Życie w rodzinie wielodzietnej

Zapewne każdy rodzic wie, jak ciężko jest wybrać się z niemowlakiem na dwór zimą, gdy trzeba szczelnie ubrać niemowlaka, a potem szybciutko siebie, albo lepiej- żeby niemowlak się nie przegrzał, należy ubrać się szczelnie, a potem pocąc się obficie, owinąć niemowlaka szybciutko. Wówczas to niemowlak złośliwie zrobi kupkę i cała procedura reset. Rodzice trojaczków znają tą procedurę w wersji hardkor, a rodzice dzieci w wieku zróżnicowanym mogą się co najwyżej powymądrzać, bo dzieci w wieku zróżnicowanym takie chaotyczne już nie są. Ale z kolei zachodzi zapomnienie o szaliczku, zapomnienie o piciu, zapomnienie o siusiu. Zawsze jest o czym zapomnieć. Chcąc się gdzieś wybrać z dziećmi, których jest sporo, należy przyuczyć te dzieci do ogarniania własnej kurteczki lub uzbroić się w cierpliwość i nauczyć na pamięć przysłowia „kto nie ma w głowie, ten ma w nogach”. Wówczas to na każde niespodziewane wydarzenie można reagować spod ochronnej warstwy chilloutu.

Jak to wyglądało w naszym przypadku? Po narodzinach Małgorzaty, gdyż takie imię nosi dziewczynka, zamieniłam torebkę na różowy plecak. W różowym plecaku mam zawsze pieluszkę, mokradełko, ubranko na zmianę i kawałek tetry do wytarcia pyska. Mam tez portfelik, a czasem zamiast portfelika mam dokumenty auteczkowe i kartę płatniczą. Od niedawna także kartę dużej rodziny. Karta dużej rodziny to fajna sprawa, gdyż daje 5 groszy zniżki na litrze paliwa. Warto też mieć lokalną kartę dużej rodziny, gdyż ona pozwala za darmo wsiadać do tramwaju po to by podjechać jeden przystanek. Z kolei brzuch ciążowy zamieniłam na zieloną chustę podarowaną nam przez inną Małgorzatę urodzoną tego samego dnia co nasza Małgorzata. Do innych zmian w sumie nie doszło. Jeszcze Męża zamieniłam na fotelik maxi cosi na przednim siedzeniu. Ta zmiana jest chyba najdotkliwsza i najryzykowniejsza, gdyż w razie wypadku Mąż siedzący z tyłu skręci kark, po czym wyleci przez przednią szybę. Żywiciel rodziny nie powinien siedzieć w takim miejscu. W ogóle jeśli rodzina ma jednego żywiciela, to powinna go trzymać w bezpiecznej komnacie na miękkim łóżeczku i dbać o niego jak może. Chciałabym być takim żywicielem rodziny, zadbanym i na miękkim łóżeczku w komnatce. Na co dzień jednak jestem takim żywicielem, który gotuje obiadki i je podaje. Czy to oznacza, że nasza rodzina ma dwóch żywicieli i nie musi o żadnego z nich szczególnie dbać?

Wracając jednak do życia, to do życia wróciliśmy z pompą już 6 dni po porodzie. Wówczas to odbywała się doroczna parada z okazji święta Żołnierzy Wyklętych. Od trzech lat braliśmy w niej udział, więc i tym razem nie przeszkodził nam noworodek. Poszliśmy, zobaczyliśmy i zawiedliśmy się, bo muzeum, które co roku dawało na paradę czołg, tym razem dało pierdzący transporter i jeszcze jedno auto. Kibice nie poszli krzycząc uroczyście, że na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści i w ogóle było jakoś tak mniej niż zawsze. Pewno to dlatego, że opozycja sprzed dwóch lat jest teraz u władzy i taki marsz nie ma przeciwko czemu protestować. Zamiast tego poszliśmy do maczka. Maczkiem rozpoczęliśmy poród tydzień wcześniej, więc maczek był dobry na powitanie nowego małgorzaciego życia.

Pierwsze wyjście okazało się przegięte i zaowocowało tygodniową maligną, nawracającymi gorączkami i ogólnym osłabieniem. Innymi słowy, z osoby zdrowej jak koń, nagle stałam się słabeuszem. Kolejne wyjście z domu odbyło się dopiero 5 marca i wtedy na dobre wróciłam do życia. Owej niedzieli świętowaliśmy przeniesione święto prymulki i klasycznie, tradycyjnie, jak zawsze, jak co roku pojechaliśmy do Leklerka, gdzie kupiliśmy prymulki oraz, co jest nowością wprowadzoną dopiero w zeszłym roku, także sękacz. Natomiast 6 marca nadaliśmy Małgorzacie ostatecznie imię jakie nosi w obecnym kształcie i poszliśmy powiedzieć o tym włodarzom miasta. Tym razem w nagrodę za ładne imię nie dostaliśmy ręcznika z logo miasta, lecz książeczkę do czytania dzieciom, co w sumie jest lepsze, bo ręczników mamy dość, a książek wprawdzie sporo, lecz nigdy wystarczająco. Mimo siąpiącego deszczu prosto z urzędu, z jeszcze ciepłym peselkiem pobieżyliśmy (na piechotkę, bo w urzędach najtrudniejszy jest dojazd) do zakładu komunikacji miejskiej, który to zakład zajmuje się kartami dużej rodziny, czyli czymś bardzo ważnym dla nas.

W kolejnym tygodniu było lajtowo, wróciłam do skręcania mebli, stopniowo powstawała meblościanka z białych regałów na książki. Tydzień później w ikejce kupiliśmy nadstawki tak żeby każdy regał miał swoją własną nadstawkę. 17 marca zjedliśmy nasze najgorsze sushi, ale już następnego dnia po raz pierwszy poszliśmy z Małgorzatą między ludzi celem uczestniczenia w warsztacie sushi zorganizowanym przez uznany autorytet kulinarny i filmoznawczy, czyli Roberta. Robert jest drugą po Marcinie, osobą, która wystąpiła na blogu imiennie. Wydarzenie to (warsztat oczywiście, nie wystąpienie Roberta na blogu)  jest bardzo ważne i przełomowe, gdyż nigdy przedtem nie tknęłam surowej ryby, a u Roberta zjadłam surowego tuńczyka i surowego łososia oraz dotykałam surowego sandacza* gdy go wkładałam wraz z tempurą do frytkownicy. Dzień po sushi u Roberta gościliśmy gościa u siebie na sushi korzystając z metod i warzyw, które poznaliśmy dzień wcześniej. Kolejnego dnia zjadłam sałatkę z pieczonych warzyw z rukolą i sezamem i postanowiłam, że będę się zdrowo odżywiała. To w marcu odkryłam także, iż koktajl bananowy z cukrem i bez jest równie dobry, więc można pić koktajl bez cukru, a za to obficiej słodzić herbatę. Pijam więc koktajl bananowy z ziarenkami chia, a poza tym więcej słodkich herbat i póki co nie czuję się zbyt zdrowo ani tym bardziej lekko.

Przełomowym dniem w życiu naszej dużej rodziny był 21 marca. Wtedy to, po przemieszczeniu książek w biblioteczce aby stały tematycznie, tuż po południu wyruszyliśmy na wycieczkę z okazji pierwszego dnia wiosny. Wówczas to pokonaliśmy nasze własne granice i wyjechaliśmy z Trójmiasta na północ, co się do tej pory nie zdarzyło nawet gdy byliśmy jeszcze rodziną małą oraz średnią. Chcieliśmy pojechać do Rumii, ale wylądowaliśmy aż w Wejherowie, czyli jednej ze stolic Kaszub**. W międzyczasie karmiliśmy w lesie oraz mieliśmy popas w maczku. W Wejherowie weszliśmy do sklepu papierniczego, który pachniał sklepem papierniczym z lat 90-tych. Tam dzieci postanowiły że chcą mieć „glutkowe piłki” i dostały je. Miasto jest jednym z tych miast, które przepięknie wyglądają w słońcu. Naszą rodzinną tradycją jest też, że w pierwszy dzień wiosny dziecko wchodzi do sklepu i może wybrać sobie dowolną słodycz. W tym roku oba dzieci zgodnie wybrały mentos jako że lubują się w mentosach od czasu gdy wraz z tatą zrobiły eksperyment z mentosami i colą. Zrobiły też z tatą eksperyment z sodą i octem, ale jakoś na ocet z tego powodu nie lecą. Spytacie pewnie, co było takie przełomowe poza przemeblowaniem biblioteczki, bo gołe oko tego nie widzi? Otóż okazało się, co najważniejsze, że Małgorzata jest bardzo wycieczkową dziewczyną. Dobrze jeździ samochodem a w terenie idzie w chuście i nie gada za dużo, a gdy chce to zje i idzie dalej. Zupełnie nie utrudnia wycieczek. A także, co nie mniej ważne, że nasze telemaniaki potrafią być w plenerze i lubią się babrać w błocie i nic a nic nie zgnuśniały od zeszłego roku.

