A może by tak…

DSCN0423… wrócić do pisania? Wiecie, dlaczego od miesięcy nie powstał na tym blogu żaden wpis? Otóż dlatego, że w lutym dzieci zalały różowy laptop, a tego czarnego, który dwa lata czekał na dzień gdy będę musiała go użyć, nie kocham. Używam już prawie pół roku, ale nie kocham. Różowy ze swoją wybrakowaną klawiaturą i ja kochaliśmy się przez 8 lat. Zaniepokojonych czytelników uspokoję, że dzięki mojemu sprytowi i wiedzy Męża udało nam się odzyskać wszystkie różowe dane całkowicie za darmo. To znaczy za 28,99, bo tyle kosztował specjalny kabel, ale to jak za darmo w porównaniu z tysiącami złotych za odzyskiwanie danych z uszkodzonych laptopów.1

DSCN0566Jest jak zawsze, to znaczy czekam na Męża, który jest w pracy. I nie ma jak wrócić bo zalało całą drogę do domu, a on nie ma kaloszy. Myślę sobie o makaronie z szyneczką, ale zaraz północ, a po północy już piątek i nie wolno. Dzieci chorują, ale w normie. Mniej niż zwykle, bo zarażają się tylko same, nie zarażą ich dodatkowo przedszkole. Czasem czytam książkę, wczoraj nawet kupiłam białego kruka w  księgarni stacjonarnej, bo internety już od dawna nie widziały Turkusowych szali, a jedna taka księgarnia trzymała jeden egzemplarz dla mnie, bo to dobra księgarnia.

Mąż miał niedawno urodziny. Kupiłam mu grę, której recenzję czytałam na jednym takim blogu, który lubię, ale oddałam grę, gdyż Mąż dostał jeszcze inną grę, a nie ma kiedy grać, więc lepiej nie zamrażać gotówki. Kiedyś kupimy sobie taniej. Z okazji urodzin Męża odbyło się wiele imprez, w tym jedna w naszym domu. Nasz salon pomieścił prawie 20-tu gości i pożyczyliśmy 9 krzeseł składanych od przyjaciół i znajomych. Zrobiłam tort podobny do kostki Luwr od Sowy, ale nie był tak słodki jak ten oryginalny. I w ogóle to za wysoki wyszedł. I polewy nie zdążyłam polać, bo tyle innego jedzenia trzeba było zrobić, a rączki mam tylko dwie.DSCN0221

Poza tym byliśmy ponad tydzień na Kaszubach i padało bardzo dużo. Gdy padało mniej to zbieraliśmy kurki i jagody. Jagody już w słoiczkach, a kurki pomrożone.

Nie wiem, czy ten wpis jest początkiem mojego wielkiego powrotu, czy też okrzykiem goni bloga, ale niestety nie za bardzo może być dłuższy, gdyż udajemy się na wakacje i powinnam wybrać nam cel podróży oraz pokój.

Zapomniałabym, na znak starości obcięłam włosy. Teraz mam bardzo krótkie. O, takie:

DSCN8731

Zaś Mąż, po półtora roku prowadzania się z nieważnym dowodem osobistym, dał się zaciągnąć do fotografa oraz do urzędu i już wkrótce taki nowy dowód będzie miał. Niestety fotograf nie miał dość dobrego sprzętu by zrobić zdjęcie w okularach, więc w dowodzie Mąż wyglądać będzie trochę nie jak Mąż.

DSCN8793

DSCN0161

DSCN0134

Luty miesiącem Misi!*

DSCN1445Pamiętacie jak zostałam foczką? Jak mi politechnika zafundowała semestr basenu? Skakałyśmy z foczkami w wodzie w rytm takiej muzyki, że brak słów (dlatego nie ma tu zgrabnego sformułowania). Prawdopodobnie kilogramy gubiłam na potęgę a zdrowia mi przyrastało, ale niewiele już pamiętam z tamtego czasu. To było wieki całe i jedną ciążę temu. Potem obiecano mi, że po porodzie znów pójdę na basen. Tyle razy musiałam się wstydzić przed doktorem, którego żona po trzech porodach jest zgrabna, że gdyby mi nagle wypadła pochwa, to już bym ze wstydu do doktora nie szła, lecz czekała rok na wizytę w Enefzecie.  Ale gdy przyszła jesień i niby można było iść na basen, wkroczyliśmy na ścieżkę remontu Misiego Domku, potem się wprowadziliśmy, potem Mąż zasuwał żeby z czymś tam zdążyć a ja szukałam lodówek i innych brakujących rzeczy wieczorami w internetach, potem powalił nas rotawirus, potem Mąż pisał doktorat żeby zdążyć z nim na lipcową radę wydziału (zdążył na wrześniową), potem rozpoczęło się przedszkole i nowa sytuacja życiowa sprawiła, że nikt nie myślał o mnie. A potem odezwały się moje plecy i wtedy zauważono, że nie dość, że pokrzywiona to jeszcze grubawa jestem i że przecież już półtora roku wcześniej miałam na ten basen pójść.

Jednocześnie Mąż planował zakupić sobie karnet na bliski jego pracy basen, na który już kiedyś chodził. Bo i Mąż ma pokrzywione plecy. Karnet kosztował 1500 złotych na rok i był nielimitowany. Mąż nie kupował karnetu, gdyż nie nawykł do wydawania tak dużych sum pieniężnych samodzielnie. Ponadto nie bardzo chciał startować z karnetem na cały rok gdy tak rzadko bywał w pracy (Mąż ma dwie prace i ta, która nie jest przy basenie zajmowała tyle czasu, że gdy już pojawiał się w tej obok basenu to wyjście na basen nie było możliwe, bo ludzie z całego świata, od Meksyku po Indie go rozchwytywali. Więc Mąż postponował wydatek. Dzwoniliśmy regularnie na basen pytać, czy promocja się może nie kończy. ZDSCN1446apewniali nas że na razie nie kończy, że do końca roku potrwa. ,

A potem przyszły wydarzenia, które kazały nam zapomnieć o basenie na kilka dni i wtedy właśnie promocja się zakończyła.6 stycznia zdjęli ją ze strony! Mąż zauważył to siódmego i zaraz tam poszedł, ale pracownicy mieli związane ręce. Pani dzwoniła do szefa, a szef pozostał nieubłagany. Mówił, że pozapromocyjna cena (1800 zł/rok) i tak jest na granicy opłacalności i że niet. Następnego dnia próbowała szefa przekonać pani, która pracuje tam najdłużej i też niet. Tym sposobem Mąż pozostał bez basenu.

Zatrzymajmy się na chwilę na rozumowaniu szefa. Gdyby Mąż był jedynym klientem i trzeba było płacić pracownikowi za obecność na basenie podczas wizyt Męża i sprzątanie po Mężu lub wymieniać wodę w basenie co wizytę bo Mąż miałby pchły lub onanizował się do basenu co jest ostatnio modne na Zachodzie, to rzeczywiście taki Mąż nie opłacałby się jako klient. Ale Mąż byłby jednym wielu klientów i byłby obsługiwany zbiorowo, więc mieć o jednego klienta więcej lub go nie mieć, to chyba jednak jest interes szefa. Chyba, że szef osiągnął granicę progu podatkowego i Mąż miałby sprawić, że szef musiałby zapłacić wyższy podatek, wtedy należałoby zwrócić szefowi honor a jednocześnie nakazać mu zamknąć kasę basenu jeszcze w styczniu.

