Czas odliczany ziarenkami ryżu

dscn4946Sytuacja jest taka, że dziewczynka o roboczym imieniu Pysia (jak królik) nie chce wyjść z gawry. Trochę robię co mogę czyli po tym jak z domu wyszła cola, to próbowałam ją wypędzić Fantą, próbowałam ją skusić szemraniem odkurzacza czyszczącego wszystkie dywany w domu, na zachętę zmieniliśmy jej imię, nawet przeszłam się dziś po schodach w dól i w górę oraz zmyłam przyklejoną do podłogi w kuchni skórkę ogórka, która nikomu poza mną nie przeszkadzała, a to wymagało kilku schyleń się. Dom jest z grubsza gotowy na dziewczynkę i na moją nieobecność. Z grubsza, bo wiadomo, że pod moją nieobecność się częściowo zawali, a na dziewczynkę jeszcze długo nie będzie gotowy. Nie mamy ani jednej różowej ściany. Tylko mój różowy kącik, ale on jest mój a nie dziewczynki. Ugotowałam wielki gar zupy z ośmiu warzyw, czyli wszystkich jakie były w lodówce. A naprawdę to z wielu warzyw, ale z ośmiu różnych. O jakiejś porze dnia sprzątnęłam też zabawki z podłogi, ale to akurat był wysiłek zbędny, gdyż gdybym nie sprzątnęła, to kolejne by nie spłynęły, a tak miały gdzie spłynąć. Dziewczynka o imieniu Pysia jak królik nie wychodzi uparcie, a przez to opóźnia się zakup fotela dla jej mamy. Mam cichą nadzieję, że z kartą dużej rodziny się wyrobimy do dnia, gdy Mąż będzie kupował bilet miesięczny, bo tu też różnica między takim nauczycielskim a takim wielko-ojcowskim wynosi 17 złotych, czyli małą wizytę w Maczku. Być może powód niewychodzenia Pysi jest prozaiczny- dziewczyna rozsmakowała się w sosie sojowym, którym zalewamy co wieczór nasze suszi. Ja się rozsmakowałam. A odkąd robimy swoje zamiast biedronkowego, to nie miewam rano bóli po głowy, dscn4953które po biedronkowym miałam. Wczoraj dodaliśmy żółty ser, bo Mąż, który się zna powiedział, że paluszek krabowy smakuje jak ser, a jeśli macie w swoich urządzeniach mobilnych internet, to możecie łatwo sprawdzić, że paluszek krabowy nie leżał koło kraba i lepiej go nie zjadać niż zjadać. Więc daliśmy ten ser i było nieźle. A dzisiaj Mąż zakupił mango, bo nie było awokado w lokalnym sklepie i cukinię, bo wyglądała jak ogórek. Cukinia może nie jest szałowa, a wręcz z pewnością szałowa nie jest, ale przypuszczam, że dzięki temu będzie idealna do suszi, bo w suszi o to chodzi, by masa zawinięta w ryż była możliwie neutralna i bez smaku, gdyż wtedy jest doskonałym tłem dla sosu sojowego.  Właściwie to nie wiem, po co dajemy rybę, bo najlepsze suszi to kulka ryżu posmarowana wasabi i zanurzona w sosie…  Właściwie nie wiem po co zawijamy, bo można by zrobić suszi-sałatkę w miskach i zalać sosem. Ale w sumie nie wiadomo czy będziemy dziś jedli, bo może jak dziś nie zjemy, to jutro dziewczynka wyjdzie i na sobotę wrócę z powrotem do domu, a do tego czasu mango lepiej dojrzeje. No i mamy dziś domowy hummus, na którym nasz wieloletni wysłużony blender zjadł swój silnik. Więc nie za gładki ten hummus, ale za to pyszny. A na poród mam szansę dostać nowy blender. Przy pierwszym dziecku dostałam złote kolczyki, a tym razem blender… To doskonale obrazuje moją ewolucję.

dscn4937Kilka godzin później: Zdecydowaliśmy zjeść suszi. I nabyliśmy blender. Blender taki tańszy, bez fikuśnych przystawek do puree, bo pewnego dnia nasza kuchnia wzbogaci się o pełnoprawny robot kuchenny, więc byłoby to dublowanie sprzętów, a poza tym od zamążpójścia robię puree zwykłą końcówką i daje radę więc dopłacanie 50% za końcówkę, bez której można dalej żyć wydaje się być niesłuszne. Lepiej sprawić sobie piżamkę. Albo dzieciom parę książek. Albo sobie parę książek! A w kwestii suszi, to tym samym zszedł nam ostatni woreczek ryżu, więc Pysia musi jutro wyjść, bo nie będzie już sojowej kolacji. Musi wyjść też dlatego, że mój mózg jest już prawie nieczynny, to znaczy wyłączają się stopniowo potrzeby intelektualne żebym nie rozpaczała, że nie mam kiedy ich realizować. No i chcę w sobotę wrócić do domu. O!

