 złotych. A sprzedają tacki z rydzami, tylko drogo.

12072664_426360540888515_3365882727143972397_nKiedy więc Mąż zobaczył na fejsbuku, w kaszubskiej grupie zdjęciowej to oto zdjęcie i w dodatku opisane skąd się wzięło, wpadł na pomysł. Nie przedstawił mi pomysłu od razu, bo byłabym sceptyczna. Przedstawił go w słoneczną sobotę w taki sposób, że padła na podatny grunt. Bo zdjęcie pochodziło z wyspy Ostrów Wielki, a ta wyspa jest niedaleko przystani, z której czasem wypożyczamy rower wodny. No i pomyśleliśmy, że wypożyczymy i popłyniemy i że na pewno nikogo tam przed nami nie było i że zbierzemy pełno rydzów i wyjdzie taniej niż kupić sobie tackę. Może nie bywacie w lesie tak często jak my i nie widzicie absurdu w myśleniu, że w sobotnie popołudnie miało kogoś przed nami nie być, ale my tak właśnie myśleliśmy. Plan był taki, że przez godzinę płyniemy, godzinę zbieramy (od razu trafiwszy na odpowiednie pola rydzowe) i trzecią godzinę wracamy. Zamiast porządnego roweru wodnego w kształcie auta, który kosztowałby dyszkę za godzinę, wzięliśmy rowerek dwuosobowy. A płynął z nami Ursus, co generowało odrobinę dyskomfortu z racji trzymania go w bezruchu. Ale za to ten rowerek kosztował 8 za godzinkę, a my jesteśmy oszczędni. Pomijając jednak aspekt finansowy, mały dwuosobowy rowerek był zwrotniejszy od swojego droższego kolegi. I nogi osoby niepedałującej też miały się gdzie pomieścić. Także skorzystaliśmy po dwakroć.

DSCN0383Wyruszyliśmy tuż po 15 zaopatrzeni w termos z miętą i litr soku. Jedzenia nie braliśmy, bo chwilę wcześniej zjedliśmy kurczę z rożna. No i nie jechaliśmy przecież na długo. Początek podróży, jeszcze na przystani, Ursus zainicjował wrzuceniem bucika do wody i potem był już bez bucików (drugi mu odebrano zachowawczo). Niedługo później zmoczył skarpetki i był także bez skarpetek, ale przypominam, że była to sobota niepasująca do października, w którym wystąpiła. Owa sobota pasowała raczej do czerwca*. Mieliśmy oczywiście mapę, ale jakoś stosowanie mapy na jeziorze wychodzi gorzej niż na lądzie i nie dopłynęliśmy na wyspę od razu. Zajęło nam to 75 minut, a po drodze mieliśmy chwile zwątpienia, ale uznaliśmy zgodnie, że na wyspie szanse udanego rydzobrania będą większe niż na trudno dostępnym lądzie i że na ląd, nawet najtrudniej dostępny, to my sobie możemy pofrunąć naszym zielonym wehikułem. Więc pedałowaliśmy ile sił w nóżkach. A może nie macie takich długich nóżek jak my, ale rowery wodne robione są dla krótkich nóżek i długie nóżki męczą się pedałując bez możliwości wyprostowania. Biedne długie nóżki!

DSCN0389Wylądowaliśmy, wszedłszy boso do wody wciągnęliśmy łódź na brzeg, uwiązaliśmy do gałązki co by nie odpłynęła przypadkiem, bo byłby przypał, po czym porzuciliśmy bluzy, mokre skarpetki oraz mapę i wyruszyliśmy.