DSCN1449Motyw szefa basenu skojarzył mi się automatycznie z sytuacją z dzisiaj. Mianowicie dzisiaj jak to przy niedzieli, nasza rodzina zawitała do Maczka. Poszliśmy oblewać albo raczej objadać nowy zakup, który zasadniczo jest tematem tegoż wpisu, ale jeszcze tego nie widać. W Maczku zamówiliśmy między innymi frytki. Do małych frytek potrzebne są dwa keczupy, a nawet dwa i pół. My dwa keczupy dostaliśmy do dwóch porcyjek frytek. Od razu poprosiłam o więcej keczupu, wszak nigdy nie skąpili i to keczup a nie sos barbaki, więc naprawdę no. Zresztą pamiętacie, że frytki to tylko takie łyżeczki do keczupu, no nie? Wówczas pan spojrzał na moją tacę i rzekł, że do jednej porcji przysługuje jeden, a każdy następny kosztuje zeta! Zeta! Kumacie? Gdyby nie nasza zapobiegliwość, to kasa wydana na drugie frytki byłaby kasą zmarnowaną, bo frytek bez keczupu zjeść się nie da, ale jesteśmy zapobiegliwi akurat w sam raz i wprawdzie nie mieliśmy w torebce butelki keczupu marki Włocławek, ale za to mieliśmy w aucie 3 brakujące szaszetki keczupu marki Maczek. Postawą pana jestem zbulwersowana i mam nadzieję, że mu te złotówki zarobione na dilerowaniu keczupem rantem w gardle staną. Oczywiście poza tym życzę panu bardzo dobrze.

Byliśmy dzisiaj w outlecie. Dawno temu kupiliśmy Mężowi w outlecie buty i pękły mu podeszwy na piętach i wpadały kamienie przez te dziury. Buty wymieniono od ręki na nowe w kwietniu, lecz te znów pękły, a nam nigdy nie było po drodze. Czasem byłoby po drodze w niedzielę, ale Mąż nie uznaje niedzielnych zakupów (czym bardzo utrudnia życie). Tym razem jednak nas przycisnęło, bo po raz kolejny uznano naszą reklamację i musieliśmy ją DSCN1460sfinalizować przed końcem miesiąca. Byliśmy więc i Mąż zmierzył wiele butów, a dzieci w tym czasie wysypywały kredki i było bardzo fajnie. Ostatecznie dopłaciliśmy 80 zł i Mąż ma teraz buty z inną podeszwą, która być może nie pęknie od razu. A gdyby nawet pękła, to nowa gwarancja liczy się od dzisiaj i w ogóle się nie zmartwimy. Ale to nie buty byliśmy objadać. Gdybyśmy objadali buty, zrobilibyśmy to w innym Maczku i z pewnością nie musiałabym naruszać naszej samochodowej rezerwy keczupu.

Otóż gdy 7 stycznia zdjęto promocję, a 8 stycznia szef odmówił po raz drugi, rozpoczęliśmy przeszukiwanie okolicznych basenów pod kątem lepszej oferty. I znaleźliśmy. Tyle że w ogóle nie na rękę osobie niezmotoryzowanej. Ale za to dla kogoś z autem jak ja to spełnione marzenie. Tyle że ja to z kolei nie mam czasu za bardzo. Czas bez dzieci to mam właściwie tylko nocą. Mam auto, którego nie ma Mąż, ale to on ma to coś, czego nie mam ja, a co jest kluczowe. On, nawet gdy jest zarobiony po pachy, to jednak ma to minimum swobody, o którym ja mogę jedynie pomarzyć. Ale Mąż jest bardzo dobry i mnie kocha.

DSCN1461Mieliśmy kupić talon na 10 wejść na aqua aerobik ważny przez miesiąc. Żebym zrzuciła to nieliczne sadło, o którego istnienie się mnie podejrzewa, a którego nikt nie widział. I żebym zregenerowała obolałe plecy. Promocja obowiązywała do dzisiaj. Wczoraj jednak zajrzawszy do internetów ponownie natknęliśmy się na coś dużo lepszego. Otóż odkryliśmy promocję nielimitowanych wejść na basen, aqua aerobik saunę i siłownię również ważny przez miesiąc i niewiele drożej. Bardzo się wahałam, bo już te 10 pojechań to wiele, ale Mąż bardzo chce żebym była najładniejsza, najzgrabniejsza i najlepiej wnosiła zgrzewki wody na trzecie piętro, więc niniejszym ogłaszamy luty miesiącem Misi!

Na basen będę jeździła na 21:15, chyba że Mąż wróci wcześniej. Mam więc szanse wypełnić wszystkie domowo-dzieciowe obowiązki. Chyba że czasem ktoś popilnuje młodszego dziecka w dzień i że ospa jednak nie przyjdzie, to może czasem pojadę w dzień.

Czy widzicie na poniższym zdjęciu ten wuszer na zajęcia indywidualne z trenerem? Mąż, zanim kupił, upewnił się, że trener będzie mężczyzną. Mąż by chciał, żebym do basenu wchodziła w stroju dwuczęściowym. Mąż chyba widzi we mnie też kobietę a nie tylko swoją personalną kucharkę i opiekunkę jego synów.

*Wybrano luty, bo jest najkrótszy…

DSCN1463

Jestę hipsterę

DSCN1122Pomyślałam sobie, że zrobię dziś moim wiernym oraz nowym czytelnikom wpis. Bo nie wiem czy uważnie śledzicie blogowego fejsa, ale naszej misiowej rodzinie przybyło ostatnio dwóch fanów. Stworzenie wpisu w styczniu jest w dobrym tonie, gdyż podobnie jak mój idol i niegdyś przewodnik w świecie blogów Maurycy Teo, chciałabym utrzymać tempo blogowania na poziomie przynajmniej jednego wpisu w miesiącu. Ostatni miesiąc był bardzo ciężki, ale nie jest to jeszcze czas by o tym pisać. Nie piszę jednak z pobudek altruistycznych. Piszę, gdyż przeczytałam już cały internet i więcej prokrastynować ciężko. Mąż prowadzi życie towarzyskie za całą naszą rodzinę i go nie ma. Gdyby był czytalibyśmy sobie Żniwa zła na głos, ale nie ma go, albowiem ogląda filmy na pokazie w dużej grupie ludzi.

Ja też niedawno byłam w dużej grupie ludzi. Dwa razy w tym tygodniu i było to wręcz podniecające i DSCN1118bardzo przypominało mi moje dawne życie. Jaka to była duża grupa ludzi? Jechałam autobusem miejskim proszę Państwa i czytałam książkę w tym autobusie. Dokąd jechałam? Raz wracałam od mechanika a raz jechałam po naszą zieloną Lanię. Naszej zielonej Lani wymieniliśmy progi, bo były zardzewiałe i mogła nam się złamać na pół, a bardzo ją lubimy i chcemy nią jeździć jeszcze całe lata.

Spytacie może dlaczego prokrastynuję? Prokrastynuję, bo nie chcę kończyć książki. Mam cudowne uczucie związane z odnalezieniem książki, która mnie satysfakcjonuje i nie chciałabym żeby było już po lekturze a ostatnie lekko zarwane noce sprawiły, że niestety koniec jest blisko.

Cóż u nas poza tym? Jeśli chodzi o dzieci to siedzimy w domu od dwóch tygodni i cieszymy się, że budzik rano nie musi dzwonić, a w perspektywie może jeszcze posiedzimy, bo czekamy na ospę. Jeśli przyjdzie ospa, to budzik nie podzwoni jeszcze długo, ale jeśli nie przyjdzie, to ucieszymy się, że nie przyszła i budzik nastawimy w ramach celebracji.

DSCN1102Niestety dzieci w domu oznaczają zwielokrotnienie zniszczeń występujących każdego dnia. Ogołacanie choinki z bombek i igieł oraz rozrzucanie igieł jest na porządku dziennym i nie robi wrażenia. Ale zrzucenie jednego laptopa i polanie herbatą drugiego w jeden dzień to już gruba przesada. Dobrze, że dzieci są tylko dwa i laptopy też dwa, to każdemu przypadł jeden. Młodszemu laptopowi, którego oprawcą było nowsze z dzieci, upadek nie zaszkodził, ale niestety 8-letni Dell z różową klapą nie poradził sobie tak dobrze.

