Czas odliczany ziarenkami ryżu

dscn4946Sytuacja jest taka, że dziewczynka o roboczym imieniu Pysia (jak królik) nie chce wyjść z gawry. Trochę robię co mogę czyli po tym jak z domu wyszła cola, to próbowałam ją wypędzić Fantą, próbowałam ją skusić szemraniem odkurzacza czyszczącego wszystkie dywany w domu, na zachętę zmieniliśmy jej imię, nawet przeszłam się dziś po schodach w dól i w górę oraz zmyłam przyklejoną do podłogi w kuchni skórkę ogórka, która nikomu poza mną nie przeszkadzała, a to wymagało kilku schyleń się. Dom jest z grubsza gotowy na dziewczynkę i na moją nieobecność. Z grubsza, bo wiadomo, że pod moją nieobecność się częściowo zawali, a na dziewczynkę jeszcze długo nie będzie gotowy. Nie mamy ani jednej różowej ściany. Tylko mój różowy kącik, ale on jest mój a nie dziewczynki. Ugotowałam wielki gar zupy z ośmiu warzyw, czyli wszystkich jakie były w lodówce. A naprawdę to z wielu warzyw, ale z ośmiu różnych. O jakiejś porze dnia sprzątnęłam też zabawki z podłogi, ale to akurat był wysiłek zbędny, gdyż gdybym nie sprzątnęła, to kolejne by nie spłynęły, a tak miały gdzie spłynąć. Dziewczynka o imieniu Pysia jak królik nie wychodzi uparcie, a przez to opóźnia się zakup fotela dla jej mamy. Mam cichą nadzieję, że z kartą dużej rodziny się wyrobimy do dnia, gdy Mąż będzie kupował bilet miesięczny, bo tu też różnica między takim nauczycielskim a takim wielko-ojcowskim wynosi 17 złotych, czyli małą wizytę w Maczku. Być może powód niewychodzenia Pysi jest prozaiczny- dziewczyna rozsmakowała się w sosie sojowym, którym zalewamy co wieczór nasze suszi. Ja się rozsmakowałam. A odkąd robimy swoje zamiast biedronkowego, to nie miewam rano bóli po głowy, dscn4953które po biedronkowym miałam. Wczoraj dodaliśmy żółty ser, bo Mąż, który się zna powiedział, że paluszek krabowy smakuje jak ser, a jeśli macie w swoich urządzeniach mobilnych internet, to możecie łatwo sprawdzić, że paluszek krabowy nie leżał koło kraba i lepiej go nie zjadać niż zjadać. Więc daliśmy ten ser i było nieźle. A dzisiaj Mąż zakupił mango, bo nie było awokado w lokalnym sklepie i cukinię, bo wyglądała jak ogórek. Cukinia może nie jest szałowa, a wręcz z pewnością szałowa nie jest, ale przypuszczam, że dzięki temu będzie idealna do suszi, bo w suszi o to chodzi, by masa zawinięta w ryż była możliwie neutralna i bez smaku, gdyż wtedy jest doskonałym tłem dla sosu sojowego.  Właściwie to nie wiem, po co dajemy rybę, bo najlepsze suszi to kulka ryżu posmarowana wasabi i zanurzona w sosie…  Właściwie nie wiem po co zawijamy, bo można by zrobić suszi-sałatkę w miskach i zalać sosem. Ale w sumie nie wiadomo czy będziemy dziś jedli, bo może jak dziś nie zjemy, to jutro dziewczynka wyjdzie i na sobotę wrócę z powrotem do domu, a do tego czasu mango lepiej dojrzeje. No i mamy dziś domowy hummus, na którym nasz wieloletni wysłużony blender zjadł swój silnik. Więc nie za gładki ten hummus, ale za to pyszny. A na poród mam szansę dostać nowy blender. Przy pierwszym dziecku dostałam złote kolczyki, a tym razem blender… To doskonale obrazuje moją ewolucję.

dscn4937Kilka godzin później: Zdecydowaliśmy zjeść suszi. I nabyliśmy blender. Blender taki tańszy, bez fikuśnych przystawek do puree, bo pewnego dnia nasza kuchnia wzbogaci się o pełnoprawny robot kuchenny, więc byłoby to dublowanie sprzętów, a poza tym od zamążpójścia robię puree zwykłą końcówką i daje radę więc dopłacanie 50% za końcówkę, bez której można dalej żyć wydaje się być niesłuszne. Lepiej sprawić sobie piżamkę. Albo dzieciom parę książek. Albo sobie parę książek! A w kwestii suszi, to tym samym zszedł nam ostatni woreczek ryżu, więc Pysia musi jutro wyjść, bo nie będzie już sojowej kolacji. Musi wyjść też dlatego, że mój mózg jest już prawie nieczynny, to znaczy wyłączają się stopniowo potrzeby intelektualne żebym nie rozpaczała, że nie mam kiedy ich realizować. No i chcę w sobotę wrócić do domu. O!

20161117_204131_001

A da na kebab?

DSCN9221Miał być wpis o tym jak popłynęliśmy na wyspę i spotkaliśmy tam i ludzi i zwierzęta, ale zasnęłam jak zwykle. Wiedziałam już, że zasnę jak zwykle i włączyłam budzik w tej komórce co zwykle, ale nie zadzwonił, bo się akurat zawiesiła w tamtej minucie. Czasem się zawiesza. Miałabym nową już dawno temu, bo aż tacy biedni to my nie jesteśmy, ale nie mogę opuścić tej dopóki wszystkie romantyczne eski z pierwszych lat małżeństwa nie zostaną sfotografowane, a jakoś nie ma kiedy. Poza tym ostatnio wyszło na jaw, że nasza rodzina potrzebuje smartfona ze wszystkimi jego cechami i to ja miałabym być tym, kto się poświęci i będzie go miał, więc muszę to przetrawić. Do tego czasu będę zasypiać wieczorami z budzikiem w komórce, która się czasem zawiesza*.

DSCN0676Ale na pocieszenie mam takie info, że oto w dniu dzisiejszym przybyła do nas lodówka. Lodówka ledwo weszła do domu, bo klatka schodowa jest skomplikowana. Groziło nam już odsyłanie lodówki, ale panowie tragarze zdecydowali się okazać dobrą wolę i jednak przepchnęli ją przez trudny odcinek. A przez chwilę było smutno, bo mówili, że nie da się.  Lodówka ma nawet specjalne pudełko co by mięso nie zaśmiardywalo reszty zawartości. I jest duża i ładna. Oprócz lodówki do kuchni zajechał dziś nowy stolik składany z Ikei. Stolik zawdzięczamy Tacie, który zrobił odwierty i przykręcił, a na końcu postawił na stoliku misia Duplo. Tata chyba rozumie misie sprawy.

Zdjęcie jest sztucznie zainscenizowane. Na zdjęciu, które zrobiłam oryginalnie był bałagan, a miś, którego postawił Tata, był bury. Na zdjęciu widać też dziurę po wymianie grzejnika, ale ona nikomu nie przeszkadza. Za lodówką są jeszcze dwie.

DSCN8670

Gdy o północy przyszedł z pracy ślepawy Mąż, a ja się obudziłam, Mąż wypowiedział się o pełnej brudnych naczyń i innego bałaganu kuchni. Powiedział, że jest tam pięknie.