20161117_204131_001

Kuwada

dscn4890Nie jestem przesądna. Symbolika liczb bawiła mnie w podstawówce, znaczki zodiaku chwilkę dłużej, a gdy dla zabawy podliczyłam cyfry w dacie urodzin mojej i mego ukochanego i okazało się, że nie dają w sumie 10, to nie zostało mi już nic (poza owym ukochanym). Nie wierzymy nawet, że po 7 tłustych małżeńskich latach miałyby nas czekać chude lub jeszcze tłustsze. Nie robiło mi też, kiedy najstarszy z synów urodził się dwunastego sierpnia, podczas gdy moje urodziny wypadają 12 września. Dzień jak co dzień. Raz zrobiło mi się przykro, gdy na kartce urodzinowej od rodziców dla mnie widniało „12 sierpnia 201X”*. Ale potem urodził się drugi syn i chociaż w zupełnie innym miesiącu, to także dwunastego. Nikt w rodzinie tej dwunastki nie cenił, nie podniecał się, że to jak liczba godzin, miesięcy czy Apostołów albo, co gorsza gwiazdek na fladze unii europejskiej. Ale było to wygodne do porównywania etapów rozwoju i rozmiarów buta u chłopaków. Kiedy więc zaszłam w trzecią ciążę i termin orientacyjny wyznaczono nam na walentynki, oczywistym stało się, że o ile się da, chcielibyśmy urodzić 12 lutego.

dscn4856Bardzo się oszczędzałam, żeby donosić. Brzuch mi twardniał, a ja drżałam. Ze dwie noce zostały nieprzespanymi z powodu strachu, że to już. Ważne było też ominięcie rocznicy ślubu co by urodziny córki nigdy nie musiały konkurować z rocznicową randką albo nawet wyjazdem. Mogliśmy urodzić przed czasem, ale 2 lutego doktor powiedział nam, że raczej do tego nie dojdzie, więc zacisnęłam uda, zrezygnowaliśmy ze wszystkiego, na rocznicę zamiast corocznego festiwalu pizzy mieliśmy festiwal filmów na dvd i czekaliśmy na dwunastego.

Byliśmy bardzo zarozumiali i pewni siebie, po ostatnim nagłym i trwającym zaledwie trzy godziny porodzie sądziliśmy, że raz-dwa wywołamy sobie poród i dziewczynka jak malowana pojawi się wczesnym popołudniem. Mąż w niektórych kręgach towarzyskich zasłynął z tego, że przewidział kiedy będę w ciąży (konkretnie to zapraszając gości na grilla wyznaczył taki termin, w którym mogłam jeszcze wypić piwo, gdyż w ciąży nie byłam). I w tych samych kręgach rzekł niedawno, że urodzimy dwunastego. Podobnie zapowiedział w pracy. No i rodzicom zapowiedział, gdy dzieci na całodzienną opiekę dziś posyłał. Uprzedzając napięcie, bo to jednak sucha relacja, a nie opowiadanie sensacyjne, zdradzę, że jest po 23, a poród się nawet nie zaczął.

dscn4850Wczoraj Mąż poszedł na Mszę wieczorem, bo nie wiedzieliśmy jak potoczy się sądny dzień. Zależało nam na przespanej nocy przed porodem, bo w szpitalach raczej słabo sypiam, a i Mężowi się należał wypoczynek, dlatego przed snem nie zrobiliśmy nic bardziej romantycznego niż zjedzenie sushi z wędzonego łososia. Było to nasze pierwsze sushi domowej roboty i bardzo jesteśmy zadowoleni, gdyż jest i lepsze i tańsze niż sushi z Biedronki, na którym kształciliśmy sobie gust.

Przebieg niedzieli był taki, że próbowaliśmy wszystkiego**, łącznie ze schodami (dwa razy), całkiem sporym spacerem, randką w lokalu, Mszą i mnóstwem aktywności jak wieszanie prania, sprzątanie zabawek dzieci z podłogi, puszczanie zmywarek i ich wypakowywanie oraz gorącą kąpielą. Przy okazji na jaw wyszło, że wanna długości 130 cm, która zmieściła się w naszej łazience, to jest o kant tyłka, bo żeby dzieciom było w niej dobrze i tak trzeba napuścić hektolitry wody, zaś dorosłemu w niej dobrze nie będzie i basta! Wanna długości 130 cm jest tak krótka, że nie da się w niej usiąść nawet gdy ma się tak krótkie nóżki jak moje. Na szczęscie od października mamy parawan (z matowego szkła!) i przynajmniej do pryszniców się nadaje, bo przedtem to i tego się nie dało.

dscn4866Na znak gotowości spakowałam nawet torbę do szpitala, po raz pierwszy w historii moich porodów przed czasem i nawet imię jakieś wybraliśmy dla dziewczynki zwanej Pysią. Szału może nie ma, bo chłopca to łatwiej i przewinąć i nazwać, ale jakieś imię mieć musi, a po zgłoszeniu anty-imion mało nam zostało. I nic! Wielkie nic! Boli mnie dół pleców (i o dół pleców chodzi, pupa mnie nie boli), ale skurczami to nie zalatuje. Dzieci wróciły i śpią w swoich łóżeczkach a na nas czekają dwie świeże rolki rosomaków***, tym razem z wędzonym pstrągiem.