W planach mamy odzyskanie danych z dysku w padłym laptopie, ale naprawa się nie opłaci. Mąż zarządził, że to dobry moment bym przesiadła się na ten nowszy, który od ponad roku już na mnie czeka i który to Mężowi do gier służy, a temu Mężowi mielibyśmy kupić za dwieście złotych laptop do gier. Ale wiecie co? Za dwieście złotych to można mieć taki Dell jaki miałam. O! I nie muszę się wtedy nigdzie przesiadać.

Czy nasz stary samochód, stary laptop, stary Mąż i jeżdżenie autobusami robi ze mnie hipstera? A to, że czytam papierowe książki chociaż mam tableta i mogłabym czytać e-książki? A może to, że kupiłam sobie nową Nokię z 2009?

DSCN1407

Jak się rozkraczy, to nie pojedzie

DSCN7865Dwa lata temu zabraliśmy syna na wyścigi samochodów. Nie jakieś zwykłe wyścigi, ale takie nietypowe, bo były to wyścigi samochodów ledwo jeżdżących i nazywały się ‚Ostatni dech’. A były za darmo co dla nas stanowiło czynnik decydujący. Poszliśmy tam bez przekonania, niepewni czy wyścigi będą równie fajne jak zbieranie grzybów, które wówczas uskutecznialiśmy każdego weekendu. Jeśli chcieć być dokładnym, to zabraliśmy wówczas dwóch synów, ale jednego nieświadomie. Jako że byliśmy tacy niepewni, czy to aby fajne i w dodatku była to niedziela, to na wyścigi trafiliśmy dopiero po Mszy, a nawet o 14:00, czyli załapaliśmy się na ostatni. Ale to wystarczyło. że użyję tu górnolotnego określenia „złapaliśmy bakcyla” i pomyśleliśmy sobie, że „zrobimy mu to”, czyli będziemy zabierali owego syna na takie wyścigi żeby kiedyś je lubił sam nie wiedząc dlaczego. Syn też bakcyla złapał i chociaż wówczas dopiero mówić zaczynał, to gdy już się z tym mówieniem  rozkręcił, to zawsze w okolicy wspominał, że DSCN8705tu właśnie na takim wyścigu był.

Pech chciał, że przez dwa kolejne lata informacje o takich wyścigach trafiały do nas zawsze po imprezie. Aż do obecnie trwającego września. Tym razem świadomi, że we wrześniu taki wyścig się odbywa, poszukaliśmy informacji na czas. Ponadto już lubimy co trzeba na fejsiku i o następnych dowiemy się pierwsi, a w każdym razie nie ostatni. Po cichu zdradzę Wam, że następne już w październiku i czeka nas trudna decyzja czy wybrać urodziny u mamy, głosowanie w wyborach na kolegę czy może wyścigi.

DSCN7768Jedyne, co nam tej niedzieli nie wyszło, to średnia pogoda. Jako, że czas nie sprzyja obecnie naszym rekreacjom i ważny telefon sprawił, że w sobotę Mąż trochę pracował (a trochę nie, bo miałam akurat urodziny), na wieś udaliśmy się w niedzielę. Mszę zaplanowaliśmy na wieczór i była to dobra decyzja. Pierwszy wyścig ruszał o 12, do celu mieliśmy daleko, a udało nam się dotrzeć na miejsce już przed 13-tą, czyli nieźle jak na nas. Nie wiem, co działo się o 12, ale o 13 też było całkiem spektakularnie. I o 14 także. I o 15 również. Nie wiemy tylko, jak się zabawa skończyła, bo podczas ostatniego wyścigu poszliśmy sobie, co by zdążyć z ciepłym obiadkiem i Mszą.

DSCN7832Początkowo było zimno, ale Mąż oddał swój t-shirt starszakowi i występował topless (w polarku), zaś po pierwszym wyścigu doubraliśmy się hojnie i już zimno nie było. Jedliśmy jabłuszka, a gdy dzieci nie patrzyły to i chipsy i było nam fajnie. Piwo dookoła się lało strumieniami i innym też było fajnie.

Na torze wyścigowym najciekawsze rzeczy działy się za górką i nie widzieliśmy, ale w polu widzenia też było nieźle. Synowi, który lubi swoją lalę, spodobało się auto wiozące lalę na dachu. Niestety, ono szybko stanęło z niemocy. Innym autom przytrafiały się głównie odpadające opony, ale były i spektakularniejsze rzeczy jak na przykład dachowania (niegroźne dzięki wzmocnionej konstrukcji złomów). Było i fajnie, gdy ktoś próbując kogoś zepchnąć, sam utknął na poboczu. Zdarzyło się i tak, że jeden samochód wjechał pod drugi. Wyjątkowo sympatyczne było iż gdy tylko jakieś auto opuściło tor, tłum pomocnych chłopców biegł i przywracał je na miejsce. Byli też i strażacy i terenówka do holowania, ale zwykle kilkunastu chłopców wystarczało.

DSCN7991W międzyczasie zjedliśmy fryteczki, bo najlepsze są takie fryteczki z baru, a tam bar był. Nie były tanie, ale czasami jemy nawet jak nie jest tanio, gdy wpływa to korzystnie na klimat. Oczywiście uwielbiamy też frytki z maczka i frytki z Ikejki. Nie wiem czy w ogóle istnieją niedobre frytki, ale takie barowe to zupełnie najlepsze. Bo frytki to tak naprawdę jednorazowe łyżeczki do keczupu i grunt by keczup lał się obficie. Dlatego pamiętamy by wziąć z domu porządny keczup, bo bardzo często keczup nie jest dobry, lub jest go mało lub, co gorsza, jest płatny. Jeśli akurat nie pamiętamy o zabraniu keczupu, to go kupujemy. Dowodem na to, że nie zawsze pamiętamy o zabraniu keczupu jest fakt, iż w naszej lodówce obecnie chłodzą się 3 butelki czerwonej polewki.

A po fryteczkach zagadnęła mnie pani, której DSCN7989tego dnia piwa nie brakowało i opowiedziała, że ma dwójkę dzieciaczków, rok po roku i że męża poznała przez telefon, a to tak jakby przez internet i czy zwróciłam uwagę na tego męża, co jeszcze chwilę temu tu siedział taki i owaki. No nie zwróciłam. Potem zwróciłam i rzeczywiście- taki typowy cudzy mąż podczas niedzielnego wyjścia. Mąż twierdzi, że łatwiej pożądać cudze żony niż cudzych mężów i że to dobrze. Ja tam nie wiem czy aby dobrze, ale to Mąż się zna na pożądaniu.

DSCN7836A jeśli chodzi o same wyścigi, to było za dużo przerw i przestojów. Moim zdaniem powinni mieć w odwodzie zapasowe auta a nie przywracać na chód te, które się psuły. Może gdybyśmy łoili piwo, albo gdyby nie było zimno, to współczynnik tolerancji miałabym większy, ale mnóstwo czekania i nawet nie było gdzie posadzić pupy, bo wszyscy stali przy tasiemkach grodzących i kto sobie na ławce usiadł, ten nic nie widział. A i same ławki nie miały oparcia. Więc z bólem serca, ale oceniam na 3/5, bo jednak komfort widza  na niskim poziomie. I wiecie co? Następnym razem pójdę tam z własnym składanym  krzesełkiem (a może i termosem z herbatką) i ocenię wyżej.