DSCN0010Mąż jest ślepawy, gdyż palą mu się spojówki. Byliśmy w tej sprawie na nocnym dyżurze okulistycznym w niedzielę i już Mąż prawie ślepawy nie jest, ale jednak jeszcze ma status i trzeba mu kropić oczy. Mam też dwójkę innych dzieci i każde jest na coś chore i coś im się kropi, wlewa do gardeł lub inhaluje. Jak o mnie świadczy, że jedno z moich dzieci ma zapalenie płuc, chociaż wcale nie chodzi do przedszkola, bo ma dopiero rok? Dobiegły mnie słuchy, że świadczy to o mnie jako o matce.

Jeśli chodzi o dzieci, to mamy dobrego lekarza do dzieci. Przyjmuje tylko raz w tygodniu, ale taka dzielnica, że lekarzy do dorosłych jest czterech i przyjmują codziennie każdy, a pediatrów jest dwóch i przyjmują na zmianę przez 3 godziny dziennie. W środy i piątki nie przyjmują, bo taka dzielnica. Może jak nowy rząd da pieniążki na dzieci, to urodzi się dużo dzieci i będzie warto zatrudnić pediatrę w pozostałe dwa dni? A może dałby rząd pieniążki na pediatrów żeby można było z chorym dzieckiem pójść do lekarza też w piątek?

DSCN9084A jeśli chodzi o Męża i jego ostry dyżur okulistyczny, to Mąż poszedł z zaklejonym oczkiem i powiedział, że trochę mu ropieje i pani go zakwalifikowała jako niebieskiego, czyli że będzie długo czekał. Czekał tak długo, że w międzyczasie doszły 3 panie, z czego jedna tez niebieska, a dwie zielone, bo one powiedziały, że je boli. a jak były zielone, to weszły przed Mężem. Weszły bez okładów i wyszły z zaklejonymi oczami. Mąż wszedł z zaklejonym oczkiem, pod opatrunkiem miał tyle ropy, że gdybym opisała, to wpis zrobiłby się nieapetyczny, a przecież jest w kategorii ‚kuchnia’, więc nie mogę. No i umyli mu oczko i wyszedł już bez opatrunku.

Niezależnie od tego jaką matką jestem, jestem też fatalnym kierowcą. Wczoraj na parkingu pełnym studenckich aut otarłam się o takie jedno. Zostawiłam mu swój numer telefonu bo jestem mega uczciwa. Ale nie zadzwonił. Po cichu mam nadzieję, że nie zadzwonił, bo najpierw wywalił kartkę zza wycieraczki, a potem dopiero zobaczył otarcie. Zwłaszcza, że kartka była kawałkiem koperty z McDrajwu. Ale nie dałam kartki z telefonem wyglądającej jak śmieć specjalnie. Po prostu nie miałam innej.

Jeśli chodzi o zdjęcie księżyca, to Mąż zrobił. Zarwał noc i zrobił tej nocy kiedy księżyc świecił inaczej niż zwykle.

*Rano nie grozi nam zawieszona komórka, bo budziki są dwa.

Na zdjęciach wiatru nie widać

DSCN1200Wiecie, nie będę ukrywać, że pisać mi się wcale a wcale nie chce, ale patrzę na tego biednego strudzonego Męża, który siedzi naprzeciwko i wiem jak on te wpisy lubi. Myślę o innych czytelnikach, którzy też czekają. I także o tej grupie czytelników, którzy z wpisu dowiedzą się, że jedliśmy barszcz i pomyślą, że nie dbamy o dzieci. Kalkuluję , przeliczam, kładę na szali przyjemności własne i jak zwykle okazuje się, że przegrałam. Dzisiaj macie wpis. Jutro za to umyję sobie wannę.

Czy ktoś jeszcze pamięta jak zainicjował się ten blog? Blog zaczął się świętem barszczu a święto barszczu, w roku 2012 ustanowione, w 2013 zostało przypieczętowane. Rok temu obchód jakoś nie wyszedł, bo już ledwo się kulałam i w stosownym terminie byliśmy tylko skmką w Sopocie, a w Sopocie nie da się kupić barszczu za grosze, DSCN1206bo Sopot to kurort pełną gębą. Ale trzecia niedziela maja jest rokrocznie zwana świętem barszczu i wtedy ten barszcz staramy się jeść w lokalach. Utrudnienie dodatkowe jest takie, że w niedzielę maja odbywają się komunie, ale dzisiaj akurat nigdzie nam komunia nie zakolidowała z naszym barszczem. Albo mieliśmy szczęście, albo społeczeństwo przez te lata rządów ustępującego prezydenta Bula zbiedniało i przyjęciny robi w domu a nie w restauracji.

Jak więc odbyły się tegoroczne odchody znanego na cały blog święta? Zaczęliśmy pysznym obiadem w domu. Były znakomite pyzy z paczki i duża ilość zezłoconej na brązowo cebuli pokrojonej w piórka. Kiedyś nie tknęłabym takiej, ale teraz, gdy mi ona szkodzi, wprost nie mogę się oprzeć. Aha, te pyzy to tylko ja jadłam. DSCN1207Inni jedli zdrowiej. Ursus też bardzo chciał pyzy, ale każdy kąsek jednak wypluwał. Potem miały być lody, ale jakoś nie było. A potem Mąż zrobił frytki. Mąż robi najlepsze frytki w okolicy. Starszy syn w ogóle nie chciał frytek, ale potem mu się zachciało i żałował, że przegapił. Na brzuszkach było tak ciężko, że znów zabrakło spustu na lody. A ponieważ w Gdańsku nie możemy zjeść lodów*, najbliższe lody dopiero za tydzień. No i wyjechaliśmy.

Planowaliśmy odwiedzić tylko lokale barszczowe przy bezpośredniej trasie wiodącej do domu, bo generalnie to szkoda ładnej pogody na jazdę samochodem, a i plecy jakoś nie skaczą z radości za kierownicą.

DSCN1217Do Kościerzyny jechaliśmy okrężnie przez las i delikatnie się spieraliśmy, bo Mąż mówi, że jego weekend trwa tylko dwie godziny, które spędza na dworze, a ja akurat jestem niewinna, bo wczoraj byliśmy na tym dworze tyle ile się dało, ale akurat nie za wiele, bo bardzo wiało. Skądinąd to „bardzo wiało” odbywało się nad Wdzydzami i był koncert, w którym brał udział Mariusz Kałamaga, a ja akurat wiedziałam, że to ktoś znany bo raz mi się obiło nazwisko jak rodzice oglądali telewizję. O tym koncercie wspominam, bo wyobraźcie sobie sytuację: jesteście nad jeziorem, wieje mocno, ale macie kurtkę zimówkę, więc nie jest źle. Gra jakiś zespól i nagle leci „górniczo-hutnicza orkiestra dęta robi nam…”. Już czujecie się młodzi, bo przecież czasy górniczo-hutniczej orkiestry dętej i jej paparara to czasy, gdy jeszcze byliście młodzi i pewnie u Was nie, ale u nas to na każdej DSCN122818-tce leciało a ja chociaż nie lubiłam tych 18-tek, to chodziłam, bo nie byłam dość nonkonformistyczna by nie chodzić. No więc cieszycie się, że górniczo-hutnicza orkiestra dęta znów gra i nucicie, ale okazuje się, że ta orkiestra w wykonaniu wczorajszych wykonawców robi… kebaby. Lubię kebab, ale on tam nie pasował. Odarli mnie z młodości!