Poza tym w marcu nasz starszak polubił eksperymenty, kosmos i znany kanał scifun na youtubie (w kwietniu polubił 5 sposobów na), zatem postanowiono zabrać go do planetarium. Mamy jedno planetarium nieprzyzwoicie blisko, bo w Gdyni, ale ono odkąd wyremontowali i jest najbardziej wypasione, to nie przyjmuje zwiedzających, lecz kształci nawigatorów na eksport. Kiedyś powstanie też planetarium w Gdańsku, ale zanim to się stanie, to nasz starszak może zostać marynarzem i udać się na rzeczony eksport, zatem my zabraliśmy go do kolejnego z najbliższych planetariów umieszczonego na zamku we Fromborku. Pogoda niezbyt dopisała, drogi niezbyt dopisały (po zjechaniu z ruskiej autostrady do Fromborka jedzie się pół-pasmówką) i nawet Ursus niezbyt dopisał, gdyż nie w porę zapełnił pieluszkę i musiał przebierać się na parkingu na rozłożonej kurtce. I pamiątki też zupełnie nie dopisały, bo nie sprzedawali żadnych. I muzeum nie dopisało bo trochę nuda. Ale planetarium się udało tym, którzy je odwiedzili (tylko dwóch takich było wśród nas…). Udały nam się zakupy w Biedronce fromborskiej. I udał się Mikołaj Kopernik. Tego nikt z czytelników nie wie, ale gdy byłam zgrabną 15-latką, to fascynowałam się Kopernikiem i miałam go w awatarze na forach (Czy dziś jeszcze istnieją fora internetowe, czy zostały zupełnie wyparte przez grupy fejsbukowe? ). A dziś, to znaczy w tamtą sobotę, dwa razy starsza mogłam infantylnie usiąść mu na kolanach. Z Fromborka wyjechaliśmy inną drogą niż przyjechaliśmy i ona miała po jednym pasie w każdą stronę. Pojechaliśmy tą drogą do Elbląga, który jest miastem na tyle dużym, że ma maczka. A maczki są dla nas bardzo ważne. Tam odkryliśmy, że można jeść taniej, gdyż za wzięcie udziału w ankiecie przysługuje czis do kolejnego zamówienia. Obrotny kupiec zamówi wpierw jedną bułeczkę, na przykład McDouble, potem z talonem na czisa zamówi kolejnego McDouble’a itd. Albo niechby zamawiał za każdym razem również czisa. Wtedy płacąc za x chisów, będzie mógł zjeść (2x-1) bułek gdyż ankieta nie jest związana z adresem emailowym, a jedynie z numerem paragonu. My niestety zjedliśmy tylko jeden ankietowy czis, bo odkryliśmy mechanizm gdy brzuszki zapełniły się pierwszym zamówieniem, czyli niestety za późno. Smuteczek.

A jeśli chodzi o paragony i drogę z Elbląga, to zatankowaliśmy wówczas gazu za 33 złote po niekorzystnym kursie i paragon z tej transakcji posłużył nam do wzięcia udziału w loterii paragonowej, w której prawdopodobnie jutro wygramy samochód, który będzie dla nas zbyt elegancki i zbyt czarny. Wzięliśmy też udział w miejskiej loterii podatkowej i też prawdopodobnie wygramy samochód lub chociaż konsolę do gier dla Męża, który jest taki młody duchem.

W kolejnym dniu marca odbywał się chrzest jednego zaprzyjaźnionego Jana w kościele świętego Jana. Spotkaliśmy tam jedną z naszych ulubionych cioć, która następnie przybyła do naszego domku na gofry z domowym sosem toffi. A później, jako że dzień był słoneczny, wyjechaliśmy za miasto na spacer wśród krajobrazów. Niestety pogoda okazała się być ładna tylko przez okno, na żywo wiało i uratowały nas tylko kominki dzieci użyte jako czapeczki. Także jabłuszka nie dopisały, bo torebka z nimi się rozerwała i jabłuszka wysypały się na ściółkę. Winnych brak. Dzieci, które znów potrafią być w plenerze, nie zważając na pogodę poczołgały się po górce i powrzucały patyki do wody, a następnie cali brudni udaliśmy się do pobliskiej Castoramy po przedłużacz. Tam zagraliśmy w urodzinowej loterii Castoramy o samochód, ale oczywiście nie wygraliśmy. Prawdopodobnie nasz brak szczęścia w grach związany jest z nadmiarem szczęścia w miłości. Może powinniśmy wziąć fikcyjny rozwód tak jak muszą to robić rodzice przedszkolaków w dużych miastach, by dostać miejsce. Tyle że my w celu nabycia szczęścia w grach i szybkiego wzbogacenia się.

Cóż się jeszcze wydarzyło w marcu? Męża w pracy odwiedził profesor Heller i musieliśmy wybrać zaledwie trzy książki z całej półki posiadanych dzieł żeby podsunąć je do autografu. Poza tym z okazji, która miała nastąpić wkrótce, musiałam wybrać sobie prezent, ale o prezencie i szczegółach wybierania napiszę kiedyś indziej. W marcu także każde dziecko dostało zestaw tęczowej ciastoliny. Jeden ma swoją aż do dzisiaj a drugi zmieszał wszystkie kolory w jeden, a następnie ususzył. Miesiąc zamknęliśmy jedząc najlepsze sushi jakie wyszło spod mężowskiego chwytu sokoła***.

Wpis ten jest pierwszym wpisem w nowo powstałej kategorii Przegląd Miesiąca, gdyż od niedawna blog ma nowego-starego menadżera bloga (ponownie po latach przerwy został zatrudniony na tym stanowisku Mąż) i menadżer teraz zarządza. Jako że menadżer zarządza, to blog ponownie znajdzie się w wyszukiwarkach. Pewnie nie wiecie, ale jeszcze kilka dni temu wyszukiwarki na hasło „Cytrynna” pytały, czy przypadkiem nie chodziło o cytrynę, taki ukryty był blog bez menadżera. A niedawno pozwolono wyszukiwarkom indeksować blog.

*może był to halibut, nie zapamiętałam nazwy, ale sandacz brzmi lepiej jeśli układać o nim piosenkę, a co muzykalniejsi czytelnicy na pewno próbują do moich wpisów tworzyć melodie, prawda?

**Kaszuby mają 4 stolice, Wejherowo, Kościerzynę, Kartuzy i Gdańsk (https://pl.wikipedia.org/wiki/Kaszuby)

***Robert nas nauczył, że aby zwinąć sushi należy chwytać rolkę jak sokół. Mąż jest w tym dobry.

Dziesiąty miesiąc ciąży

dscn5008Powoli dobiega końca 41 tydzień. I jak by nie liczyć, jestem w 10. miesiącu ciąży. W poprzednich ciążach sen z powiek spędzała mi niespakowana torba, ale tym razem torba czeka od tygodnia w przedpokoju i za każdym razem, gdy chcę się uczesać, sięgam do niej po szczotkę do włosów, a następnie pakuję ją z powrotem. Szczoteczkę do zębów kupiłam sobie nową, bo bym świra dostała gdybym miała z myciem zębów czynić analogicznie, ale na szczęście czeszę się nie częściej niż raz na trzy dni. A świra to dostaję od tego czekania. Mam za to inne obawy, które zapewne blokują poród i są to obawy o wiele grubsze niż niespakowana torba. Mianowicie boję się braku miejsc w najbardziej pożądanym szpitalu i w dwóch pozostałych oraz boję się porodu nocnego. Gdy rodził się Ursus, nocny poród uchronił nas przed brakiem miejsc, ale za to spowodował zarwanie nocy a ja się tak źle czuję po nieprzespanej nocy, że muszę się tego bać panicznie. Zresztą Mąż też chętnie przespałby noc. I rodziców szkoda budzić jak już zasną.

dscn5119Nawet przeprowadziliśmy anonimową ankietę smsową celem uzyskania pomocy przy wyborze imienia i ankietowani wybrali zupełnie inne imię niż my i przez to zupełnie nie wiadomo jak Pysia jak królik ma się nazywać. W czwartek miałam skurcze i myślałam, że rodzę, już nawet bolało i myślałam sobie, że bóle porodowe to nic miłego, ale się wyciszyły te skurcze i nie urodziłam. Tylko noc trochę zarwałam bo Pysia szalała a ja się trochę o nią martwiłam. Potem miałam nadzieje urodzić w piątek, bo pesel byłby ładny, taki harmonijny, wręcz palindromiczny przynajmniej na początku.