Najpierw okazało się, że w lesie ktoś już był i poprzewracał muchomory. Potem okazało się, że innych grzybów oczywiście nie ma. A jeszcze później do naszych uszu dobiegł śmiech dzieci znajdujących się na wyspie, która miała być przecież bezludna. O zaskoczeniu, jakim było odkrycie tam domków to już nawet trudno pisać. Ale za to bardzo miło stąpało się po suchych i trzeszczących porostach. Obraliśmy kierunek przeciwny niż domek i śmiech dzieci i nawet na chwilę rozdzieliliśmy się w zagajniku. To ja pierwsza zobaczyłam stado owiec! Było ich 28 i były tam naprawdę! A potem na tej niby-bezludnej wyspie odnaleźliśmy drogę o dwóch koleinach, którą coś kiedyś musiało jechać lub jeździć. I poszliśmy tą drogą. A zachodzące słońce krzyczało ‚Misiu Cytrynno i reszto! Nie idźcie tą drogą!’. Ale my byliśmy głusi i zaślepieni. Już DSCN0478po chwili  przy owej drodze odnaleźliśmy dwa pierwsze prawdziwki i jedyny tego dnia rydz, co tylko nas utwierdziło w obranym kierunku wędrówki. Nabraliśmy przekonania, że po zdjęciu na fejsbuniu wyspę musiało odwiedzić wielu grzybiarzy. Myliliśmy się bardzo. Wędrowaliśmy drogą i było miło. Gdy odrobinę się schłodziło, zgodnie każdy podzielił się skarpetką z pozbawionym swoich onucek Ursusem. Wiedzieliśmy, że czas wracać do łodzi, gdyż czekały nas jeszcze zakupy w mieście gdyż nie wszystko co potrzebne zabraliśmy tego dnia z domu i starszy syn na nasze zakupy oczekiwał w towarzystwie dziadków.

DSCN0453Wiecie, jestem dobra z mapy, ale tym razem coś poszło nie tak. Skręciliśmy, a potem szliśmy wzdłuż brzegu i ja wypatrywałam łodzi, a jej nie było. Z perspektywy Męża sprawa wyglądała zupełnie inaczej- on ma poczucie przestrzeni, ale tym razem się przeliczył. W efekcie okrążaliśmy wyspę, o czym ja nie wiedziałam, a on wiedział. Ja dywagowałam gdzie jesteśmy w danym momencie, a on wiedział, że nie mam racji. On po prostu myślał, że skoro relatywnie szybko dopłynęliśmy, to porównując odległości na mapie wyspa nie jest taka duża (a była duża, liczyła 8 kilometrów obwodu). A ja myślałam, że jesteśmy gdzie indziej. Obrazek kontrastuje moje myślenie z. rzeczywistością.

ostrow - Copy

DSCN0467O 18:27 zadzwonił chłopak z przystani zapytać jak nam idzie, bo on w sumie tylko do 18 pracuje. Chciał na nas czekać, ale ostatecznie poczekał na nas ktoś inny. Miał chłopak szczęście, że podaliśmy przytomnie numer tego telefonu, który braliśmy ze sobą. Tuż po tym my zadzwoniliśmy do Taty powiedzieć, że chyba jest kłopot, ale sobie poradzimy, jednak możemy nie dać rady zrobić potrzebnych zakupów. I szliśmy dalej. Co jakiś czas drogę przecinał głęboki wąwóz, ale na szczęście jeszcze zanim się ściemniło poznaliśmy pierwszy taki wąwóz i wiedzieliśmy, że one są krótkie- łatwiej obejść dookoła niż zagłębić się i wynurzyć. Bo kolejne 3 pokonaliśmy już w gęstniejącej ciemności. Ciemność otulała nas coraz bardziej niczym kocyk, którego nie mieliśmy. Szczęściem naprawdę nie było zimno, a jedyna osoba która potrzebowała odrobinę ciepła, miała długi rękawek. Dla podrasowania atmosfery Mąż dywagował, komu trzeba będzie oddać ubranka jeśli przyjdzie nam zanocować na wyspie (oczywiście każdy miałby oddać Ursusowi).