Jakby tego wszystkiego było mało, to nawet nie kupiłam sobie fotela na pocieszenie. Gdy rodziły się poprzednie dzieci, mieszkaliśmy w domach, w których były fotele. Tym razem mieszkamy u siebie i od dwóch lat o fotelu tylko marzę. Najpierw był za drogi, a potem pokój, w którym fotel miałby stać, zarósł regałami pełnymi książek. Od listopada mamy miejsce na fotel i dodatkowo tytułem rocznicy zabezpieczono fundusz na ów fotel, ale nie miałam kiedy go wybrać, bo trwały przemeblowania i remonty i to ja byłam wykonawcą. Dwa tygodnie temu Mąż zabrał  mnie na randkę do galerii handlowej, w której mogłam pomacać tkaniny obiciowe i przymierzyć jakiego fotela nie chcę, krótko później schowałam wiertarkę do szafy i znalazł się czas na wybranie fotela. Nie czytałam książek lecz myślałam o fotelu, na którym tyle ich jeszcze przeczytam. Dzisiaj włożyłam fotel do koszyka i już się witałam z gąską, gdy zapytali mnie, czy posiadam kartę dużej rodziny. Chciałam zaznaczyć, że nie, bo przecież jeszcze nie posiadam, ale poszukałam, jakiż to rabat oferują dużym rodzinom i okazało się, że stówkę oferują. A że staram się przynajmniej we własnych oczach uchodzić za rozsądną, to pomachałam fotelowi z takim trudem wybranemu. Wrócę po niego z kartą dużej rodziny. Oby za miesiąc. I oby mi się gust wykształcony na sushi z Biedronki nie zmienił w tym czasie.

*ten X to dlatego, że nie pamiętam, w którym roku taka gafa się trafiła.

**Nie o wszystkim wypada pisać wprost, ale każdy wie, jak się poród wywołuje.

***Tak je autorsko nazwaliśmy, nasze prawo.

dscn4842

dscn4874

Luty miesiącem Misi!*

DSCN1445Pamiętacie jak zostałam foczką? Jak mi politechnika zafundowała semestr basenu? Skakałyśmy z foczkami w wodzie w rytm takiej muzyki, że brak słów (dlatego nie ma tu zgrabnego sformułowania). Prawdopodobnie kilogramy gubiłam na potęgę a zdrowia mi przyrastało, ale niewiele już pamiętam z tamtego czasu. To było wieki całe i jedną ciążę temu. Potem obiecano mi, że po porodzie znów pójdę na basen. Tyle razy musiałam się wstydzić przed doktorem, którego żona po trzech porodach jest zgrabna, że gdyby mi nagle wypadła pochwa, to już bym ze wstydu do doktora nie szła, lecz czekała rok na wizytę w Enefzecie.  Ale gdy przyszła jesień i niby można było iść na basen, wkroczyliśmy na ścieżkę remontu Misiego Domku, potem się wprowadziliśmy, potem Mąż zasuwał żeby z czymś tam zdążyć a ja szukałam lodówek i innych brakujących rzeczy wieczorami w internetach, potem powalił nas rotawirus, potem Mąż pisał doktorat żeby zdążyć z nim na lipcową radę wydziału (zdążył na wrześniową), potem rozpoczęło się przedszkole i nowa sytuacja życiowa sprawiła, że nikt nie myślał o mnie. A potem odezwały się moje plecy i wtedy zauważono, że nie dość, że pokrzywiona to jeszcze grubawa jestem i że przecież już półtora roku wcześniej miałam na ten basen pójść.

Jednocześnie Mąż planował zakupić sobie karnet na bliski jego pracy basen, na który już kiedyś chodził. Bo i Mąż ma pokrzywione plecy. Karnet kosztował 1500 złotych na rok i był nielimitowany. Mąż nie kupował karnetu, gdyż nie nawykł do wydawania tak dużych sum pieniężnych samodzielnie. Ponadto nie bardzo chciał startować z karnetem na cały rok gdy tak rzadko bywał w pracy (Mąż ma dwie prace i ta, która nie jest przy basenie zajmowała tyle czasu, że gdy już pojawiał się w tej obok basenu to wyjście na basen nie było możliwe, bo ludzie z całego świata, od Meksyku po Indie go rozchwytywali. Więc Mąż postponował wydatek. Dzwoniliśmy regularnie na basen pytać, czy promocja się może nie kończy. ZDSCN1446apewniali nas że na razie nie kończy, że do końca roku potrwa. ,

A potem przyszły wydarzenia, które kazały nam zapomnieć o basenie na kilka dni i wtedy właśnie promocja się zakończyła.6 stycznia zdjęli ją ze strony! Mąż zauważył to siódmego i zaraz tam poszedł, ale pracownicy mieli związane ręce. Pani dzwoniła do szefa, a szef pozostał nieubłagany. Mówił, że pozapromocyjna cena (1800 zł/rok) i tak jest na granicy opłacalności i że niet. Następnego dnia próbowała szefa przekonać pani, która pracuje tam najdłużej i też niet. Tym sposobem Mąż pozostał bez basenu.

Zatrzymajmy się na chwilę na rozumowaniu szefa. Gdyby Mąż był jedynym klientem i trzeba było płacić pracownikowi za obecność na basenie podczas wizyt Męża i sprzątanie po Mężu lub wymieniać wodę w basenie co wizytę bo Mąż miałby pchły lub onanizował się do basenu co jest ostatnio modne na Zachodzie, to rzeczywiście taki Mąż nie opłacałby się jako klient. Ale Mąż byłby jednym wielu klientów i byłby obsługiwany zbiorowo, więc mieć o jednego klienta więcej lub go nie mieć, to chyba jednak jest interes szefa. Chyba, że szef osiągnął granicę progu podatkowego i Mąż miałby sprawić, że szef musiałby zapłacić wyższy podatek, wtedy należałoby zwrócić szefowi honor a jednocześnie nakazać mu zamknąć kasę basenu jeszcze w styczniu.