DSCN7933

DSCN7943

DSCN7858

DSCN8049

Inter pedes puellarum

DSCN7961Po przeżyciach dnia poprzedniego każden jeden zostałby w łóżku i cieszył się, że ono takie wygodne (bo zaiste było!), ale nie my. My tak dużo zapłaciliśmy, że pozostanie w najwygodniejszym łóżku byłoby zbrodnią. Ponadto my mieliśmy już baterie i mogliśmy pójść sfotografować to, po co przyjechaliśmy. A przyjechaliśmy do Chłopięcego Raju. Pewnie każdy z Was inaczej sobie wyobraża miejsce o takiej nazwie. Pewnie dla niektórych będzie to pokój z grami komputerowymi, inni widzieliby zimne browarki lub gorące laski. Prawdopodobnie znajdą się i tacy, którzy docenią święty spokój. Ja osobiście wybrałabym wygodny leżak, dobrze dobrane lektury i catering z gorącymi herbatkami przy zachowaniu komfortu cieplnego oczywiście. Wiecie jednak, że mój Mąż nie jest ekhem… typowy pod żadnym względem. Dla niego Chłopięcy Raj wcale nie jest między nogami dziewcząt. On woli… on woli skakać po kamieniach w górskim strumieniu.DSCN7972

O 11:30, po zjedzonym na dworze śniadaniu obficie popitym herbatką wyruszyliśmy. Wiedzieliśmy, że tym razem wózek musi zostać. Dzień wcześniej niesiony Ursus rwał włosy z głowy matki i wpychał jej palce do nosa, ale jeśli mieliśmy pójść w jakieś góry, to trzeba było przymknąć oko na te palce w oku. Mąż postanowił, że zamiast plecaka, pod którym pocą się plecy, poniesie torbę na ramię, ale tuż po wyjściu zmienił zdanie. Różowy plecak zresztą pasował mu wyśmienicie do czapeczki. Zdecydowaliśmy, że najpierw zobaczymy Wodospad Kamieńczyka, bo w razie zmęczenia, do Szklarki można podjechać autobusem i nawet wrócić. Poza tym na mapie napisali, że do Szklarki prowadzi ścieżka dla niepełnosprawnych (czyli dla naszego wózka też).

Prawie nie było bagażu w plecaczku, gdyż pogoda była pewna jak rzadko. Ale zdarzył się i taki moment gdy w górach zagrzmiało i kropnęło (mniej niż pokropiło). Także z tą pewną pogodą to tylko taki zabieg stylistyczny. Tego jednego dnia była przez chwilę niepewna.

DSCN8081W drodze do wodospadu Mąż wszedł na 15 minut do rzeki Kamiennej i brodził, po czym stwierdził, że to był ten kwadrans, dla którego tu przyjechaliśmy. Kilkadzieści metrów dalej okazało się, że za mostem znajdowało się legalne miejsce do skakania po kamieniach, ale my o nim nie wiedzieliśmy i dzięki tej niewiedzy miał Mąż wszystkie głazy dla siebie.

Szliśmy dalej, a szło nam się dobrze. Mąż wprawdzie coś bąkał o bryczce, bo kiedyś jako dziecko powieziono go bryczką, a Mąż lubi wracać do wspomnień z dzieciństwa, ale gdy zaproponowano nam dołączenie do rodziny jadącej bryczką za J-E-D-Y-N-E 3 dyszki, bez wahania odmówiliśmy. Mąż szedł podekscytowany a ja szłam sceptyczna. Przy wodospadzie był dziadzio z bernardynem, który robił zdjęcia i pobierał adres do kajeciku by te zdjęcia wysłać, ale nie gustujemy w takich rzeczach. Ursus podszedł do psa po prostu, ale dziadzio tak usiadł na linii Ursus-aparat, żebym nie mogła ani jednego zdjęcia zrobić skoro nie płacimy. Było to niesprawiedliwe, bo Mąż wrzucił mu potem zeta do puszki ZA NIC!

DSCN8112Raz osa ugryzła mnie w palec obrączkowy i to tuż po tym jak wyśmiałam dziewczynkę płaczącą na widok osy. Ale dalej uważam, że miałam prawo, bo ja na to ugryzienie nie zapłakałam ani razu nawet gdy spuchło. Mimo ugryzienia było nam tak dobrze, że schodząc z wodospadu weszliśmy na czarny szlak wokół Szklarskiej Poręby i szliśmy nim, a on szedł przez las i było naprawdę fajnie. Odpoczywaliśmy więcej niż było to potrzebne, gdyż poza przerwami na skakanie po kamieniach były też przerwy na odpoczywanie odcisku, który Mąż niósł na palcu.

O 16:00 dotarliśmy do miasta, bo akurat wówczas szlak biegł miastem. Kupiliśmy sobie rogaliki i szliśmy dalej. Mieliśmy energię i mapę, więc liczyliśmy, że dojdziemy do Szklarki z buta. A buty mieliśmy akurat niezbyt profesjonalne, ale to nam nie przeszkadzało. Nawet upał nam nie przeszkadzał.

Raz po drodze spotkaliśmy reklamę restauracji z goframi w cenie 6 złotych za 2 sztuki (albo z bitą za 7!). Wydało nam się to tanie i zamierzaliśmy pójść, ale to była restauracja hotelowa i akurat wydawała obiadokolacje i musielibyśmy czekać dłużej niż były dla DSCN8149nas te gofry warte, więc obeszliśmy się smakiem i powędrowaliśmy dalej. To było smutne.

Wkrótce znów wkroczyliśmy do lasu, a obok nas zaczęła płynąć rzeka. Odpoczynki znów stały się częste, gdyż Mąż się pluskał. O 18:08 wkroczyliśmy do Karkonoskiego Parku Narodowego, ale nie przez bramkę z biletami jak to zwykle bywa. Weszliśmy tam przez zieloną granicę i jedynie tabliczką nas poinformowano że w oddali będzie budka i wówczas uiścimy opłatę (jeśli zechcemy*).

Tuż przed 19:00 dotarliśmy nad wodospad. Mąż miał już zbyt wyziębione nogi by zapozować do fotki na tle, ale Zbyszek widoczny na zdjęciu dał się sfocić nie tylko swojej kobicie. Zwróćcie uwagę jak prorodzinny jest ten wodospad. Z lewa płynie grubą strugą mama i na środku dołącza do niej tata. Odtąd płyną razem a później łączą się z prawą strugą- dzieckiem (dziećmi) i odtąd spływają razem jako rodzina.

DSCN8355Jako że byliśmy głodni a w plecaczku nie znajdował się żaden pokarm, a za posiłek w schronisku (drogo i słabo) płacić nie chcieliśmy, to poszliśmy dalej nie zatrzymując się dłużej. Okazało się, że ścieżka dla niepełnosprawnych to tylko krotki odcinek między szosą a wodospadem (na mapie nie było to sprecyzowane) i gdybyśmy pojawili się tam z wózkiem licząc że sobie pojedziemy, to mogłoby nam być co najmniej przykro, a na pewno też ciężko.

Idąc mieliśmy nadzieję, ze budka z biletami do KPN będzie już nieczynna, ale zawiedliśmy się. Oczywiście można było budkę minąć nie płacąc chyba, że jest się nami. Wówczas nie można było minąć budki nie płacąc. Nadmierna uczciwość kosztowała nas tym razem tylko 6 złotych, bo pan z budki widząc frajerów postanowił sprzedać im bilety ulgowe (może nie rozpoznał w nas frajerów, a jedynie z racji później godziny przyznał ulgę). Tak naprawdę to minęliśmy tą budkę, ale cofnęliśmy się, bo takie z nas uczciwe/poczciwe frajery.