I nawet blender, mój porodowy podarek już od dawna jest w domu. Wczoraj jadłam na nim obiad, dzięki czemu miałam talerz na odpowiedniej wysokości i mniej mi spadało na brzuch*, ale pudełka otworzyć nie mogę, bo to prezent. A i fotela jak zamówić nie mogę tak nie mogę. Miałam nawet chwilę słabości i chciałam olać stówkę, ale stówka piechotą nie chodzi, poczekam.

dscn5054Wczoraj wsiadłam za kierownicę i zawiozłam nas na godzinkę na urodziny koleżanki. Bo jeśli ktoś widział na fejsie zdjęcie Męża za kierownicą, to muszę Was niestety zawieść, że był to fejk. Jako typowy facet najlepiej się czuję, gdy to ja prowadzę. A potem Mąż został w domu z dziećmi jako ta kurka domowa, a mnie wysłał na wieczorek filmowy, co było o tyle ryzykowne, że znów wsiadłam za kierownicę i to sama. A dzisiaj po Mszy zgłosiłam się na ochotnika żeby pójść na trzecie piętro po baterie do aparatu zanim pojechaliśmy z dziećmi na spacero-wycieczkę. I potem była ta spacero-wycieczka do parku i maczka, a Pysia dalej siedzi i nie wyłazi. W maczku zaszaleliśmy jak nigdy dotąd i każdemu skapnął zestaw, a dzieciom to i zabawki. A mnie to i cola, bo cola dobrze wywołuje poród, ale nie wywołała. A jeśli chodzi o samą spacero-wycieczkę, to Ursus postąpił dziś jak typowy dwulatek i gdy nikt nie chciał udać się w tą alejkę, którą on wybrał, to położył się na ziemi i rozgniewał.  Gniewał się spektakularnie, lecz krótko.

dscn5042A abstrahując od ciąży, porodu i suszi, to ktoś nagminnie zrzuca nam na auto kawałki cytryn. Czyżby moja blogerska anonimowość została naruszona? Do tej pory zdarzało się to gdy stawałam pod oknami z braku miejsc i myślałam, że ktoś tak ma, że mu wygodniej za okno niż do kosza. Ale kawałek cytryny za wycieraczką gdy samochód parkował zupełnie daleko od okien?

*Brudzę się przy prawie każdym posiłku, bo nie mogę usiąść dość blisko stołu i mi kapie lub spada na brzuch.Metodą na brudzenie jest podciągnięcie bluzki, z brzucha łatwo zetrzeć brud, ale z kolei łatwo o poparzenia. Mam jedno poparzenie brzucha od gofrownicy, bo akurat tak niefortunnie wystawał.

dscn5082

 

dscn5124

dscn5196

dscn5168

Czas odliczany ziarenkami ryżu

dscn4946Sytuacja jest taka, że dziewczynka o roboczym imieniu Pysia (jak królik) nie chce wyjść z gawry. Trochę robię co mogę czyli po tym jak z domu wyszła cola, to próbowałam ją wypędzić Fantą, próbowałam ją skusić szemraniem odkurzacza czyszczącego wszystkie dywany w domu, na zachętę zmieniliśmy jej imię, nawet przeszłam się dziś po schodach w dól i w górę oraz zmyłam przyklejoną do podłogi w kuchni skórkę ogórka, która nikomu poza mną nie przeszkadzała, a to wymagało kilku schyleń się. Dom jest z grubsza gotowy na dziewczynkę i na moją nieobecność. Z grubsza, bo wiadomo, że pod moją nieobecność się częściowo zawali, a na dziewczynkę jeszcze długo nie będzie gotowy. Nie mamy ani jednej różowej ściany. Tylko mój różowy kącik, ale on jest mój a nie dziewczynki. Ugotowałam wielki gar zupy z ośmiu warzyw, czyli wszystkich jakie były w lodówce. A naprawdę to z wielu warzyw, ale z ośmiu różnych. O jakiejś porze dnia sprzątnęłam też zabawki z podłogi, ale to akurat był wysiłek zbędny, gdyż gdybym nie sprzątnęła, to kolejne by nie spłynęły, a tak miały gdzie spłynąć. Dziewczynka o imieniu Pysia jak królik nie wychodzi uparcie, a przez to opóźnia się zakup fotela dla jej mamy. Mam cichą nadzieję, że z kartą dużej rodziny się wyrobimy do dnia, gdy Mąż będzie kupował bilet miesięczny, bo tu też różnica między takim nauczycielskim a takim wielko-ojcowskim wynosi 17 złotych, czyli małą wizytę w Maczku. Być może powód niewychodzenia Pysi jest prozaiczny- dziewczyna rozsmakowała się w sosie sojowym, którym zalewamy co wieczór nasze suszi. Ja się rozsmakowałam. A odkąd robimy swoje zamiast biedronkowego, to nie miewam rano bóli po głowy, dscn4953które po biedronkowym miałam. Wczoraj dodaliśmy żółty ser, bo Mąż, który się zna powiedział, że paluszek krabowy smakuje jak ser, a jeśli macie w swoich urządzeniach mobilnych internet, to możecie łatwo sprawdzić, że paluszek krabowy nie leżał koło kraba i lepiej go nie zjadać niż zjadać. Więc daliśmy ten ser i było nieźle. A dzisiaj Mąż zakupił mango, bo nie było awokado w lokalnym sklepie i cukinię, bo wyglądała jak ogórek. Cukinia może nie jest szałowa, a wręcz z pewnością szałowa nie jest, ale przypuszczam, że dzięki temu będzie idealna do suszi, bo w suszi o to chodzi, by masa zawinięta w ryż była możliwie neutralna i bez smaku, gdyż wtedy jest doskonałym tłem dla sosu sojowego.  Właściwie to nie wiem, po co dajemy rybę, bo najlepsze suszi to kulka ryżu posmarowana wasabi i zanurzona w sosie…  Właściwie nie wiem po co zawijamy, bo można by zrobić suszi-sałatkę w miskach i zalać sosem. Ale w sumie nie wiadomo czy będziemy dziś jedli, bo może jak dziś nie zjemy, to jutro dziewczynka wyjdzie i na sobotę wrócę z powrotem do domu, a do tego czasu mango lepiej dojrzeje. No i mamy dziś domowy hummus, na którym nasz wieloletni wysłużony blender zjadł swój silnik. Więc nie za gładki ten hummus, ale za to pyszny. A na poród mam szansę dostać nowy blender. Przy pierwszym dziecku dostałam złote kolczyki, a tym razem blender… To doskonale obrazuje moją ewolucję.

dscn4937Kilka godzin później: Zdecydowaliśmy zjeść suszi. I nabyliśmy blender. Blender taki tańszy, bez fikuśnych przystawek do puree, bo pewnego dnia nasza kuchnia wzbogaci się o pełnoprawny robot kuchenny, więc byłoby to dublowanie sprzętów, a poza tym od zamążpójścia robię puree zwykłą końcówką i daje radę więc dopłacanie 50% za końcówkę, bez której można dalej żyć wydaje się być niesłuszne. Lepiej sprawić sobie piżamkę. Albo dzieciom parę książek. Albo sobie parę książek! A w kwestii suszi, to tym samym zszedł nam ostatni woreczek ryżu, więc Pysia musi jutro wyjść, bo nie będzie już sojowej kolacji. Musi wyjść też dlatego, że mój mózg jest już prawie nieczynny, to znaczy wyłączają się stopniowo potrzeby intelektualne żebym nie rozpaczała, że nie mam kiedy ich realizować. No i chcę w sobotę wrócić do domu. O!

