Our last summer

dscn4328Moje wpisy zwykle powstają pod osłoną nocy i w ciszy, gdy wszyscy mali chłopcy w domu śpią, ale tym razem, ponieważ nie urodziłam, mogę pisać za dnia, gdyż zupełnie nic nie muszę a najmniejszy z chłopców został zaproszony do babci. Mogę sobie nawet puścić odpowiednią muzykę, a jest nią Abba! Dzień przed wyjazdem na sierpniowy epizod wakacji odbyliśmy rodzinny spacer po jarmarku, podczas którego mały Staszek dostał od jednej pani talerz z namalowanym statkiem tylko dlatego, że talerz spodobał się Staszkowi a Staszek spodobał się pani. Z kolei na stoisku ze starymi kasetami kupiliśmy sobie dwie kasety audio do kasetowego radia w naszym aucie. Jedną z tych kaset były Hity 2 Abby. Kaseta okazała się świetna, ale przekonaliśmy się o tym dopiero po powrocie, gdyż w trasie latem nie ma jak posłuchać muzyki, albowiem przy otwartych oknach jeden sprawny głośnik nie wystarcza. To dlatego kasetę odkryliśmy po powrocie. I szybko poczuliśmy niedosyt. Hitów 1 kupić się nie dało, ale złowiliśmy w internetach Hity 3 i one okazały się jeszcze lepsze. A lato minęło i czas było zamknąć okna, więc mogliśmy doceniać i doceniać. Na skutek tego ciągłego doceniania możemy razem z Abbą śpiewać, że wciąż wspominamy i przywołujemy nasze ostatnie lato.

dscn4419Po tym, jak pierwszego dnia w Kudowie nie udało nam się usatysfakcjonować Męża, powstały dwa albo trzy plany wycieczek. Obfite plany nie do zrealizowania, ale dzięki temu realizując połowę takiego grafiku już robiliśmy dużo. To jak z tą kozą, po pozbyciu się której nagle w domu jest pełno miejsca (albo z choinką…). 13 sierpnia pojechaliśmy do Kłodzka. Była sobota i trwało oblężenie tamtejszej twierdzy. Z tej okazji niektóre elementy zwiedzania miały być darmowe, a my lecimy na wszystko co darmowe. Niestety w parze z darmowym zwiedzaniem szły darmowe parkingi, co z kolei wygenerowało brak miejsc na tychże oraz ogólny tłum który do miasta się zwalił z tej okazji. Z okazji oblężenia oczywiście, nie na darmowe parkingi. Uznaliśmy, że miasto sobie obejrzymy kiedyś indziej, ale tak to jest, że jak się wjedzie do małego miasta, w którym jest pełno ludzi i wielkie korki, to trudno z niego wyjechać. Aż nasuwałoby się nieapetyczne skojarzenie z wdepnięciem w psią kupę i ciągnący się zapach, ale przyjmijmy, że to porównanie nie padło. Po prostu było ciężko wyjechać. Uparcie oszukiwaliśmy GPS, a on nas uparcie prowadził na główniejsze ulice i miał rację, bo te mniej główne były jednokierunkowe i prowadziły pętelkami z powrotem w korek. Straciliśmy mnóstwo czasu. I ciągle nic nie zobaczyliśmy. dscn4440Należy pochwalić Kłodzko za liczniki czasu pozostałego do zmiany świateł. Z takim rozwiązaniem spotkaliśmy się już w Zielonej Górze i uważam, że to fascynujące. Można się tak zagapić na sekundnik, że nie zauważy się zmiany świateł. Ale też wiadomo, czy warto wyciągać z torebki lakier do paznokci.

Następnym naszym przystankiem był pałac w Żelaźnie. Miłe zielone miejsce z placem zabaw i ogrodem, ale chcieli 12 złotych od osoby za zwiedzanie, nie przewidywali ulg i chcieli żeby na zwiedzanie czekać aż zbierze się grupa. Nie chcieliśmy czekać, zwłaszcza, że dla 75% z nas zwiedzanie wnętrza czyjegoś domu to nuda. Kolejnym zaliczonym pałacem był „zamek na skale” w Trzebieszowicach. Tutaj nie pamiętam, czy ze zwiedzania zrezygnowaliśmy sami pod wpływem niekorzystnej oferty finansowej, czy nikt nawet nam takiej możliwości nie zaproponował. Na pewno byliśmy nad rzeką, próbowaliśmy być w restauracji, ale ceny mieli absurdalne i później jeszcze młodsza latorośl się wkurzyła w parku. Jak na razie szału mało. To znaczy Mąż szał miał, bo zmacał sobie kamienne piersi. On w ogóle często maca kamienne posągi. Twierdzi, że przypominają mu żonę, cokolwiek ma na myśli. Chyba proporcje. Chociaż może akurat dzisiaj mam inny stosunek obwodu piersi do obwodu brzucha niż ta laska powyżej. Ale to przejściowe.

dscn4460Następnie pojechaliśmy do Lądka Zdroju, gdzie najpierw zaopatrzyliśmy się w przysmaki w miejscowym markecie, a później przemieściliśmy się na parking, skąd mieliśmy ruszyć pod górkę obejrzeć ruiny zamku Karpień. Kto ma ochotę, niech zobaczy w wikipedii , że to badziew i nie ma co, ale Mąż przeczytał na jakiejś stronie, że warto i że super. Poza tym mieliśmy iść tylko godzinę. A potem czekała na nas jeszcze Jaskinia Niedźwiedzia. Zaparkowaliśmy pod knajpą Sielanka, w której zamierzaliśmy po powrocie zjeść pierogi. I poszliśmy. Koleżanka, która chodzi po górach zawodowo, ofukała nas, że bez mapy idziemy, ale droga była dość prosta, a mieliśmy przecież GPS. Ale na drugim rozwidleniu mimo mapy zawieszonej na słupie, poszliśmy jakoś inaczej i zabłądziliśmy. GPS uparcie gadał, żebyśmy szli na południowy wschód, dscn4498ale kompasu nie mieliśmy i nie wiedzieliśmy, że idziemy w innym kierunku. Poza tym GPS w lesie nie za bardzo łapał. Szliśmy, było ładnie i Mąż był zadowolony, odpoczywaliśmy odpowiednio często, było nieźle. Wprawdzie widoków za bardzo nie uświadczyliśmy, bo to las, ale nazywał się Śnieżnickim Parkiem Krajobrazowym, więc nie ma co się czepiać. Wszak krajobraz nie musi być widokiem. Po dwóch pełnych godzinach przemieszczania się uznaliśmy, że nie wiemy gdzie jesteśmy i lepiej jednak zacząć wracać niż próbować dotrzeć do i tak przecież nieciekawych ruin. Godzinę później byliśmy już przy asfaltówce, ale absurdalnie daleko od samochodu i Sielanki (zrobiliśmy jakby kółko). Dotarcie do restauracji zajęło nam jeszcze godzinę i to już przy zapadającym zmroku. dscn4598Męża bolały ramiona od dźwigania młodszego z synów, ale nie mogliśmy odpoczywać, bo zmrok nas gonił. A w Sielance czekały nas dwie niespodzianki- miła i niemiła. Miłą był dansing w klimacie PRL, a niemiłą nieczynna już kuchnia. Co gorsza, w całym Lądku Zdroju nie znaleźliśmy przyzwoitego lokalu na obiadek. Żadnego domowego obiadku jak miasto duże! Nic to jednak bo w nieodległym Kłodzku czynna była ulubiona restauracja całej rodziny, czyli Maczek.