Jako, że wciąż miałam siłę na noszenie, a 8 złotych na autobus piechotą nie chodzi, to w stronę DSCN8414miasta udaliśmy się pieszo. Szliśmy malowniczym szlakiem wzdłuż szosy oddzieleni od niej rzeką. O dziwo, poza burczeniem w brzuszku, było nam wciąż dobrze. Droga zajęła godzinę. Stresowaliśmy się, czy zdążymy jeszcze kupić oscypki na śniadanie, ale stres był zbędny. Gdy już dotarliśmy do miasta, Mąż postanowił się zrehabilitować za tak głupio wydane 6 złotych i zapowiedział, że pójdziemy na porządny obiad. Mieliśmy info z internetu, że Restauracja Kaprys serwuje porządne obiady (potwierdziły to niezależnie dwa blogi). Szkopuł w tym, że Restauracja Kaprys nie była na naszą kieszeń. Mąż nalegał, że niby mi się należy. Fakt, należało mi się. Wszak to dzięki mnie i mojej ofiarności spędził cały dzień w górach i wskoczył do tylu strumieni, do ilu zechciał. Ale żałuję. DSCN8442Ładne wspomnienie i w ogóle, ale zapłaciliśmy 28  złotych za spaghetti, to bardzo drogo. Nie żeby było niedobre, bo było pyszne, ale nie wydaje się 28 na jeden posiłek tak jak i nie płaci się 60 za jeden nocleg. Mało tego, kupiliśmy w tym samym lokalu pizzę „dużą” za 22. Miała 30 cm średnicy i była smaczna (chociaż brzegi się osmaliły trochę niefachowo). Szczęśliwie rachunek zsumował się do okrągłej kwoty i nie musieliśmy się zastanawiać, czy dawać jakiś napiwek, czy nie. Bo gdy kelner zobaczył koszulkę Męża, to pewnie pomyślał, że nie damy. Gdy zobaczył, że fotografujemy jedzenie, nabrał pewności. Zgłoszenie chęci zapłacenia kartą było już tylko formalnością:)

A później pani kelnerka porwała Ursus na chwilę i obdarowała go lizakiem. O 22 dotarliśmy do domu. Nie czuliśmy nóg, ale za to każdy czuł nogi współmałżonka. Korki znów działały a w prysznicu mieliśmy nowy wąż. Tym niemniej Mąż odmówił umycia swoich kończyn gdyż, jak tłumaczył, spędził cały dzień w strumieniu.

*Ludziom postronnym wydaje się absurdalne płacić za coś za co nie trzeba, ale zważcie, że cale mnóstwo oprogramowania  udostępniane jest za darmo i tylko autor informatyk po cichutku prosi żeby go wesprzeć jeśli program się podoba. I inni informatycy wspierają. Nie wiem czy ktoś jeszcze też wspiera.

DSCN7987

DSCN8005

DSCN8073

DSCN8135

DSCN8409

DSCN8423

Piechotą w Piechowicach

DSCN7877Trudno budować atmosferę tajemniczości wokół ładowarki do aparatu, ale przyznać musicie, że udawało mi się to znakomicie przez dwa wpisy. Jak wiadomo i pisze o tym nawet Polityka, zdjęcia z wakacji są ważniejsze niż same wakacje. W takiej sytuacji wyjazd bez aparatu/bez karty pamięci/ z aparatem niesprawnym jawi się jako najprawdziwszy wakacyjny horror. My mieliśmy ze sobą 5 baterii, z czego 3 oryginalne a dwie pozostałe też w miarę nowe, ale w chwili skonstatowania, że ładowarki z nami nie ma, stosowaliśmy już czwartą z tych pięciu.

Skoro tak z grubej rury wyznałam, co nas spotkało i całe napięcie zniknęło, to dodam jeszcze, że nie pojechała z nami także ładowarka do Nokii (w sobotę rano okaże się, że obie zostały na kuchennym blacie, ale przez resztę wyjazdu spróbujcie wraz z nami się o nie martwić). A żeby było ciut lepiej to wiedzcie, że pokoik na poddaszu był cudowny, rolety chroniły przed ciepłem, wokół rosło wiele drzew i co najlepsze, płynął szumiąc przyjemnie strumień! Otwieraliśmy sobie na noc te okna dachowe i słuchaliśmy szemrania a żadne robactwo nam nie dokuczało! Zanim się skumaliśmy, że to strumień jest tym, co szemrze, to najpierw myśleliśmy, że deszcz pada, a potem jeszcze, że jakieś maszyny pracują. Identyczne szemranie w wykonaniu maszyn nie byłoby miłe wcale.

DSCN7682A wracając do baterii, to macie wyobrażenie o naszej sytuacji? Jesteście na zatyłczu, które bynajmniej odludziem nie jest bez jednego porządnego sklepu i wkrótce wasz aparat straci funkcjonalność a przed wami cały urlop! Zagooglaliśmy, że jest jakaś naprawa laptopów/komórek w miasteczku i z samego rana w środę tam podreptaliśmy. Pod adresem z internetu był sklep z pamiątkami i naprawy już tam od 10 lat nie ma, ale pani nas skierowała do sklepu z elektroniką. W sklepie z elektroniką kupiliśmy słabą żarówkę do lampki nocnej, ale ładowarki nie nabyliśmy. Mieli uniwersalną za 24 złote, a to nas nie przekonało. Baliśmy się, że uniwersalna ładowarka z rozwieranymi pinami uszkodzi nasze wcale niezłe baterie*. Postanowiliśmy pojechać do Jeleniej Góry.

DSCN7746Kupiliśmy sobie pierwsze oscypki i poszliśmy do informacji turystycznej. Pan w IT dał nam rozkład jazdy, z którego wynikało, że akurat zdążymy na pociąg. Akurat zdążyliśmy. Przy okazji odkryliśmy, że na dworcu w Szklarskiej Porębie nie ma kasy i że biletu do domu tam nie kupimy. Kiedy więc dojechaliśmy do JG, wiedzieliśmy, ze bilety powrotne musimy tam nabyć i zrobiliśmy to bezzwłocznie. Właściwie tej niewziętej ładowarce zawdzięczamy fakt, że w ogóle mieliśmy miejsce w pociągu. Znów nie było kuszetek, tym razem pani nam łachę zrobiła sprzedając 3 bilety w przedziale dla matki z dzieckiem a my do ostatniej chwili i nawet płacąc nie wiedzieliśmy, czy zrobi tą łachę czy nie.

Byliśmy pełni optymizmu, bo to taka jakby przygoda. Niczym quest w Baldurze czy innym erpegu. Poza tym miało pójść szybko a nagrodą (dla Męża) miał być zamek Chojnik. Poszukiwania rozpoczęliśmy od komisu, w którym akurat biedny chłopak próbował odzyskać swój laptop, którego nie spłacił na czas. Pani w komisie skierowała nas do sklepu z telefonami komórkowymi prawie naprzeciwko. W sklepie z telefonami kupiliśmy ładowarkę do Nokii za 16 złotych. Ładowarka do Nokii za 16 złotych wysadziła wieczorem korki na piętrze i przestała działać. O ładowarce do Nikona nie słyszeli, ale skierowali nas ‚naprzeciwko kina Lot’. W ten sposób odnaleźliśmy centrum Jeleniej Góry. Podczas poszukiwań kina zajrzeliśmy jeszcze do jednej naprawy laptopów i oni nam z kolei polecili ‚ABC elektroniki’ na Zamenhofa. Mieliśmy dwa rozpoczęte wątki i trzeci na horyzoncie- DSCN7710tym trzecim było napełnienie brzuszków. Naprzeciwko kina LOT znajdowało się kilku kandydatów na miejsce polecone. Jeden pan był gotów nam sprowadzić oryginalną ładowarkę za 129 na popołudnie dnia następnego, co nas nie urządzało, zaś pan w naprawie aparatów akurat miał pozostawioną przez klienta ładowarkę i mógł nam podładować, ale była to ładowarka typu kabel podłączany do aparatu a nie zewnętrzna i wymagała pozostawienia naszego aparatu,co nas nie urządzało jeszcze bardziej. Intryga się zagęszcza.

