Gdańsk istnieje w dzień!

DSCN4689Wpisy na blogu Cytrynny powstają jak grzyby po deszczu. Są pisane, a potem niczym grzyby po deszczu, zobaczone przez kogoś, przestają rosnąć. Istnieje wiele rozpoczętych wpisów, zbyt małych by je wysyłać w otchłań internetu spragnioną iście dużego wpisu. A wiadomo też co dzieje się z grzybem, którego nikt nie zbierze. Grzyb robaczywieje! Włazi w niego czerw, osiadają na nim ślimaki. Do kapelusza stopniowo dobierają się małe robaczki o nieznanej nazwie. Wpisom Cytrynny na szczęście aż taki los może być obcy. One po prostu się dezaktualizują.

Sprawa wygląda tak, że szyję sobie te moje sukienki wieczorami i trwa to nieskończoność. Robię inne rzeczy jak wszycie zamka do dziecięcej kurteczki czy uszycie spodenek z dresu synkowi. Innymi moimi czynnościami są: obliczanie salda na koncie w banku czy szukanie najtańszego OC. Wychowuję syna, który zamiast mówić ‚baba, mówi „babciu’, a nawet ‚babciu, babciu’, co powoduje rozpływanie się babć. Umiejętność powtórzenia słowa babciopodobnego w DSCN3197taki uroczy sposób nasz synek zawdzięcza małym Gajątkom, z którymi bawił się w piaskownicy i obserwował jak robią babki z piasku. To od nich wie, że kiedy wysypie klocki z wiaderka i postukuje w nie (w wiaderko) przedmiotem, należy powiedzieć ‚babko babko’. Mówi także ‚mamo mamo’. I od ojca nauczył się mówić do matki per ‚Misiec’, co w jego wydaniu brzmi ‚Mysiec’. I uczę go mówić ‚tatuś’. Czytam mu wiersze poetów dla dzieci i recytuję wiersze poety Mickiewicza, które są takie romantyczne, na przykład „Pani Twardowska”. Martwię się moją babcią, która jest chora. Bardzo się martwię. Bulwersuję się na instytucje, ale o tym to napiszę osobno na pewno i wkrótce, bo muszę bulwers nagłośnić. Oglądam mieszkania w okolicy i zasmucam się, bo nie ma fajnych, a ja tak chętnie bym porozwieszała zasłony w misie w oknach. W każdym oknie. Poszukuję zasłon w misie i nabywam je, żeby na żadne okno w przyszłym mieszkaniu nie zabrakło.

DSCN4700Tydzień temu we wtorek miałam pójść do obleganej i bardzo drogiej pani doktor z wynikami kontrolnymi moich hormonów. Miałam pójść już cztery tygodnie temu i sześć tygodni temu. Ale sześć tygodni temu pani doktor pływała w gorących wodach egzotycznego oceanu, na co ją stać bo z obliczeń wynika, że pobiera od pacjentów 60 000 zylców miesięcznie. Z kolei cztery tygodnie temu się okazało, że wzięłam tabletkę rano a badania miały być na czczo. Zadzwoniłam więc przenieść wizytę i przeniesiono mi ją o trzy tygodnie, takie jest oblężenie! No i tydzień temu ta wizyta miała być o 12:45. W dniu wizyty wracaliśmy ze wsi. Spakowawszy się i zrobiwszy śniadanie na wynos, udaliśmy się do lasu, nad staw, na pomost, obserwować żaby. Było cudownie i spędzaliśmy tam czas. Znaleźliśmy też jeden duży prawdziwek z robaczywą małymi robaczkami nóżką. Kiedy minął czas spędzany, wskoczyliśmy do auteczka i ruszyliśmy. Pędziliśmy ile fabryka dała ograniczone przez ile droga pozwala. Raz wyprzedziłam tira jadąc za innym wyprzedzającym go tirem i byłam za nim bezpieczna. W Kościerzynie napotkaliśmy jednak gargantuiczny korek jak przystało na wtorek czyli dzień targowy. A Kościerzyna obfituje w ronda, których przepustowość projektowa nie uwzględnia ruchu w dzień targowy kilka lat po zbudowaniu. DSCN5061Musiałam wymyślić nowy nigdy nie stosowany objazd tego korka i odniosłam sukces. Ale z powodu pośpiechu do doktora stresowałam się bardzo i popełniałam pomyłki. Jedna pomyłka poskutkowała 3-minutowym opóźnieniem, gdyż przegapiwszy sprawiajkę, musiałam znaleźć zawracajkę i wrócić na sprawiajkę, która po zawróceniu była już zlewiajką. I tak pędziliśmy. Innym razem wyprzedziłam auto, które żółwiło. Na ogół nie wyprzedzam, bo jestem spokojna i wolę kląć na pacana/jełopa przed sobą niż go wyprzedzić, ale widoczność była jak na patelni, więc zrobiłam TO! Żebym jednak się stresować nie musiała, zadzwoniliśmy do pani doktor powiedzieć, że zamierzamy się spóźnić do 15 minut. Była to z naszej strony wielka kultura, gdyż im to nie robi, azaliż oni mają półgodzinne opóźnienia w standardzie. A mimo to telefonistka powiedziała, że skoro zamierzamy się spóźnić, to wizytę trzeba przenieść! Zbulwersowałam się bardzo i mimo iż do miasta zajechaliśmy tak, że byłabym na czas i jeszcze bym czekała, to postanowiłam NIGDY WIĘCEJ do pani doktor nie iść.

DSCN5064Jeszcze tego samego dnia umówiłam się do naszego dotychczasowego pana doktora, który jest najlepszy i dziś miałam wizytę. Doktor, oprócz tego, ze jest najlepszy, najsympatyczniejszy, dobrze się kojarzy, ma jeszcze taką zaletę, że wizyta u niego ma z góry określony koszt i to niższy, a pani doktor bierze ile popadnie. Ostatnio wzięła 220, czyli majątek, na który nie stać nikogo!

Do tej pory na wizyty u doktora jeździłam zawsze z Mężem, więc Mąż sobie nie wyobrażał, żeby tym razem miało być inaczej. Śpiącego synka przejęła moja mama, ja poszłam na dworzec zdjąć Męża, który specjalnie przyjechał z pracy przed zmrokiem i zdziwił się, że miasto nie materializuje się dopiero tuż przed jego przyjazdem. Zjadłszy czisy w Maczku (istny rarytas dla schorowanego żołądka mężowskiego), pojechaliśmy tramwajem niczym biedni ludzie. Była to dla nas prawdziwa randka. Z siedzeniem na kolanach w tramwaju i zupełną beztroską. Beztroskę zaburzał li i jedynie pan o zapachu pana pijanego, który najpierw groził tym, że lada chwila na nas padnie, a gdy zwolniło się dla niego miejsce, gapił się zazdrośnie do czasu aż wysiadł. My jechaliśmy dalej, aż na pętlę!