20161117_204131_001

Our last summer

dscn4328Moje wpisy zwykle powstają pod osłoną nocy i w ciszy, gdy wszyscy mali chłopcy w domu śpią, ale tym razem, ponieważ nie urodziłam, mogę pisać za dnia, gdyż zupełnie nic nie muszę a najmniejszy z chłopców został zaproszony do babci. Mogę sobie nawet puścić odpowiednią muzykę, a jest nią Abba! Dzień przed wyjazdem na sierpniowy epizod wakacji odbyliśmy rodzinny spacer po jarmarku, podczas którego mały Staszek dostał od jednej pani talerz z namalowanym statkiem tylko dlatego, że talerz spodobał się Staszkowi a Staszek spodobał się pani. Z kolei na stoisku ze starymi kasetami kupiliśmy sobie dwie kasety audio do kasetowego radia w naszym aucie. Jedną z tych kaset były Hity 2 Abby. Kaseta okazała się świetna, ale przekonaliśmy się o tym dopiero po powrocie, gdyż w trasie latem nie ma jak posłuchać muzyki, albowiem przy otwartych oknach jeden sprawny głośnik nie wystarcza. To dlatego kasetę odkryliśmy po powrocie. I szybko poczuliśmy niedosyt. Hitów 1 kupić się nie dało, ale złowiliśmy w internetach Hity 3 i one okazały się jeszcze lepsze. A lato minęło i czas było zamknąć okna, więc mogliśmy doceniać i doceniać. Na skutek tego ciągłego doceniania możemy razem z Abbą śpiewać, że wciąż wspominamy i przywołujemy nasze ostatnie lato.

dscn4419Po tym, jak pierwszego dnia w Kudowie nie udało nam się usatysfakcjonować Męża, powstały dwa albo trzy plany wycieczek. Obfite plany nie do zrealizowania, ale dzięki temu realizując połowę takiego grafiku już robiliśmy dużo. To jak z tą kozą, po pozbyciu się której nagle w domu jest pełno miejsca (albo z choinką…). 13 sierpnia pojechaliśmy do Kłodzka. Była sobota i trwało oblężenie tamtejszej twierdzy. Z tej okazji niektóre elementy zwiedzania miały być darmowe, a my lecimy na wszystko co darmowe. Niestety w parze z darmowym zwiedzaniem szły darmowe parkingi, co z kolei wygenerowało brak miejsc na tychże oraz ogólny tłum który do miasta się zwalił z tej okazji. Z okazji oblężenia oczywiście, nie na darmowe parkingi. Uznaliśmy, że miasto sobie obejrzymy kiedyś indziej, ale tak to jest, że jak się wjedzie do małego miasta, w którym jest pełno ludzi i wielkie korki, to trudno z niego wyjechać. Aż nasuwałoby się nieapetyczne skojarzenie z wdepnięciem w psią kupę i ciągnący się zapach, ale przyjmijmy, że to porównanie nie padło. Po prostu było ciężko wyjechać. Uparcie oszukiwaliśmy GPS, a on nas uparcie prowadził na główniejsze ulice i miał rację, bo te mniej główne były jednokierunkowe i prowadziły pętelkami z powrotem w korek. Straciliśmy mnóstwo czasu. I ciągle nic nie zobaczyliśmy. dscn4440Należy pochwalić Kłodzko za liczniki czasu pozostałego do zmiany świateł. Z takim rozwiązaniem spotkaliśmy się już w Zielonej Górze i uważam, że to fascynujące. Można się tak zagapić na sekundnik, że nie zauważy się zmiany świateł. Ale też wiadomo, czy warto wyciągać z torebki lakier do paznokci.

Następnym naszym przystankiem był pałac w Żelaźnie. Miłe zielone miejsce z placem zabaw i ogrodem, ale chcieli 12 złotych od osoby za zwiedzanie, nie przewidywali ulg i chcieli żeby na zwiedzanie czekać aż zbierze się grupa. Nie chcieliśmy czekać, zwłaszcza, że dla 75% z nas zwiedzanie wnętrza czyjegoś domu to nuda. Kolejnym zaliczonym pałacem był „zamek na skale” w Trzebieszowicach. Tutaj nie pamiętam, czy ze zwiedzania zrezygnowaliśmy sami pod wpływem niekorzystnej oferty finansowej, czy nikt nawet nam takiej możliwości nie zaproponował. Na pewno byliśmy nad rzeką, próbowaliśmy być w restauracji, ale ceny mieli absurdalne i później jeszcze młodsza latorośl się wkurzyła w parku. Jak na razie szału mało. To znaczy Mąż szał miał, bo zmacał sobie kamienne piersi. On w ogóle często maca kamienne posągi. Twierdzi, że przypominają mu żonę, cokolwiek ma na myśli. Chyba proporcje. Chociaż może akurat dzisiaj mam inny stosunek obwodu piersi do obwodu brzucha niż ta laska powyżej. Ale to przejściowe.

dscn4460Następnie pojechaliśmy do Lądka Zdroju, gdzie najpierw zaopatrzyliśmy się w przysmaki w miejscowym markecie, a później przemieściliśmy się na parking, skąd mieliśmy ruszyć pod górkę obejrzeć ruiny zamku Karpień. Kto ma ochotę, niech zobaczy w wikipedii , że to badziew i nie ma co, ale Mąż przeczytał na jakiejś stronie, że warto i że super. Poza tym mieliśmy iść tylko godzinę. A potem czekała na nas jeszcze Jaskinia Niedźwiedzia. Zaparkowaliśmy pod knajpą Sielanka, w której zamierzaliśmy po powrocie zjeść pierogi. I poszliśmy. Koleżanka, która chodzi po górach zawodowo, ofukała nas, że bez mapy idziemy, ale droga była dość prosta, a mieliśmy przecież GPS. Ale na drugim rozwidleniu mimo mapy zawieszonej na słupie, poszliśmy jakoś inaczej i zabłądziliśmy. GPS uparcie gadał, żebyśmy szli na południowy wschód, dscn4498ale kompasu nie mieliśmy i nie wiedzieliśmy, że idziemy w innym kierunku. Poza tym GPS w lesie nie za bardzo łapał. Szliśmy, było ładnie i Mąż był zadowolony, odpoczywaliśmy odpowiednio często, było nieźle. Wprawdzie widoków za bardzo nie uświadczyliśmy, bo to las, ale nazywał się Śnieżnickim Parkiem Krajobrazowym, więc nie ma co się czepiać. Wszak krajobraz nie musi być widokiem. Po dwóch pełnych godzinach przemieszczania się uznaliśmy, że nie wiemy gdzie jesteśmy i lepiej jednak zacząć wracać niż próbować dotrzeć do i tak przecież nieciekawych ruin. Godzinę później byliśmy już przy asfaltówce, ale absurdalnie daleko od samochodu i Sielanki (zrobiliśmy jakby kółko). Dotarcie do restauracji zajęło nam jeszcze godzinę i to już przy zapadającym zmroku. dscn4598Męża bolały ramiona od dźwigania młodszego z synów, ale nie mogliśmy odpoczywać, bo zmrok nas gonił. A w Sielance czekały nas dwie niespodzianki- miła i niemiła. Miłą był dansing w klimacie PRL, a niemiłą nieczynna już kuchnia. Co gorsza, w całym Lądku Zdroju nie znaleźliśmy przyzwoitego lokalu na obiadek. Żadnego domowego obiadku jak miasto duże! Nic to jednak bo w nieodległym Kłodzku czynna była ulubiona restauracja całej rodziny, czyli Maczek.