Następny dzień był niedzielą, więc rozpoczęliśmy go Mszą. Potem poszliśmy spacerem do Kaplicy Czaszek, którą Mąż pamiętał z dzieciństwa. Gdy wracaliśmy, Ursus znów się zbiesił. Chciał biegać po parku w innych niż my kierunkach, a może nawet wpadać do kanałów. I nie smakowała mu woda ze źródła. Nikomu poza Mężem nie smakowała. A i Mężowi tylko przez wspomnienie z dzieciństwa. A później uzupełniliśmy owoce, kabanoski, zrobiliśmy jakieś niby-zakupy z myślą o następnym dniu, w którym sklepy miały być zamknięte i pojechaliśmy do sąsiedniej miejscowości, żeby wyruszyć w góry. dscn4604Chcieliśmy wejść na Szczeliniec, jednak z braku oznaczeń wylądowaliśmy na parkingu przeznaczonym dla idących na Błędne Skały i z racji trudu w znalezieniu miejsca zostaliśmy na tym parkingu*.  Jakoś tak bardzo przypadkowo się dzień toczył, ale w tym dniu Mąż zaplanował tylko tyle, że ma być górsko. Droga była przyjemna, kiełbaski smaczne, same Błędne Skały też fajne tylko znów tuż po skończeniu zwiedzania labiryntów skalnych zawisło nad nami widmo zapadającego zmroku. W dół schodziliśmy godzinę dwanaście, a nagrodą za zejście po zmroku był pusty parking, z którego łatwo było przynajmniej wyjechać. A ponieważ Kudowa to jednak kurort, nie to co Lądek, to i obiad nam skapnął na poziomie. Zjedliśmy w Restauracji Czeskiej, gdzie dscn4704już dzień wcześniej śliniłam się na kaszotto z grzybami. Mąż zjadł placki a dzieci dostały zupy, bo dzieci najbardziej w zupach gustowały. I najlepiej na tym wyszły. Placki Męża były prawie na pewno z paczki (identyczne placki w górach jadł jeszcze wiele razy), kaszotto też było małe i zawierało 5 kawałków grzyba oraz znacznie więcej groszku zielonego, ale zupy były uczciwe. Mąż potem chciał jeszcze doprawić obiad jakimś kebabem, ale pani w kebabie powiedziała „zamknięte, nie widać?!”, a inne czynne po 22 lokale jakoś nie zachęcały. Biedny był Mąż tego dnia, taki niedokarmiony, a głód po plackach uzupełniał kefirem. Ale chociaż miał górski dzień.

dscn4723Następnego dnia mieliśmy przemieścić się na nowy nocleg, tym razie do apartamentu w Karkonoszach. A po drodze miała być duża wycieczka. Wyruszyliśmy po Mszy, a przed południem, czyli bardzo przyzwoicie. Może z dotychczasowych treści to nie wynikło, ale z rannym wyruszaniem mieliśmy nielichy problem.  Najpierw odwiedziliśmy uroczą ruchomą szopkę, którą można było obejrzeć za darmo, ale ponieważ nam się podobała, wrzuciliśmy do puszeczki trzy piątaki, czyli piętnastaka. Pałac w sąsiadującym z Kudową Jeleniowie zaliczył się automatycznie, bo był nieczynny. Następnie weszliśmy na bardzo stromą górę, by obejrzeć ruiny zamku Homole. Było to nasze drugie podejście do tych ruin. Tym razem udane. Kolejnym przystankiem było Bardo Śląskie, gdzie czekała na nas i ruchoma szopka i jakieś ruiny. Szopka wystraszyła małego Ursusa swoim podkładem muzycznym i demonicznymi lalkami uncanny**, a do ruin okazało się, że trzeba iść 20 minut pod górę. Odmówiłam. Nie chciałam. Zgodziłam się posiedzieć w samochodzie z Ursusem i kabanosami, a pozostali poszli i było im dobrze. dscn5456Nam też było dobrze. Ursus zasnął. Obiadu w Bardzie nie udało się zjeść, gdyż jedna miejscowa restauracja nie zachęcała wcale, a druga o miłym wnętrzu sprawiała wrażenie, że oferuje mrożonki z paczki. Nie udało się też kupić chleba na kolację. Ale nieopodal, w Kłodzku czekała na nas ulubiona restauracja o stałym standardzie. Posiłek zjedliśmy na trawie niczym śniadanie u Maneta. Ursus-frajer przespał obiadek. Z Kłodzka udaliśmy się do Zamku Kapitanowo w Ścinawce Średniej. Mieliśmy tam wrócić, ale czas naglił i najpierw musieliśmy udać się do Wambierzyc, które miały uznaną za najlepszą ruchomą szopkę w okolicy, lecz ostatni pokaz tejże organizowały o 17:45. Szopka była ładna, ale pozbawiona ciepła i klimatu, które były w tej pierwszej- w Kudowie. Tutaj szopek było dużo, ale grupa zwiedzających też była duża i patrzeć można było krótko. A chwilę po wyjściu z budynku szopki, kiedy szliśmy miejscową Kalwarią, Ursus nabił sobie dscn5617guza jak nos Pinokia z tą różnicą, że nabił go sobie na czole. Groziło, że zepsuje wszystkie następne zdjęcia z wakacji, na których się pojawi (że na zdjęciach się pojawi, na wakacjach przecież i tak już był), a pojawiał się na wielu zdjęciach, gdyż od swego starszego brata nauczył się stawać na kamieniu i czekać na fotkę wołając „jęcie”. Mąż jednak trzeźwo poprosił biesiadujących w ogródku państwa o coś zimnego i oni mieli takie wodne lody, co to nikt by ich nie jadł, ale do okładu były idealne. Przykładaliśmy długo a delikwent ryczał wniebogłos tuż pod płotem państwa dobrodziejów i chociaż na poniższej fotce jeszcze ma ten łeb trochę zniekształcony, to następnego dnia nie było śladu w fakturze czoła. Jak to zwykle bywa z planami, życie je zweryfikowało i z Kapitanowa zrezygnowaliśmy, ale za to chwilę później wyprowadziliśmy Lanosa poza granicę Polski i nie tylko przejechaliśmy nim przez Czechy, ale jeszcze się w tych Czechach dscn5582zatrzymaliśmy i korzystając z tego, że Czesi są średnio niezbyt wierzący***, weszliśmy do sklepu w mieście Broumov po zakupy za korony. Nigdy wcześniej nie robiliśmy zakupów za korony, więc nie wiedzieliśmy jak to się odbywa i na wszelki wypadek nie kupiliśmy za dużo, a że koron nie mieliśmy, to zapłaciliśmy kartą. Bank okazał się być bardzo łaskawy przy przeliczaniu walut i aż szkoda, ze nie zaszaleliśmy, ale kto mógł wiedzieć, że tak będzie. Co by wykazać się lokalnym patriotyzmem dodam jeszcze, że ci Czesi strasznie grubo ciosają chleb.

Tuż po 22 zajechaliśmy do Piechowic (byliśmy tam wcześniej, ale się cofnęliśmy by znaleźć jedyny w mieście bankomat) i gdy opuściliśmy auto, poczuliśmy, że tak naprawdę, po miesiącu górskich tułaczek, teraz dopiero dojechaliśmy w góry. Nigdzie wcześniej powietrze nie pachniało jak rano po wjeździe do Zakopanego, a tam tak. Ono było arktyczne w środku sierpnia!

* czyli zrobiliśmy coś w stylu „jechał Piotr do Rzymu, podróż była pilna. Dla lepszego rymu pojechał do Wilna…”

**informatycy i psychoanalitycy podobno wiedzą o co chodzi. Ja mam dwa w jednym i on mi wytłumaczył.

***był to 15 sierpnia i w Polsce mało sklepów było otwartymi, a w tych otwartych chleba to nie widzieli od dwóch dni

dscn5577

dscn4256

dscn4672

dscn4731

dscn5048

dscn5241

dscn5310

dscn5388

dscn5561

Wyspy owcze

DSCN0466Wiecie, ten blog jest taki podróżniczo-kulinarny. Nie zamieszczam tu przepisów, bo przepisy to są wszędzie, ale napiszę, że w Maczku dobre frytki, albo że w Pizza Hucie pogorszyła się promocja, ewentualnie, że święto barszczu i że można naśladować. Akurat dzięki jednemu czytelnikowi mam intratną i prywatną promocję do Maczka (jeszcze przez miesiąc ją mam), ale jednocześnie umiem sobie w domu machnąć takiego hamburgera, że prawie jak w Maczku, a taniej. No i w domu to macham drobiowego. Myślę, że kulinarny aspekt bloga jest taki w sam raz żeby nie zniechęcić nikogo, kto sobie nie ugotuje sam jak niektóre czytelniczki (piję tu oczywiście do Panny Swawolnej, do której mam wielki żal, że tak się chwali wszystkim, a umiejętnościami Róży zwłaszcza). No i jest blog jednocześnie podróżniczy, bo nas więcej w domu nie ma niż jesteśmy i o tym piszę jeśli akurat w domu jestem i nie śpię (dlatego rzadko piszę). Jest to też blog grzybiarski, bo uwielbiamy grzyby, ale ostatnie porządne grzybobranie to mieliśmy 3 lata temu. 2 lata temu nasz wówczas dwulatek dawał odrobinę rano pospać i korzystaliśmy z tego, a na grzyby szliśmy po ósmej rano, gdy już wszystkie były zebrane przez kogoś innego. Rok temu coś tam sobie ususzyliśmy, ale też bez tej spiny że musimy. Sloł liwing i nic nie trzeba. Tylko wszystkich niezebranych rydzów szkoda. Bo rydz to taki najlepszy grzyb. A tacka rydzów kosztuje 25 złotych. A sprzedają tacki z rydzami, tylko drogo.