Więc wracając do dzisiejszej jazdy, to Mąż nie miał zbyt intensywnego weekendu, ale i ja nie miałam bardziej szałowo niż on. Otóż Mąż wiele tygodni temu obiecał, że w weekendy będę mogła chodzić w Kościerzynie na basen, a on będzie z dziećmi. Basem jest potrzebny moim nadwątlonym i obolałym plecom oraz mojej tuszy, której jeszcze nie ma, ale może nagle się pojawić. DSCN1271Gdy ostatnio byliśmy u doktora, doktor znów powiedział, że powinnam się ruszać. On doktor ma trójkę dzieci, w tym jedno młodsze od naszego i on doktor swojej żonie stwarza warunki do ruszania się. I wtedy Mąż obiecał, że da ten czas na basen, ale zaraz potem dzieci były chore, a potem byli u nas kumple i się nie złożyło żeby basen wyszedł, więc kiedy Mąż zaczął narzekać, to ja mogłam się obronić przez zadeklarowanie większego pokrzywdzenia.

W Kościerzynie oczywiście ominęliśmy Lemon Tree. Pamiętacie jesienną akcję ‚Kościerzyna za pół ceny’, kiedy to Lemon Tree okazało się skasować barszcze za pełną cenę i jeszcze samowolnie pobrać napiwek? Wtedy stracili nas jako klientów. Jakkolwiek ich barszcz jest świetny, DSCN1359to nasze nogi więcej tam nie postaną. Zatrzymaliśmy się za to w Astrze. To taki zajazd, w którym Mąż jako dziecko zatrzymywał się ciągle. Mają tam ładnie i barszcz też mają chociaż w menu informacji nie ma. Ale zapytaliśmy, bo kto pyta, ten nie błądzi. Nie wspomniałam jeszcze, że plan był taki, by w różnych miejscach jeść jeden wspólny barszcz. No to zjedliśmy, Ursus zdobył wstążkę dekorującą krzesło, obejrzeliśmy ogródek i pojechaliśmy dalej.

A potem plan jechania główną drogą wziął w łeb, bo zobaczyliśmy reklamę Gawry i Białego Misia, a kto nas zna, ten wie, że na takie nazwy się złapiemy. Ale było to trochę na uboczu. A jako że my nie używamy gpsu, a mapę mamy tylko najbliższej okolicy, to nie bardzo trafiliśmy. I zrobiliśmy pewnie blisko 20 dodatkowych kilometrów na iście górskich drogach, bo była to taka część Kaszub, gdzie jest jak w górach. W międzyczasie zobaczyliśmy reklamę ‚U Zbója’ i jechaliśmy do tego Zbója, bo nazwa zachęcała (wszak zbóje jedzą barszcze), ale Zbój okazał się być ekhem, ośrodkiem wczasów zdrowotnych a nie karczmą z barszczem. Za to potem DSCN1293Mąż spytał smutnych panów w garniturach o drogę i wskazali nam najkrótszą. Jednak jak człowiek w garniturze to zaraz sensowniejszy. A Biały Miś okazał się być uroczym miejscem z takim sufitem jaki sami byśmy chętnie mieli gdyby był tańszy, lecz nie oferował barszczu ani w swoim menu ani spod lady. Spędziliśmy chwilę na tamtejszym placu zabaw, Stanisław miał nawet ochotę na kąpiel w basenie, ale nie tym razem. Wróciliśmy na główną drogę i pędziliśmy, bo przez te poszukiwania i brak barszczu u Misia straciliśmy masę czasu a niektóre lokale zamykają się wcześniej niż inne.

DSCN1306Kolejnym naszym przystankiem była Rybaczówka. Raz tam byliśmy, ale ktoś akurat brał wesele. Tym razem brali tylko przyjęciny, ale na piętrze, więc na parterze my mogliśmy pić barszcz. I panie kelnerki miały atrakcyjnej długości spódniczki**. A chociaż wystrój miejsca mnie osobiście nie powalił (zbyt nowoczesny), to barszcz był całkiem całkiem i niczego sobie. Do tego stopnia, że część planu dotycząca brania wszędzie tylko jednej porcji też wzięła w łeb- tu zamówiliśmy drugą. W pewnym momencie i Ursus zaczął się krzykami domagać podania mu wspaniałego płynu w kolorze bardzo plamiącym. Ale ja się plam nie boję, bo przecież po to jest dzieciństwo i odplamiacze żeby dzieciństwo było dzieciństwem.

A potem byliśmy jeszcze w Wyczechowie, dokąd ledwo zdążyliśmy. W Wyczechowie raz mieliśmy stłuczkę, na której zarobiliśmy 200 złotych, ale to znowu dygresja. Tym razem DSCN1309nie mieliśmy stłuczki, a oni nie mieli papieru toaletowego w łazience ani kiełbasy leśnej, którą lubimy. No i już prawie zamykali. I każdy był już zmęczony. Ale barszcz wypity, pasztecik zjedzony i szlus!

Przed powrotem do domu mieliśmy jeszcze jeden przystanek w jakiejś wsi, bo Ursus sobie przypomniał, że nie pił mlesia. Próbowaliśmy tam nabyć bułki drogą kupna, ale oferowali tylko starą chałkę za 2,40. No więc pojechaliśmy do marketu po drodze po świeże bułki i wróciliśmy do domu. Dzieci się wykąpały i poszły spać, a my siedzimy sobie naprzeciwko siebie w salonie i cieszymy się z kolejnej zaliczonej podtrzymanej tradycji. Och ach!

Wnikliwy obserwator spostrzeże, że czapka ubogiego krewnego znowu w akcji! Znów pojawiają się głosy, że ubieram dziecko jak ‚dziecko cygańskie’, ale to nieprawda!  Cyganie noszą się o wiele lepiej niż my. My nosimy się wygodnie i czasem czysto, ale jeśli ładnie, to tylko przez przypadek.

DSCN1343*Już wkrótce przestaną grzać, przesuniemy grzejnik w kuchni i kupimy sobie lodówkę z zamrażalnikiem. Wtedy będziemy jedli lody bez przerwy. Na razie korzystamy z takiej, która zamrażalnika nie ma i w ogóle nie jest nasza. I stoi w przedpokoju. I jeśli chłodzimy w niej ciasto, to musimy wyjąć masło, bo taka jest mała. Ale to już naprawdę niedługo. Maj się kończy, więc ile można grzać? Śpimy prawie na golasa i przy otwartym oknie. Nigdy nie spałam w takiej skąpej piżamce jak obecnie.Próbowaliśmy zakręcić kaloryfer, ale on wtedy zaczął tryskać wodą, więc musieliśmy go odkręcić i dalej śpimy prawie na golasa, ale to tylko dygresja.

**Jeżeli spódniczka jest atrakcyjnej długości, to chętnie zawiesza się na takiej oko. Im krótsza tym chętniej rzecz jasna. Na spódniczce oczywiście. Bo krótkie spódniczki są ładne. Podobnie jak małe misie, szczeniaczki i kociaczki.

DSCN1351

Grafomania

DSCN9978Za chwilę napiszę, co dziś zrobiłam. Mąż mówi, że lepiej żeby wpisy były krótkie, lecz regularne niż przydługie i od wielkiego dzwonu. Ale akurat chwilowo muszę pisać żeby się rozćwiczyć, bo ten sam Mąż, który chce wpisów krótkich lecz regularnych, domaga się opisania naszej tegorocznej rocznicy ślubu i będę musiała w tym celu naprawdę być w formie.