Pierwszy raz od prawie DSCN5103trzech lat znaleźliśmy się u doktora bez synka. Kiedy przybyliśmy na czas, okazało się, że jest półgodzinna obsuwa, co bardzo nas ucieszyło. Poszliśmy na spacer. Niebo było śliczne i puchate niczym minky (cuddly rose), a my wędrowaliśmy przez blokowisko pełne dzieci i ładnych budynków. Zawędrowaliśmy do sklepu o wdzięcznej nazwie Misiaczek i kupiliśmy tam dwa zestawy klocuszków Lego Friends w przystępnie okazyjnej cenie. Mieliśmy jeszcze w planach zjedzenie lodów, ale pół godziny minęło bardzo szybko.

Doktor nie zawiódł wcale a wcale. W ramach kosztu wizyty zrobił usg, co zwiększa zadowolenie z wizyty. Ponadto przepisał leki, pogawędził, zmienił dawkowanie na trochę mniej wygodne, które jednak po zajściu w ciąże zmieni się wzwyż na wygodniejsze (póki co kroimy tabletkę na pół i bierzemy półtorej). Poradził także co i kiedy zbadać i dopisał literkę R w kółku na recepcie przy drogim DSCN5096leku, dzięki czemu jest to tani lek. Droga pani doktor poprzednio to zapomniała w ogóle leku przepisać i trzeba było do niej chodzić. Zapowiedział doktor także, co można zrobić jeśli się chce [zajść w ciążę] a nie lubi się [seksu]. Otóż można wtedy zażyć lek wzmacniający siłę owulacji tak żeby wystarczył jeden raz. My mamy jednak nadzieję na chociaż trochę starań:)

Żeby nie było za słodko, to Liga Przeciwników Związków jest zbulwersowana naszymi ‚planami rozrodczymi’ i uważa, że powinniśmy je skonsultować z rodzicami, na koszt których żyjemy i dopiero po wyrażeniu przez nich pełnej zgody i pisemnego poparcia moglibyśmy jakieś plany mieć, ale w ogóle to jednak nie powinniśmy, gdyż ja nie prowadzę życia zawodowego, a powinnam. Rozpoczynanie życia zawodowego w wieku 30 lat nie ma szans. Liga spytała mnie wprost, czy już jestem w tej ciąży a na wieść, że ciąży bym póki co nie utrzymała, nie odetchnęła wprawdzie z głośną ulgą, ale i nie zmartwiła się wcale. I wiadomo, powinniśmy mieć swoje mieszkanie, oboje pracę, kredyt i dopiero myśleć o dziecku. Najlepiej tylko myśleć.

Żeby było jeszcze DSCN5122mniej słodko, to w naszej wsi w niedzielę odbył się wybuch gazu. Dotknęło nas to niemal bezpośrednio, gdyż w dniu wybuchu, tuż przed, sami wymieniliśmy butlę u siebie. Ponieważ nie było klucza, pożyczyliśmy od sąsiada i ten sam sąsiad przybiegł potem powiedzieć nam, że ‚trzy minuty po tym jak my wymieniliśmy, tam dom rozsadziło i są trupy’. Akurat nie trzy minuty, lecz dwie godziny i akurat nie trupy, tylko jedna ciężko ranna kobieta. Ja na przykład stłamsiłam się bardzo i osmarowałam całą naszą butlę spienionym płynem do naczyń by sprawdzić, czy u nas jest szczelnie.

A żeby nie kończyć wpisu tak przykro, to chciałam zwrócić uwagę czytelnika na plakat i skierować tę uwagę na dwa przykre stereotypy, które on utrwala. Otóż z plakatu wynika jakoby starsze panie były niesympatyczne oraz koniecznie chciały siedzieć tam, gdzie jest znaczek mimo że jest pełno innych wolnych miejsc.

A Mąż, który sobie w pociągach czyta „Polską Partię Robotniczą, drogę do władzy” Gontarczyka, powiedział właśnie, że w styczniu 1945 Leopold Okulicki, pseudonim Niedźwiadek, wydał zakaz podejmowania wszelkich działań zaczepnych przeciwko Niemcom i skupienia sił na obronie polskiej ludności przed bandytyzmem [str. 360].

DSCN5138

DSCN3615

Reklamy

Budowanie mielizny

DSCN1906Dzisiejszy dzień był poniekąd leniwy. Mąż dużo leżał, ale nalegał na opuszczanie domu, gdyż opuszczanie domu jest istotą rekreacji. Wyjścia z domu, których w sumie było 3, odbywały się z opóźnieniem rzędu godzina-dwie każde, gdyż po każdej czynności typu przejście do toalety czy napicie się wody Mąż musiał odpoczywać. Gdy w połowie dnia wyszliśmy na spacer planowany jako długa wyprawa z leżeniem na kocach i szyciem/czytaniem gdy zaśnie synek, nagle zerwał się wiatr tak porywisty, że zwiastował burze i opad. Zawróciliśmy w stronę domu i spadło kilka kropel deszczu, synek usnął a my i tak wracaliśmy, gdyż przemieszczanie się owiniętym w koce nie należało do najfajniejszych sposobów rekreacji. Tym sposobem przytrafił nam się synek śpiący przy domu i przenieśliśmy go do łóżka. Synek na wsi nie sypia w domu, więc to nie lada gratka. Szybko zabraliśmy się za klocuszki, których nie było chyba od zimy. Dzięki intratnym zakupom klocuszków mamy naprawdę sporo, a nie mamy czasu by się w nich nurzać.

GdyDSCN1883 synek obudził się radośnie po dwóch z haczkiem godzinach, czyli naprawdę sporej ilości snu, co też nam się nie zdarza ostatnio często, wybraliśmy się na przejażdżkę. Wybieranie trwało długo, ale w końcu pojechaliśmy. Możliwości przejażdżek mamy naprawdę sporo, jednak mnie kusiły Płocice, gdzie wczoraj zaginęła czekolada. Po cichu liczyłam, że ją znajdziemy. Miałam gigantyczną chcicę, której nie zaspokoi ani czekolada wiśniowo-orzeszkowa z Czech przywieziona nam przez P., ani miętowa wczoraj kupiona, ani inne niemieckie czekolady z chrupkami czy migdałami. Chcica była konkretna i dotyczyła tamtej czekolady z kokosem.

Ponieważ mamy auteczko z kaseciakiem i nie za bardzo działa w nim kaseta podłączalna do empeczujkiDSCN1952, z kolei za cicho działa podłączany do zapalniczki odtwarzacz muzyki z kart pamięci, więc skazani jesteśmy na kasety gdyż akceptujemy auteczko z przyległościami i nie kusi nas zmienianie go. Jak w którymś z przyszłych miesięcy wydamy mniej, to naprawimy sobie drugi głośnik i osiągniemy w ten sposób pełnię szczęścia muzycznego. Kaset ci u nas dostatek, gdyż nasza młodość przypadała na czasy, gdy sidi było luksusem. Mąż, który wychowywał się w zamożniejszej rodzinie niz ja, ma jakieś płyty, ja jednak nie miałam nawet odtwarzacza płyt w czasach, gdy muzyka była muzyczniejsza (a trawa zieleńsza…). Moja kolekcja muzyczna zawiera więc znakomite kasety jak Molesta Evenement, Natalia Oreiro Cambio Dolor, Ich Troje Ad. 4, czy puszczona dziś spontanicznie Britney Spears (Ooops I did it again). Mamy też mnóstwo wspólnie kupionych kaset Kuby Sienkiewicza i Elektrycznych Gitar, gdyż co lepsze są tak pożąanee, że na płyty nas nie było stać. Piosenki pana Kuby znamy na pamięć i jak jadę i nie wiozę akurat autostopowicza[], to sobie śpiewam i nie muszę wtedy kląć gdy drażnią mnie inni kierowcy.