DSCN1449Motyw szefa basenu skojarzył mi się automatycznie z sytuacją z dzisiaj. Mianowicie dzisiaj jak to przy niedzieli, nasza rodzina zawitała do Maczka. Poszliśmy oblewać albo raczej objadać nowy zakup, który zasadniczo jest tematem tegoż wpisu, ale jeszcze tego nie widać. W Maczku zamówiliśmy między innymi frytki. Do małych frytek potrzebne są dwa keczupy, a nawet dwa i pół. My dwa keczupy dostaliśmy do dwóch porcyjek frytek. Od razu poprosiłam o więcej keczupu, wszak nigdy nie skąpili i to keczup a nie sos barbaki, więc naprawdę no. Zresztą pamiętacie, że frytki to tylko takie łyżeczki do keczupu, no nie? Wówczas pan spojrzał na moją tacę i rzekł, że do jednej porcji przysługuje jeden, a każdy następny kosztuje zeta! Zeta! Kumacie? Gdyby nie nasza zapobiegliwość, to kasa wydana na drugie frytki byłaby kasą zmarnowaną, bo frytek bez keczupu zjeść się nie da, ale jesteśmy zapobiegliwi akurat w sam raz i wprawdzie nie mieliśmy w torebce butelki keczupu marki Włocławek, ale za to mieliśmy w aucie 3 brakujące szaszetki keczupu marki Maczek. Postawą pana jestem zbulwersowana i mam nadzieję, że mu te złotówki zarobione na dilerowaniu keczupem rantem w gardle staną. Oczywiście poza tym życzę panu bardzo dobrze.

Byliśmy dzisiaj w outlecie. Dawno temu kupiliśmy Mężowi w outlecie buty i pękły mu podeszwy na piętach i wpadały kamienie przez te dziury. Buty wymieniono od ręki na nowe w kwietniu, lecz te znów pękły, a nam nigdy nie było po drodze. Czasem byłoby po drodze w niedzielę, ale Mąż nie uznaje niedzielnych zakupów (czym bardzo utrudnia życie). Tym razem jednak nas przycisnęło, bo po raz kolejny uznano naszą reklamację i musieliśmy ją DSCN1460sfinalizować przed końcem miesiąca. Byliśmy więc i Mąż zmierzył wiele butów, a dzieci w tym czasie wysypywały kredki i było bardzo fajnie. Ostatecznie dopłaciliśmy 80 zł i Mąż ma teraz buty z inną podeszwą, która być może nie pęknie od razu. A gdyby nawet pękła, to nowa gwarancja liczy się od dzisiaj i w ogóle się nie zmartwimy. Ale to nie buty byliśmy objadać. Gdybyśmy objadali buty, zrobilibyśmy to w innym Maczku i z pewnością nie musiałabym naruszać naszej samochodowej rezerwy keczupu.

Otóż gdy 7 stycznia zdjęto promocję, a 8 stycznia szef odmówił po raz drugi, rozpoczęliśmy przeszukiwanie okolicznych basenów pod kątem lepszej oferty. I znaleźliśmy. Tyle że w ogóle nie na rękę osobie niezmotoryzowanej. Ale za to dla kogoś z autem jak ja to spełnione marzenie. Tyle że ja to z kolei nie mam czasu za bardzo. Czas bez dzieci to mam właściwie tylko nocą. Mam auto, którego nie ma Mąż, ale to on ma to coś, czego nie mam ja, a co jest kluczowe. On, nawet gdy jest zarobiony po pachy, to jednak ma to minimum swobody, o którym ja mogę jedynie pomarzyć. Ale Mąż jest bardzo dobry i mnie kocha.

DSCN1461Mieliśmy kupić talon na 10 wejść na aqua aerobik ważny przez miesiąc. Żebym zrzuciła to nieliczne sadło, o którego istnienie się mnie podejrzewa, a którego nikt nie widział. I żebym zregenerowała obolałe plecy. Promocja obowiązywała do dzisiaj. Wczoraj jednak zajrzawszy do internetów ponownie natknęliśmy się na coś dużo lepszego. Otóż odkryliśmy promocję nielimitowanych wejść na basen, aqua aerobik saunę i siłownię również ważny przez miesiąc i niewiele drożej. Bardzo się wahałam, bo już te 10 pojechań to wiele, ale Mąż bardzo chce żebym była najładniejsza, najzgrabniejsza i najlepiej wnosiła zgrzewki wody na trzecie piętro, więc niniejszym ogłaszamy luty miesiącem Misi!

Na basen będę jeździła na 21:15, chyba że Mąż wróci wcześniej. Mam więc szanse wypełnić wszystkie domowo-dzieciowe obowiązki. Chyba że czasem ktoś popilnuje młodszego dziecka w dzień i że ospa jednak nie przyjdzie, to może czasem pojadę w dzień.

Czy widzicie na poniższym zdjęciu ten wuszer na zajęcia indywidualne z trenerem? Mąż, zanim kupił, upewnił się, że trener będzie mężczyzną. Mąż by chciał, żebym do basenu wchodziła w stroju dwuczęściowym. Mąż chyba widzi we mnie też kobietę a nie tylko swoją personalną kucharkę i opiekunkę jego synów.

*Wybrano luty, bo jest najkrótszy…

DSCN1463

Stąd do Sierakowic

DSCN9551Dwa dni temu zaczęłam pisać wpis o naszych świętach, naszych gierkach małżeńskich i naszych choinkach. Ale krótko przed północą przyszli goście, gdyż, o czym przeczytacie w dalszej części, prowadzimy dom nader otwarty. Wyobrażacie sobie gości, którzy przychodzą, gdy człowiek już zdjął wszystkie krępujące jeansy i gorsety? Kończyłam ów wpis wczoraj, lecz wówczas goście znów zawitali do naszej kuchni i chociaż to nie ja jestem osobą społeczną w naszym małżeństwie, to towarzyskie pogawędki Męża skutecznie uniemożliwiły mi pisanie. Mąż się emocjonował jak stąd do Wołomina albo przynajmniej jak stąd do Sierakowic i nie mogłam pozostać obojętna. Dziś jednak wracam do was z tym oto zachęcającym wstępem i słuchajcie czytajcie, gdyż powtarzać nie będę.