12072664_426360540888515_3365882727143972397_nKiedy więc Mąż zobaczył na fejsbuku, w kaszubskiej grupie zdjęciowej to oto zdjęcie i w dodatku opisane skąd się wzięło, wpadł na pomysł. Nie przedstawił mi pomysłu od razu, bo byłabym sceptyczna. Przedstawił go w słoneczną sobotę w taki sposób, że padła na podatny grunt. Bo zdjęcie pochodziło z wyspy Ostrów Wielki, a ta wyspa jest niedaleko przystani, z której czasem wypożyczamy rower wodny. No i pomyśleliśmy, że wypożyczymy i popłyniemy i że na pewno nikogo tam przed nami nie było i że zbierzemy pełno rydzów i wyjdzie taniej niż kupić sobie tackę. Może nie bywacie w lesie tak często jak my i nie widzicie absurdu w myśleniu, że w sobotnie popołudnie miało kogoś przed nami nie być, ale my tak właśnie myśleliśmy. Plan był taki, że przez godzinę płyniemy, godzinę zbieramy (od razu trafiwszy na odpowiednie pola rydzowe) i trzecią godzinę wracamy. Zamiast porządnego roweru wodnego w kształcie auta, który kosztowałby dyszkę za godzinę, wzięliśmy rowerek dwuosobowy. A płynął z nami Ursus, co generowało odrobinę dyskomfortu z racji trzymania go w bezruchu. Ale za to ten rowerek kosztował 8 za godzinkę, a my jesteśmy oszczędni. Pomijając jednak aspekt finansowy, mały dwuosobowy rowerek był zwrotniejszy od swojego droższego kolegi. I nogi osoby niepedałującej też miały się gdzie pomieścić. Także skorzystaliśmy po dwakroć.

DSCN0383Wyruszyliśmy tuż po 15 zaopatrzeni w termos z miętą i litr soku. Jedzenia nie braliśmy, bo chwilę wcześniej zjedliśmy kurczę z rożna. No i nie jechaliśmy przecież na długo. Początek podróży, jeszcze na przystani, Ursus zainicjował wrzuceniem bucika do wody i potem był już bez bucików (drugi mu odebrano zachowawczo). Niedługo później zmoczył skarpetki i był także bez skarpetek, ale przypominam, że była to sobota niepasująca do października, w którym wystąpiła. Owa sobota pasowała raczej do czerwca*. Mieliśmy oczywiście mapę, ale jakoś stosowanie mapy na jeziorze wychodzi gorzej niż na lądzie i nie dopłynęliśmy na wyspę od razu. Zajęło nam to 75 minut, a po drodze mieliśmy chwile zwątpienia, ale uznaliśmy zgodnie, że na wyspie szanse udanego rydzobrania będą większe niż na trudno dostępnym lądzie i że na ląd, nawet najtrudniej dostępny, to my sobie możemy pofrunąć naszym zielonym wehikułem. Więc pedałowaliśmy ile sił w nóżkach. A może nie macie takich długich nóżek jak my, ale rowery wodne robione są dla krótkich nóżek i długie nóżki męczą się pedałując bez możliwości wyprostowania. Biedne długie nóżki!

DSCN0389Wylądowaliśmy, wszedłszy boso do wody wciągnęliśmy łódź na brzeg, uwiązaliśmy do gałązki co by nie odpłynęła przypadkiem, bo byłby przypał, po czym porzuciliśmy bluzy, mokre skarpetki oraz mapę i wyruszyliśmy.

Najpierw okazało się, że w lesie ktoś już był i poprzewracał muchomory. Potem okazało się, że innych grzybów oczywiście nie ma. A jeszcze później do naszych uszu dobiegł śmiech dzieci znajdujących się na wyspie, która miała być przecież bezludna. O zaskoczeniu, jakim było odkrycie tam domków to już nawet trudno pisać. Ale za to bardzo miło stąpało się po suchych i trzeszczących porostach. Obraliśmy kierunek przeciwny niż domek i śmiech dzieci i nawet na chwilę rozdzieliliśmy się w zagajniku. To ja pierwsza zobaczyłam stado owiec! Było ich 28 i były tam naprawdę! A potem na tej niby-bezludnej wyspie odnaleźliśmy drogę o dwóch koleinach, którą coś kiedyś musiało jechać lub jeździć. I poszliśmy tą drogą. A zachodzące słońce krzyczało ‚Misiu Cytrynno i reszto! Nie idźcie tą drogą!’. Ale my byliśmy głusi i zaślepieni. Już DSCN0478po chwili  przy owej drodze odnaleźliśmy dwa pierwsze prawdziwki i jedyny tego dnia rydz, co tylko nas utwierdziło w obranym kierunku wędrówki. Nabraliśmy przekonania, że po zdjęciu na fejsbuniu wyspę musiało odwiedzić wielu grzybiarzy. Myliliśmy się bardzo. Wędrowaliśmy drogą i było miło. Gdy odrobinę się schłodziło, zgodnie każdy podzielił się skarpetką z pozbawionym swoich onucek Ursusem. Wiedzieliśmy, że czas wracać do łodzi, gdyż czekały nas jeszcze zakupy w mieście gdyż nie wszystko co potrzebne zabraliśmy tego dnia z domu i starszy syn na nasze zakupy oczekiwał w towarzystwie dziadków.

DSCN0453Wiecie, jestem dobra z mapy, ale tym razem coś poszło nie tak. Skręciliśmy, a potem szliśmy wzdłuż brzegu i ja wypatrywałam łodzi, a jej nie było. Z perspektywy Męża sprawa wyglądała zupełnie inaczej- on ma poczucie przestrzeni, ale tym razem się przeliczył. W efekcie okrążaliśmy wyspę, o czym ja nie wiedziałam, a on wiedział. Ja dywagowałam gdzie jesteśmy w danym momencie, a on wiedział, że nie mam racji. On po prostu myślał, że skoro relatywnie szybko dopłynęliśmy, to porównując odległości na mapie wyspa nie jest taka duża (a była duża, liczyła 8 kilometrów obwodu). A ja myślałam, że jesteśmy gdzie indziej. Obrazek kontrastuje moje myślenie z. rzeczywistością.

ostrow - Copy

DSCN0467O 18:27 zadzwonił chłopak z przystani zapytać jak nam idzie, bo on w sumie tylko do 18 pracuje. Chciał na nas czekać, ale ostatecznie poczekał na nas ktoś inny. Miał chłopak szczęście, że podaliśmy przytomnie numer tego telefonu, który braliśmy ze sobą. Tuż po tym my zadzwoniliśmy do Taty powiedzieć, że chyba jest kłopot, ale sobie poradzimy, jednak możemy nie dać rady zrobić potrzebnych zakupów. I szliśmy dalej. Co jakiś czas drogę przecinał głęboki wąwóz, ale na szczęście jeszcze zanim się ściemniło poznaliśmy pierwszy taki wąwóz i wiedzieliśmy, że one są krótkie- łatwiej obejść dookoła niż zagłębić się i wynurzyć. Bo kolejne 3 pokonaliśmy już w gęstniejącej ciemności. Ciemność otulała nas coraz bardziej niczym kocyk, którego nie mieliśmy. Szczęściem naprawdę nie było zimno, a jedyna osoba która potrzebowała odrobinę ciepła, miała długi rękawek. Dla podrasowania atmosfery Mąż dywagował, komu trzeba będzie oddać ubranka jeśli przyjdzie nam zanocować na wyspie (oczywiście każdy miałby oddać Ursusowi).

DSCN0495Ogólnie pozbyliśmy się kłopotliwej odpowiedzialności za zakupy, ale były jeszcze takie problemy jak zapadająca ciemność, nierówny teren (kostki pracowały jak w fabryczce kroków), konieczność dopłynięcia, puste brzuszki i idący na plecach i śpiący przy tym Ursus, co sprawiało, że nie można było iść szybko, bo mu główka latała. Wiecie, jako matka szyjąca nie kupię gotowego kapturka do Tuli, a jako matka blogerka nie mam kiedy uszyć. I jeśli dziecię zaśnie z przodu, to boli mnie ręka od podtrzymywania, a jeśli z tyłu, to główka lata. Na latającą główkę zaradziliśmy tak, że zdjęliśmy szelki i ja się obróciłam przodem do śpiocha, ale przez to tym bardziej nie mogłam iść szybko.