DSCN1916Dziś jednak puściłam Britney i Mąż ucieszył się bardzo, bo powrót do młodości doskonale robi na samopoczucie. Mamy wszak tyle lat ile mieli wykonawcy różni (np. Eminem czy polscy raperzy) gdy nagrywali płyty, których my teraz słuchamy. Jesteśmy zachwyceni Britney, która śpiewa tak niewinnie o uczuciach. Młode dziewczęta potrafią tak niewinnie i wzniośle kochać (a przynajmniej potrafiły w czasach słusznych), a młodzi chłopcy są tacy prymitywnie niedojrzali. Britney, gdy śpiewała, była młodym dziewczęciem o wysokich ideałach. Psując patetyczność zachwytów, to każdy uwodziciel powinien mieć w aucie taką Britney (może bez dwóch najbardziej znanych szlagierów), bo to są typowe wolniacze o przyjemnej treści, a dziś kompletnie nieznane i działałyby na laski.

Gdy dojechaliśmy do Płocic, słońce miało się ku zachodowi. Synek chciał iść pieszo, na co mu pozwolono do czasu, aż chciał zostać za długo w jednym miejscu. Potem był już noszony, gdyż w międzyczasie wózek się zapełnił. Do wózka trafiały liczne kamienie, których zbieranie zapoczątkował synek chyba przeczuwając, że idziemy nad rzekę. Wykrywszy jego intencje, pomogłam walnie w zbiorze i na miejsce dojechaliśmy w wózkiem całym wypchanym kamieniami. Gdy ja byłam tym, kto niósł dziecko, Mąż był tym, który nie chciał się już schylać po kolejne.

DSCN1978Po niedługiej wędrówce dotarliśmy do celu, czyli mostu, przy którym wczoraj po raz ostatni jedzona była najsmaczniejsza czekolada świata. Szybko się okazało, że ona tam jest, leży na skarpie nieco powyżej drogi. Już się witałam z gąską, już odtańczyłam taniec radości, już mnie sfotografowano i… klops! Klopsa nie spowodował synek, którego ciągnęło do wody. Klops krył się w papierku! Była tylko połowa czekolady i to jakaś taka zgnieciona, że nie wiadomo było, co się z nią działo, więc nawet ja z moją chcicą potrafiłam przyznać, że się nie nadaje.

Kamienie wyrzucono z mostu celem zbudowania pod mostem mielizny dla kajakarzy, przy czym nawet leniwy Mąż, który wcześniej nie chciał zbierać, rzucał ochoczo. Synek rzucał ochoczo po wiele na raz. Niestety dno akurat tam jest głębokie a nasze kamienie były malutkie i mielizna nawet nie zaczęła powstawać. Potem wróciliśmy do wsi, gdzie zjedliśmy przygotowaną wcześniej w domu kolację. Synek powiedział ‚kybel’ o kiblu i ‚ławka’ o ławce. Było prawie ciemno, gdy udaliśmy się do auteczka, trochę spłoszeni przez komary.

Pojechaliśmy na koniec Płocic, gdzie wczoraj zaniepokoił nas widok miejscowego krzyża, jednak wczorajDSCN2005wieźliśmy pełną dziecięca pieluchę na dziecku i się spieszyliśmy. Otóż krzyż nie ma się dobrze i raczej nie zniszczyli go wandale, bo wandale nie sięgają tak wysoko jak zniszczenia. Krzyż uszkodzony jest od góry a cały Pan Jezus jest potłuczony na cząsteczki i na szczęście te cząsteczki są chociaż na ziemi ułożone w swój dawny mniej więcej kształt. Przypuszczamy, że krzyż został potraktowany piorunem i naszym zdaniem to bardzo źle. Gmina i parafia, do której Płocice należą powinny jak najszybciej zadbać o naprawę i ochronę krzyża przed piorunami w przyszłości, gdyż krzyż we wsi jest jak sztandar podczas powstania i musi trwać, o! I nie miał racji były dominikanin z naszego miasta, z którym kiedyś o tym dyskutowaliśmy, że nie trzeba krzyża bronić, bo krzyż obroni się sam.

DSCN2010

O Staszce, kaszce, kozie i upartej kozie

DSCN6938Staszek zaczął dzień od Mszy, a Mszę postanowił spędzić za żywopłotem u proboszcza. Domagał się też konia zza płotu, ale bezskutecznie. Nie było lekko. Być może spędziłby ją godnie, gdyby nie poleciał na laskę. Laska była typową „zmanierowaną wytapetowaną damą z syndromami megalomana”. Miała może 4 lata, a może i nie i biegała w tę i we w tę wzdłuż kościoła czyli schodami, odgięta w tył i wyniosła. Rzucała oczkiem na Staszka, a on pragnął. Nie wiadomo czego pragnął, ale byłby przeszczęśliwy, gdyby choć na chwilę przyjęła od niego misia. Ona jednak przebiegała blisko, tak by się otrzeć, lecz jednocześnie daleko, delektując się, że maluszek nie pokonuje schodów tak sprawnie i nie biegnie tak szybko. I że to on jest tym, któremu zależy. Niemądra koza z mlekiem pod nosem! Mam zadatki na paskudną teściową dla swojej synowej, ale tamtej panienki bym stanowczo nie chciała widywać pod swym dachem ani u boku swego syna. Na szczęście Staszek akurat ma narzeczoną z dobrego domu.