DSCN9561Oto krótki wpis o Świętach. Z istnienia tego wpisu wynika, że w tym roku Święta się odbyły. Bywało, że Święta odwoływane były zaraz po Wigilii albo dzień po i wtedy wpisów nie było, ale tym razem minęły w całości i nieodwołalnie. Mieliśmy pojechać na wieś, ale jakoś tak wyszło, że nie pojechaliśmy. Mieliśmy pojechać już w piątek, ale pomyśleliśmy, że pojedziemy  w sobotę, a w sobotę pomyśleliśmy, że już nie warto, zwłaszcza, że tak pada. Nie żałujemy, bo mamy pod nosem dominikanów, u których Msze są najlepsze, a to akurat ważne gdy trzeba iść do kościoła  przez trzy dni pod rząd. Mamy też 3 choinki, które stoją w linii prostej. Jedna u dzieci jest taka sobie, niska, słabo oświetlona i ma mało bombek. Nocą po kryjomu dowieszam po kilka, ale za dnia wracają do mnie, gdyż rada młodszych przyjęła, że bombek może być tylko tyle ile powieszono na początku. Więc biedna taka ta choinka. I przepłacona. Jest to fejka z Ikei. Normalnie kosztuje stówkę, nas kosztowała 40, bo taka promocja była i my ją wyczailiśmy, ale gdybyśmy poczekali z zakupem na 23. grudnia, to byśmy złowili ostatnią za 19,99, bo akurat przechodziliśmy obok, gdy ostatnia tyle kosztowała.

DSCN0025W przedpokoju stoi najładniejsza choinka ever. Tą to kupiliśmy najlepiej jak się dało. Rok temu w Obi daliśmy 30 złotych za przecenioną krzywą choinkę świerkową w doniczce. Była tak krzywa, że wymagała grubej warstwy kartonów pod sobą, żeby stać prawie prosto. W 2012 za świerk od znajomego leśnika przyszło nam zapłacić 50 złotych. Przez dwa kolejne lata inwestowaliśmy w jodłę, bo jodła taka burżujska i niewiele droższa niż wspomniane 50 złotych, lecz jodła wysychała marnie przed 2 lutego a jednak kosztowała i nie pachniała. Tej zimy postanowiliśmy mieć świerk wraz ze wszystkimi jego cechami. Świerki kosztują 5 dyszek, bo tyle ludzie dadzą. Byliśmy na targowisku i stoisk było kilka, jodły piękne i regularne za stówkę rozdawali. A świerki też kosztowały, bo ludzie zapłacą. Jeden pan nam rzekł, że jego świerki kosztują od 40 złotych do stu. Zasmuciło nas to, bo 40 to sporo, ale inny pan na to samo pytanie odparł, że u niego są za 25. Wszystkie świerki miał za 25, a wśród nich nasz taki regularny. Tanio. Przeszliśmy się jeszcze kontemplacyjnie i wróciliśmy a ten nasz dalej stał i czekał. Bardzo podejrzane. Gdyby było gdzie stawiać, to byśmy kupili więcej. Ale nie było gdzie stawiać, bo u nas na biurku stoi sztuczna fejka z Ikei za 60 zł (większa od tej dziecięcej i pierwotnie wyceniona na 149,99). I stoją sobie te nasze choinki w linii prostej, a sucharowaty żart matematyczny głosi, że przez trzy punkty można zawsze poprowadzić prostą jeśli będzie to DSCN0027prosta wystarczająco gruba.

Jeśli chodzi o wygląd choinek, to fejka z naszego biurka jest bajkowa i eklektyczna jak zawsze nasza choinka zwykła być gdy mieliśmy jedną. Są na niej bombki różowe i niebieskie oraz łańcuchy czerwone. I lampki kolorowe. Większość dekoracji nietłukąca, gdyż część potomstwa jest przekonana, że bombki to takie piłki. Większość dekoracji pochodzi z przecen w Obi. Lubimy przeceny. Ta sama część potomstwa, która myśli o bombkach jak o piłkach, to myśli też, że może bezkarnie zamieniać bombki między choinkami i robi to.

A wracając do przedpokoju, to dzięki posiadaniu przedpokoju nie musimy w tym roku wyłączać ogrzewania w pomieszczeniu choinkowym. A dzięki posiadaniu trzech choinek jedną mogliśmy przeznaczyć do bycia stylową. Nasza główna choinka jest złota i jest ładniejsza niż wszystkie złote choinki które mam w folderze ze złotymi choinkami na pulpicie.  DSCN9596Kupiliśmy sztuczne poinsecje i poprzyklejałam je pistoletem z kleju do wstążeczek i one choinkę zrobiły. Każdy, kto przychodzi, zachwyca się. A prowadzimy obecnie bardzo otwarty dom, otwarciejszy nawet niż nasze preferencje, więc zachwytom nie ma końca.