DSCN0428Kiedy było już prawie zupełnie ciemno, a my byliśmy mniej więcej w zielonym punkcie na poniższej mapie, po drugiej stronie wyspy (w moim mniemaniu, w rzeczywistości po drugiej stronie cypla) zobaczyliśmy ludzi. Mieli światło ogniska. Podeszliśmy do nich by poprosić o kromkę chleba, gdyż burczało już w brzuszkach. Byli to bardzo dobrzy ludzie i zaoferowali nam nie tylko cały bochenek, ale i hamburgera na zimno. My wzięliśmy jedynie kilka kromek chleba, gdyż należymy do skromnych. Ludzie okazali się też mieć telefon z GPSem. Spytaliśmy ich gdzie jest Stanica PTTK we Wdzydzach czyli miejsce, z którego wyruszyliśmy. A oni wskazali nam kierunek, po czym pokazali w tym telefonie, że jesteśmy na wyspie. Byli przekonani, że my nie wiemy, iż jesteśmy na wyspie. Dla Męża było jasne, w którą stronę iść do łodzi, a ja byłam przekonana, że właśnie przeszliśmy na drugą stronę wyspy i zawracamy w miejsce, które już obeszliśmy za dnia i naszej łodzi tam nie znaleźliśmy. Dla bezpieczeństwa nieprzegapienia szliśmy samym brzegiem jeziora, co było trudne, bo ciemno i gałęzie drzew nisko. Jedna z gałęzi zrobiła solidną szramę Ursusowi na skroni, ale przygody wymagają orderów. No i pod włosami nie widać. W sumie nie wiedzieliśmy nawet o tej porysowanej skroni i myśleliśmy, że płacze bez powodu niewdzięcznik jeden kiedy my tu dla niego wszystko.

ostrow2

DSCN0516Omijaliśmy gałęzie, a było to naprawdę niełatwe, bo trzeba było pochylać się bardzo nisko, a dziecko z przodu trochę ważyło i w dodatku popłakiwało na myśl o kolejnej gałęzi wbijającej się w czoło. Ostatecznie podjęto decyzję o wspięciu się na skarpę, gdzie szłoby się lepiej. Mąż poszedł na zwiad, potem ten sam Mąż wciągnął nas, a potem wrócił po koszyk z grzybami, bo jako fachowcy zbieramy te nasze znaleziska do koszyka. Po osiągnięciu skarpy wypadki potoczyły się już błyskawicznie. Usłyszeliśmy wołanie, wołanie nas zaprosiło. A dobiegało z drewnianego domu kilka metrów przed nami. W kręgu światła świecy ukazała się kobieta i nas spytała cośmy za jedni (tylko milej). Sama podała swoje imię (M.) i obwieściła, że jest panią na wyspie. Ona także była przekonana, że musieliśmy się wziąć z kosmosu i na pewno nie wiemy, że jesteśmy na wyspie. Gdy zobaczyła Ursus, z miejsca otuliła go kocem. Postanowiła nas odprowadzić. Po drodze opowiedziała nam o wyspie, o tym, że jeszcze do poprzedniego roku wyspa była zamieszkana i że oto DSCN0519ona jest nam siostrą w trudach rodzicielstwa, bo właśnie spędza pierwszy od lat weekend bez swoich dzieci. Zajrzała do naszych grzybów, chciała nam donieść swoich zbiorów i nawet spytała, czy jadamy rydze (a przecież po nie właśnie przybyliśmy!!!), ale Mąż nie pociągnął tematu, a ja nie chciałam wyskakiwać jak ten filip z konopi, bo na ogół wyskakuję, co się niekorzystnie odbywa na naszych relacjach z kobietami, które lubią subtelność i savoir vivre, więc mało, że psuję relacje z kobietami, to jeszcze obrywam od Męża. Mąż  to umie rozmawiać z kobietami, ale nie przez telefon tylko na twarz, bo teksty to miewa żenujące, ale buzią nadrabia. I dlatego właśnie nasi znajomi to głównie faceci. No ale tych rydzów, co ich nie dostaliśmy, to nie mogę przeboleć, a i Mąż troszkę żałuje.

DSCN0522Ja wsiadłam do rowerka suchą nogą. Mąż i M. nas wypchnęli po czym pedałowaliśmy oboje metodą cała naprzód (na ogół pedałuje Mąż, ja pedałuję czasami w zastępstwie, ale razem to nie bywa). Księżyc jawił się w trzeciej kwadrze i niebo chmurami nie zaszło, ale jednak czarna noc. Dopiero za zakrętem ukazały się światełka z przystani, ale zanim się ukazały to żadna żarówka z żadnego lądu nie przyświeciła. Byliśmy tylko my, nasze kapoczki obok i puste jezioro (drogę do wyspy pokonaliśmy w kapoczkach, ale jakoś z powrotem po ciemku to już bez. Nie groziło nam więc, że nie trafimy, ale szansa utopienia istniała. Czujecie ten dreszczyk?

Dotarliśmy bezpiecznie na ląd, wróciliśmy do domu, Mąż wymoczył nogi celem rozgrzania a ja położyłam się z Ursusem i dreszczami przed dziewiątą i zasnęłam. W nocy bolały główka i nóżki. Zaś następnego dnia odwieźliśmy pożyczony koc na przystań oraz zajrzeliśmy na fejsik. O ile na przystani nic nas nie zaskoczyło, o tyle na fejsiku już tak. Zdjęcie, które nas zachęciło do przybycia na wyspę, zostało tam wrzucone przez samych właścicieli.

*Mówimy oczywiście o sobocie 3 października. Druga sobota października też nie pasowała do października, w którym wystąpiła, ale za to pasowała do grudnia. Ot, taka półroczna amplituda temperatur między dwiema kolejnymi sobotami.

Zabić człeka?

DSCN9723Znów spędziliśmy uroczy weekend na wsi. Urocze weekendy nie mają obecnie nic wspólnego z weekendami z września a z lata tym bardziej. Teraz nie podróżujemy po całych Kaszubach, teraz siedzimy w domu i się grzejemy, a z każdego takiego wyjazdu wracam trochę chora, bo albo źle pośpię i boli mnie głowa, albo ktoś (Mąż) nie zapoda mi moich licznych witamin, więc ich nie zażyję i spadnie mi forma. Nie, nie biorę żeń szenia ani innego body maxa. Biorę ziółka na zatoki. I nie choruję wcale a wcale. A marzyłabym o tygodniu w łóżku z certyfikowaną niezdolnością do czegokolwiek.

Pogoda była średniutka jak to zwykle w weekendy ostatnio bywa. Wyjechaliśmy z miasta i tuż przed granicą, zanim jeszcze droga poprawiła się na lepszą (jest to bardzo odczuwalne gdy wjeżdża się do miasta a droga nagle psuje się na gorszą) napotkaliśmy korek. Korek zapowiadał się duży (gigantyczny! a już obwiniałam wóz śmieciarski że ledwo się włączył do ruchu i ślamazarzy, a to nie była jego wina), więc nie zatrzymując się wcale skręciłam w pierwszą sprawiajkę jaka się przytrafiła. Nieznajomość topografii terenu, mylne pojęcie o jej znajomości, zepsuty gps w telefonie i chęć uniknięcia korka kosztowały nas 9,3 kilometra. O tyle więcej mierzył nasz objazd. Mimo, że nadłożyliśmy ponad 100%, z perspektywy czasu oceniam posunięcie pozytywnie, gdyż jechaliśmy cały czas bez jednego zatrzymania (zamiast stać cały czas z dwustoma ruszeniami o 4 metry każde) wciąż poznając nowe miejsca (zamiast wnikliwie przyglądać się tym, na których zrobiliśmy już kilka tysięcy kilometrów), a wczoraj, wracając, w tym samym miejscu w korku na 30 aut DSCN9649straciliśmy 5 minut. Prosta matematyka sugeruje, że w sobotę aut było co najmniej 200 (liczyłam te wczorajsze, a umiem sobie wyobrazić ile by się zmieściło na odcinku, który był wówczas zajęty) i stanie trwałoby długo.