DSCN0495Ogólnie pozbyliśmy się kłopotliwej odpowiedzialności za zakupy, ale były jeszcze takie problemy jak zapadająca ciemność, nierówny teren (kostki pracowały jak w fabryczce kroków), konieczność dopłynięcia, puste brzuszki i idący na plecach i śpiący przy tym Ursus, co sprawiało, że nie można było iść szybko, bo mu główka latała. Wiecie, jako matka szyjąca nie kupię gotowego kapturka do Tuli, a jako matka blogerka nie mam kiedy uszyć. I jeśli dziecię zaśnie z przodu, to boli mnie ręka od podtrzymywania, a jeśli z tyłu, to główka lata. Na latającą główkę zaradziliśmy tak, że zdjęliśmy szelki i ja się obróciłam przodem do śpiocha, ale przez to tym bardziej nie mogłam iść szybko.

DSCN0428Kiedy było już prawie zupełnie ciemno, a my byliśmy mniej więcej w zielonym punkcie na poniższej mapie, po drugiej stronie wyspy (w moim mniemaniu, w rzeczywistości po drugiej stronie cypla) zobaczyliśmy ludzi. Mieli światło ogniska. Podeszliśmy do nich by poprosić o kromkę chleba, gdyż burczało już w brzuszkach. Byli to bardzo dobrzy ludzie i zaoferowali nam nie tylko cały bochenek, ale i hamburgera na zimno. My wzięliśmy jedynie kilka kromek chleba, gdyż należymy do skromnych. Ludzie okazali się też mieć telefon z GPSem. Spytaliśmy ich gdzie jest Stanica PTTK we Wdzydzach czyli miejsce, z którego wyruszyliśmy. A oni wskazali nam kierunek, po czym pokazali w tym telefonie, że jesteśmy na wyspie. Byli przekonani, że my nie wiemy, iż jesteśmy na wyspie. Dla Męża było jasne, w którą stronę iść do łodzi, a ja byłam przekonana, że właśnie przeszliśmy na drugą stronę wyspy i zawracamy w miejsce, które już obeszliśmy za dnia i naszej łodzi tam nie znaleźliśmy. Dla bezpieczeństwa nieprzegapienia szliśmy samym brzegiem jeziora, co było trudne, bo ciemno i gałęzie drzew nisko. Jedna z gałęzi zrobiła solidną szramę Ursusowi na skroni, ale przygody wymagają orderów. No i pod włosami nie widać. W sumie nie wiedzieliśmy nawet o tej porysowanej skroni i myśleliśmy, że płacze bez powodu niewdzięcznik jeden kiedy my tu dla niego wszystko.

ostrow2

DSCN0516Omijaliśmy gałęzie, a było to naprawdę niełatwe, bo trzeba było pochylać się bardzo nisko, a dziecko z przodu trochę ważyło i w dodatku popłakiwało na myśl o kolejnej gałęzi wbijającej się w czoło. Ostatecznie podjęto decyzję o wspięciu się na skarpę, gdzie szłoby się lepiej. Mąż poszedł na zwiad, potem ten sam Mąż wciągnął nas, a potem wrócił po koszyk z grzybami, bo jako fachowcy zbieramy te nasze znaleziska do koszyka. Po osiągnięciu skarpy wypadki potoczyły się już błyskawicznie. Usłyszeliśmy wołanie, wołanie nas zaprosiło. A dobiegało z drewnianego domu kilka metrów przed nami. W kręgu światła świecy ukazała się kobieta i nas spytała cośmy za jedni (tylko milej). Sama podała swoje imię (M.) i obwieściła, że jest panią na wyspie. Ona także była przekonana, że musieliśmy się wziąć z kosmosu i na pewno nie wiemy, że jesteśmy na wyspie. Gdy zobaczyła Ursus, z miejsca otuliła go kocem. Postanowiła nas odprowadzić. Po drodze opowiedziała nam o wyspie, o tym, że jeszcze do poprzedniego roku wyspa była zamieszkana i że oto DSCN0519ona jest nam siostrą w trudach rodzicielstwa, bo właśnie spędza pierwszy od lat weekend bez swoich dzieci. Zajrzała do naszych grzybów, chciała nam donieść swoich zbiorów i nawet spytała, czy jadamy rydze (a przecież po nie właśnie przybyliśmy!!!), ale Mąż nie pociągnął tematu, a ja nie chciałam wyskakiwać jak ten filip z konopi, bo na ogół wyskakuję, co się niekorzystnie odbywa na naszych relacjach z kobietami, które lubią subtelność i savoir vivre, więc mało, że psuję relacje z kobietami, to jeszcze obrywam od Męża. Mąż  to umie rozmawiać z kobietami, ale nie przez telefon tylko na twarz, bo teksty to miewa żenujące, ale buzią nadrabia. I dlatego właśnie nasi znajomi to głównie faceci. No ale tych rydzów, co ich nie dostaliśmy, to nie mogę przeboleć, a i Mąż troszkę żałuje.