Otóż dzisiaj zrobiłam tak wiele, że aż sama nie wierzę, że tyle się dało zrobić w jeden dzień. Na samym początku wstałam wcześnie, bo jak jeden syn się odezwał, to zaraz drugi chciał mleczko i o powrocie pod kołderkę nie było już mowy. A była 6:45. Czyli nieźle, bo prawie 5 godzin snu i to ciurkiem*. Udało się jednak przetrzymać dzieci w jednym pokoju bez za głośnych okrzyków jeszcze przez półtorej godziny i Mąż sobie pospał, bo przecież teraz musi. Jakoś tam rano zrobiłam przeszczep kawałka klawiatury z prawie nieużywanej literki Q na bardzo częstą literkę E. Bo E po tym ostatnim czyszczeniu jakoś się popsuła i potrzebowała tego przeszczepu. Teraz działa jak należy. DSCN0994

Potem umyłam włosy i spryskałam je nawet odżywką. A potem Mąż, który był dziś u babci na śniadaniu, zadzwonił, żeby mu rzeczy na basen przygotować. Mąż po posiłku nie wchodzi na górę, bo by mu posiłek siadł na żołądku zamiast przelecieć, ale ja zejść nie mogłam, bo miałam mokre i spryskane odżywką włosy. Zatem rzuciłam wszystko przez okno. Z trzeciego piętra. Wrócimy do tego jeszcze.

Później odbyło się rozpakowywanie zmywarki. Oba dziecka to lubią i każde przychodzi wtedy do kuchni na swoich kończynach i garną się. Następnie chyba Ursus odsypiał noc a mi udało się uporządkować wydatki gromadzone w postaci paragonów od początku lutego. Był ich cały kartonik. Był też jakiś spacer z dziećmi. W międzyczasie zadzwonił Mąż, że nie udało mu się pójść na basen bo mydełko w płynie się rozpadło (chryzantema z mydełka w płynie) i zalało ręcznik i gatki**. Doprawdy nie wiem jak to się mogło stać.

DSCN1765Wszyscy (w sensie ja i dzieci) ugotowaliśmy obiad dla mnie na dwa dni. Wspaniałomyślnie nie wmieszałam kaszy do eintopfu i dzięki temu Mąż może mi połowę zabrać. Mąż nie lubi kaszy, woli najgorszy ryż od przepysznej kaszy jęczmiennej mazurskiej. Udało mi się też podjąć decyzję na temat rolet- że nie zamówię ich przez internet tylko sobie zawołam do domu pana z próbnikami. Zapodano Ursusowi marchewkę i pietruszkę, ale nie zareflektował. Później odnaleziono w jego buzi jakieś orzeszki (nie wiadomo skąd). W innym międzyczasie odkryłam, że w najbliższy weekend telewizja disnej junior zapuści nam*** każdego dnia po 5 nowych odcinków Kaczych opowieści. Trwa spór czy siostrzeńcy Donalda są dziećmi w naszym wieku, czy jednak są młodsi. I udało mi się z sukcesem umówić do dentysty, a to dopiero wyczyn. Wymagało to wielu telefonów celem skoordynowania czasu pani dentystki z czasem opieki osób które nie mogły się dziećmi zając w jednym z terminów i czasem osób, które przyjmą dzieci podczas umówionej już wizyty.

A na koniec dnia zapuściłam jeszcze zmywarkę żeby dzieci jutro miały. Nie chciało mi się ani trochę, ale czego się nie robi. I jeszcze usunęłam 50 smsów. I ryż ugotowałam temu Mężowi. I piorę ten jego ręcznik utytłany z mydełku raz po raz i pieni się to ach jak pieni.

DSCN9981Myślę, że chociaż ten wpis jest nieco kijowy, to jeśli nie wydarzy się nic ważnego i wymagającego pilnego opisania, następny będzie mógł już być o naszej tegorocznej podróży  lifetime.

*Bezdzietny kumpel Męża [a wszyscy nasi kumple są bezdzietni] mówi czasem, że jest niewyspany i że musi odespać 10 godzin.

**Mydełko jest jak widać najtańsze. Zawsze się łamię w Rossmannie i mam ochotę na jakieś lepsze, ale Mąż gubi mydełka, dlatego na basen ma najtańsze.

***Jak wiadomo my telewizora nie mamy, ale rodzice na wsi mają.

Pełne brzuszki

DSCN1723O pełnych brzuszkach napisano już wiele, ale zawsze można z jakiejś innej strony ugryźć sprawę. Podczas produkcji poprzedniego wpisu oczyściłam klawiaturę pod literką E i teraz pisze mi się lepiej, ale nie wynika z tego wcale, że dziś będzie równie dużo jak w sobotę, bo jednak pełne brzuszki mniej wdzięczne niż pierdzący wiatr. Pełne brzuszki to przede wszystkim ociężałość.

Jak napełniały się brzuszki? Stopniowo oczywiście. Nie jest to pamiętniczek rzeczy zjedzonych jaki zaleca się robić osobom na diecie żeby sobie monitorowały, co zjadły, bo dieta nam obca.

Mowa będzie rzecz jasna o niedzieli. Napisałabym o tym w niedzielę, ale było mi ciężko. Napisałabym wczoraj, ale Orange, które zapewnia nam mały i tani internet, wczoraj go nie zapewniło.

DSCN1645Dzień zaczął się jak zwykle nieszałowo (a gdyby tak raz zaczął się szałowo, to bym się nawet ucieszyła, chociaż na ogół za niespodziankami nie przepadam). Dzieci ogłosiły początek dnia o szóstej, ale każdy coś tam jeszcze dospał w systemie zmianowym. Za to na Mszy to dzieci zasnęły. Padły jak kawki! Jedno planowo, drugie jako niespodzianka. Wtedy Mąż ogłosił, że zmieniamy plany! Jak wiecie mieliśmy tego dnia znów jeść do oporu.

Na skutek zmiany planów Mąż zabrał potomstwo młodsze na spacer, starsze poszło lulać do wyrka a ja czytałam! Tak po prostu. Mąż był już dla mnie bardzo dobry minionego lata gdy usypiał po kolei wszystkie dzieci i pozwalał mi kimać popołudniami, ale wtedy to było konieczne, bo ja padałam na ryj. A teraz dostaję czas na CZYTANIE ot tak, za darmo. Potem oczywiście płacę opowiadaniem o tym, co ja tam przeczytałam i on to podobno bardzo lubi, zapewne kojarzy mu się z młodością, kiedy tak właśnie zwykłam opowiadać. Ale ten czas daje niby za darmo i ja niby za darmo opowiadam. Czytałam bardzo efektywnie w ogóle nie podjadając ciasteczek i w końcu brzuszek mi całkiem opustoszał!

DSCN1672Ale zanim to nastąpiło ten, kto miał wrócić, wrócił, a kto miał wstać, wstał i kto miał ogolić się, ten też to zrobił. I pojechaliśmy napełniać te brzuszki. Dochodziła 15:00. Zaczęliśmy od sobotniej restauracji numer 1 (jako najtańszej) i dewolajów z surówkami żeby się trochę zapchać. Nawet Ursus poradził sobie z kąskiem mięsa. Miał go potem w buzi jeszcze długo i bardzo go to cieszyło, ale ostatecznie dał radę. Kolejnym lokalem było Pod Kurem w Strzelnicy, czyli już właściwie za miastem. Albo na Strzelnicy, bo może ta Strzelnica to nazwa ulicy. Jedzie się tam taką brukowaną drogą, że co kto zjadł, to mu na pewno wytrzęsie. A samo miejsce jest w lesie. kto nie ma domku na wsi jak my, a lubiDSCN1712 naturę, ten powinien tam spędzać niedziele. Gmina, czy kto tam za rekreację odpowiada, wymyśliła nawet 3 trasy rowerowo-kijkowo-spacerowe o zróżnicowanych długościach i wysokościach. Tam byłoby naprawdę fajnie gdyby gdzie indziej nie było fajniej.