Byliśmy na wycieczce-pikniku w Juszkach. Spotkaliśmy naszą kozę zeszłoroczną, ale zza płotu. Koza ma koźlę i Staszek był zadowolony. I domagał się. Były i kury i to nie na dachu. Na szczęście też i nie w sieni. Trafiliśmy nad jezioro z tego wpisu. Leżeliśmy i jedliśmy kabanosy. Było cudnie. Niektórzy zaczęli grzebać w ziemi i wtedy inni rtzeźwo wyciągnęli z podwozia wózkowego wiaderko i łopatkę DSCN7013oraz grabelki. Dało to zajęcie najmłodszym z nas na wiele minut. Aż zaniemogli na jakimś grubszym patyku. Wówczas zwrócili się o pomoc do matki a zobaczywszy jak jej dobrze idzie, podawali łopatkę z prośbą o napełnienie, po czym zsypywali jej zawartość do wiaderka i ponownie podawali pustą. Gdy piknik dobiegł końca, syn zasnął. Dał się przenieść do auta i spał dalej. Zajechawszy pod dom, przynieśliśmy Eldorado Fortress na trawnik celem budowy i czuwaliśmy nad spokojnym snem maluszka. Eldorado Fortress, podobnie jak Black Seas Barracuda pójdzie wkrótce pod młotek. Przyszedł czas, że maluszek zbudził się, skorzystał z niezapiętych pasów i rozejrzał. Tak ucieszył go widok rodziców zza tylnej szyby oraz ogólnodostępne wnętrze auta, że nie zauważył, że ci rodzice robili coś bez niego. Następnie odbył się grill i syn podbierał ogryzione skrzydełka matce zamiast czerpać z wyselekcjonowanych kąsków. W międzyczasie odbyło się też przekładanie pasów w foteliku dzidziusiowym na najwyższą pozycję, gdyż dzidziuś ma już swoje gabaryty. Była to jedna z najbardziej skomplikowanych i niewdzięcznych czynności ever. Po grillu odbył się spacer, podczas DSCN6976którego zadzwonił ojciec chrzestny proponować matce, że jutro zajmie się Staszkiem przez dwie godziny, co by ona sobie szyła. Jak już wielokrotnie pisałam, ojciec chrzestny (ostatnio przyniósł lody czekoladowo-miętowe!) jest wspaniały. Po spacerze syn odmówił kaszki ryżowej. Zawsze odmawia. Od szóstego miesiąca życia odmawia, a stręczono mu ją wówczas bardzo, co by może raczył choć jedną noc przespać. Kaszka syna była bananowa, co może mu się kojarzyć z wapnem i chorobą, ale mieliśmy jeszcze tylko kaszkę 5 owoców ważną do kwietnia 2013. Gdy sypnęłam kaszką 5 owoców na wodę, wyskoczył z niej obrzydliwy czarny skaczący karaluch! W kaszce dla dzidziusia jeszcze ważnej był! Kaszce, którą ja się miesiącami żywiłam. Ważnej jeszcze! Skakał!

DSCN6994Wracać przyszło nam we mgle, ale i tak wróciliśmy najszybciej w historii naszych powrotów, bo dogadałam się z Mężem, że zwolnię tylko przy fotoradarach, a przez pozostałe wsie przejadę 70 na godzinę. Miałam plan w razie spotkania z panem władzą uśmiechnąć się miło i opowiedzieć o chorym Mężu, śpiącym dziecku i ciężkim życiu kierowniczki, ale jedyny pan władza stał dopiero w Żukowie, przez które z powodu mgły ślamazarzyłam się zaledwie 60-tką. Mgła była gdzieniegdzie okropna i nagle w tej okropnej mgle (ale grubo za Żukowem) w lusterku wstecznym ujrzałam parę świateł żółtych a nad nimi parę migających świateł niebieskich i już dostałam palpitacji, już pomyślałam brzydko o panach władzach i już zwolniłam, gdy okazało się, że żaden pan władza, lecz karetka. Lanos odetchnął dopiero w mieście, gdy dało mu się rozwinąć prędkość 100 nie budząc podejrzeń siedzącego nieopodal Męża i tą wspaniałą pielęgnującą silnik prędkością wziąć kilka ciężarówek.

DSCN6974

DSCN6975

DSCN6984

DSCN6988

DSCN7037

DSCN7043

DSCN7120

DSCN7151

St

Coś niebieskiego, coś starego, coś nowego…

DSCN4455Lubię kwiecień, w kwietniu mamy mnóstwo rocznic, a Mąż, którego nie ma w domu całe dnie wykorzystuje je (rocznice, nie te dni, w które go nie ma) do obsypania mnie prezentami. Ostatnio się wyrobił i prezenty, którymi sypie są na poziomie, ale często też prosi mnie dyskretnie o radę i wtedy ma pewność, że i niespodzianki będą trafione. W kwietniu czuję się zawsze taka doceniona. A zupełnie razem to lubimy nasze rocznice, bo możemy pójść na randkę i chętni sami się zgłaszają z prośbą o możliwość zajęcia się naszym dzieckiem.

Wczoraj akurat mieliśmy rocznicę pierwszej randki* i nie mogliśmy się opędzić od chętnych opiekunów. Jako pierwsi się zgłosili się chętni ze wsi proponując DSCN4313opiekę do godziny 16. Również ochoczo zgłosiła się matka chrzestna z propozycją zajęcia się synkiem od godziny 18. Interwał w sam raz na transport na 73-kilometrowym odcinku. Na szczęście jednak zatrzymały ją inne sprawy, bo chyba bym nie dała rady pokonać dodatkowych kilometrów. Spędziłam wczoraj za kółkiem ponad 6 godzin i przejechałam prawie tyle kilometrów, ile dzieli nas od Warszawy, więc chyba już jestem doświadczonym kierowcą.

Udało nam się wyruszyć „już” o 10, chociaż o tej porze planowaliśmy być na miejscu. Po niezbyt płynnie przebiegający zostawieniu synka opiekunom popędziliśmy dalej. DSCN4367Celem były Kartuzy, w których wspólnie byliśmy tylko raz, półtora roku temu (co do dnia). Chcieliśmy tam kupić zestaw klocuszków Lego Paradisa z 1993 roku, który widzieliśmy za poprzednim pobytem. Niestety, półtora roku to około 450 dni roboczych i w międzyczasie pani sprzedawczyni zagarnęła zestawik dla siebie „bo był różowy”. Mam nadzieję, że nie do akwarium. To był nowy zapudełkowany zestaw i to w cenie bezinflacyjnej, za 3 dyszki, rarytas dla kolekcjonera! Poprzednim razem go nie wzięliśmy, bo byliśmy bez dochodu, w szoczku poporodowym, z płaczącym dzieckiem i jeszcze po moim porannym wjechaniu w płot owego dnia. Ja na pocieszenie dostałam różowy lakier do paznokci ze sklepu wielobranżowego, w którym zakupiono mi lakier poprzednim razem.DSCN4301

Zjedliśmy barszcz w jednym nowym lokalu (restauracja Kaszubska) i w jednym znanym lokalu. W lokalu nowym za plecami usiadł mi pan ochroniarz i przysłuchiwał się podglądając. Barszcz był tani jak barszcz i czysty kosztował tylko 3 złote, więc wzięliśmy zauszony za 5. Lokal znany (restauracja Rondo przy rynku) zaserwował gotowe uszka z miazgą niezbyt-mięso-podobną zamiast smacznych pierogów z poprzedniej wizyty. DSCN4477A na zupę czekaliśmy ponad 15 minut! Przecież wszyscy wiemy, że nikt pierogów nie lepi ani barszczu nie kisi, więc takie pozoranctwo to niech oni sobie do kieszonki fartuszka schowają. Pogoda była chłodna i deszczowa jak na początki wiosny przystało. Odwiedziliśmy większość odwiedzonych półtora roku wcześniej sklepów i prawie cały czas żałowaliśmy, że nie ma z nami Staszka. Z nim byłoby równie fajnie i tylko troszeczkę by przeszkadzał chcąc iść tam, gdzie akurat on by chciał (czyli wszelkie schody). Ponadto celem odtransportowania go nadłożyliśmy pełne 80 kilometrów w JEDNĄ STRONĘ (czyli 237% !!!!) w stosunku do bezpośredniego udania się w kierunku kartuskim i straciliśmy dwie godziny (wciąż mowa o jeździe w jedną stronę). Nie zyskał nic i on, bo zasnął dopiero po naszym powrocie, a obiad byśmy mu zafundowali (jeszcze nie dostaje kieszonkowego, bo nie w każdych spodenkach ma kieszonki).DSCN4357