DSCN0522Ja wsiadłam do rowerka suchą nogą. Mąż i M. nas wypchnęli po czym pedałowaliśmy oboje metodą cała naprzód (na ogół pedałuje Mąż, ja pedałuję czasami w zastępstwie, ale razem to nie bywa). Księżyc jawił się w trzeciej kwadrze i niebo chmurami nie zaszło, ale jednak czarna noc. Dopiero za zakrętem ukazały się światełka z przystani, ale zanim się ukazały to żadna żarówka z żadnego lądu nie przyświeciła. Byliśmy tylko my, nasze kapoczki obok i puste jezioro (drogę do wyspy pokonaliśmy w kapoczkach, ale jakoś z powrotem po ciemku to już bez. Nie groziło nam więc, że nie trafimy, ale szansa utopienia istniała. Czujecie ten dreszczyk?

Dotarliśmy bezpiecznie na ląd, wróciliśmy do domu, Mąż wymoczył nogi celem rozgrzania a ja położyłam się z Ursusem i dreszczami przed dziewiątą i zasnęłam. W nocy bolały główka i nóżki. Zaś następnego dnia odwieźliśmy pożyczony koc na przystań oraz zajrzeliśmy na fejsik. O ile na przystani nic nas nie zaskoczyło, o tyle na fejsiku już tak. Zdjęcie, które nas zachęciło do przybycia na wyspę, zostało tam wrzucone przez samych właścicieli.

*Mówimy oczywiście o sobocie 3 października. Druga sobota października też nie pasowała do października, w którym wystąpiła, ale za to pasowała do grudnia. Ot, taka półroczna amplituda temperatur między dwiema kolejnymi sobotami.

Reklamy

A da na kebab?

DSCN9221Miał być wpis o tym jak popłynęliśmy na wyspę i spotkaliśmy tam i ludzi i zwierzęta, ale zasnęłam jak zwykle. Wiedziałam już, że zasnę jak zwykle i włączyłam budzik w tej komórce co zwykle, ale nie zadzwonił, bo się akurat zawiesiła w tamtej minucie. Czasem się zawiesza. Miałabym nową już dawno temu, bo aż tacy biedni to my nie jesteśmy, ale nie mogę opuścić tej dopóki wszystkie romantyczne eski z pierwszych lat małżeństwa nie zostaną sfotografowane, a jakoś nie ma kiedy. Poza tym ostatnio wyszło na jaw, że nasza rodzina potrzebuje smartfona ze wszystkimi jego cechami i to ja miałabym być tym, kto się poświęci i będzie go miał, więc muszę to przetrawić. Do tego czasu będę zasypiać wieczorami z budzikiem w komórce, która się czasem zawiesza*.

DSCN0676Ale na pocieszenie mam takie info, że oto w dniu dzisiejszym przybyła do nas lodówka. Lodówka ledwo weszła do domu, bo klatka schodowa jest skomplikowana. Groziło nam już odsyłanie lodówki, ale panowie tragarze zdecydowali się okazać dobrą wolę i jednak przepchnęli ją przez trudny odcinek. A przez chwilę było smutno, bo mówili, że nie da się.  Lodówka ma nawet specjalne pudełko co by mięso nie zaśmiardywalo reszty zawartości. I jest duża i ładna. Oprócz lodówki do kuchni zajechał dziś nowy stolik składany z Ikei. Stolik zawdzięczamy Tacie, który zrobił odwierty i przykręcił, a na końcu postawił na stoliku misia Duplo. Tata chyba rozumie misie sprawy.