Rok temu w tym miejscu i o tej porze jedliśmy Pod Kurem wyśmienitą zupę kurkową i jakiegoś łososia*. W tym roku tylko tego jakiegoś łososia. Ale za to wszyscy (tak, nawet ja pomagałam, bo Mąż lubi jeść powoli i siedzielibyśmy tam do zmroku bez tej pomocy). Mąż mówi, że bardzo lubi ryby, ale nie ma za bardzo na nie szans w domu, bo ja się brzydzę i kijem nie szturchnę**.

DSCN1737Bardzo liczyłam na kostkę Luwr w Sowie jeszcze i w imię tego zrezygnowałam z deseru w Strzelnicy, którego zresztą nikt mi nie proponował, ale oczywiście, jak to zwykle bywa gdy chodzi o coś dla mnie, Sowa była już zamknięta. Pojechaliśmy więc do Matrasu, który też wkrótce mieli zamknąć. Wszak Mąż zgolił ten swój niezbyt udany zarost i bardzo chciał mieć makijaż. Został kotkiem. Dokonaliśmy tam także zakupu planowanego od dawna. Było to „Mam oko na litery”***. Tak sobie pomyślałam, że jak tam spędzamy czas, oglądamy za darmo te ich książki i wyczytujemy z nich literki i wypatrujemy obrazki i jeszcze korzystamy z makijażu, to można od biedy przepłacić 2 złote względem najlepszej oferty na rynku i kupić coś co i tak się mieć chciało. No i dziecku też jakoś tak lepiej, bo zamiast mieć kolejną książkę, którą „pan listonosz przyniósł”, to dostało złudzenie, że samo wybrało.

DSCN1721No a najlepsze zostało na koniec. Najbardziej opisowe menu, najbogatszy wybór potraw i w ogóle w ogóle. Proszę Państwa, ostatnim lokalem, w którym się zastołowaliśmy była restauracja Malena w hotelu Bazuny. Wy jej nie znacie i my tez jej nie znaliśmy. Obawialiśmy się, czy nas z Mężem-kotkiem wpuszczą, ale gdyby nie wpuścili, to byśmy się publicznie zbulwersowali i też byłoby ok. W hotelu zjedliśmy „tatar z łososia norweskiego ze świeżymi warzywami, przyprawiony olejem orzechowym, podany z sosem dziewiczym i tostami” oraz „filet z kurczaka rolowany z szynką wędzoną i mozzarellą na sosie z suszonych pomidorów, z ziemniakami opiekanymi w ziołach sałatką ze świeżych warzyw„. Prawdopodobnie wszystko było dobre, ale nie wiem, bo brzuszek już ledwo dawał radę. Skąd więc takie wielkie „łał”, skoro nie wypowiadam się na temat jedzenia? Po pierwsze w kiblu mieli przewijak i to czysty. Odkąd mam dzieci pierwszy raz widziałam czysty przewijak gdzieś. I jeszcze pieluszki mieli, ale nie skorzystałam, bo aż taka łapczywa DSCN1753nie jestem. Ale wahałam się, nie ukrywam. I po wielkie drugie, oni tam mieli znakomitą spławialnię do dzieci. Chyba 50-metrowa sala z wypasionymi zabawkami i widokiem na rodzica. Oba nasze dziecka popędziły tam co sił i metraż był wystarczający by się nie kłóciły o nic, a my mogliśmy sobie spokojnie napełniać brzuszki nie stresując się tym, że ktoś się nudzi, chce wyjść albo ściągnąć zastawę ze stołu. Należy jeszcze dodać dzieciom, że ciągnęło je bardziej do siebie niż do nas i że mimo ogromnego metrażu do dyspozycji, bawiły się raczej blisko niż daleko.

*Dla mnie łosoś zawsze jest jakiś, bo łosoś to ryba a dla ryby skala ocen jest następująca: niezjadliwa i jakaś.
**No zjeść od biedy mogę jak ości nie ma. Nie każdą, ale jeśli cel szczytny to wiadomo.
***Osobiście byłam wkurzona, że niedawno poznany Blog, który nam ten tom Mamoka polecił, tak bardzo zdominował nam weekend.

DSCN1734

Księżniczka z ziarenkiem chleba

DSCN6672Ponieważ zeszłoroczny wpis o wtorkach po Wielkiejnocy cieszy się dużym powodzeniem, to mimo iż nie chce mi się wcale*, opiszę Wam tegoroczny wtorek co by Ci którzy wtorkami są zainteresowani, mogli się dowiedzieć jak to tym razem było.

Wiadomym jest, że musieliśmy pójść na forty. W 2011 byliśmy tam wczesnym popołudniem, w 2012 wieczorem o zmierzchu, zaś w 2013 znów raczej rano, więc powstała nowa tradycja chodzenia w kratkę, a że Polacy lubią tradycje, to idealnym wyjściem było teraz znów znaleźć się na miejscu wieczorem. I znów poszło z nami tylko jedno dziecko, chociaż dzieci mamy już dwoje. Wtorek po Wielkiejnocy to jednak nie tylko forty, więc należy wspomnieć, co działo się wcześniej. A wcześniej się działo, bo nocowaliśmy na wsi i do miasta musieliśmy się jakoś dostać.

DSCN6710Jakoś tak bezmyślnie, lecz zupełnie zgodnie uznaliśmy, że dzień jest idealny na zmianę opon. Było to absurdalne. Dzień zaplanowanej randki, jedno z naszych 5 najważniejszych świąt w roku- idealnym na zmianę opon? Zapakowaliśmy opony, podjechaliśmy do spożywczaka po produkty brakujące do ‚śniadania na trawie’, które następnie zjedliśmy, a potem znaleźliśmy się w tej niefortunnej oponiarni. Ostatnia zmiana opon kosztowała 15 złotych, więc uznaliśmy, że stać nas na ten luksus i że nie opyla się kręcić samemu tymi śrubkami, zwłaszcza, że nie tylko zajmuje to czas, ale i przednie koła nie chcą same schodzić ze swoich osi po odkręceniu. No i ja, która zawsze uwielbiałam kręcenie śrubkami, nie mogę tego robić z tym brzuszyskiem, bo jeszcze urodzę, więc nie moglibyśmy kręcić na zmianę i sobie pomagać. Do oponiarni dotarliśmy w wielkim korku. My akurat korek ominęliśmy sobie tylko znanym objazdem i nie staliśmy w nim ani minuty, ale ominięcie korka wywołało poczucie, że dotrzeć było ciężko, więc trzeba już zostać. Zaoferowano nam czekanie 40 minut, więc uznaliśmy, że po 55 minutach opuścimy przybytek. Myliliśmy się bardzo. Czekanie było miłe, bo był i cień i słońce i ławka do siedzenia i prowiant mieliśmy i opony do wspinania się i ogólnie atrakcje dziecięce do zabawy i do obserwacji i nawet opony do ułożenia legowiska dla mnie były, a legowisko złożone z dwóch opon do siedzenia i trzech do opierania było pierwszorzędne. Problemem było tylko pilnowanie kolejki, które nie pozwoliło w pełni wykorzystać czasu oczekiwania.