Plan był bardzo napięty z powodu straconego w restauracji Rondo czasu, ale znaleźliśmy chwilę na romantyczne chwile w kawiarni Perełka, która była iście romantyczna. Delektowaliśmy się tam słodkimi deserami i kontemplowaliśmy pewien miły mail. Potem znów nabraliśmy tempa, gdyż Mąż nie miał dla mnie nic prócz lakieru do paznokci** i koniecznie chciał abym w odwiedzonym wcześniej sklepie z tkaninami (stacjonarny Textilmar!) wybrała sobie materiał na sukienkę. Wybrałam niebieski zwany kobaltowym, bo jest taki twarzowy, a różowy to jednak podkreśla róż na policzkach i nie zawsze jest twarzowy, a turkusowy już mam, o!

Następnie przyszło nam tankować na zapyziałej*** stacji, gdyż Orlę nie dysponował autogazem. Po tankowaniu popędziliśmy do naszego synka kręconymi kaszubskimi drogami w śnieżycy z deszczem. Dawno już minęła 16 i naszym kobietom dawno uciekł autobus DSCN4236do Kościerzyny, ale wówczas ja- bohaterka dnia- odwiozłam je naszym zielonym auteczkiem do miasta co by złapały sobie PKS o 17:15  do Gdańska (to dzięki mnie nie czekały na przesiadkę pół godziny na zimnym dworcu, lecz w domu z ukochanym wnukiem). W czasie mojej nieobecności Mąż spoił syna mlekiem i wyprowadził na spacer celem uśpienia. Syn stanowczo odmawiał spania nawet na przeznaczonym do spania spacerze do czasu aż ujrzał swoją matkę w zawracającym auteczku i przekonał się, że nie robi ona nic lepszego. Wówczas ze spokojem spuścił powieki i dał się nabrać, gdyż ledwo to zrobił, rodzice zawrócili i przenieśli go śpiącym do łóżka pozbawiając po drodze butów. Wcisnęli misia, puścili lulaczkową muzę i poszli segregować klocuszki i słuchać Libera.

Po pobudce wszyscy przystąpili do produkcji i spożywania jedynych w swoim rodzaju mężowskich frytek. Staszek, który przedtem zjadł kaszę, zadowolił się tylko jedną patelnią i DSCN4376został naszym królem keczupu. Jedliśmy frytki aż do 22, po czym wyruszyliśmy w podroż do miasta. Padało, panowała mgła, jechaliśmy przez nicość, nie było widać NIC. Jechaliśmy spiesząc się powoli. Bolały mnie plecy troszkę i musiałam się wiercić dużo. Chciałam utrzymać prędkość 60 km/h tam gdzie widziałam cokolwiek, Mąż chciał dojechać cały, syn dzierżył misia i mu zwisało. Sarna spotkana na poboczu nas nawet przepuściła. Była piękna i taka płocha od przodu. W Gdańsku czekała nas jeszcze jedna randka w lokalu czynnym do północy. Zdążyliśmy.

Złota myśl Piotra na koniec:

„Teraz lepiej pamiętam Kartuzy niż Bytów. Wczoraj było odwrotnie…”

*Dwa dni wcześniej była rocznica drugiej randki. Paradoks wynika stąd, że druga randka jest świętem ruchomym.

**Mąż nie miał nic, ponieważ poprosił o pomoc przyjaciela miesiąc wcześniej. Zamiast zamówionej paczuszki przyszedł Hubal na dvd, gdyż sprzedawcy pomyliła się jedna cyferka w numerze zamówienia i podmienił. DSCN4615Przyjaciel długo oponował przed słaniem zażalenia, gdyż jest tak zajęty, że nie ma czasu wysłać reklamacji własnego telefonu, ale w końcu sforłardował podesłany przez nas tekst. Nie znany jest dalszy przebieg sporu, ponieważ potem przyjaciel zachorował na różyczkę, co uniemożliwiło mu sprawdzanie poczty. Mąż po wskazówkach Żony zamówił sam inne prezenty, ale one jeszcze nie jadą, gdyż jeden z nich ma się ukazać dopiero w ostatniej dekadzie kwietnia, o czym sprzedawca zapomniał poinformować.

*** Zapyziała stacja to taka, która nie firmuje się, że jest znaną marką, nie przepadamy, bo nasze pierwsze tankowanie na takiej było i gaz szwankował po tym.

DSCN4596

DSCN4262

DSCN4177

Radia to on słucha tylko w pogodę

2011 4Jeśli przyszło Wam kiedyś jechać do Gdańska pociągiem*, to pewnie z niecierpliwością gapiliście się w okno wypatrując kiedy wolno toczący się pociąg wjedzie na stację. Wszak wiadomo, każdymi drzwiami z pociągu zdążą wysiąść tylko pierwsze trzy osoby, a jak tu walczyć o pierwszeństwo przy drzwiach, kiedy pupa chciałaby jeszcze posiedzieć a bagaże nawet poleżeć**. Ale nawet stojąc przy drzwiach i niecierpliwie szarpiąc klamkę w oczekiwaniu na wjazd pociągu na stację, na pewno zauważyliście, że na przedmieściach centrum (czyli już za Orunią), po prawej stronie, pociąg mija forty. Są to dwie kwadratowe górki tarasowe. Takie małe piramidy. Całą moją młodość wjeżdżałam do Gdańska zaczytana w książce, ale jakoś moje gałki wyczuwały ten moment i uciekały na bok, by spojrzeć. Podobnież było na studiach- wówczas wjeżdżałam 2010 1do Gdańska codziennie. Codziennie widywałam młodzież na tej górce i marzyłam, że JAK BĘDĘ MIAŁA CHŁOPAKA W GDAŃSKU***, to pójdę z nim na forty.

Nie dziwota więc, że gdy zarwałam sobie chłopa w dużym mieście, to pierwszym miejscem na drugą randkę były właśnie forty. Był rok 2007 i wtorek po Wielkanocy (zarwałam go w Wielką Środę). Coś mi świta, ze padało, ale nie jestem pewna. Tego dnia nikt nie zrobił zdjęcia upamiętniającego pójście na forty, bo ja, która miałam w torebci aparat, nie wiedziałam że mogę się z nim tak afiszować przed nowo zarwanym chłopem i nie zrobiłam tego.