Z kolei wczoraj musieliśmy omijać Kościerzynę szerokim łukiem, gdyż trwał dzień targowy, a słynne z samych rond miasto nie radzi sobie z ruchem w dzień targowy. Pod innymi względami miasto jest optymalne. Można tam nawet kupić parmezan, czego jeszcze z 2007 nie uświadczyłbyś czytelniku (ja wówczas próbowałam i przyszło mi jeść risotto po portugalsku bez parmezanu…). Jak wiadomo, my słyniemy z umiejętności objeżdżania Kościerzyny z każdego kierunku (wiele korków praktyki ze mną jako niezrównanym pilotem, a nie mną jako kierowcą i pilotem w jednym oraz dwoma pasażerami niezdatnymi do obsłużenia mapy). Na wyjątkowo duże korki mamy specjalny objazd szerokim łukiem. Objazd ten nadkłada tylko 1,8 kilometra, co stanowi zaledwie 35% trasy, ale wiedzie po bezdrożach. I zaczęłam zastanawiać się, czy objeżdżanie korków w Kościerzynie warte jest tych bezdroży. Ale chyba jest warte, zastanawiając się po prostu nie wiedziałam, że to tylko 1,8 kilometra:)

DSCN9792Inna sprawa to psy. Nie jestem wielką miłośniczką zwierząt. Najbardziej lubię misie, potem jeżyki. Jeżyk to nawet kiedyś z nami zamieszka. Pieski to jedynie pluszowe. Na mój brak miłości do piesków składają się:

1. Tajemnicze pieski ze wsi, które tego lata co tydzień wywracały nam śmietnik (teraz też by to ochoczo czyniły, ale tata śmietnik przywiązał do słupka, który w ziemie wbił).

2. Pieski sąsiada, które wybiegają na drogę poszczekać i wskoczyć przed maskę i dalej szczekać gdy ja jadę w dół.

3. Pieski z objazdu, które wyskakują z krzaków by poszczekać i pobiec wzdłuż samochodu szczekając i udając, że zamierzają wbiec pod maskę (upewniwszy się, że widzę je w lusterku dodaję gazu by nie znalazły się przede mną, ale jednak kosztują mnie hamowanie i ryzyko, że dziecko wypadnie z fotelika…)

4. Jeden z piesków z punktu 3., który dwa lata temu rozwalił nam wiele nocy bezinteresownie opuszczając swój teren i przybiegając pod nasz by poszczekać koło trzeciej.

5. NAJWAŻNIEJSZE: Pies (nie piesek, oj nie!) naszej gdańskiej sąsiadki. Drzewiej lubił powyć w nocy, obecnie szczeka „tylko” gdy spotka kogoś na klatce lub pod klatką. Jest dużym psem i nie lubi ludzi. Potrafi rozsadzić bębenki i zbudzić umarłego. Zawsze idzie na spacer podczas dziecięcej drzemki. I prawie zawsze kogoś spotyka.

6079
Bardziej jednak nie lubię piesków jako kierowca niż jako matka. Ale niech czytelnicy kochający swoje psy się nie obruszają. Nasz synek to w każdym domu ma pleska, z którym śpi. A jego ‚mazieniem’ jest ‚dom, plesek’, czyli dom z pieskiem.

Podczas domowego weekendu wcale nie próżnowaliśmy. Nie siedzieliśmy sobie przy kominku z książką. Oj nie… A niektórzy z nas by chcieli. Ja bym chciała. Nie było jednak wcale źle. Jedliśmy mandarynki, jedliśmy jedyne w swoim rodzaju mężowskie frytki oraz zupełnie niepowtarzalne placki ziemniaczane, które regularnie powtarzamy. Widzieliśmy nieco prymitywny film „Nie zadzieraj z fryzjerem”, który zachwycił nas do tego stopnia, że postanowiliśmy posiąść jego wersję na DVD. Ponadto przeczytaliśmy na głos (oczywiście moimi strunami głosowymi) wiele stron czwartego już tomu Harrego Pottera  i powoli zaczynamy martwić się, co będziemy czytali na głos, gdy tom siódmy dobiegnie końca. Odwodniłam się solidnie, bo na wsi herbaty stygną zastraszająco szybko, a zimne nie smakują mi nawet gorzkie. Najważniejszym jednak były klocuszki. Udało nam się przejrzeć niemal wszystkie będące w trakcie kompletowania zestawy i uzupełnić w nich braki w miarę możliwości, czyli ukrócić listę braków. Zbudowaliśmy też nieznany na polskim rynki zestaw 6079, który kompletowaliśmy od dwóch lat. Brakuje nam jedynie jednej głowy i dwóch korpusów, które jednak są jedynie w Hameryce i kosztują dużo.

6071W tym miejscu musiałam przerwać pisanie i udać się do Hameryki na okazyjne zakupy. Nie żebyśmy byli bogaci, ale w Hameryce bywa naprawdę tanio. Właśnie posiedliśmy płytkę do ekskluzywnego zestawu 6071 i możemy go sobie skompletować. Oczywiście ‚możemy’ to duża przenośnia. Tak samo możemy jak i ja mogę sobie uszyć puchate wdzianko z minky. Mamy płytkę, ale w Hameryce. Sprowadzimy sobie za sto lat!

Pewnie czytelnicy z zapartym tchem śledzą tekst zastanawiając się o co chodzi z tym zabijaniem ludzi. Otóż nikt nie zamierza zabijać ludzi ani tego nie zrobił do tej pory. I pieski też mogą spać spokojnie. Gawędziliśmy sobie pewnego wieczoru z synkiem i on rzekł coś, co można było przesłyszeć jako ‚zabić’. Może chodziło o ‚bawić’. Starość nie radość, uszy nie te. Ale powtórzone przez rodzica ‚zabić’ zostało ochoczo podjęte przez synka i rolą rodzica było dopowiedzieć synkowi, co może zabić, żeby było niegroźnie. Nikt nie chciał podpowiadać muchy, bo po co uczyć maluszka przemocy wobec stworzonek. Podpowiedziano zatem ćwieka. Wszak zabija się ćwieka i jest to niegroźne, a wręcz pożądane. Żaden rodzic nie przewidział jednak tego, co przecież szło przewidzieć- mianowicie ten akurat maluszek lubi sobie czasem zamienić ‚w’ na ‚l’ i na ogół jest to urocze. Tym razem zamiast uroczego zwrotu otrzymaliśmy więc ‚zabić ćleka’.

DSCN9710

Jak nie dźwiedź to ja nie wiem*

DSCN5343Znalazłam cały folder uroczych fotek z pewnego wrześniowego weekendu. Miały okrasić wrześniowy wpis o tymże weekendzie, ale nie wiem nawet czy ów wpis powstał (powstał, jest TU).

Chciałam napisać, że jestem bardzo zmęczona, tak zmęczona, że nie pojechaliśmy na wieś dziś, lecz pojedziemy jutro. Tak zmęczona, że spałam w dzień i obudziłam się półżywa a zaraz po mnie wstał synek, którego uśpiłam na drzemkę. Byliśmy w bibliotece z przetrzymaną książką, którą czytaliśmy sobie wieczorami i wcale nam nie naliczono kary za 3-dniowe opóźnienie. W tej bibliotece są dwa wejścia- jedno zwykłe ze schodem (albo schodą) a drugie z podjazdem. Drzwi przy podjeździe są jak zwykle zamknięte a ochroniarz, który pilnuje by mu nikt wózkiem drzwi nie obił, wcale się nie pofatyguje żeby pomóc matce z dziećmi i wózkami. Ochroniarze w pobliskim Rossmannie to jednak są o kilka klas lepsi. I zawsze pomogą przynajmniej w którąś ze stron zależnie od tego, gdzie akurat są.

A poza tym w ogóle nie smakuje mi herbata z cukrem, od której jestem przecież uzależniona. Ciągle wylewam herbaty z cukrem i muszę pić gorzkie bo są mniej niedobre. Ale za to smakują mi czipsy.

A jeszcze poza tym chciałabym dużo zrobić, ale nie mam siły. Między zaśnięciem synka a powrotem Męża nie miewam więcej niż pół godziny, na ogół nawet mniej. A Mąż jest fajniutki, na przykład pewnego poranka zbudziłam się i szafa z ubraniami była otwarta a na podłodze leżały dwie pary spodni. Myślałam, że to synek je wyciągnął, chociaż na ogół nie praktykuje podobnych zabaw. Dopiero z czasem się skumałam, że to dlatego, że Mąż szukał sobie odpowiednich spodni, gdyż spodnie z dnia poprzedniego, które zawsze rzuca na podłogę, nie leżały na owej podłodze albowiem ja je podniosłam i przewiesiłam przez oparcie krzesła. DSCN6358

Ponadto kupiliśmy sobie 5 lampek żeby nam rozświetliły ciemności. Na pewno przydadzą się do szycia o ile takowe w końcu zajdzie. I do czytania, być może ocalą mi resztki wzroku, bo ślepnę. Ślepnę, mimo że przecież jem chleb razowy. Nie jem prawie nic oprócz chleba razowego i chipsów. Robię obiady, ale nie mam na nie apetytu.