Zdjęcie jest sztucznie zainscenizowane. Na zdjęciu, które zrobiłam oryginalnie był bałagan, a miś, którego postawił Tata, był bury. Na zdjęciu widać też dziurę po wymianie grzejnika, ale ona nikomu nie przeszkadza. Za lodówką są jeszcze dwie.

DSCN8670

Gdy o północy przyszedł z pracy ślepawy Mąż, a ja się obudziłam, Mąż wypowiedział się o pełnej brudnych naczyń i innego bałaganu kuchni. Powiedział, że jest tam pięknie.

DSCN0010Mąż jest ślepawy, gdyż palą mu się spojówki. Byliśmy w tej sprawie na nocnym dyżurze okulistycznym w niedzielę i już Mąż prawie ślepawy nie jest, ale jednak jeszcze ma status i trzeba mu kropić oczy. Mam też dwójkę innych dzieci i każde jest na coś chore i coś im się kropi, wlewa do gardeł lub inhaluje. Jak o mnie świadczy, że jedno z moich dzieci ma zapalenie płuc, chociaż wcale nie chodzi do przedszkola, bo ma dopiero rok? Dobiegły mnie słuchy, że świadczy to o mnie jako o matce.

Jeśli chodzi o dzieci, to mamy dobrego lekarza do dzieci. Przyjmuje tylko raz w tygodniu, ale taka dzielnica, że lekarzy do dorosłych jest czterech i przyjmują codziennie każdy, a pediatrów jest dwóch i przyjmują na zmianę przez 3 godziny dziennie. W środy i piątki nie przyjmują, bo taka dzielnica. Może jak nowy rząd da pieniążki na dzieci, to urodzi się dużo dzieci i będzie warto zatrudnić pediatrę w pozostałe dwa dni? A może dałby rząd pieniążki na pediatrów żeby można było z chorym dzieckiem pójść do lekarza też w piątek?

DSCN9084A jeśli chodzi o Męża i jego ostry dyżur okulistyczny, to Mąż poszedł z zaklejonym oczkiem i powiedział, że trochę mu ropieje i pani go zakwalifikowała jako niebieskiego, czyli że będzie długo czekał. Czekał tak długo, że w międzyczasie doszły 3 panie, z czego jedna tez niebieska, a dwie zielone, bo one powiedziały, że je boli. a jak były zielone, to weszły przed Mężem. Weszły bez okładów i wyszły z zaklejonymi oczami. Mąż wszedł z zaklejonym oczkiem, pod opatrunkiem miał tyle ropy, że gdybym opisała, to wpis zrobiłby się nieapetyczny, a przecież jest w kategorii ‚kuchnia’, więc nie mogę. No i umyli mu oczko i wyszedł już bez opatrunku.

Niezależnie od tego jaką matką jestem, jestem też fatalnym kierowcą. Wczoraj na parkingu pełnym studenckich aut otarłam się o takie jedno. Zostawiłam mu swój numer telefonu bo jestem mega uczciwa. Ale nie zadzwonił. Po cichu mam nadzieję, że nie zadzwonił, bo najpierw wywalił kartkę zza wycieraczki, a potem dopiero zobaczył otarcie. Zwłaszcza, że kartka była kawałkiem koperty z McDrajwu. Ale nie dałam kartki z telefonem wyglądającej jak śmieć specjalnie. Po prostu nie miałam innej.

Jeśli chodzi o zdjęcie księżyca, to Mąż zrobił. Zarwał noc i zrobił tej nocy kiedy księżyc świecił inaczej niż zwykle.

*Rano nie grozi nam zawieszona komórka, bo budziki są dwa.