Porzucając choinki i to, co pod nimi się znalazło, dochodzimy do soboty. Przy sobocie postanowiliśmy skorzystać, że starszy syn wyszedł, a młodszy akurat zasnął i udaliśmy się do pokoju potomstwa, w którym nie dość, że jest dywan (w przeciwieństwie do salonu), to jeszcze był ten pokój akurat wolny (w przeciwieństwie do sypialni) i rozłożyliśmy się tam z grą Carcassonne. Po raz pierwszy w Misim domku, gdyż dawno dawno DSCN9709temu grę zarzuciliśmy. Musieliśmy zarzucić, gdyż była przeraźliwie nudna. Mamy dwie wieże i nie stosowaliśmy reguł z żadnego dodatku, albowiem owe reguły generowały złe emocje. A ileż można układać kafelki pokojowo?

Nadchodzi jednak sylwestrowa noc i być może przyjdzie nam pograć, więc pomyśleliśmy, że sobie urządzimy taki sparing, że dołożymy reguł z dodatków i poćwiczymy. Włączyliśmy przede wszystkim dodatek opactwo i dodatek zamki. I złe emocje się posypały. Nie z mojej strony oczywiście, bo ja jestem dojrzała i mi na punktach już nie zależy aż tak jak kiedyś. Ale Mąż, który zawsze był dojrzalszy, okazał się nie wytrzymać napięcia związanego z odebraniem mu punktów za okazałe i obszerne DSCN9929miasto. Sytuację uratował mały Ursus, który cichaczem skończył swoją drzemkę i bezceremonialnie wparował do pokoju gier. Przez chwilę dawał się powstrzymać przed przemarszem przez planszę, ale ani ścieżka książek w salonie, ani skrzynia aut brata go nie zachęciły. Wzgardził nawet pozostałymi pięcioma kolorami pionków z naszej gry. Jedyne, co go interesowało, to czerwone i zielone ludziki, których akurat używaliśmy. Wyobrażacie sobie mojego dojrzałego Męża, który mówi, że chamstwo, żem brzydka i różne takie podobne wrzuty? To zawsze były moje kwestie. Nawet go pytałam, dlaczego tak brzydko się zwraca do ukochanej osoby i czy na punktach mu tak zależy, a choć słowa te zrobiły na nim jakieś wrażenie, to na punktach dalej zależało.

Kolejnego dnia drzemki małego Ursusa znów próbowaliśmy grać i gdy miałam 100 punktów przewagi, bo za coś tam zgarnęłam je potrójnie, a potem jeszcze zbudowałam zamek pod mężowskim miastem, znów nadszedł potomek i cała radość gry wyparowała. Więc dzisiaj czytamy sobie o feblikach i słabostkach dla odmiany. Bo ja wprawdzie wiem już kto jest tym Feblikiem, ale Mężowi jak się na głos nie przeczyta, to on sam nie da rady. On ma oczka tylko do pracy.

DSCN9988

DSCN9932

DSCN9933

DSCN9937

 

DSCN9942

DSCN9979

zeszłoroczna krzywa choinka

A da na kebab?

DSCN9221Miał być wpis o tym jak popłynęliśmy na wyspę i spotkaliśmy tam i ludzi i zwierzęta, ale zasnęłam jak zwykle. Wiedziałam już, że zasnę jak zwykle i włączyłam budzik w tej komórce co zwykle, ale nie zadzwonił, bo się akurat zawiesiła w tamtej minucie. Czasem się zawiesza. Miałabym nową już dawno temu, bo aż tacy biedni to my nie jesteśmy, ale nie mogę opuścić tej dopóki wszystkie romantyczne eski z pierwszych lat małżeństwa nie zostaną sfotografowane, a jakoś nie ma kiedy. Poza tym ostatnio wyszło na jaw, że nasza rodzina potrzebuje smartfona ze wszystkimi jego cechami i to ja miałabym być tym, kto się poświęci i będzie go miał, więc muszę to przetrawić. Do tego czasu będę zasypiać wieczorami z budzikiem w komórce, która się czasem zawiesza*.

DSCN0676Ale na pocieszenie mam takie info, że oto w dniu dzisiejszym przybyła do nas lodówka. Lodówka ledwo weszła do domu, bo klatka schodowa jest skomplikowana. Groziło nam już odsyłanie lodówki, ale panowie tragarze zdecydowali się okazać dobrą wolę i jednak przepchnęli ją przez trudny odcinek. A przez chwilę było smutno, bo mówili, że nie da się.  Lodówka ma nawet specjalne pudełko co by mięso nie zaśmiardywalo reszty zawartości. I jest duża i ładna. Oprócz lodówki do kuchni zajechał dziś nowy stolik składany z Ikei. Stolik zawdzięczamy Tacie, który zrobił odwierty i przykręcił, a na końcu postawił na stoliku misia Duplo. Tata chyba rozumie misie sprawy.

Zdjęcie jest sztucznie zainscenizowane. Na zdjęciu, które zrobiłam oryginalnie był bałagan, a miś, którego postawił Tata, był bury. Na zdjęciu widać też dziurę po wymianie grzejnika, ale ona nikomu nie przeszkadza. Za lodówką są jeszcze dwie.

DSCN8670

Gdy o północy przyszedł z pracy ślepawy Mąż, a ja się obudziłam, Mąż wypowiedział się o pełnej brudnych naczyń i innego bałaganu kuchni. Powiedział, że jest tam pięknie.