DSCN6769Nasza oponiarnia jest ekstra. W chwilach gdy nie zmienialiśmy opon na swoim podwórku, to od zawsze korzystaliśmy wyłącznie z jej usług i nigdy się nie zawiedliśmy. Pragnę to podkreślić żeby nie było, że krytykuję. Dzięki dobremu nastawieniu i wczoraj było nieźle. Ale naczekaliśmy się a nic nie osiągnęliśmy! Okazało się, że jedno z naszych kół jest rozpłatane, zresztą wiadomo po czym i nadaje się na złom, czyli do wsadzenia sobie pod zadek jako siedzisko. A nie wyglądało, wyszło dopiero przy zdjęciu z felgi celem ponownego założenia żeby grało i żeby nie uciekło przypadkiem powietrze za chwilę…Panowie dzwonili po kolegach i magazynach szukając dla nas opony, a my czekaliśmy. Po dwóch godzinach od przybycia odjechaliśmy stamtąd ubożsi o 25 złotych i z zimowymi kołami na przedniej osi i dopiero wtedy się zaskoczyliśmy, jakim cudem udało nam się być zgodnymi w tak absurdalnej idei.

Potem był obiad, a potem jechaliśmy do miasta i ścigaliśmy samochód Jasia Fasoli. Akurat się taki znalazł przed nami a jego obecność bardzo cieszyła synka, który Jasia ubóstwia i dopóki się dawało, to goniliśmy za nim, ale potem on wyprzedził kilku na raz, a ja nie miałam dość odwagi na wyprzedzenie kilku na raz i synek zniechęcony zasnął, a my jechaliśmy dalej i wtedy okazało się, że prześladuje nas pech. Jechaliśmy żwawo szukając fajnego miejsca na mini-postój z napijaniem się wody przez kierowcę. Miejsce miało być zacienione co by synek się nie zgrzał kiedy auto stanie. W jednej wsi, w której jest fotoradar, stały mendy czyli panowie policjanci. Ale ponieważ tam jest fotoradar, aDSCN6807my poszukiwaliśmy przystawajki, to jechałam żółwią 50-tką i nie musiałam się stresować. Nie rozumiem tylko dlaczego tam stali skoro jest fotoradar. To jak masło maślane, bo stali niemal tuż obok owego fotoradaru, chociaż wieś krótka nie jest. Potem jechaliśmy przez las i wówczas Mąż zadał znamienne w moim stanie pytanie: „to co, zajeżdżamy do tych prostytutek?„. Chodziło oczywiście o zjazd w przesiekę leśną, ale każda taka przesieka zajęta jest w sezonie przez jakąś biedną dziewczynę.

Uznaliśmy, że kierowca wytrzyma bez wody jeszcze kwadrans i że przejedziemy jeszcze trochę kilometrów zanim staniemy i że może do tego czasu wstanie synek i też zazna postoju. Jechaliśmy tak sobie przez ostre zakręty, gdzie elektroniczna tablica nakazuje jechać maksymalnie 70. Ja zaczynałam ten odcinek 80-tką, ale właśnie zwalniałam, bo zakręty są naprawdę ostre a i Mąż lubi jak się przestrzega przepisów. I wychodząc z jednego zakrętu zobaczyliśmy kolejnych policjantów i oni machali! Osobiście przypuszczam, że machali bo kierowali ruchem po jakimś wypadku, ale najbardziej na świecie nie znosimy przejeżdżać obok panów władz** nawet gdy wszystko gra, więc impulsywnie zjechałam w prawo, a następnie szybko zawróciłam i w piskiem opon uciekłam stamtąd ile ciśnienia w prawej nodze. Nikt nie ruszył w pościg za nami, ale na wszelki wypadek szukaliśmy pierwszego lepszego zjazdu z głównej drogi i taki znaleźliśmy. Droga powiodła nas do Szymbarku. Tam pod lasem napiłam się w końcu wody i odczekaliśmy chwilę, bo nie wiedzieliśmy, że można przez Szymbark do Gdańska dotrzeć i tylko 8 kilometrów nadłożyć, więc zamierzaliśmy stawić sytuacji czoła.

DSCN6811Po króciutkim mini-popasie wyruszyliśmy w podróż czoła-stawiającą. Plan był by w razie zatrzymania twierdzić, że to nie oni nas spłoszyli tylko przypomniało się nam o niezakręconym gazie w domku. Plan na miarę ciężarnej i jej ociężałego umysłu. Ruszanie z piskiem opon przecież na pewno podbiega pod jakiś paragraf a i czas był za krótki by do domku i z powrotem obrócić. Zapięłam pas, czego normalnie nie robię, bo mnie ściska i jechałam pomalutku powolutku. W miejscu ucieczki nie było ani jednego przedstawiciela władzy, ale minęliśmy dwa wozy strażackie, więc może faktycznie ruchem kierowano a może to w ogóle kto innym tym ruchem wówczas kierował. Wiedząc jednak, że pogoda taka ładna, że od przedstawicieli władzy aż się roi, jechałam ostrożnie pomalutku powolutku i zapasana całą niemal trasę aż tu nagle po kilkunastu kilometrach zauważyłam, że… jadę bez świateł! Bardzo to przeżyłam, bo gdyby jakiś przedstawiciel władzy gdzieś po drodze był i to zobaczył, to na nic zdałby mi się zapięty pas i przestrzeżona prędkość.

A DSCN6829potem nadszedł wieczór, synek poszedł na kolację do babć, a my udaliśmy się pieszo (rozważaliśmy samochód, ale ja miałam dość prowadzenia na cały dzień) w nasze miejsce. Mieliśmy dobre picie w butelce po wodzie mineralnej i dobre jedzenie w torebce od chipsów (akurat torebka zawierała oryginalną zawartość***). I było całkiem niczego sobie romantycznie. Ja ani za Chiny ani za overlocka nie jestem w stanie sobie przypomnieć o czym rozmawialiśmy, ale Mąż twierdzi, że romantycznie było, a on się na tym zna. Ja pamiętam tylko, że przyznałam się iż nie przypuszczałam że się tak fajnie w życiu ustawię. Bo obecnie to mam fajnie, nawet mimo zgagi, pęcherza, kręgosłupa i drętwiejącej nóżki, które żyć nie dają.

Potem jeszcze mieliśmy w planie oglądanie Jane Eyre**** na diwidi, ale zabrakło sił. Ledwo wsadziłam sobie poduszkę między nogi*****, to zasnęłam.

Minionej nocy zaś śnił mi się mendowóz pełen mend (4 ich było), które nas odnalazły i przesłuchiwały na temat ucieczki na ich widok. Sen poniekąd mniej szkodliwy niż sen o przedwczesnym porodzie, ale jednak nie najmilszy. Zwłaszcza, że nie mieliśmy spójnej wersji, bo mendy znalazły nas nagle. Znaczy panowie policjanci oczywiście.

 DSCN6856*To nie jest tak, że nie chce mi się z lenistwa. Akurat tym razem nie chce mi się ze zgagi. Mam zgagę, bo utknęło mi ziarenko chleba w gardle i powoduje, że połykam powietrze. I drażni. Przeszkadza! Jestem księżniczką z ziarenkiem chleba!

**Raz żeby nie jechać koło panów władz musieliśmy uciekać w las, z którego nie mogliśmy potem znaleźć wyjazdu, przez co straciliśmy umówioną wizytę u dentysty, na którą pędziliśmy, ale wtedy mandacik byłby murowany. Innym razem uciekaliśmy w ciemną noc przed tablicą, która wskazywała, że niby my jedziemy 80, chociaż jechaliśmy najwyżej 60, a można było 50. A raz, kiedy jeszcze myślałam, że panowie władze są dobre, to wiadomo jak się to dla mnie skończyło.