Następny dzień był niedzielą, więc rozpoczęliśmy go Mszą. Potem poszliśmy spacerem do Kaplicy Czaszek, którą Mąż pamiętał z dzieciństwa. Gdy wracaliśmy, Ursus znów się zbiesił. Chciał biegać po parku w innych niż my kierunkach, a może nawet wpadać do kanałów. I nie smakowała mu woda ze źródła. Nikomu poza Mężem nie smakowała. A i Mężowi tylko przez wspomnienie z dzieciństwa. A później uzupełniliśmy owoce, kabanoski, zrobiliśmy jakieś niby-zakupy z myślą o następnym dniu, w którym sklepy miały być zamknięte i pojechaliśmy do sąsiedniej miejscowości, żeby wyruszyć w góry. dscn4604Chcieliśmy wejść na Szczeliniec, jednak z braku oznaczeń wylądowaliśmy na parkingu przeznaczonym dla idących na Błędne Skały i z racji trudu w znalezieniu miejsca zostaliśmy na tym parkingu*.  Jakoś tak bardzo przypadkowo się dzień toczył, ale w tym dniu Mąż zaplanował tylko tyle, że ma być górsko. Droga była przyjemna, kiełbaski smaczne, same Błędne Skały też fajne tylko znów tuż po skończeniu zwiedzania labiryntów skalnych zawisło nad nami widmo zapadającego zmroku. W dół schodziliśmy godzinę dwanaście, a nagrodą za zejście po zmroku był pusty parking, z którego łatwo było przynajmniej wyjechać. A ponieważ Kudowa to jednak kurort, nie to co Lądek, to i obiad nam skapnął na poziomie. Zjedliśmy w Restauracji Czeskiej, gdzie dscn4704już dzień wcześniej śliniłam się na kaszotto z grzybami. Mąż zjadł placki a dzieci dostały zupy, bo dzieci najbardziej w zupach gustowały. I najlepiej na tym wyszły. Placki Męża były prawie na pewno z paczki (identyczne placki w górach jadł jeszcze wiele razy), kaszotto też było małe i zawierało 5 kawałków grzyba oraz znacznie więcej groszku zielonego, ale zupy były uczciwe. Mąż potem chciał jeszcze doprawić obiad jakimś kebabem, ale pani w kebabie powiedziała „zamknięte, nie widać?!”, a inne czynne po 22 lokale jakoś nie zachęcały. Biedny był Mąż tego dnia, taki niedokarmiony, a głód po plackach uzupełniał kefirem. Ale chociaż miał górski dzień.

dscn4723Następnego dnia mieliśmy przemieścić się na nowy nocleg, tym razie do apartamentu w Karkonoszach. A po drodze miała być duża wycieczka. Wyruszyliśmy po Mszy, a przed południem, czyli bardzo przyzwoicie. Może z dotychczasowych treści to nie wynikło, ale z rannym wyruszaniem mieliśmy nielichy problem.  Najpierw odwiedziliśmy uroczą ruchomą szopkę, którą można było obejrzeć za darmo, ale ponieważ nam się podobała, wrzuciliśmy do puszeczki trzy piątaki, czyli piętnastaka. Pałac w sąsiadującym z Kudową Jeleniowie zaliczył się automatycznie, bo był nieczynny. Następnie weszliśmy na bardzo stromą górę, by obejrzeć ruiny zamku Homole. Było to nasze drugie podejście do tych ruin. Tym razem udane. Kolejnym przystankiem było Bardo Śląskie, gdzie czekała na nas i ruchoma szopka i jakieś ruiny. Szopka wystraszyła małego Ursusa swoim podkładem muzycznym i demonicznymi lalkami uncanny**, a do ruin okazało się, że trzeba iść 20 minut pod górę. Odmówiłam. Nie chciałam. Zgodziłam się posiedzieć w samochodzie z Ursusem i kabanosami, a pozostali poszli i było im dobrze. dscn5456Nam też było dobrze. Ursus zasnął. Obiadu w Bardzie nie udało się zjeść, gdyż jedna miejscowa restauracja nie zachęcała wcale, a druga o miłym wnętrzu sprawiała wrażenie, że oferuje mrożonki z paczki. Nie udało się też kupić chleba na kolację. Ale nieopodal, w Kłodzku czekała na nas ulubiona restauracja o stałym standardzie. Posiłek zjedliśmy na trawie niczym śniadanie u Maneta. Ursus-frajer przespał obiadek. Z Kłodzka udaliśmy się do Zamku Kapitanowo w Ścinawce Średniej. Mieliśmy tam wrócić, ale czas naglił i najpierw musieliśmy udać się do Wambierzyc, które miały uznaną za najlepszą ruchomą szopkę w okolicy, lecz ostatni pokaz tejże organizowały o 17:45. Szopka była ładna, ale pozbawiona ciepła i klimatu, które były w tej pierwszej- w Kudowie. Tutaj szopek było dużo, ale grupa zwiedzających też była duża i patrzeć można było krótko. A chwilę po wyjściu z budynku szopki, kiedy szliśmy miejscową Kalwarią, Ursus nabił sobie dscn5617guza jak nos Pinokia z tą różnicą, że nabił go sobie na czole. Groziło, że zepsuje wszystkie następne zdjęcia z wakacji, na których się pojawi (że na zdjęciach się pojawi, na wakacjach przecież i tak już był), a pojawiał się na wielu zdjęciach, gdyż od swego starszego brata nauczył się stawać na kamieniu i czekać na fotkę wołając „jęcie”. Mąż jednak trzeźwo poprosił biesiadujących w ogródku państwa o coś zimnego i oni mieli takie wodne lody, co to nikt by ich nie jadł, ale do okładu były idealne. Przykładaliśmy długo a delikwent ryczał wniebogłos tuż pod płotem państwa dobrodziejów i chociaż na poniższej fotce jeszcze ma ten łeb trochę zniekształcony, to następnego dnia nie było śladu w fakturze czoła. Jak to zwykle bywa z planami, życie je zweryfikowało i z Kapitanowa zrezygnowaliśmy, ale za to chwilę później wyprowadziliśmy Lanosa poza granicę Polski i nie tylko przejechaliśmy nim przez Czechy, ale jeszcze się w tych Czechach dscn5582zatrzymaliśmy i korzystając z tego, że Czesi są średnio niezbyt wierzący***, weszliśmy do sklepu w mieście Broumov po zakupy za korony. Nigdy wcześniej nie robiliśmy zakupów za korony, więc nie wiedzieliśmy jak to się odbywa i na wszelki wypadek nie kupiliśmy za dużo, a że koron nie mieliśmy, to zapłaciliśmy kartą. Bank okazał się być bardzo łaskawy przy przeliczaniu walut i aż szkoda, ze nie zaszaleliśmy, ale kto mógł wiedzieć, że tak będzie. Co by wykazać się lokalnym patriotyzmem dodam jeszcze, że ci Czesi strasznie grubo ciosają chleb.

Tuż po 22 zajechaliśmy do Piechowic (byliśmy tam wcześniej, ale się cofnęliśmy by znaleźć jedyny w mieście bankomat) i gdy opuściliśmy auto, poczuliśmy, że tak naprawdę, po miesiącu górskich tułaczek, teraz dopiero dojechaliśmy w góry. Nigdzie wcześniej powietrze nie pachniało jak rano po wjeździe do Zakopanego, a tam tak. Ono było arktyczne w środku sierpnia!