DSCN0010Mąż jest ślepawy, gdyż palą mu się spojówki. Byliśmy w tej sprawie na nocnym dyżurze okulistycznym w niedzielę i już Mąż prawie ślepawy nie jest, ale jednak jeszcze ma status i trzeba mu kropić oczy. Mam też dwójkę innych dzieci i każde jest na coś chore i coś im się kropi, wlewa do gardeł lub inhaluje. Jak o mnie świadczy, że jedno z moich dzieci ma zapalenie płuc, chociaż wcale nie chodzi do przedszkola, bo ma dopiero rok? Dobiegły mnie słuchy, że świadczy to o mnie jako o matce.

Jeśli chodzi o dzieci, to mamy dobrego lekarza do dzieci. Przyjmuje tylko raz w tygodniu, ale taka dzielnica, że lekarzy do dorosłych jest czterech i przyjmują codziennie każdy, a pediatrów jest dwóch i przyjmują na zmianę przez 3 godziny dziennie. W środy i piątki nie przyjmują, bo taka dzielnica. Może jak nowy rząd da pieniążki na dzieci, to urodzi się dużo dzieci i będzie warto zatrudnić pediatrę w pozostałe dwa dni? A może dałby rząd pieniążki na pediatrów żeby można było z chorym dzieckiem pójść do lekarza też w piątek?

DSCN9084A jeśli chodzi o Męża i jego ostry dyżur okulistyczny, to Mąż poszedł z zaklejonym oczkiem i powiedział, że trochę mu ropieje i pani go zakwalifikowała jako niebieskiego, czyli że będzie długo czekał. Czekał tak długo, że w międzyczasie doszły 3 panie, z czego jedna tez niebieska, a dwie zielone, bo one powiedziały, że je boli. a jak były zielone, to weszły przed Mężem. Weszły bez okładów i wyszły z zaklejonymi oczami. Mąż wszedł z zaklejonym oczkiem, pod opatrunkiem miał tyle ropy, że gdybym opisała, to wpis zrobiłby się nieapetyczny, a przecież jest w kategorii ‚kuchnia’, więc nie mogę. No i umyli mu oczko i wyszedł już bez opatrunku.

Niezależnie od tego jaką matką jestem, jestem też fatalnym kierowcą. Wczoraj na parkingu pełnym studenckich aut otarłam się o takie jedno. Zostawiłam mu swój numer telefonu bo jestem mega uczciwa. Ale nie zadzwonił. Po cichu mam nadzieję, że nie zadzwonił, bo najpierw wywalił kartkę zza wycieraczki, a potem dopiero zobaczył otarcie. Zwłaszcza, że kartka była kawałkiem koperty z McDrajwu. Ale nie dałam kartki z telefonem wyglądającej jak śmieć specjalnie. Po prostu nie miałam innej.

Jeśli chodzi o zdjęcie księżyca, to Mąż zrobił. Zarwał noc i zrobił tej nocy kiedy księżyc świecił inaczej niż zwykle.

*Rano nie grozi nam zawieszona komórka, bo budziki są dwa.

Festiwal złych emocji

DSCN1388Dostałam polecenie zrobienia wpisu i nawet już szkic miałam, ale szkic mi się zdezaktualizował, a ja się zmęczyłam, bo spędziłam sporo czasu czytając mój ulubiony blog (mój własny oczywiście), a chociaż to takie miłe, to o pewnej porze już męczy. Ale jako że szkic miałam a polecenie padło, to ja zadaniu sprostam.

Pamiętacie jak się zasmuciłam kiedy wycięli nam spod domu las? Nawet wtedy nie przypuszczałam, że czekają nas gorsze rzeczy niż budowa. Bo budowa owszem, zacznie się po jarmarku, czyli w sierpniu i zapewne nie będzie miła dla ucha ani oka, a i kurz się do domu wzniesie, ale jako urodzona optymista żywię nadzieję, że widok koparek i betoniarek obudzi w małym Ursusie miłość do pojazdów, której po tacie nie miał jak odziedziczyć. U nas tata to lubi takie lalki jak mama, a mama lubi śrubokręty i klucze francuskie. Tylko kuchni francuskiej mama nie lubi, ale nie musi.

DSCN1392No więc od dramatycznej wycinki nie minął miesiąc, a żółte auto firmy ogólnobudowlanej znowu nadjechało. Tym razem wbijali pale wokół ogrodzenia, po czym na tych palach zamontowali nowe ogrodzenie- tak szczelne, że z ulicy człowiek nie zajrzy, tylko z trzeciego piętra zajrzy. Oczywiście nie byłoby w tym niczego złego, ale czujny widz zauważył, że na środku parkingu pojawiło się pomarańczowe kółko. A bystre oko odczytało, że przy kółku napisali „pl.bud.” Na samym środku podwórka-parkingu! Głupi by się domyślił, że chodzi o plac budowy, a nie na przykład plwociny budyniu*. I tak oto w czwarteczek, gdy jechałam za becikowym, na podwórku stanął próbny płot. Próbny, bo przed wieczorem zniknął. Myślałam, że tak tylko zaznaczają swoją obecność. Bo sąsiadka mówiła, ze przecież budowa po jarmarku. Kto zabierałby ludziom parking 3 miesiące przed budową? Słyszałam DSCN8826wprawdzie chamskie teksty majstra budowlanego, pogardliwe takie, że barykadujcie się samochodami, bo nam ktoś wjedzie. Znaczy taka była treść tej odezwy, forma była chamska i pogardliwa. Ale dwa razy udało mi się w czwartek wyjechać i wrócić i zastać moje miejsce parkingowe wolnym, co mnie bardzo cieszyło i pogodnie nastrajało. Bo inne miejsca parkingowe (w sumie 8-9 miejsc) miały zniknąć za próbnym płotem, a moje tak wspaniałomyślnie zostawili. A w piątek znów przyszło mi wyjechać. I nie było już dokąd wracać. Z daleka złociło się i błyszczało wolne miejsce, ale z bliska stał płot- już nie próbny, a na płocie napisali, że już nie mogę tam parkować, bo to teraz ich samozwańcza ‚brama wjazdowa’.