***Chipsy były bez tłuszczu, dla diabetyka. Dokładnie takie jakie niemal rok temu zjadł nam Maurycy Teo w ogóle nie dzieląc się! Ale niech się Maurycy nie czepia, bo pamiętamy, że latem odkupił, tyle że w innym smaku.

****Całe życie marzyłam o przeczytaniu Dziwnych losów Jane Eyre, a potem kilka razy je przeczytałam. Ja się w zasadzie na Jane Eyre wychowałam. A potem nie poszliśmy na film do kina, bo miałam dwumiesięczne dziecko na piersi, ale potem, rok temu, Mąż kupił diwidi i od tego czasu nie było dość romantycznie ani dość mało zmęczenie by to zobaczyć.

*****To nowe odkrycie, stosowane w poprzedniej ciąży bez powodu, tylko dlatego, ze tak napisali w gazecie. Teraz wkładam świadomie i dzięki temu udo górne nie opada aż tak na udo dolne, a kręgosłup lepiej odpoczywa.

Niedziela będzie dla nas

DSCN4293Ostatnia niedziela nie należałaby do tak udanych, gdyby nie wyjątkowo uroczo spędzone przedpołudnie. Jako że nie było weekendu w minionym tygodniu, to nie mogliśmy pojechać na wieś nawet na jedną noc i znów zadziałało prawo Marfiego dla wyjazdów na wieś- pogoda w czasie spędzanym w mieście była idealna. W najbliższy weekend na wieś się wybieramy i podobno ma padać nawet i śnieg a na pewno ma być brzydko. Tylko w sobotę i niedzielę.

Po porannej Mszy i śniadaniu złożonym ze świeżych bułek z lokalnej piekarni wybraliśmy się eskalemką na Przymorze. Taki przynajmniej był plan. Rozważaliśmy i Gdynię, ale czasu do popołudnia nie było dość dużo, by warto było bulić tyle ile buli się za bilety do Gdyni. Chociaż nasze autko jeździ DSCN4295jak nowe, postanowiliśmy go nie używać, bo eskalemka to większa atrakcja dla dzieci wychowywanych w dobrobycie niż owo autko. Pierwsze schody spotkały nas na peronie, na który dotarliśmy windą, lat około 20 (windy na dworcu znów na chodzie, nie trzeba docierać okrężną drogą na dworzec, ale to wciąż te same windy co dawno dawno temu…). Schodami na peronie okazał się być biletomat, który nie chciał sprzedać mi dwóch biletów- zerowego i normalnego (Mąż ma miesięczny). A wiem z niedawnej próby, że samego zerowego też by nie dał. Tym razem próbowałam 3 razy, a w tym czasie Mąż zbiegł do tunelu do kasy z obsługą ludzką, ale tam panowała kolejka, a eskalemka odjeżdżała za 3 minuty. Bardzo się zdenerwowałam. Ze zdenerwowania aż klepnęłam ekran biletomatu i powiedziałam „ścierwo”, co jest jednym z najbrzydszych słów jakie znam. Pobiegliśmy na przód pociągu, do jego kierownika. Biegłam i ja, chociaż nie powinnam. Synek toczył się wózkiem, bo na wyprawy zawsze lepiej mieć wózek niż dźwigać, zwłaszcza, że u nas nie bardzo jest komu dźwigać odkąd jestem w zaawansowanej ciąży*. DSCN4296Kierownik pociągu, po sprzedaniu 4 biletów czterem chłopakom z napojami, odmówił sprzedaży biletów nam tłumacząc, że są kasy dwie czynne. Mąż spytał go (agresywnie, naprawdę!) czy żona w ciąży ma stać w kolejce do takiej kasy, na co ten po chwili raczył zgodzić się na sprzedaż biletu. I powiedział „sześć sześćdziesiąt”. Wiecie, do kwoty ‚6,60’ to ja dołożę zeta i mam kanapkę dnia w Subwayu we wtorek, gdy kanapka dnia jest najlepsza. 6,60 to cena biletu i prowizji a on nie musi prowizji pobierać, to jego zła wola. Jak nie działa biletomat, to nie powinien pobierać. Wysiedliśmy w ostatniej chwili, a ja jeszcze zawołałam do niego po imieniu (to było brzydkie słowo, spoza mojego słownika, nie znam takiego słowa), zaś Mąż zawołał „świnia” (mój bohater, potem źle się z tym czuł, bo uległ moim nerwom, ale wtedy był dla mnie takim bohaterem, że gdyby nie miejsce publiczne, obecność dzieci i tak dalej to wiecie rozumiecie, kobiety lubią bohaterów…). Mi od mojego zawołania od razu przeszły nerwy, więc nie żałuję, bo inaczej bym to przeżywała, a dzięki natychmiastowemu rozładowaniu złych emocji, miałam już same dobre.

I rozpoczęliśmy udany dzień. W kasie u miłej pani kupiliśmy zapas biletów zerowych oraz dwa dla mnie. Pani była tak miła, że zamiast biletów za 3,80, dała nam DSCN4316takie za 3, które są strefowe na cały Gdańsk i o których mało kto wie, bo są nowością. Korzystając z okazji pojechaliśmy nie na Przymorze, ale o jedną stację dalej- do Oliwy. Na miejscu odbyliśmy piknik złożony ze świeżych bułek. Piknik odbywał się na parapecie nieczynnej w tym dniu Mekki wszystkich szyjących, słynnego na całą Polskę i chwilowo jedynego- Craftoholic Shopu. Mąż sobie siedział i jak gdyby nigdy nic jadł kukając do chowającego się za drzewem synka zamiast docenić, że 2 metry od niego, oddzielone jedynie szybą, znajdują się całe bele minky w różnych kolorach. Potem wędrowaliśmy dalej w kierunku morza. Pogoda była idealna, dowędrowaliśmy do nasłonecznionego placu zabaw między blokami. Plac był czysty, miał czysty trawnik i fajną zjeżdżalnię. Ani śladu psa, ani peta, ani szkiełka! Na czystym trawniku rozłożyłam się ja. Zjeżdżalnię zajął synek, który z wielką radością wspinał się w górę i w dół ćwicząc swoje umiejętności wspinaczkowe. DSCN4326Na placu znajdował się tez jeden błotnik Lego, który synek spuszczał ze zjeżdżalni testując jego możliwości zjeżdżaniowe. Możliwość wyleżenia zarówno prawego jak i lewego boku w środku dnia pozwoliła mi dłużej cieszyć się spacerem. Znajdujący się nieopodal rynek w Oliwie funkcjonował nawet i w niedzielę, więc kupiliśmy tam sobie mandarynki jako relikt mijającej zimy. Idąc dalej trafiliśmy na stertę liści, która pozwoliła synkowi zaznać prawdziwego dzieciństwa**. Na Mężu usiadła nawet biedronka, ale w ogóle go to nie podjarało, bo podobno biedronki na nim siadają od miesiąca***. Potem trochę po sobie sprzątnęliśmy i poszliśmy do pobliskiego Dekatlonu, gdzie Mąż chciał nabyć tanie Kłeczłaki. Szybko się jednak okazało, że takie Kłeczłaki nie są zbyt szlachetne w dotyku i że nie warto. Zamiast tego w pobliskim Leklerku kupiliśmy gumowe klapki. Niestety, z racji niedzieli nie kupiliśmy herbaty, w związku z czym w tej chwili nie mam co pić i schnę od wewnątrz****.