A chwilę później spotkała nas największa przykrość tego dnia. Bo oto okazało się że w Jeleniej Górze, mieście owszem bardzo ładnym i niegdyś wojewódzkim, ale umiejscowionym na końcu Polski i ludnym zaledwie tak jak Tczew i Kościerzyna razem wzięte i w dodatku nieposiadającym ładowarki do Nikona, znajduje się Pizza Hut! ‚Cóż w tym przykrego?‚, DSCN7721spytacie. Ano to, że Pizza Hut ze swoimi cenami to nie istnieje poza poniedziałkiem i wtorkiem. W środy i inne dni lokal powinien narzucać na siebie pelerynę-niewidkę żeby nie sprawiać przykrości. A nie zrobił tego. To znaczy nie narzucił peleryny i przykrość sprawił. I chociaż potem jedliśmy znakomite frytki belgijskie (5zł) i absolutnie doskonały kebab z sosem czosnkowym (14zł), to ta niezjedzona pizza kłuła w serce. I w ogóle, jakkolwiek to naprawdę urocze miasto, to nigdy nie wybaczę Jeleniej Górze tego, że ma Pizza Hut, a Sopot nie ma (a kiedyś miał). I gdy chcemy zjeść pizzę w Sopocie,to musimy ją osobiście w korku z Gdańska wieźć. Mało tego, jeleniogórzanie (jeleniogórale?) mogą sobie tą pizzę zamawiać do domu!

DSCN7762Wracając jednak do kebabu, to należy go tu popodkreślać, gdyż pan osobiście robił sos czosnkowy na bazie jogurtu, a nie używał zwykłego sosu z butelki. Żałuję, że tylko podjadałam kebab od Męża, ale skąd mogłam wiedzieć, że będzie dobry? Otóż zwykle zmuszona jestem brać kebab z keczupem, a żadnemu barmanowi zaufać nie mogę, bo te ich sosy z butelek to są majonezowe w sposób utajony i nie strawię**. Wyobraźcie sobie, że ostatnio kupiliśmy cheeseburgera w restauracji i miał być bez majonezu, a okazał się wiadomo jaki. Można byłoby się też pozachwycać wnętrzem kebabiarni, ale wnętrze było malutkie i jedliśmy oczywiście na dworze. A jeśli chodzi o frytki,to Mąż obiecał zabrać mnie na takie belgijskie w Gdańsku. Mąż wie, gdzie takie podają.

Chodziliśmy od sklepu do sklepu i byliśmy w każdym komisie. Byliśmy także i u fotografa, który polecił nam ‚Fotojokera w pasażu Tesco’ jako jedyne prawdopodobnie miejsce. Pasaż Tesco był daleko i pojechanie tam wyczerpałoby cały pozostały czas tego dnia, ale nasz prymitywny telefon typu Nokia dał radę wygooglać telefon do Fotojokera i okazało się, że oczywiście nie mają tam tego, czego szukamy.

DSCN7745Jelenią Górę zwiedziliśmy w sumie mimochodem i przypadkiem. Mąż uważa, że aby zwiedzić miasto należy zajrzeć do głównego kościoła, na główną uliczkę/rynek i zjeść coś charakterystycznego. Mąż się nie zna, tak to można zwiedzić kaszubską wieś. Nie zajrzeliśmy do kościoła, ale za to przejechaliśmy się autobusem. Panie w informacji turystycznej udzieliły nam mnóstwa informacji o darmowych toaletach, o ulicy Zamenhofa, o sposobach dojechania na Chojnik i o wodospadzie, który był poza naszym zasięgiem czasowym. Ponadto na rynku w JG miejskie wodociągi postawiły bramę zraszającą. Nie jestem zbyt światowa, ale nie spotkałam się z czymś takim wcześniej. Brama zraszająca była szałowa. Tylko Ursusowi zraszanie nie sprawiło radości,ale on się dopiero uczy życia.

DSCN7791Ulica Zamenhofa była dosyć daleko i Mąż, który lubi lasy, a nie lubi miast, trochę się już irytował, bo przecież chciał jeszcze iść na Chojnik. Szczęśliwie w ABC elektroniki mieli podrabianą ładowarkę dedykowaną naszemu modelowi baterii! Jest to dość niebywałe, bo nie mieli takiej nawet w sklepie Nikona w Gdańsku! Kupiliśmy i cali szczęśliwi udaliśmy się na autobus. W Sobieszowie (to miejsce z którego startuje się na Chojnik) byliśmy o 16:50, czyli późno. Mieliśmy wprawdzie Tulę i Ursus jej używał do przemieszczania się, ale jechał z nami także strasznie obładowany wózek typu parasolka. Na załadunek wózka składały się między innymi 3 butelki wody, kilogram moreli i bardzo ciężka książka Męża***. Wydawało się, że jest tam cały dobytek świata. Tachanie wózka z całym dobytkiem świata po schodach nie należy do przyjemności, a godzina była taka niefortunna i szans na dotarcie przed zamknięciem zamku nie było, więc zrezygnowaliśmy. Nasza Nokia znów nam podpowiedziała, że za kwadrans mamy Pekaesa, więc co sił w nóżkach zbiegliśmy w dół na ten pekaes i byliśmy 3 minuty przed czasem.

DSCN78292 minuty przed czasem nadjechał autobus i… zatrzymał się po przeciwnej stronie ulicy niż znajdowała się buda przystankowa, rozkład jazdy i my. Mieliśmy jeszcze nadzieję, że gdzieś za rogiem zawraca i o czasie przyjedzie na „przystanek właściwy”, ale tak się nie stało. Mentalne łezki lały się po prawdziwych policzkach. Postanowiliśmy, że zamiast czekać bezczynnie na następny, pójdziemy z buta. Tym sposobem po półgodzinnym marszu dotarliśmy do Piechowic. Stamtąd uciekł nam kolejny autobus (18:40). Nie uciekł, tylko przejechał ignorując nasze machanie. Zadzwoniliśmy naskarżyć i pocieszono nas, że on prostu tam nie stawał, bo tak naprawdę to nie był autobus tylko tramwaj, a przecież widzieliśmy, że był autobusem. Kupiliśmy w żabce soki pomarańczowe na pocieszenie i kabanosy na kolację. Kabanosy okazały się być droższe niż głosiła etykieta nad nimi na półce i oddano nam różnicę, co nas bardzo ucieszyło,bo 2,50 piechotą nie chodzi, nawet w Piechowicach (ale żart językowy!). O porze, o której miał jechać kolejny autobus, staliśmy niemal na środku drogi i machaliśmy by nas nie przeoczył.

DSCN7858Do bilansu dnia należy dodać, że Ursus zgubił bucik i nie mógł już potem dreptać w bucikach (musiał boso). Nokia się prawie wyczerpała, a naładować jej nie było czym bo nowa ładowarka do Nokii wywaliła korki, więc i nowo zakupiona żarówka do lampki nocnej się nie przydała. W obliczu tego wszystkiego nie będzie wielkim zdziwieniem, że następny dzień zaczniemy od urwania węża w prysznicu…

*Bo mamy w domu ładowarkę chińską i oryginalną i baterie ładowane tą chińską statystycznie mają się gorzej

**Wcale nie bardzo utajony, bo na butelce pisze, że jaja, że ocet, że olej i każden jeden wie, że to już majonez, ale widać za barem można nie czytać składników i lać ludziom wodę, tfu majonez.

***Mąż zawsze bierze ze sobą książkę, co jest dobrym zwyczajem ale nigdy nie kieruje się praktycznością a jedynie harmonogramem czytania,co jest zwyczajem złym, bo akurat obecnie czyta Złotą gałąź, która ma ponad pińćset stron i duży format.