2008 3Ponieważ  bardzo szybko się umówiłam z tym nowym chłopem, że weźmiemy wspólny ślub, to warto było zadbać o rytuały takie jak chodzenie w to konkretne miejsce tylko w ten dzień roku. Czas leciał także bardzo szybko i już chwilę później przyszła druga Wielkanoc. Po Wielkanocy nastał i wtorek i poszliśmy na forty po raz drugi. Byłam w cienkim płaszczyku i trochę zmarzłam, ale on był w głupawej kurteczce i jeszcze głupszej czapce, więc miał gorzej. Zrobiliśmy dużo zdjęć i było romantycznie. Potem poszliśmy do Sphinxa, a on do dziś mówi, że go wtedy naciągnęłam na lazanię. Sam wymownie nic nie jadł. Przyszliśmy do niego do domu i powiedział do swojego ojca: „tatusiu wydałem taty pieniądze na Oleńkę”. Każda inna rozsądna by go wtedy rzuciła, ale ja nie mogłam, bo nosiłam już jego… pierścionek. Poza tym ktoś musiał go uratować.

Czas mijał, a on popełniał jeden fo pas za drugim, ale takich chamstw jak tamto już nie walił. Gdy za trzecim razem poszliśmy na forty, było ciepło, a mnie następnego dnia czekało kolokwium z równań różniczkowych.

Czwarte 2011 2pójście było pierwszym pójściem małżeńskim. Wiało jak na Uralu i zmarzliśmy. Potem się grzaliśmy w położonej na 16 piętrze restauracji Panorama z widokami na całe miasto, gdzie krótko wcześniej posprzątała pewna celebrytka sprzątająca w restauracjach. Później wybraliśmy się do outletu odzieżowego autobusem jeżdżącym raz na godzinę, ale akurat zamknięto outlet w powodu awarii (koparka z pobliskiej budowy popsuła prąd ).

W roku 2011 specjalnie na ten dzień wracaliśmy z rodzinnych świąt na wsi. Było upalnie. Teraz bym doceniła tę pogodę. Wówczas mój brzuch i ja ledwo znosiliśmy ukrop i żar w samochodzie. Ponieważ był to wtorek, w Kościerzynie panował korek jak to na straganie w dzień targowy. Za miastem mojemu Gapciowi się przypomniało, że nie ma kluczy do Gdańska ni dokumentów i wracaliśmy… przez korek. Pojechaliśmy, przyjechaliśmy, wyschliśmy i poszliśmy. Byłam brzuchatką, ale jeszcze żwawą. Po fortach  udaliśmy się do Wojtka na klocuszki i zapełniliśmy 4 puszki.

W roku 2012 towarzyszył nam synek Lulaczek. Za dnia zajęła się nim babcia i korzystaliśmy z gastronomii oraz kinematografii,  a na doroczny spacer udaliśmy się dopiero wieczorem i ściemniało się niemiło. Zdjęcia wychodziły coraz gorzej. Wróciliśmy pospiesznie a tym, kto nawalił, byłam oczywiście ja, gdyż to mnie nie podobały się zapadające ciemności. Zresztą usunięto ławeczki ze szczytu i czuliśmy2009 3 niesmak. A należy czytelnikom wiedzieć, że układ dni tygodnia i samej Wielkanocy w roku 2012 był identyczny jak w 2007, co się już nie zdarzy za naszego życia.

Wczoraj poszliśmy w nasze miejsce po raz siódmy. Szliśmy z synkiem, lecz znów ja nie pomyślałam o kombinezonie na śnieg. Wyszliśmy z opóźnieniem, bo rano padało śniegiem. Synkowi słońce waliło w gałki i prawie drzemał. Dzierżył misia, ale miś mu spadał. Ja przypadkiem miałam dla siebie dwie czapki i to mnie uratowało od przewiania. Synek wypuszczony z wózka z miejsca wyczaił wszystkie naruszenia bezpieczeństwa-chodził po okratowanej nieszczelnie studni, a potem chodził przy krawędzi zbocza, a potem pobiegł i niezłapany na czas zasiadł w śniegu mocząc zadek i neruszki. Tym sposobem ogłosił koniec spaceru. Nie dość, że wcisnął się komuś na randkę na trzeciego, to nie chciał udawać, że go nie ma. W domu osuszyliśmy się szybko i ruszyliśmy omijając korki do centrum handlowego na pizzę 2012 1oraz po herbatki dla dziecinki. Synek jadł oliwki, których ja nie lubię, a Mąż chwilowo nie może. Dobry z niego synek- gdy jemy jajka, zawsze się z nim dzielę i on zjada białko a ja żółtko. Po zakupach zasnął w samochodzie, dał się w stanie uśpienia przenieść do domu i został ze swoją babcią podczas gdy rodzice pobiegli do kina na mało randkowy, acz wart obejrzenia film Syberiada.

Następne wyjście na forty za rok, jutro zaś jest drugie największe święto w roku- 4 kwietnia. Prognozy prześcigają się w próbach zepsucia randki. Tydzień temu obiecywali dzień słoneczny, teraz portale zgodnie twierdzą, że w każdym mieście Pomorza ma być śnieżyca całodniowa. My wybraliśmy Kartuzy. Choćby i śnieżyło, choćbyśmy musieli przesiedzieć 2012 2w lokalu dzień cały, randki nie przeniesiemy. Należy nam się ona jak psu micha, a dysponujemy tak dobrym kierowcą, że na miejsce jakoś dojedziemy. Zresztą ja nie wierzę z prognozy. Celem prognoz jest zatrzymanie nas w domu.

* Oczywiście mam na myśli wjazd od strony południa, wjazd z północy się nie liczy, bo jest przez Gdynię, a wiadomo jak ma się Arka do Lechii. My jako Gdańszczanie i właściciele zielonego samochodu oraz sąsiedzi pobliskiego pubu jesteśmy na na Lechię skazani.

**Mąż uważa, że to właściciel pupy siedzi, a pupa też leży jako i ten bagaż.

***Mógł to być chłopak ze wsi, ino żeby razem się w tym Gdańsku znaleźć, z młodzieńczymi sympatiami się nigdy w Gdańsku nie znalazłam.

Kiepściutkie ubranko z 2008

Kiepściutkie ubranko z 2008

2009 1

2011 3

2013 1

2013 2

2013 5

O tym, co kogo wyraża

DSCN9316Cytrynna i Mąż przegapili wiosnę. Poza zeszłotygodniowym dwugodzinnym spacerem nie zobaczyli ni skrawka wiosny. Mąż indywidualnie mijał się z wiosną w drodze do pracy, którą ma daleko, ale Cytrynna tkwiła w więzieniu z chorym Staszkiem przez całą wiosnę. Wiosna minęła, a Staszek może wyjść z domu tylko w razie braku wiatru, więc nie może, bo na brak wiatru nie da się narzekać.