Przypadkiem zobaczyłam, że na fejsie można polubić już nawet to, że ktoś coś polubił. I można też uwielbiać. Ja nie mogę ani jednego ani drugiego, ale w ogóle mi to nie przeszkadza.

Cóż, idę sobie obsmarować chlebki razowe serkami Hochland z pudełka  z napisem ‚grzybobranie’. Wygrywają z szyneczką, nawet w piąteczek. I może zdążę zanim trzeba będzie grzać obiadek i wieszać pranie. A tyle chciałam dzisiaj zrobić.

*Tytuł wpisu nawiązuje do różnych takich, jak Pan Kracek, nie toperz, nie dźwiedź,a  w szczególności do ‚siadów’- o sąsiadach synek uparcie mówi ‚siedzi’, ‚siadów’, wszak są siedzi.

Mistrz kierownicy

DSCN9950Mąż mi dziś powiedział, że jestem mistrzem kierownicy. Było to podczas arcytrudnego manewru opuszczania zatłoczonego parkingu przy politechnice. Tak naprawdę nie wyrażał swojego zdania, lecz swoje stłamszenie, bo chwilę wcześniej przetrzymał nas przez bez mała półtorej godziny na miejscu, bez możliwości skoknięcia do pobliskiej piekarni po bułeczkę czosnkową, gdyż wydawało mu się, że spotkanie potrwa krótko. Ten sam Mąż dwa dni wcześniej poniżył mnie każąc opuścić auto podczas parkowania tyłem w zatoce gdy wjechałam na krawężnik twierdząc, że przecież tak się wjeżdża tyłem do zatoki. Wyjechał, wyprostował koła i jednym płynnym ruchem znalazł się w owej zatoce, dostatecznie głęboko bez żadnego zmuszania kół do pokonania krawężnika. Mimo to ja wiem, że jestem mistrzem kierownicy, o!

Spędziliśmy DSCN9025na wsi jeden z ostatnich tak uroczych weekendów. Grzyby się kończą, a i pogoda nie sprzyja przebywaniu na powietrzu. Ładnie zrobiło się dopiero w chwili wyjazdu, czyli dzisiaj. Prognoza pogody na sobotę, sprawdzana w piątkowy wieczór, znów się nie sprawdziła. Liczyliśmy na słońce, a kuliliśmy się w dwóch kurteczkach zimowych.Tak naprawdę tylko ja potrzebowałam dwóch kurteczek, a konkretnie to kurteczki i kamizelki z puchu. Mężowi wystarczyła kurteczka i polarek. Synek nie potrzebował takiego oręża, gdyż został z dziadkami w ciepłym domu i mógł chodzić w niczym nie przykrytej zielonej koszulce z nadrukiem Goofiego. Wie, że to Goofy i że ma ją od chłopca imieniem Mateusz.

Ogólnie jesteśmy bardzo uzależnieni od synka i od wózka. Zupełnie już nie potrafimy chodzić bez nich i tak też DSCN9029było tym razem. Odbyliśmy śniadanie na trawie w Płocicach, podczas którego zmarzliśmy tak, że musieliśmy się długo rozgrzewać w autku. Potem przejechaliśmy na parking przy jarze Wdy, gdzie ostatnio bywaliśmy często. Na parkingu oprócz nas było trzech grzybiarzy z Gdańska a dominującymi wśród grzybiarzy z Gdańska markami samochodów były Daewoo i Ford. Spacerowaliśmy znajdując grzyby, ale było tak zimno, że nikt nie wyjął ręki ze wspólnej kieszeni by jakiegokolwiek z nich podnieść. Pojechaliśmy do miasta na randkę, ale brakowało nam dziecka domagającego się udziału w napoleonce. A zimno wciąż było.  Dopiero z czasem trochę się rozkręciliśmy i pod koniec wycieczki udaliśmy się do ogrodu botanicznego zwiedzać drzewka, ławki i huśtawki. Bardzo nam się podobało, ale znów myśleliśmy tylko o tym, jak fajnie byłoby tam Staszkowi. DSCN9923Gdyby nie to, ze mieliśmy dwa aparaty i mogliśmy robić sobie zdjęcia jak robimy zdjęcia… nie moglibyście teraz podziwiać naszych zdjęć podczas robienia sobie zdjęć!

W niedzielę udało nam się rozkręcić zupełnie. Poszliśmy z kocem na łąkę czytać sobie na głos. Aktualnie czytamy drugi tom Pottera i jesteśmy zachwyceni (Mąż) oraz ponownie zachwyceni (ja). Niedawno widzieliśmy oba siódme filmy (a pierwszy siódmy film widzieliśmy też w kinie na początku ciąży), więc teraz czytamy. Potter bardzo nam się kojarzy z ciążą i to jest bardzo miłe. Ale znów ledwo dawały radę nasze starcze kręgosłupy, a do tego spadł przelotny deszcz i musieliśmy powędrować na przystanek autobusowy. podczas wędrówki deszcz przeleciał a przystanek okazał się bardzo ciemny sam w sobie, więc rozbiliśmy nowy obóz tuż obok na trawie oparci o skarpę. Skarpa zapewniająca podparcie starczym kręgosłupom sprawiła, że jesteśmy już za połową owego drugiego tomu.

DSCN0143

Jak wygląda kania 2

DSCN7038Po wielu miesiącach nadszedł nowy odcinek serialu o kani. Jak wiadomo kania jest tak szlachetna, że rośnie tylko byle gdzie, bo nic jej to nie ujmuje, więc znaleźć ją można albo przez przypadek, albo wędrując po bezdrożach. Jest jak złote runo, po które wybrał się mitologiczny Jazon. E, bardziej jak wygrana w totka. Wszak Jazon złote runo jednak zdobył. Tym niemniej, wygrana w totka nie jest nijak poetycka, a kania to czysta poezja. Kania to jest niezdobyta niczym Sparta, o!

Wędrowaliśmy sobie dziś drogami i bezdrożami zupełnie nieświadomi, że będzie to długi i ciężki dzień. Szliśmy, a niektórzy jechali wózkiem. Wózkiem jechała lalka, która wykąpała się w jeziorze. Chwilami jechał i synek. My szliśmy cały czas. Szliśmy w miarę swoich i wózka możliwości żwawo, gdyż zanosiło się na deszcz. Mogło nagle zamżyć lub mogła urwać się chmura i zalać nas na miejscu. Szliśmy więc. Rozmawialiśmy na różne tematy jak to się starym małżeństwom zdarza. I wzniośle, i organizacyjnie. Padło też zdanie o kaniach- że w świetle wydarzeń zeszłego roku oraz wrzodów, w tym nie będziemy na kanie polować.

DSCN7050Co by nie kończyć spaceru idąc przez wieś, lecz pozostać bardziej na bezdrożach, odbiliśmy w lewo i szliśmy pod lasem, potem odbiliśmy w prawo i szliśmy łąką. Zamierzaliśmy przekroczyć miejscową rzekę będącą raczej kanałem na takim jednym mostku, nad który niegdyś często przychodziliśmy w ciąży spijać herbatkę po obiedzie, ale most był zagrodzony paskami materiału podłączonymi do prądu, gdyż na sąsiedniej łące pasły się konie. Szliśmy więc brzegiem rzeki aż do przeprawy. Przeprawa wyglądała tak, że był mostek złożony z trzech w miarę płasko leżących cienkich gałęzi. Mąż, hiros nad bohaterów, podniósł wózek w dwie ręce a ja uruchomiłam aparat na tryb kręcenia filmu. I poczułam się oszukana jak nie wiem co, bo on sobie przeszedł rzeką w kaloszach w ogóle olewając mosteczek, a ja się spodziewałam, że utrzyma równowagę z obciążeniem na takim wątłym mosteczku, co to wprawdzie nie był zielony, ale uginał się. Po mostku przeszedł jednak synek. Ja w swoich czerwonych kaloszkach udających Hantery tez przeszłam rzeką, bo w ogóle nie mam równowagi. I tak oto znaleźliśmy się po właściwej stronie rzeki.

Wtedy je zobaczyłam. Były dwie. Takie jak trzeba. Prawdziwe i poetyckie. Pachniały z daleka. Wysokie i szlachetne. Wybijały się z trawy. Od razu wiedzieliśmy, że to one. Wiedział i synek, który kań do tej pory nie oglądał. Podszedł i powiedział ‚kana’. Chodziliśmy od jednej do drugiej podziwiając. Mniejsza była zbyt młoda, ale mimo wcześniejszych bezkaniowych planów wiedzieliśmy, że większą poniesiemy ze sobą.