DSCN7749

DSCN7784

DSCN7667

DSCN7842

DSCN7848

Herbatka w mieście Breslau

DSCN7251Cofnijmy się w czasie do 11. sierpnia. Zapomnijmy o dodatkowych miejscach w przedziale. Jest piąta rano a my jesteśmy we Wrocławiu i czeka nas szałowy upalny dzień. Przyjechał z nami ból głowy, ale jechał na gapę, buahahaha. Odpoczęliśmy już po jeździe pociągiem i wysiadaniu z niego. Podjęliśmy heroiczną decyzję o niewymiotowaniu do śmietnika na peronie na oczach pasażerów pociągu do Kudowy. Idziemy zanieść bagaże do skrytki i miasto będzie nasze.

Gdy tylko przekręciliśmy kluczyk, okazało się, że Mąż ma na nogach buty ciężkie, a sandałki właśnie spoczęły w skrytce i wyjmując je zmarnujemy 12 złotych. Mąż poprosił o zakup gumowych laczy,bo najbardziej lubi chodzić w takowych i była to dobra prośba, bo potencjalnie klapki za dychę i jesteśmy 2 złote do przodu względem otwierania skrytki, a jeszcze mamy klapki.

DSCN7284Nie wiem,czy Wy się orientujecie, gdzie we Wrocławiu o szóstej rano można kupić gumowe klapki za dychę? My nie wiedzieliśmy. Szwendaliśmy się po mieście aprobując jak ładnie połączone jest stare budownictwo z nowym i trochę tylko się dziwiąc gdzie ach gdzie jest to centrum. Brak centrum bardzo nam doskwierał,bo nigdzie nie było ławek, a my potrzebowaliśmy, gdyż Mąż chciał zjeść śniadanie na ławce. O 6:45 dotarliśmy na basen i pod basenem ławka się znalazła. W końcu i tak siedzieliśmy na schodach żeby dotrzymać kroku naszemu małemu towarzyszowi, który siedzieć nie potrzebował. Mąż zjadał swoje śniadanie, a ja, która miałam nieczynny żołądek, zjadałam tylko kabanosy z łakomstwa. Po półgodzinie opuściliśmy basen. Znaleźliśmy też mapę i okazało się, że nie jesteśmy w centrum z tego prostego powodu, że wyszliśmy z dworca nie na tę stronę torów. Jak już naprawiliśmy błąd, to ja bardzo pilnie zapotrzebowałam siusiu. Na co DSCN7286dzień jesteśmy w lesie i mogę potrzebować zupełnie nieskrępowanie, prawie jak ptak, więc jak już potrzebuję to potrzebuję pilnie. Ale w mieście potrzebować trudniej. Znaleźliśmy wprawdzie Arkady Wrocławskie, które miały Almę czynną od ósmej, ale ósmej jeszcze nie było. Posiedzieliśmy na ławce czekając na tą ósmą, a wówczas wkroczyliśmy do sklepu i dziarskim kroczkiem powędrowaliśmy do kibla. Przy kiblu spotkaliśmy panią sprzątaczkę, która była uprzejma stanąć niczym Rejtan w drzwiach i nas poinformować, że kible są od dziewiątej czynne. Wkurzyłam się bardzo. Poszłam na inne pięterko i wiecie co? Na innym pięterku kible były po prostu zakluczone. Siusiu już mi prawie tryskało uszami, ale Mąż nie stracił zimnej krwi. Przerzucił mnie sobie przez mentalne ramię jak mityczny Wiking swoja Brunhildę i również mentalnie zaniósł do Starbunia. Starbunia naprzeciwko którego siedzieliśmy na ławce pół godziny wcześniej! Nigdy jeszcze nie byłam w Starbuniu tylko o nim słyszałam, że jest taki wielkomiejski i trendsetterski. Mąż bywał tam z szefem, z którym za państwowe piniondze zjechał Europę* i wiedział, że herbata kosztuje tam 2 Euro,czyli drogo.

DSCN7334Sympatyczny Paweł ze Starbunia otworzył nam drzwi tak jakby na nas czekał i weszliśmy. Mąż zamówił herbatkę a ja zrobiłam jedyną słuszną rzecz, czyli siusiu, które uczyniło dzień pięknym (znaczy zrobienie siusiu a nie samo siusiu, w ogóle mi się to sformułowanie nie podoba, ale cenzor kazał zostawić). Mimo że Mąż należy do tych dziwaków które w najgorszą pogodą usiądą na dworze i będą czerpać słońce, tym razem on sam zajął kanapę w klimatyzowanym wnętrzu. Zajął kanapę i odpłynął, bo Mąż w pociągu to nie pospał gdyż syn pana z chłopcem (czyli chłopiec) zajmował większość miejsca w przedziale i Mąż nie miał gdzie nóg wyprostować. Wkrótce odpłynął i Ursus, a ja zmieniłam getry, w których podróżowałam na krótkie jeansy pozyskane z markowych spodni Męża poprzez obcięcie ich nożyczkami. Posmarowałam buzię filtrem, napisałam DSCN7335Mężowi na karteczce, że idę po laczki, wsunęłam mu do kieszeni telefonik i poszłam. Szłam sobie a herbatka ze Starbunia działała cuda z moją bolącą głową. Zamiast gumowych klapek kupiłam Mężowi sandałki w Dajśmanie. Wróciłam a Mąż dalej spał. Wypiłam drugą herbatkę. Mąż wstał i powędrowaliśmy w upał. Starbunio zrobił bardzo dobre wrażenie. Bo wiecie, nikt nas nie przepędził mimo że Mąż tak mało reprezentatywne spał. W Norwegii i w Bydgoszczy** nas przepędzili (z centrów handlowych) za leżenie na ławce. I ta herbatka taka pomocna.

Za rogiem sprzedawano soki jabłkowe prosto z wyciskarki w cenie 1,50 za kubeczek! Mąż wypił dwa. Ja nie wypiłam ani jednego bo nie moja odmiana jabłuszek. Pomyśleliśmy, że kupimy sobie taką wyciskarkę do domu, ale jednak nie, bo to droga rzecz (8 stówek). Zrobiłabym zbiórkę czytelniczą na wyciskarkę, ale niedawno DSCN7340zbieraliśmy na komary i czytelnicy nie mają tyle by co chwilę nam przelewać. O 10:27 odkryliśmy Mekkę dla przybysza,czyli księgarnię Dedalus***. Dedalus był słabo klimatyzowany, a upał tak duży, że mdlałam z gorąca, ale Ursus spał, a piętra książek były dwa i każdemu było tam dobrze. Spędziliśmy w księgarni godzinę i zrobiliśmy tylko naprawdę niezbędne zakupy (wszak wszystko można kupić przez internet). Dostało mi się między innymi Milczenie Owiec, które lubię. Niedawno widzieliśmy wszystkie filmy o Hannibalu, ale przeczytałam dopiero 2 książki z czterech, bo pozostałych nie miałam****. Milczenie Owiec to idealna powieść na podróż, bo jest wciągająca, ale jednocześnie dzięki znajomości fabuły bez trudu można się od niej oderwać, co sprawia, że nie popsuje taka wyjazdu. Bo gdy osoba o słabej woli się wciągnie, to nie ma jej dla współmęża. Z tych powodów książka wzięta z domu była zła i Milczenie Owiec było jak znalazł. W Dedalusie przewrócił nam się wózek pod ciężarem. Było to jedno z miliona wywróceń wózka na tym wyjeździe. Na ogół wózek wywracał się bez dziecka, ale nie zawsze. Na szczęście wisiało na nim zawsze tyle rzeczy, że nawet gdy wywracał się z dzieckiem, to nikomu nie działa się krzywda.