* czyli zrobiliśmy coś w stylu „jechał Piotr do Rzymu, podróż była pilna. Dla lepszego rymu pojechał do Wilna…”

**informatycy i psychoanalitycy podobno wiedzą o co chodzi. Ja mam dwa w jednym i on mi wytłumaczył.

***był to 15 sierpnia i w Polsce mało sklepów było otwartymi, a w tych otwartych chleba to nie widzieli od dwóch dni

dscn5577

dscn4256

dscn4672

dscn4731

dscn5048

dscn5241

dscn5310

dscn5388

dscn5561

Kuwada

dscn4890Nie jestem przesądna. Symbolika liczb bawiła mnie w podstawówce, znaczki zodiaku chwilkę dłużej, a gdy dla zabawy podliczyłam cyfry w dacie urodzin mojej i mego ukochanego i okazało się, że nie dają w sumie 10, to nie zostało mi już nic (poza owym ukochanym). Nie wierzymy nawet, że po 7 tłustych małżeńskich latach miałyby nas czekać chude lub jeszcze tłustsze. Nie robiło mi też, kiedy najstarszy z synów urodził się dwunastego sierpnia, podczas gdy moje urodziny wypadają 12 września. Dzień jak co dzień. Raz zrobiło mi się przykro, gdy na kartce urodzinowej od rodziców dla mnie widniało „12 sierpnia 201X”*. Ale potem urodził się drugi syn i chociaż w zupełnie innym miesiącu, to także dwunastego. Nikt w rodzinie tej dwunastki nie cenił, nie podniecał się, że to jak liczba godzin, miesięcy czy Apostołów albo, co gorsza gwiazdek na fladze unii europejskiej. Ale było to wygodne do porównywania etapów rozwoju i rozmiarów buta u chłopaków. Kiedy więc zaszłam w trzecią ciążę i termin orientacyjny wyznaczono nam na walentynki, oczywistym stało się, że o ile się da, chcielibyśmy urodzić 12 lutego.

dscn4856Bardzo się oszczędzałam, żeby donosić. Brzuch mi twardniał, a ja drżałam. Ze dwie noce zostały nieprzespanymi z powodu strachu, że to już. Ważne było też ominięcie rocznicy ślubu co by urodziny córki nigdy nie musiały konkurować z rocznicową randką albo nawet wyjazdem. Mogliśmy urodzić przed czasem, ale 2 lutego doktor powiedział nam, że raczej do tego nie dojdzie, więc zacisnęłam uda, zrezygnowaliśmy ze wszystkiego, na rocznicę zamiast corocznego festiwalu pizzy mieliśmy festiwal filmów na dvd i czekaliśmy na dwunastego.

Byliśmy bardzo zarozumiali i pewni siebie, po ostatnim nagłym i trwającym zaledwie trzy godziny porodzie sądziliśmy, że raz-dwa wywołamy sobie poród i dziewczynka jak malowana pojawi się wczesnym popołudniem. Mąż w niektórych kręgach towarzyskich zasłynął z tego, że przewidział kiedy będę w ciąży (konkretnie to zapraszając gości na grilla wyznaczył taki termin, w którym mogłam jeszcze wypić piwo, gdyż w ciąży nie byłam). I w tych samych kręgach rzekł niedawno, że urodzimy dwunastego. Podobnie zapowiedział w pracy. No i rodzicom zapowiedział, gdy dzieci na całodzienną opiekę dziś posyłał. Uprzedzając napięcie, bo to jednak sucha relacja, a nie opowiadanie sensacyjne, zdradzę, że jest po 23, a poród się nawet nie zaczął.

dscn4850Wczoraj Mąż poszedł na Mszę wieczorem, bo nie wiedzieliśmy jak potoczy się sądny dzień. Zależało nam na przespanej nocy przed porodem, bo w szpitalach raczej słabo sypiam, a i Mężowi się należał wypoczynek, dlatego przed snem nie zrobiliśmy nic bardziej romantycznego niż zjedzenie sushi z wędzonego łososia. Było to nasze pierwsze sushi domowej roboty i bardzo jesteśmy zadowoleni, gdyż jest i lepsze i tańsze niż sushi z Biedronki, na którym kształciliśmy sobie gust.

Przebieg niedzieli był taki, że próbowaliśmy wszystkiego**, łącznie ze schodami (dwa razy), całkiem sporym spacerem, randką w lokalu, Mszą i mnóstwem aktywności jak wieszanie prania, sprzątanie zabawek dzieci z podłogi, puszczanie zmywarek i ich wypakowywanie oraz gorącą kąpielą. Przy okazji na jaw wyszło, że wanna długości 130 cm, która zmieściła się w naszej łazience, to jest o kant tyłka, bo żeby dzieciom było w niej dobrze i tak trzeba napuścić hektolitry wody, zaś dorosłemu w niej dobrze nie będzie i basta! Wanna długości 130 cm jest tak krótka, że nie da się w niej usiąść nawet gdy ma się tak krótkie nóżki jak moje. Na szczęscie od października mamy parawan (z matowego szkła!) i przynajmniej do pryszniców się nadaje, bo przedtem to i tego się nie dało.

dscn4866Na znak gotowości spakowałam nawet torbę do szpitala, po raz pierwszy w historii moich porodów przed czasem i nawet imię jakieś wybraliśmy dla dziewczynki zwanej Pysią. Szału może nie ma, bo chłopca to łatwiej i przewinąć i nazwać, ale jakieś imię mieć musi, a po zgłoszeniu anty-imion mało nam zostało. I nic! Wielkie nic! Boli mnie dół pleców (i o dół pleców chodzi, pupa mnie nie boli), ale skurczami to nie zalatuje. Dzieci wróciły i śpią w swoich łóżeczkach a na nas czekają dwie świeże rolki rosomaków***, tym razem z wędzonym pstrągiem.

Jakby tego wszystkiego było mało, to nawet nie kupiłam sobie fotela na pocieszenie. Gdy rodziły się poprzednie dzieci, mieszkaliśmy w domach, w których były fotele. Tym razem mieszkamy u siebie i od dwóch lat o fotelu tylko marzę. Najpierw był za drogi, a potem pokój, w którym fotel miałby stać, zarósł regałami pełnymi książek. Od listopada mamy miejsce na fotel i dodatkowo tytułem rocznicy zabezpieczono fundusz na ów fotel, ale nie miałam kiedy go wybrać, bo trwały przemeblowania i remonty i to ja byłam wykonawcą. Dwa tygodnie temu Mąż zabrał  mnie na randkę do galerii handlowej, w której mogłam pomacać tkaniny obiciowe i przymierzyć jakiego fotela nie chcę, krótko później schowałam wiertarkę do szafy i znalazł się czas na wybranie fotela. Nie czytałam książek lecz myślałam o fotelu, na którym tyle ich jeszcze przeczytam. Dzisiaj włożyłam fotel do koszyka i już się witałam z gąską, gdy zapytali mnie, czy posiadam kartę dużej rodziny. Chciałam zaznaczyć, że nie, bo przecież jeszcze nie posiadam, ale poszukałam, jakiż to rabat oferują dużym rodzinom i okazało się, że stówkę oferują. A że staram się przynajmniej we własnych oczach uchodzić za rozsądną, to pomachałam fotelowi z takim trudem wybranemu. Wrócę po niego z kartą dużej rodziny. Oby za miesiąc. I oby mi się gust wykształcony na sushi z Biedronki nie zmienił w tym czasie.

*ten X to dlatego, że nie pamiętam, w którym roku taka gafa się trafiła.

**Nie o wszystkim wypada pisać wprost, ale każdy wie, jak się poród wywołuje.

***Tak je autorsko nazwaliśmy, nasze prawo.

dscn4842

dscn4874

Zimowe notatki o wrażeniach z lata

dscn3700Zapożyczyłam sobie tytuł na wpis od samego Fiodora, którego cenię między innymi za to, że jego żona uważała go za biednego, jako i ja swojego Męża szufladkuję. Niewtajemniczonym wyjaśnię, że czytałam kiedyś, gdy czytywałam więcej i mogłam czytać rzeczy głębsze, wspomnienia Anny Dostojewskiej. A teraz Wy czytacie moje wspomnienia. Akurat spadł dziś śnieg i przysypał ptasie stolce na zielonej blaszce naszego auta, więc zimę mamy pełną gębą. A autko zielone jeszcze wczoraj ustawiliśmy przodem do wyjazdu z podwórka żeby mogło nas na nagły poród zawieźć. I ciśnienie w oponach sprawdziliśmy, żeby taka sytuacja jak ostatnio się więcej nie powtórzyła. Bo pewnie nie wiecie, ale pewnej niedzieli tydzień później, gdy pojechaliśmy na sanki, to powtórzyła się. Więc teraz mamy dużo nowych opon, własną pompkę z manometrem produkcji polskiej i sprawdzamy w tych oponach cisnienie ciśnienie.

dscn3742Zimą myśli same biegną ku latu na zasadzie kontrastu, bo gdy zimno i ponuro marzy się o tym, by było ciepło i słonecznie. Ale nam biegną jeszcze bardziej, bo latem przytrafiło nam się suszi, a teraz suszi przytrafia nam się niemal codziennie. Ponadto latem byłam lekka i swobodna i niczym kózka mogłam wbiec na Śnieżkę, a teraz jestem ociężała i przejście do kuchni po ciasteczko powoduje wielki nacisk na pęcherz, który sprawia, że ostatecznie rezygnuję z ciasteczka, opróżniam pęcherz i bez smakołyku wracam do pozycji komfortowej.