DSCN4382Po opuszczeniu przybytku handlowego skierowaliśmy się w stronę morza, ale tylko do najbliższej wolnej ławki (wciąż o jakiś kilometr odległej od morza) i tam znów mieliśmy piknik. Było już za późno, by nad morze iść, poszliśmy więc na tramwaj i wróciliśmy do domu, gdzie zjadłszy pierogi poszliśmy spać (spać poszedł konkretnie jeden z nas, reszta zajęła się produkcją ciasta na wieczór). Co istotne, Mąż sam zaoferował się z tym tramwajem (za który przecież płaci dodatkowo, bo nie ma miesięcznego), a ja byłam gotowa iść na odległy pociąg by oszczędzić, bo wyleżałam oba boki i miałam siłę. Mąż jest hojny i troskliwy. A w tramwaju pan mi ustąpił miejsca (bo inne dwumiejsce zajęło dwóch młodych ludzi zanim się do niego przepchnęłam). Synek zaś poprosił o bilet do kasowania i kasował go tyle razy ile uznał za konieczne. Bardzo go to cieszyło, ale fotki nie uwieczniły radości z kasowania. Radość z kasowania mamy na dwuminutowym filmie. Polecam zwrócić uwagę na sam bilet, który tata synkowi przyciął na wymiar kasownika. I na poziom skasowania też. To naprawdę dobrze skasowany bilet.

DSCN4396

dobrze skasowany bilet

dobrze skasowany bilet- rewers

dobrze skasowany bilet- rewers

DSCN4358

I tu właśnie dochodzimy do tej części dnia, która gdyby nie naprawdę urocze przedpołudnie, trawka i huśtawka, mogłaby zepsuć dobre wspomnienie o niedzieli. O 18 miał przybyć A. i przyprowadzić ze sobą P., który niczego się nie spodziewał, a który kilka dni wcześniej miał urodziny. Oni akurat byli razem, bo programowali. Niezależnie od nich miało przybyć jeszcze dwóch kolegów, którzy przybyli punktualnie. A. nie słynie z punktualności, P. też nie, ale P. akurat się nie spodziewał, więc to, z czego słynie, gra tu niewiele. Było sympatycznie i można było rozmawiać, co moim osobistym zdaniem przy A. nie zachodzi, bo on dominuje rozmowę i kieruje ją na nieciekawe tory. Ale goście przyszli akurat bardziej na urodziny P. niż do nas tym razem, więc sympatycznie nie było tym, co miało być. Było tiramisu, był Szwarcwald. Wszystko wszystkim smakowało. A. dał znać, że coś muszą dokończyć, zanim przyjadą. Wiele minut później dał znać, że już jadą. Wystawiłam na stół mleczna kanapkę żeby nic nie wystawiać przy nich, bo jednak się spóźnili i nie powinno się ich traktować tak, jakby się na nich czekało. Przybyli trochę po ÓSMEJ ale zarówno oni jak i jeden z gości szli na dziewiątą na Mszę!  Podałam dwa najbrzydsze kubki jakie były w domu i poinformowałam ich, że te są najbrzydsze (bo chłopy to jednak nie mają poczucia estetyki i by nie odczuły). Szwarcwaldu nie podałam im celowo, bo moim zdaniem był najlepszy. Jestem dziecinna? Niedojrzała?

Podobno to ja jestem tą osobą, której mogłoby być przykro z powodu takiego a nie innego przebiegu „imprezy”, DSCN4408ale ja akurat byłam bardzo zadowolona z dobrego jedzenia i rozbawiona sytuacją. Po Mszy A. i P. jeszcze przyszli, ale Mąż ich nie wpuścił do domu głębiej niż przedpokój (mimo mojej propozycji…). Oni się tłumaczyli, ale tak mętnie, że można było albo się zasmucić, albo być po cichu rozbawionym (tę opcję wybrałam). A. twierdził, że jest jak zawieszony system, P.go dodatkowo bronił twierdząc, że zawieszony system nie zwróci komunikatu o swym zawieszeniu i że to naszym rzekomym zadaniem było się dopytywać, czy przypadkiem A. jako system się przypadkiem nie zawiesił. A. nawet zauważył, że umawiając się na szóstą wiedział, że nie da rady szóstej osiągnąć, zaś kwestię innych gości to w ogóle przeoczył, bo jest zawieszonym systemem. P. mówił też, że mają teraz taki krytyczny czas, że takich rzeczy (jak jego urodziny?) nie powinno się w ogóle urządzać. Pominiemy milczeniem to, że obaj byli dzień wcześniej na innej imprezie i dali radę zarówno być tam punktualnie jak i pić alkohol (mimo postu i krytycznego czasu).

DSCN4337Półmisek ciasta dostał jeden z gości do domu, dzięki czemu nie było nadmiaru i nic się nie zmarnowało. Ten sam gość przyjechał był do nas swoim nowym samochodem z salonu i pozwolił mi w nim posiedzieć chwilę za kierownicą. A podczas gdy Mąż w przedpokoju dyskutował z niedzielnymi pracownikami, ja poukładałam płyty na półce z płytami. Z kolei pozostałą mleczną kanapkę jadłam po plasterku przez 4 dni i oto dziś skończyłam. Ponadto na tym Przymorzu znaleźliśmy się 9 marca, podobnie jak rok temu i to zupełnie przypadkiem. Taka zbieżność przypadków jest początkiem nowej rocznicy do świętowania (‚bez okazji’ świętujemy już 18 lipca). Podobnie jak rok wcześniej, kupiliśmy też prymule dla naszych kobiet na dzień kobiet. I w ogóle lektura zesżłorocznego wpisu wskazuje, że była cała masa podobieństw i nieznaczne tylko różnice. Główną różnicą było to, że wtedy na Przymorzu byliśmy we dwóch plus Lanos, a teraz w czterech, ale bez Lanosa. Nawet ci wujkowie tak samo przyszli. I płaszczyk po teściowej wciąż noszę ten sam. I moją jedyną torebkę ze skóry… Bilans weekendu jest bardzo dodatni i mocno słodki.

*Mąż, który w pracy nie tylko leży lub spaceruje, ale też czasem musi siedzieć przy komputerze, ma bardzo wyeksploatowany kręgosłup i nie powinien dźwigać dzieci jeszcze bardziej niż ja.

**Mąż pokazał synkowi, co się z taką stertą robi, po czym synek odprawiwszy tatę słowami ‚bez tatusia’ jął przebiegać przez stertę rozkopując ją na wszystkie strony. Ja sobie właśnie tak wyobrażam dzieciństwo. Mogę się oczywiście nie znać, bo ja byłam dzieckiem bardzo udomowionym, którego nic nie ciągnęło na podwórko i które bało się tych dzieci spod trzepaka a na propozycję kogoś mniej nieznajomego ‚Ola chodź na podwórko’, udawało, że nie ma na imię Ola.

***To, że na kimś siadają biedronki jest przejawem życia i wiosny, w przeciwieństwie do faktu, że kogoś oblazły robaki.

****Herbata, którą pijam jest tylko w Leklerku, Tesko i Kerfurze. Jeśli jest gdzie indziej, to dużo drożej.

wnętrze mlecznej kanapki dla Natalii- miłośniczki zdjęć wnętrz ciast

wnętrze mlecznej kanapki dla Natalii- miłośniczki zdjęć wnętrz ciast