Wczorajsza prognoza pogody na pewnym portalu pogodowym nastraszyła, że od dziś będzie ujemnie i coraz zimniej, a odczuwalnie zawsze o kilka stopni mniej niż odczują termometry. Trzeba się więc było rekreować dziś zamiast jutro. Pogoda niespodziewanie dopisała i mimo chłodu świeciło słońce. Wiało też trochę mniej niż na Uralu. Cytrynna i Mąż popędzili więc na dalekie Przymorze do Leclerca po herbatę, którą pija Cytrynna, a której w całym mieście nie ma. Zatankowali tam paliwo dla Lanosa tracąc cenne pół godziny w kolejce na bardzo źle zorganizowanej stacji z tanią benzyną. DSCN9300Kupili też auteczku 3 gąbki do szyb, a synowi konewkę dla małego ogrodnika, koszulkę w twarzowe smerfy w kolorze czerwonym, który wyraża Staszka* i herbatkę o smaku rumianku co by pił. Następnie pojechano w kierunku Jelitkowa, czyli jeszcze dalej, lecz nie dojechano do morza, bo po drodze zatrzymały ich łabędzie na wyspie i dużo innych ptaków. Zaparkowali w parku przy dawnej siedzibie uniwersytetu, a jeszcze dawniejszym Dworze Przymorze i obdzielali ptactwo suszonym chlebem od dawna wożonym w samochodzie.

Cytrynnę karmienie ptactwa tak rozgrzało, że zrzuciła wszystko oprócz sukienki i karmiła zwiewnie niczym gęsiareczka. Niestety kolejne już zdjęcia ukazują, że sukienka wcale nie jest taka fajna jak się wydawała, więc być może problem leży w sukience, a nie w otoczeniu. Sukienka dostanie oczywiście jeszcze swoją szansę na zielonym tle i na szczuplejszej Cytrynnie. Bo sama Cytrynna od wtorku w ramach wuefu dla studentów pierwszego roku będzie skakać w wodzie i zostanie to nazwane aqua-aerobikiem. Mąż akąto szczuplenia kupił żonie wyrażający ją czepek*.

DSCN9379Karmienie skończyli w samą porę i w jeszcze lepszą porę zapakowali się do samochodu, a ruszyli już zupełnie idealnie, bo zza płotu, z terenów o nieznanym zastosowaniu, które kiedyś należały do uniwersytetu, nadchodził zataczając się człowiek o wyglądzie nietrzeźwym. Nadchodził i rozmawiał, lecz nie wiadomo czy do telefonu, czy w przestrzeń. Lanos ledwo zdążył uciec przed jego na boki krokami. Mąż twierdzi, że pojedynczy człowiek pijany nie jest zdolny do agresji, natomiast Cytrynna ma obawy, iż jest przeciwnie. Dojechali do pobliskiego ronda i krążyli po nim chwilę zastanawiając się co dalej, a następnie zdecydowali, że jadą w kierunku, który obrali, czyli tam skąd przyjechali. Znów w samą porę, by mijając przystanek tramwajowy zobaczyć, że niezdolny, lecz skłonny do agresji pijany człowiek tłucze szybę na przystanku. Być może to właśnie go wyraziło*. Cytrynna widziała tylko kątem oka, bo musi się skupiać na przedniej szybie, a rzecz się działa w bocznej, ale postąpili jak obywatele i bezzwłocznie zadzwonili na 112 oraz zawrócili na pobliskim skrzyżowaniu. Numer 112 odpowiedział natychmiast jak to się jeszcze nigdy w potrzebie nie zdarzyło, wypytano Męża o DSCN9465szczegóły, a następnie poproszono o wykonanie jeszcze jednego telefonu- bezpośrednio na policję (widocznie dyspozytor w centrum zgłoszeniowo-interwecyjnym nie ma prawa przyjąć skutecznie zgłoszenia). Żenada. Zawrót na skrzyżowaniu pozwolił się przekonać, że człowiek pijany i skłonny do agresji mimo stanu nietrzeźwego bez problemu oddalił się z miejsca zbrodni. Kolejny zawrót na rondzie pozwolił zaś podjechać pod przystanek i sfotografować.

Cytrynna i Mąż są z siebie bardzo zadowoleni, z policji i służb nie są wcale zadowoleni, zaś Cytrynna ma zupełnie okiełznane duże skrzyżowanie. W drodze powrotnej zatrzymano się na całotygodniowym zielonym rynku w Oliwie i zakupiono jajka prosto ze wsi. Stasiaczek uwielbia jajecznicę na szynce. Cytrynna wykonała przy parkowaniu kilka trudnych manewrów, które mocno popchnęły ją do przodu w kunszcie kierowniczym. Kolejnym przystankiem był sklep Wojtka. To tam Cytrynna zrobiła swoje pierwsze parkowanie w zatoce- takie z wjazdem na krawężnik celem wycofania się z krawężnika i schowania kuperka w zatoce. Nie wyszło może zbyt profesjonalnie, ale kuperek nie wystawał.

DSCN9423Sklep Wojtka jest najfajniejszym miejscem w mieście. Lepszym niż Madison, restauracja Macdonalds, Vision Express i wszystkie gdańskie Lidle oraz zoo w sezonie razem wzięte. To w sklepie Wojtka Cytrynna i Mąż spędzali każdą wielogodzinną randkę w ciąży- nawet na miesiąc przed porodem, gdy Cytrynna ledwo się toczyła i wcale nie zginała. Po porodzie poszli raz ze Stasiem, ale on nie docenił i nie chciał spać w wózku, gdy rodzice randkowali. Potem kilka razy wyrwali się sami na króciutkie mini-randeczki. Być może wkrótce będzie można awansować/przywrócić Staszka do roli pełnoprawnego chodziciela z rodzicami do sklepu Wojtka. Wojtek sprzedaje tam klocuszki. Ale nie byle jak. On ma je w skrzyniach i można grzebać i wyszukiwać. Dzisiaj wystarczyło wejść na chwilę by poczuć spływające szczęście. Ono się tam unosi. Rodzice Staszka, jak to typowi myślący tylko o dziecku rodzice, kupili mu drewniane misie. Już miał podobne, ale utopił jednemu łepek w kibelku, więc dostał nowe, a stare musi oddać. Musi oczywiście oddać też nową wersję utopionego łepka.
Staszeczek jest rozkoszny i DSCN9455podaje gościom kapcie, a gdy słyszy domofon, to bezbłędnie zgaduje, kto idzie i które kapcie należy przygotować, a gdy je obiad, to gmera palcem w talerzu po to, by odsłonić misia z siatką na motyle, bo sam ma podobną. Do Staszeczka przyszli dziś wieczorem wujkowie i nie wyrobił z kapciami. Ale za to na wiadomość, że telefon się wyłącza, bo bateria jest słaba i trzeba naładować, poszedł do pokoju i przyniósł dwie baterie aparatowe i zapodał. Matka mu się rozpływa gdy robi takie rzeczy.

DSCN9464A Staszkowa babcia zaobserwowała dziś na jego rączce rumień bądź odparzenie lub oparzenie. Rzecz wyglądała groźnie i babcia zachowała mnóstwo zimniej krwi nie dzwoniąc od razu do rodziców, którzy przecież po tygodniu wyszli na 3 godziny z domu. Rodzice wrócili, usłyszeli i też zachowali zimną krew, po czym wzięli syna do łazienki, włożyli rzekomo oparzoną łapkę pod kran i zmyli z niej ten soczek z buraczka.