Dlatego właśnie myślimy o lecie. O tym poprzednim i tym następnym. A to poprzednie było wyjątkowo udane. Pewnie myślicie, że po odwiedzeniu gór w Szczawnicy i gór w Krynicy wróciliśmy do domu i to był koniec naszych wakacji, ale nic bardziej mylnego. dscn3831Otóż w sierpniu udaliśmy się na epizod drugi, tym razem bardziej na zachód. Podczas imprezy urodzinowej starszego syna życzliwie nam powiedziano, że jak o dwunastej wyjedziemy, to na dwunastą zajedziemy, ale też nic bardziej mylnego. Chcieliśmy pojechać do Szklarskiej Poręby, która rok wcześniej wygenerowała nam tyle miłych wpisów, ale na bookingu nie było fajnych miejsc w atrakcyjnych cenach, gdyż było to tuż przed długim sierpniowym weekendem. A my byliśmy trochę rozpieszczeni i chcieliśmy mieć w fajnej cenie apartament. Nie znaleźliśmy apartamentu w Szklarskiej, więc szukaliśmy go też w Polanicy, w której Mąż kiedyś już był i mu się podobało. I też nie znaleźliśmy. To spróbowaliśmy szczęścia w Kudowie, która leżała nieopodal. I też nie znaleźliśmy. Ale zaoferowano nam pokoik, a w zasadzie pół domku i to tanio. Oferowano nam też cały domek, ale już trochę drogo. Zdecydowaliśmy się na tani pokoik i dobrze, gdyż domek był właściwie bliźniakiem i drugi pokoik miał osobne wejście.

dscn3873Dopóki pokoiku nie znaleźliśmy, to nie było motywacji do pakowania się. A znaleźliśmy go trochę późno. W efekcie wyjechaliśmy bardzo późno. Zwłaszcza, że mieszkamy na jarmarku dominikańskim, więc wyjeżdżaliśmy długo z samego obejścia. O 14:02 mijaliśmy urząd miejski, a Mąż zadeklarował pani gospodyni, że na 21 będziemy. Rano deklarował, żeby nie było, że tak absurdalnie zadeklarował. Po prostu to pakowanie, upychanie samochodu i godzina dojazdu pod urząd miejski(!). W dodatku gdy chciałam zatankować gaz do pełna na znajomej stacji tuż przed autostradą, to się pomyliłam i wjechałam na obwodnicę południową i straciłam przez to 4 kilometry i kilka cennych minut. A potem na stacji się okazało, że gazu weszło do baku tylko za 8 złotych, więc nie warto było zjeżdżać i się mylić. Za to później jechaliśmy autostradą, a że nie byliśmy nowicjuszami ani w jeżdżeniu autostradą ani w wakacyjnych wyjazdach i w dodatku umieliśmy już trochę obsługiwać tablet, to gdy paliwo zaczęło się kończyć, zjechaliśmy z autostrady (już za płatnym odcinkiem) i zatankowaliśmy tanio 5 kilometrów dalej i bez spektakularnych wydarzeń okalających wróciliśmy na trasę. GPS nas bardzo korzystnie pokierował z A1 na S8 i pędziliśmy 140 a czasem i szybciej tą nudną i pustawą drogą żeby zdążyć na czas. Szczęściem nie był to piątek i mogliśmy jeść kabanosy, dscn3842ale i tak marzyliśmy o Maczku, a że droga pustawa i bezpłatna, to Maczka nie było i nie było. Tak dojechaliśmy do Wrocławia, za Wrocławiem musieliśmy się na chwilę zatrzymać gdyż młodsza latorośl zwróciła morele, które w owym czasie kosztowały tak wiele złotych za kilogram, że szkoda było. Kawałek za Wrocławiem trzeba też było przestać pędzić, bo droga zrobiła się kręta i górzysta. Ale ostatecznie zajechaliśmy do celu koło 21:40, czyli nadspodziewanie przyzwoicie. Wówczas to pokoik okazał się być trochę stęchły i mieć kanapy zamiast łóżek (pani miała co innego na zdjęciach a co innego w realu), ale miał kilka innych zalet. Mianowicie internet tam działał, na zewnątrz były rolety zewnętrzne, które chroniły nas przed pobudkami o bladym świcie i jeszcze woda była ciepła, o dobrym ciśnieniu i nie kończyła się. No i tanio było. I jeszcze w łazience był grzejnik, dzięki czemu w stęchłym pokoiku nie tęchły nam ręczniki. No i jeszcze było to na miłym uboczu lecz w centrum i z ogródkiem w którym dzieci mogły na nas czekać. Kilka dni później zamieszkaliśmy w dwupokojowym apartamencie, który tych zalet nie miał. Na brak rolet nie pomogły nawet zasłony przywiezione z domu, a internet jak zapewne pamiętacie musieliśmy sobie napuszczać z tableta bo ruter nie pompował dość dobrze.

Co robiliśmy w Kudowie? Na początku zjedliśmy suszi, które sprzedawali w sklepie rybnym. Mąż ostatnią tackę dorwał. Ja tam brzydzę się wszystkiego, co nie było świnką albo kurczakiem albo chociaż dscn4150nie rosło w rzeźni. Niedawno otrzymałam pyszną kiełbaskę, ale gdy dowiedziałam się, że jest z sarny, czyli pobratyńca, musiałam odrzucić jej pyszność. Podobnie nigdy nie ubrałabym futerka z niedźwiedzia. A myśl o mięsie misia jest mi w ogóle obca i daleka. Ludzie, którzy polują na misie to źli ludzie, jestem o tym przekonana! No więc z tym suszi to jest tak, że wszelkie ryby i owoce morza są dla mnie świństwem na równi z majonezem. Przymykam oko jedynie na wędzonego łososia, pstrąga łososiowego i tuńczyka z puszki, bo nie mają ości ani kształtu. Ale wtedy jadłam aż mi się uszy trzęsły, moczyłam w sosie sojowym, przyprawiałam wasabi, zagryzałam imbirem i nie patrzyłam co jem. Wszak były wakacje, lato, czas szaleństw. dzieci wpadały do wody a ja jadłam suszi w parku na ławce. Sos sojowy to taka moja pięta achillesowa. Jak cukier do herbaty. Mam dwie pięty achillesowe. Po sosie sojowym boli mnie czasem głowa, a po cukrze w herbacie przybywa mi centymetrów, ale muszę.

dscn4181Poza suszi i zmoczeniem butów (ale mieliśmy jeszcze kalosze i nowe sandałki w zanadrzu), pierwszego dnia zwiedziliśmy muzeum z kamyczkami, Duszniki Zdrój i pałac w Szczytnej, który jest obecnie ośrodkiem Mopsu i oglądać można go tylko z zewnątrz. Ale jest na górce i widoki były przednie. Napiszę Wam o tym, bo zapewne myślicie, że my się nigdy nie kłócimy, gdyż jestem bardzo uległa. Otóż wówczas mieliśmy konflikt, bo akurat buzowały mi hormony ciążowe i nie byłam uległa. Musiałam siedzieć w samochodzie i odrzucać połączenia od tego niedobrego Męża, na którego się obraziłam, a on musiał się zajmować dziećmi na niebezpiecznym terenie skalistym. Chyba z kwadrans wytrzymałam. Potem mu wybaczyłam, ale tylko ze względu na dzieci. A wiecie o co musiałam się obrazić? O to, że ów Mąż miał pretensje, że mało się odbyło. Od tego czasu to on planował wycieczki i nie narzekał więcej. Ja chodziłam wcześnie spać, a on całymi wieczorami planował.

dscn3801

dscn3864

dscn3880

dscn4012

dscn4106

Przysłowie niedźwiedzie

dscn3748Wpis ten dedykuję mojemu Mężowi, który nigdy nie zjadłby mi ostatniego pierniczka. Mało tego, nie ruszyłby nawet całej ostatniej paczki pierniczków, taki jest dobry. A akurat przed chwilą burczało mi w brzuchu i gdyby nie pierniczki, które idealnie wypełniają żołądek, to byłoby słabiutko i kolejna przygoda* nie znalazłaby swojego miejsca na papierze.