DSCN7364Z księgarni poszliśmy na kolejną ławkę odpoczywać. Pogoda była taka, że nie bardzo szło robić coś innego niż odpoczywanie. Odpoczywały babcie na balkonach i odpoczywaliśmy my na ławce. Pewnie odpoczywali też inni gdzie indziej. Jedliśmy morele żeby wózek był lżejszy, ale niewiele to pomogło,bo moreli był tylko kilogram, a wózek i tak się przewracał. Gdy minęła dwunasta, ruszyliśmy na poszukiwanie naszego obiadku. Lokal był akurat nieklimatyzowany i musieliśmy zostać na wierzchu. Nasze potomstwo źle znosiło upał i cały czas o tym informowało. Chłodziliśmy je w łazience, ale to niewiele dawało. Zamówiliśmy sobie do jedzenia to, co uznaliśmy za najbardziej charakterystyczne. Oni tam mają taką shoarmę tylko taniej i bardzo dobre sosy oraz ogromne DSCN7494porcje frytek. Zamówiliśmy też leczo zwane adżapsandałem, dodatkowy sos i dodatkowe frytki. Napełnialiśmy brzuszki a talerze się opróżniały i tak mijał czas, a niezadowolenie potomstwa rosło. W końcu talerze były puste i trzeba było iść dalej. Najgorsze, że nie było już miejsca na deserek. Bo w Chaczapuri podają tort Marlenka, który od tego roku umiemy zrobić sami, ale jednak przepłacone smakuje lepiej. Nikomu się nie chciało brnąc przez upał, więc przypadkowe trafienie na drugą filię Dedalusa było niczym wygrana na loterii. Zwłaszcza, że druga filia Dedalusa była lepiej klimatyzowana. Mieli tam też inne książki o tej samej parze bohaterów tego snu o Warszawie, który tak lubimy.
W kąciku z tyłu tuż pod kamerą mieliśmy taborecik i próbowaliśmy zakarmić nasze maleństwo na drzemkę, ale ono nie chciało. W ogóle nie doceniając klimatu miejsca ani przyjemnego chłodu darło ryja. Cóż, Ursus miał wyraźnie dość, a my mieliśmy dość Ursusa. W końcu musieliśmy DSCN7464opuścić przyjemny przybytek nie dokonując zakupu, czego do dziś żałujemy (ale będziemy żałować krótko,bo zaraz po publikacji tego wpisu pójdziemy na zakupy do internetu). Wówczas, w przedsionku przewrócił nam się wózek (bez dziecka) i krople goryczy rozlały się wszędzie. Zrobiło się fatalnie. Mąż poważnie rozważał powrót do Gdańska. Na szczęście zobaczyliśmy kobietę chodzącą po mostku między dwoma wieżami jakiegoś kościoła hen hen wysoko. Postanowiliśmy tez tam pójść i to uratowało wyjazd. Wejście kosztowało wprawdzie 5 złotych za każdego, ale cel był kościelny i mogliśmy zostawić choć na chwilę ten okropny przewracający się wózek i to u księdza, więc bezpiecznie. Szliśmy i szliśmy, schodów było najpierw 156 cementowych i potem jeszcze 87 drucianych. Lęk wysokości miałam bez przerwy. Ale widoki DSCN7515były oczywiście warte 5 złotych i miliona schodów (156+87=milion). Powymienialiśmy błyskotliwe uwagi na temat Wrocławia i zeszliśmy na dół celem zwiedzenia pobliskiego domu handlowego, takiego klasycznego Społem jaki jest i w Zakopanem. Tam kupiliśmy jeden kubeczek z misiami, jedną tanią książkę i kilka bułek i bananów i już był czas iść na pociąg. Mieliśmy niewiele ponad pół godziny, zero biletów, bagaże w skrytce a przed sobą długą drogę. Po drodze musieliśmy jeszcze napoić niemowlę i napojone niemowlę zasnęło w nosidle. Odnaleźliśmy dworzec, który wyglądał jak zamek Lego z 1978  Z sukcesem nabyliśmy bilety w automacie (bez kolejek, ale trudniej!) i jakimś cudem odnaleźliśmy skrytki bagażowe. Kątem oka zauważyłam, ze nasz pociąg ma odjechać z peronu czwartego. Do odjazdu było mało czasu, ale szanse na zdążenie pozostawały wciąż spore. Już mieliśmy przekręcać kluczyk w skrytce, gdy okazało się, że ów kluczyk nie pasuje. Wpadliśmy w panikę. Zanim panika nas całkiem zjadła, skumaliśmy się, że po prostu się pomyliliśmy i próbowaliśmy do skrytki włożyć klucz od mieszkania, który akurat przebywał w tej samej kieszeni torebki. Podczas DSCN7608łapania bagaży obudziło się niemowlę, gdyż chwytając łożeczko przygniotłam mu nóżkę. Sytuacja przedstawiała się tak, że niosłam niemowlę z przodu, plecak z tyłu i łóżeczko oburącz też z przodu a Mąż resztę. Wybiegliśmy z windy i na tablicy przeczytaliśmy, że pociąg, który stoi na czwartym peronie nie jest naszym pociągiem o 17:05, ale pociągiem do Jeleniej Góry o 16:16 (a nasz też miał jechać przez JG). Mieliśmy 5 minut! Ten do JG był zatłoczony, ja pobiegłam z plecakiem, dzieckiem i łóżeczkiem obejrzeć inne perony czy się może nie pomyliłam a Mąż został odesłany do pociągu JG żeby go w razie czego zatrzymać. Ale ci z pociągu JG rzekli, ze nie są naszym pociągiem. Na żadnym innym peronie nie było naszego pociągu. Poziom paniki dorównywał poziomowi spocenia. W końcu zapowiedzieli, że ten nasz pojedzie wyjątkowo tego dnia z peronu piątego. Na peron piąty nie wjeżdżała winda. Gdyby nie panika, to można byłoby usłyszeć też, że odjedzie 20 minut później, ale panika zagłuszyła ten uspokajający komunikat i na pociąg biegliśmy. Bardzo spoceni i bardzo DSCN7633panikujący wbiegliśmy do bardzo mocno klimatyzowanego pociągu. Na szczęście nie przypłaciliśmy tego zdrowiem. Na uwagę zasługuje jedynie fakt, że nasze małe dziecko przespało tylko około pół godziny z niemal 4-godzinnej podróży i że z naszej części pociągu zniknęła większość pasażerów. Ludzie chyba nie przepadają za dziećmi. A potem znaleźliśmy się w Szklarskiej Porębie i tam nie było komarów a niemowlę gdy tylko rozpoznało swoje łóżeczko, to zasnęło jak na niemowlę przystało i wynagrodziło trud dźwigania mebla. O tym, czego zapomnieliśmy z domu, napiszę w następnym odcinku naszych górskich przygód.

*Konkretnie to był ten Mąż z szefem raz w Barcelonie i raz w Zielonej Górze, buahahaha.
**Właśnie wyszło na jaw, że nie powstały wpisy o Norwegii ani o Bydgoszczy a to takie rewelacyjne wyjazdy były. Pewnie jak tylko uporam się z cyklem wpisów o Chłopięcym Raju, to mnie zaprzęgną i do tego. I jeszcze o Kaszubach jak spędziliśmy lato- na szczęście jeden zbiorczy zadowoli moich mocodawców,tfu chlebodawców, mocy to ja nie mam. A w przypisie to mogę sobie pisać ile chcę. Bo mam tęęęmoooc.
***Z naszych studenckich pobytów w Krakowie słaliśmy paczki, bo zakupy w Dedalusie były nie do udźwignięcia. Dzisiaj, w dobie tanich przesyłek, rzecz nie do pomyślenia by robić duże stacjonarne zakupy.
****Milczenie Owiec tez czytałam ale tak dawno, że już nieprawda.

DSCN7362

DSCN7491

DSCN7372

DSCN7601

DSCN7421

DSCN7527

DSCN7609