*Cytrynna miała kiedyś koleżankę, którą wyrażały czubki jej butów. Koleżanka nie chciała jeździć citroenem c3, który był taki słodki i zapakowany jak cukiereczek, bo źle ją wyrażał. Koleżanka żyje teraz w stolicy i to pewnie też ją wyraża.

IMGP9510

DSCN9406

DSCN9467

Przechodniu beknij sobie

DSCN7882Przyjechaliśmy na wieś i stopniowo rozgrzewamy dom z temperatury przeraźliwie niskiej do znośnej po to, by jutro odjechać. Już wczoraj wieczorem dałam znać, że mam zatoki i nie zamierzam ich wystawiać na mróz, bo będą chorsze. Mąż  z kolei zresponsował, że on nie zamierza zużywać weekendu na siedzenie w domu i jeśli ja nie zamierzam być całego dnia na podwórku, to on pójdzie sobie do pracy na dzień cały, bo ma co robić, a weekend służy do zwiększenia wydajności a nie do jej zmniejszenia. Wydajność można zwiększyć wykonując pracę lub regenerując siły na powietrDSCN7955zu. Zmniejsza się ją siedząc w domu i gnuśniejąc. Zasypialiśmy w atmosferze konfliktu, ale rano zbudzeni dzieckiem zgodnie wstaliśmy i znieśliśmy plecaczki do samochodu, gdyż bagażnik wypchany był nowymi komodami na klocuszki, samochód stal już pod oknami jak to w weekend tylko może, a pogoda była ładna i głupio nie jechać. Zanim osiągnięto zgodę Mąż przedstawił swoje roszczenia dotyczące planu dnia i okazało się, że są akceptowalne. Jechałam ładnie. Raz laska w małym samochodzie, co to jest tak mały, że nie widać go nawet w lusterkach, wjechała mi w martwy punkt, ale ja miałam refleks i Mąż ani pisnął. Jechałam tak ładnie, że nie zazrzędził ani razu i tylko w okolicach fotoradarów przypominał o ich istnieniu. Potem nawet  stwierdził, że się wyrobiłam. Albo rzeczywiście, albo ma wyrzuty sumienia po wczorajszych studentkach i dlatego jest taki miły.

Spędziliśmy leniwe przedpołudnie w Kościerzynie jedząc pizzerki z salami i szwendając się. W najlepszym mieście świata ktoś życzliwy dał poradę zdrowotną (zdj. 1), którą Mąż i Staszek próbowali uskutecznić. Zaszliśmy do Lemon Tree na barszcz i on był ekstra. CDSCN7818hociaż regularnie powtarzam barszcz z przepisu, nie udaje mi się tego efektu osiągnąć. Pani Kasi było bardzo miło, gdy zamówiliśmy drugi. Zamawialibyśmy do oporu, ale czekały nas spacery za jasności, a i Staszek nie współpracował za dobrze. Przy pierwszym barszczu stanął tyłem do nas na skórzanej kanapie i gapił się w przestrzeń. Skwapliwie korzystaliśmy z chwili spokoju, chociaż jednocześnie niepokoiliśmy się bardzo. Przy drugim barszczu trochę pochopnie wyrwaliśmy go z osowienia i zaczął sprawiać trudności. Mogliśmy byli dać mu kilka minut więcej.

Wieś powitała nas śniegiem po kostki. Ktoś DSCN7938(ratrak, pług, jak zwał tak zwał) odśnieżył nam drogę zasypując cały podjazd. Żeby wejść na teren działki długonogi Achilles musiał przeskoczyć płot, wziąć z szopy łopatę i wytorować drogę do furtki oraz zrównać z ziemią jej bezpośrednią okolicę, bo nie latała ani wte ani wewte. Po zmianie pieluch ruszyliśmy dalej. Niedokładnie naprędce odśnieżone hałdy śniegu utrudniały zawrócenie. Koła utknęły w zaspie, Mąż spytany jak kręcić odparł: „tak tak tak tak i tak” wykonując jednocześnie ruch ręką jakby skreślał błędnie napisane słowo. Spytany o kolejność tych „taków” zaoferował, że może on zawróci. Ze dwa razy się tak oferował, ale ponieważ pod maską mamy setki konia ja jestem tak wyśmienita i mam tak dużo wyobraźni przestrzennej, to konie sobie poradziły ze śniegiem i pojechaliśmy do Juszek drogą przez las z głębokimi koleinami.  Staszek zaczął przysypiać i musieliśmy szybko wysiadać. Ale nie mogliśmy wysiąść, bo jechaliśmy. Znaleźliśmy inną drogę nad nasze Strupino i na szczęście ktoś tamtędy już jechał, więc była przejezdna. Szybko zabrakłoDSCN8051 miejsca na aparacie, bo ktoś zdjął tylko dwa foldery. Przeglądaliśmy, co można by usunąć. Był już nawet wyznaczony do usunięcia film sprzed trzech tygodni, w którym Staszek chodzi po błocie a ja nieświadoma, że to film mówię, żeby Mąż focił, to naszym znajomym z Warszawy wypadną gałki z orbit, że nie przyjechali na roztopy, ale Mąż stwierdził, że gdzieś była seria pięciu filmów i żebym spośród tamtych jeden usunęła. Staszek, który czekał na zrobienie fotki nurzając gołe łapy w śniegu się wówczas wkurzył i skończyło się na bezfociu i małej furii. Wróciliśmy do domu i Stasio usnęło otulone termoforami, a my zajęliśmy się tym, po co tu przyjechaliśmy, czyli segregowaniem klocków Lego, które kupiliśmy na Święta a myliśmy przez cały wyjazd ślubny i suszyliśmy przez całą ostatnią nieobecność. Złożyliśmy 3 nowe DSCN7994komody na klocuszki. Było wybornie, uroczo i rozkosznie. Mąż bardzo chwali sobie integrację sensoryczną poprzez klocki Lego. Z obudzonym Stasiem obejrzeliśmy film na diwidi*. Próbowaliśmy jeden film, ale nie dość, że miał napisy, to zacinał się. Zmieniliśmy na „Narzeczoną dla geniusza” i to jest od dziś mój ulubiony film. Oglądaliśmy go do końca trzymając Staszka siłą na dole i powyżej pory usypiania, bo ja odmówiłam zostawienia sobie części na śniadanie. Trzymany siłą Staszek zainteresował się suwakiem własnej bluzy i już kuma jak to działa.

Muszę jednak pozostawić drogich czytelników z pewnym niedosytem informacji o naszym sielskim życiu, gdyż noc jest krótka, a nie dość, że mamy kuriozalne ilości klocuszków do rozsegregowania, to jeszcze chcemy się oddać odśnieżaniu, bo to wywołuje endorfiny i tak spędzaliśmy podroż poślubną, więc wiadomo.

*Film był tak naprawdę na fałcede i trzeba było w połowie zmienić płytkę. Gdybyśmy byli w kinie studyjnym, to byłby na dyskietkach i je trzeba byłoby zmieniać co 10 sekund. Stąd nazwa- studyjne, bo to studenci zmieniają te dyskietki.

   DSCN8124

DSCN8123

DSCN8010