Na początku chciałam podkreślić, że nie znoszę zimy. Sanki są fajne, ale najlepiej na zdjęciach z zadowolonymi dziećmi (mamy takie!). Narty też są fajne, ale we wspomnieniach. I śnieg jest fajny, ale zza okna gdy nie trzeba wychodzić. Najlepiej żeby wyparował bezbłotnie zanim wyjść będzie trzeba. Nie przepadam także za latem, gdy trafi się zbyt upalne. Preferuję wiosnę, bo wtedy się zakochałam i wtedy trawa jest najzieleńsza. Przy okazji warto wspomnieć, że nie mam pojęcia czemu wszystkie dzieci rodzę jak nie latem to zimą. A jeszcze przy okazji dla tych, którzy nie wyczytali między słowami, to właśnie zaczęliśmy dziewiąty miesiąc, co oznacza, że już za 2 miesiące, po porodzie i uporaniu się z biurokracją, otrzymamy kartę dużej rodziny, która pozwoli nam za darmo jeździć tramwajami i chodzić do zoo. Ale nie o tym dzisiaj piszę, bo fakt, że za miesiąc urodzę, nie kwalifikuje się do miana przygody.

20170108_202322Czy zdarzyło się Wam robić coś przez 5 lat niepotrzebnie? Na przykład ubezpieczaliście mieszkanie i nikt Was nie okradł? Albo wykupiliście dodatkową gwarancję na pralkę, a ona się nie popsuła? Pewnego sierpniowego dnia ponad 5 lat temu, gdy po raz pierwszy musieliśmy przewieźć wózek dziecięcy albo może jakiegoś innego dnia w lipcu gdy kupowaliśmy łóżeczko, przyszło nam pożegnać się z kołem zapasowym. Przez prawie rok od zakupu auta owo koło jeździło z nami w bagażniku, gdyż tak zwany pojemnik na koło zapasowe mamy pełen gazu a czasem pełen tylko zbiornikiem na gaz gdy akurat LPG nam wyjdzie.

5 lat z okładem jeździliśmy bez koła zapasowego i nigdy nie było potrzebne. To znaczy było dwa razy w maju 2013. Dwa razy jednego dnia. A przez dwa ostatnie lata mieliśmy nawet wykupione Assistance na opony, ale nie wiem jak działało, bo opony mieliśmy zawsze nienaganne. W tym roku, po dwóch szkodach, OC było takie drogie, że nawet nie przeglądałam jakie dodatkowe opcje można tanio dokupić.

20170108_202305Faktem jest, że znaleźliśmy się dzisiaj w podróży. Była to podróż typu „z powrotem”, gdyż dwa dni temu byliśmy w podróży typu „tam”. Czekało nas 15 kilometrów po drodze pokrytej śniegiem, a później 60 kilometrów po czarnej drodze dobrej jakości. Wiedzieliśmy, że ruszymy bez problemu, bo nasze zielone jak choinka auto stało w płytkim śniegu, z którego łatwo wypchnęło je ramię Męża. Wiedzieliśmy też, że bez problemu odpali  prawie 6-letni akumulator, bo trzymaliśmy go w domu w cieple. Mało tego, wyposażeni byliśmy w jabłuszka, kabanosy, soki i ciepłą wodę w termosie. Czy coś mogło pójść nie tak? Wiedzieliśmy nawet, że należy unikać poboczy, bo dwa dni temu wkopałam się lekko w zaspę na poboczu. Przejechaliśmy owe 15 kilometrów po śliskiej drodze pokrytej śniegiem, wjechaliśmy na rondo, a za nim rozpoczęła się czarna droga dobrej jakości. Wówczas to usłyszeliśmy. Nasze auto toczyło się z bulgotem i wstrząsami  jak traktor. Lanos wprawdzie ma 17 lat czyli tyle ile ja gdy się po raz pierwszy całowałam, ale jeździ gładko. Pomyślałam, że zapewne śnieg zapycha nadkola i koła się ocierają. Nasłuchiwałam nawet i fałszywie wysłyszałam, że w pewnym momencie zrobiło się lepiej. Ale gdy dojechaliśmy do jednej z dwóch stacji na trasie, które lubimy i Mąż mnie poinformował, że jest odśnieżona, to zjechałam zobaczyć te nadkola i przy okazji uzupełnić benzynę, bo zimą lepiej mieć jej więcej niż mniej. Śnieg w nadkolach owszem zalegał, ale nie tak, żeby wydawać dźwięki traktora. Wtedy to Mąż zobaczył, że jedno z kół dymi i pozbawione jest powietrza i rzekł „fatalnie”. Było to zaiste fatalne, gdyż :20170108_202311

1. nie mieliśmy zapasowego koła

2. był niedzielny wieczór i niemal środek niczego, nie działała żadna wulkanizacja i żadna nie była pobliska

3. nasze 4 koła letnie znajdowały się 25 kilometrów dalej oddzielone od nas miedzy innymi ośnieżoną drogą, której nie chciałabym więcej pokonywać bez łańcucha

4. nie znaliśmy nikogo, kto posiadałby koła o takich parametrach jak nasze i mógł przywieźć, wszak Lanosy odchodzą powoli do lamusa a jedyny posiadacz tego szlachetnego pojazdu jakiego znaliśmy osobiście, sprzedał je nam, więc sam nie ma**

5. last but not least, jechaliśmy na Mszę ostatniej szansy do Gdańska i taki postój oznaczał, że nie dojedziemy na czas o ile w ogóle

dscn3756Całkiem szybko przypomniało mi się, że to koło zapasowe, które przed laty opuściło bagażnik, powinno znajdować się w Gdańsku i to w nie naszej piwnicy, czyli jest dostępne. Równie szybko udało się wybrać przyjaciela, którego można było poprosić o przejechanie dla nas 52 kilometrów, a że jest to przyjaciel żonaty, to w raz z żoną są parą przyjaciół i mogli przejechać dla nas dwa razy więcej 🙂 Chwilę dłużej trwało dodzwonienie się, ale potem machina ruszyła i niebieski samochód w kolorze Subaru Imprezy z odsieczą również. A my grzaliśmy się i jedliśmy kabanosy. I tylko Mąż ubolewał, że nie ma z nami Harrego Pottera, którego można byłoby na głos czytać.

Gdy nadjechała odsiecz, szybko okazało się, że śruby siedzą mocno i lekko nie będzie. Nie pomagało skakanie po kluczu, ani pryskanie śrub WD40. Ani polewanie ich odmrażaczem pożyczonym od pań ze stacji. Ani nawet stukanie w nie młotkiem także pożyczonym od pań ze stacji. Ani stukanie młotkiem w klucz nasadzony na śrubę. Oponiarz, który w listopadzie powiedział, że koła są w dobrym stanie, dokręcił je tak mocno, że już mieliśmy się zwijać do niebieskiego auta i rezygnować z próby zmiany koła, już wezwany był drugi przyjaciel z drugim autem żeby nas wszystkich pomieścić wraz z brzuchami i fotelikami, gdy żona przyjaciela wyhaczyła odpowiedniego człowieka na stacji. Odpowiedni człowiek przyjechał golfem trójką i tankował gaz, a w bagażniku miał półmetrowy klucz francuski, którym przedłużył klucz do kół w taki sposób, że śruby nie śmiały się dłużej opierać.
dscn3762

Kilka minut później znów byliśmy w trasie, a teraz piszę do Was z domu, znad pierniczka i kubka z herbatą i przesyłam Wam motto od samego Mickiewicza, jest to znane „przysłowie niedźwiedzie: Że prawdziwych przyjaciół poznajemy w biedzie”.

*Od ostatniego wpisu zdarzyło nam się kilka przygód, ale z różnych przyczyn, w tym także z braku pierniczków, nie trafiły do pamiętniczka.

** Mąż zna jeszcze jednego człowieka, który miał Lanosa i go sprzedał (i żałował), ale go tu nie wspominam, bo nie dość że był to Lanos 3-drzwiowy, to na dodatek bez gazu i jeszcze ja go osobiście nie znałam, a to blog mój a nie Męża.

20170107_143412