DSCN7033Nasza kania liczyła sobie 28 centymetrów wzrostu i 0,18 metra średnicy. Idealnie wpisywała się w kanony kaniej urody. Miała jednak jedną maleńką wadę- obrączka na trzonie nie była ruchomą. Nasuwało to pewne wątpliwości, gdyż wiadomo, że legenda tajemniczej śmierci bo rzekomym zjedzeniu domniemanej kani jest silnie zakorzeniona. Postanowiliśmy w drodze do Gdańska zahaczyć o kościerski sanepid, gdyż kiedyś przeczytaliśmy artykuł o grzybach odsyłający niepewnego grzybiarza do sanepidu. Ja osobiście nie wiem, skąd pracownik sanepidu miałby kompetencje do znania się na grzybach! Zmieniliśmy plan na odwiedziny w położonym nieopodal leśnictwie Debrzyno. Już mielimy odjeżdżać, już w bagażniku leżały wszystkie nieubrane sukienki, gdy odkryłam tę przerażającą prawdę! Nie ma klucza do auteczka! Oczywiście nie było jednego z kluczy. Jako istota ogarnięta nerwicą natręctw na punkcie swojego bezcennego wehikułu, zawsze mam przy sobie oba komplety, na wszelki wypadek.

Rozpoczęliśmy szeroko zakrojone poszukiwania klucza, który mógł być wszędzie- zarówno w domu jak i zgubiony na spacerze. Przerwaliśmy poszukiwania by zdążyć do leśnictwa w godzinach jego pracy. Popędziliśmy przez las. Byliśmy na miejscu o 15:31 i nie mijaliśmy po drodze nikogo. Szczekały psy. Stała tojota. Drzwi nie otworzył nikt. Zadzwoniliśmy na numer wpisany pod godzinami urzędowania.

Odebrał facet, któremu wyłożyłam sprawę. Był fatalnym gburem. Rzekł, że pracują do 15:30 i on jest już w Gołuniu (6 kilometrów dalej wyboistą leśną drogą, więc chyba pospieszył się), a w ogóle, to nikt nie rozpozna pani kani, bo to odpowiedzialność grzybiarza, DSCN7028nikt nie weźmie takiej odpowiedzialności. Proszę nie przynosić grzybów do leśnictwa, lecz korzystać z atlasów, A w ogóle to on się na niczym nie zna i jest tylko w zastępstwie.

W międzyczasie pierścień naszej kani rozluźnił się i opadł. Wróciliśmy do domu na 2 godziny dalszych bezowocnych poszukiwań klucza. Jeśli ktoś go odnajdzie, będzie mógł nam pod osłoną nocy zwinąć auteczko. Gdy rozpadało się na dobre, poszłam samotnie pod parasolem szukać klucza na trasie spaceru i oczywiście nie znalazłam. Pojechaliśmy. Było już dawno po godzinach pracy wszelkich instytucji leśnych. Zajechaliśmy jednak do leśnictwa Sikorzyno, które słynie z tego, że i w godzinach pracy jest opuszczone*. Jako że nie były to godziny pracy, więc tym bardziej było opuszczone.

Mieliśmy jeszcze plan zatrzymać się przy grzybiarzu-samochodziarzu. Któż lepiej rozpozna grzyb niż grzybiarz, który z ich rozpoznawania żyje? Jednak gdy napotkaliśmy grzybiarza, mój refleks podziałał z odrobinę zbyt dużym opóźnieniem (miał do tego pełne prawo jako że padał deszcz) i zatrzymaliśmy się kilkadziesiąt metrów za nim. Pobocze było wąskie a za mną nikt nie jechał, więc zaczęłam cofać się. Wtedy nadjechał tir. Nie ufam kierowcom tirów, nie wiem jaki mają refleks i czy przypadkiem nie czerpią radości życia z rozjeżdżania ślicznych zielonych auteczek, więc skończyłam cofanie i po stresującym zgaśnięciu silnika i pozwoleniu wyminąć się, ruszyłam do przodu.

DSCN7047Planowaliśmy zjeść dziś po ósemce naszej kani, a jutro resztę. Mąż wąchał ją, syn spał i tak jechaliśmy. Oprócz wąchania łapał się jednak za głowę. Miał jeszcze iść do pracy, a myśl o grzybie nie dałaby spokoju. Już planował, że jak tylko zje, to nie będzie spał czekając na objawy zatrucia. Czytelnicy pewnie nie wiedzą, ale w zeszłym roku bardzo nas nastraszono i padło to na podatny grunt.

Jaki los spotkał kanię? Na polecenie kierowcy, pasażer musiał przełamać swoje opory, otworzyć okno i wyrzucić ją z pędzącego auteczka w otchłań. Podobno rozprysła się w powietrzu. Być może świadczy to o fakcie, że była robaczywa.

A ja, która wrzodów nie mam i grzyby jeść mogę, kupię sobie jutro tacuszkę boczniaków, którą będę mogła zjeść łapczywie sama i to o normalnej porze, nie zaś o godzinie powrotu Męża z pracy. Kania, oprócz szlachetności, miała jedną wielką zaletę- była za darmo, ale to boczniaki smakują lepiej.

*Zasłynęło tak pewnego listopadowego dnia roku 2011, kiedy to znaleźliśmy przy drodze martwego borsuka i chcieliśmy, by specjaliści zatroszczyli się o niego. Borsuk był taki szlachetny!

DSCN7053

DSCN7027

DSCN7028

DSCN7039

Chłopiec z nerką

chlZnerkDobiega końca ostatni weekend lata. Spędziliśmy na wsi urocze 4 dni i za chwilę spędzimy jeszcze piątą noc. Aż do dziś rana niebo było najbłękitniejsze na świecie, mniej więcej takie jak na uroczym zdjęciu sprzed sześciu lat, które zrobiłam swojemu chłopakowi (późniejszemu narzeczonemu, a obecnie Mężowi). Dziś rano niebo zachmurzyło się i od tego czasu było pochmurne, ale nam dalej było uroczo. Deszcz spadł dopiero po południu i pada wciąż, więc jutro o świcie będzie pełno grzybów i las jest nasz!

Po kolei jednak, bo idzie zima a w długie zimowe wieczory dobrze jest mieć komputer z internetem i móc je sobie umilać obszernymi wpisami, zwłaszcza z ostatnich dni lata, więc musi być po kolei i obszernie.

W piąteczek byliśmy na wycieczce w lesie, potem wycieczkowaliśmy w Dziemianach, do których jeździ się na lody. Dziemiany odkryliśmy pewnego lipcowego ciążowego dnia i od tego czasu bywamy tam na lodach. Jest tam też bogato wyposażony sklep wielobranżowy, a ja uwielbiam sklepy wielobranżowe (oraz wystawy kiosków), bo w swojej obfitości kojarzą mi się z dzieciństwem. Tym razem w owym sklepie kupiliśmy sobie jako pamiątkę dwa duże Ludwiki do naczyń o nietypowych zapachach. Mieliśmy jeszcze dotrzeć do Leśna na kamienne kręgi, ale jełop, który stanął obok mnie na wylocie z drogi jednokierunkowej i zasłonił mi widok na prawą stronę spowodował, że zapomniałam jak należało pojechać. Mało tego, potem przegapiłam zjazd na Płocice w prawo, bo jechał za mną inny niecierpliwy jełop, a ja niedawno czytałam o wypadku, w którym ciężarówka wjechała w skręcający w lewo samochód i to było pod Lipuszem, sad2czyli dokładnie tam, więc bałam się nagle skręcić (nawet w prawo) dopóki nie wyprzedził mnie. Znalazłam jednak zawracajkę po lewej (bardziej niebezpieczną niż po prawej ale umożliwiająca późniejsze włączenie się do ruchu w prawo) i skoro już wjechaliśmy w las, to przespacerowaliśmy się na jeżyny (małe i nieliczne, ale JEŻYNY!). Potem zaś synek zasnął i ja pędziłam do domu, bo był piątek, a kiedyś co piątek jadaliśmy placki ziemniaczane i był już czas najwyższy i na placki jako takie i na obiad w ogóle. Synek spał akurat tyle, by zbudzić się na gotowe. Skoro tylko zjadł, pojechaliśmy nad jezioro Wałachy, które jest najładniejszym miejscem w okolicy, dodatkowo obfitującym w grzyby, a do tego położonym niedaleko. Spędziliśmy tam czas aż do zmroku i przywieźliśmy stamtąd kilka ładnych koźlaków oraz jeden duży prawdziwek.

O sobocie już pisałam. Cechą przewodnią soboty był zepsuty aparat.

W niedzielę zaś ubraliśmy się w pasujące koszulki (a komu wypada to i sukienki) i poszliśmy na Mszę, na której wyjątkowo nie zmarzliśmy. Potem zapakowaliśmy zapasowe pieluszki, zapasowe sukienki i inne zapasowe jedzenia i pojechaliśmy na wycieczkę śladami tej piątkowej. Na naszym ulubionym pomoście sfocono bardzo amatorsko moje sukienki. Następnie pojechaliśmy do Dziemian na lody. Bardzo liczyliśmy na sklep sąsiadujący z wielobranżowym, że będzie tam Cortina czekoladowa dla Męża i nogger dla mnie, ale sklep został zamknięty dokładnie 4 minuty przed tym, zanim nadjechaliśmy. Musieliśmy znów kupić lody tam gdzie zawsze i gdzie spróbowaliśmy już wszystkiego i gdzie cortina jest tylko o smaku tiramisu. Sprawdziliśmy też menu lokalnej pizzerii i zaakceptowaliśmy je jako dość niedrogie i dość atrakcyjne na obiad dla nas w drodze powrotnej. Pojechaliśmy do Leśna gdzie były jedyne nieodwiedzone przez nas kamienne kręgi. Ja nie wiem o co z tymi kręgami chodzi. Znamy takich, którzy wierzą w ich energię, ale Mąż akurat lubi je dlatego, że kojarzą mu się z dzieciństwem. Te szczęśliwie były darmowe i parking przy nich też. A swego czasu w Węsiorach kasowano 4 czy nawet 5 złotych za sam parking, co nas oczywiście odstraszyło! Synek znów zerwał cumy* i odpłynął w drodze, więc zajechaliśmy do cienia w las, żeby nic nie przegapił i odbywaliśmy piknik przy aucie na rozstaju dróg. Piknikowaliśmy długo, a synek spał relatywnie niedługo. Po dojechaniu na miejsce nie był jeszcze całkiem zadowolony z przebiegu drzemki, ale widok 40 krów (a może 34 lub 38- każde liczenie dawało inny wynik) ucieszył go dość, by zażegnać wszystkie dziecięce troski. Poszliśmy na kręgi. Mąż zaskoczył nas negatywnie, bo czytał wszystko co było napisane na każdej z tablic i w ogóle jarał się tym, co tam było, a były to największe nudy na świecie. W końcu zostawił nas na jakiejś górce, gdzie mogliśmy zbierać jagody do naczynka, a sam oddalił się żeby przejść przez te kultury wielbarskie samemu. Jagody zbierało się miło dopóki były, kiedy jednak się skończyły, nabrałam ochoty na sprawdzenie poczty i wówczas okazało się, że niesforny Mąż uchodząc, zabrał ze sobą mój telefon, chlopZnerkczyli narzędzie do sprawdzania poczty! Byłam bardzo zła. Związał mi ręce i zostawił z dzieckiem na pustkowiu! Jedyną rozsądną rzeczą, którą mogliśmy zrobić, była zmiana lokum pozwalająca na zbieranie jagód skądinąd. Ja w ogóle nie rozumiem jak można się interesować takimi nieciekawymi rzeczami! Po nudach poszliśmy jeszcze odwiedzić miejscowego kucyka i synek karmił go leżącym obok niego (kucyka i synka) chlebkiem. A potem pojechaliśmy na pizzę. Byliśmy tam jeszcze w trakcie Mszy i dzięki temu czekaliśmy na zamówienie tylko trochę dłużej niż czekać mieliśmy. Tuz po złożeniu zamówienia Msza się skończyła i pół wsi przyszło na pizzę! A pizza skądinąd była tak dobra, że jeszcze dzisiaj miałam na nią ochotę. Synek oczywiście bezbłędnie rozpoznawał ople oraz peżoty, andi, reno i jednego rzężącego Lanosa. Mieliśmy problem jak mu zaprezentować folcwagena, bo to trudne słowo dla dwulatka i już planowaliśmy, że ‚folc będzie na początek lepsze, bo potem się to bezproblemowo rozszerzy o ‚wagen’, jednak on sam sobie wybrał, że teraz chce mieć ‚wagena’.

Dziś zaś synek dał nam pospać aż do dziewiątej po raz pierwszy tego lata! Spakowawszy się, zajechaliśmy pod sklep po bułki i za 4 identyczne zapłaciliśmy 1,70! (a to się przez 4 nie dzieli). Tak wyposażeni dotarliśmy nad Wałachy, gdzie okrążyliśmy pół jeziora nim dotarliśmy na idealne śniadaniowisko. Było uroczo i zrobiliśmy mnóstwo zdjęć blogaskowych. Potem poszliśmy dalej i gdy mijaliśmy ambonkę zastanawiając się, czy pozwolić synkowi na nią wejść (ja byłam przeciwna, bo on nie zna umiaru), synek sam ową ambonkę zauważył i wspiął się na nią też zupełnie sam! I robił to wiele razy. Non stop. Korzystał z pomocy przy zejściu i wchodził raz po raz! A potem siadał na przykręconym tam obrotowym stołku i cieszył się! Potem, ponieważ koniecznie chciał zrywać każdy grzyb, wyjaśniono mu, że grzyby mają blaszki i sitka i tych z blaszką nie zbieramy. Od tego czasu na znajdywane grzyby, zamiast mówić ‚gziba’ mówił ‚blaski’. Ponadto podczas znajdywania grzybów mówi ‚tata’ a czasem mówi że kocha gziba, bo mu się grzyb z tatą miesza. A gdy znajdzie sterczący z ziemi pachołek nakazuje tacie na nim usiąść. Przy czym nie nazywa taty tatą lecz tatusiem i to jest ekstra i ja go tego nauczyłam, o!

Po wielu godzinach dotarliśmy do auteczka i podjechaliśmy nad Debrzyno, bo zawsze chcieliśmy zobaczyć jak tam jest. Było średnio. A synek wcale nie chciał spać. Pojechaliśmy auteczkiem daleko, ale on wcale nie zasypiał. A ja byłam bardzo głodna. A mieliśmy już tylko ciastka, których staramy się nie dawać dziecku, więc nie mogłam ich jeść dopóki nie zasnął. I tak czekaliśmy aż zaśnie aż do 17. I wtedy zaczęło padać! Spacer jednak trwał dopóki tylko mżyło. Z braku dodatkowych warstw, synka przed deszczem osłonięto moją spódnicą. Wciąż było uroczo. Potem wróciliśmy  do domu. Synek powiedział ‚but, blusa, mloklo’. Odczuwanie mokra i daleka to jego nowe osiągi i jest w tym świetny. Przebrani pojechaliśmy do sklepu po jajko wiejskie (80 groszy za sztukę!) do placka ziemniaczanego, bo zapomnieliśmy, że mamy w lodówce całe mnóstwo. I tak minął dzień.

Na tym wyjeździe testowaliśmy nerkę. Od zawsze wiedziałam, że nerka jest lepsza niż brak kieszeni lub kieszenie, do których nie mogę zapakować rąk, bo a nuż zgubię klucze czy inną baterię. I lepsza jest od torebki branej do ręki i od takiej na ramię, która się zsunie, gdy nachylę się nad grzybem i która przeszkadza w aucie. I nieporównywalnie lepsza od plecaka, do którego nie da się łatwo sięgnąć i który tez trzeba ściągać. Nerka to rzecz idealna dla kierowcy-grzybiarza. Póki co do testów posłużyła nie za ładna nerka po Mężu, ale wkrótce uszyjemy sobie komplet nerek z misiami i będziemy się z nimi obnosić, o! I one nas wyrażą, też o! I nawet Mąż, który ma kieszenie, chce nerkę z misiem, o!

* W przypadku synka mówienie o zerwaniu cum jest wyjątkowym żartem językowym, gdyż jako zapalonego przyszłego żeglarza, ulubioną jego zabawą jest zabawa w cumę właśnie. I każde najmniejsze nawet autko ma sznurek do cumowania (podobnież statki), więc i tym, co go przed uśnięciem/odpłynięciem powstrzymuje, jest cuma właśnie.

TU BĘDZIE OCZYWIŚCIE MNÓSTWO DODATKOWYCH ZDJĘĆ.