Zachowałam jednak zimną krew i stanęłam częściowo na chodniku przy drzwiach do nieistniejącej klatki pomiędzy naszą klatką i sąsiednią klatką. Nie zastawiłam DSCN8827nikogo i nikomu nie zaszkodziłam. Aż tu wieczorem znajduję na szybie liścik z pogróżkami. Nie byle jaki liścik, bo liścik częściowo nieczytelny. Na kawałku pudełka po lekach kobieca ręka pisze, że tu też nie mogę stawać, że w ogóle to jest znak zakazu wjazdu** i że ona spisała numery i dalej nie wiadomo co, bo pewnie była mocno wzburzona.

Miałam dużo złych emocji. Bo wiecie, gdyby napisała, że prosi by nie stawać to ja bym nie stawała z pocałowaniem ręki. Ale ona pisze, że spisała numery (i doniesie?), pisze że zakaz, a przecież mnie zakaz nie dotyczy i każdy o tym wie, bo parkuję tutaj nie od wczoraj (na szczęście), zakaz w ogóle nikogo nie dotyczy, ale to inna kwestia. A poza tym nowy inwestor pięknego terenu leśnego okradł mieszkańców z 10 miejsc parkingowych i babsko powinno skumać, że ludzie gdzieś auta stawiać muszą, zwłaszcza ci, którzy są tu legalnie i że stawanie na chodniku jest nieuniknione, bo jak miejsc ubyło a samochodów nie, to mamy deficyt miejsc.

Przestawiłam DSCN0012auto w ciasną szparkę, do której cudem się wcisnęłam i poszliśmy na spacer (na koncert Kukiza i jeszcze lepszy koncert chłopców z gitarami grających piosenki Kaczmarskiego nad Motławą). A gdy wróciliśmy, na zwolnionym przeze mnie chodniku stało inne auto i ono już nie miało adnotacji od życzliwej-nieżyczliwej sąsiadki, więc przekazałam mu swoją. A jako sposób na złe emocje dolepiłam jeszcze nalepkę na szybę.

Oczywiście zaraz zrobiło mi się głupio, bo kartka z pogróżkami owszem, ale nalepka niepotrzebnie. Następnego dnia rano Mąż szedł po bułki i słyszał jak kobieta pocieszała faceta, że nic się nie stało, że go raz spisali. A potem ów pozamiejscowy odjechał.

A potem przybyło dwóch gości w niebieskim i stanęli na bramie DSCN0019wjazdowej, ale jakaś życzliwa im przez okno powiedziała, że im nie wolno, bo wprawdzie budowa dziś nie pracuje, ale tabliczka wisi. No to przeparkowali. Tak przeparkowali, że mnie zastawili. Ale mieli swoje prawo, bo ładowali przyczepkę starymi meblami. A ja i tak nie wyjeżdżałam. No i byli obok w razie gdybym jednak wyjeżdżała.

Ale rozumiecie? Na podwórku stoi auto z Ukrainy, auto ze Szwecji, – na podwórku ubyło miejsc, a kobita nie kuma i sieje złe emocje, ja ze złych emocji mam ból głowy i też sieję złe emocje dalej. Facet znajduje pogróżki i zaczyna się bać… I pewnie też sieje złe emocje…

Wiecie, jak kupowaliśmy mieszkanie, to reklamowało się ono między innymi „prężnie działającą wspólnotą”. Jedna z naszych sąsiadek jest w zarządzie, na zebrania przychodzi z większością głosów, bo większość klatki nie ma siły pójść. Dzięki takiej dobrej DSCN0039organizacji i jednomyślności nikt nie otworzy monopola w lokalu na parterze. Jest dobrze. I spotykam sąsiadkę i pytam jej co z parkingiem, a ona mi mówi, że będzie ogrodzony, nie będzie obcych aut, zrobią ładne podwórko. No okej, to za dwa lata, ale ja pytam co z parkingiem TERAZ. Gdzie stawać? A ona jak mantrę mówi co to będzie kiedyś kiedyś. No, grabie grabią do siebie, wsadźmy do zarządu kogoś z samochodem, żebym nie musiała się przez najbliższe dwa lata bać, czy kiedy gdzieś pojadę i wrócę na przykład ze śpiącym dzieckiem, co zdarza się oczywiście często, to będzie gdzie stanąć, czy nie będzie? Czy, jeśli stanę na chodniku, wyjdzie kobieta z gwoździem i podziurawi koła? A może tylko porysuje drzwi?

Bardzo dużo złych emocji, zamiast się martwić, czy starszak zje podwieczorek, czy młodszemu wyjdą prosto zęby, muszę martwić się o los naszej Lanii, bo ona jest najbardziej bezbronna.

Ale na szczęście, oprócz festiwalu złych emocji, mamy też festiwal truskawek. Mała pociecha, ale mamy i większą pociechę. Otóż załapaliśmy się na darmowe zaproszenia dla naszych dzieci na żeglarski dzień dziecka i za tydzień wypłyniemy sobie w morze jachtem ZA DARMO.

PS. Wkrótce kandy na blogu Cytrynny. To jest ten fragment, który się zdezaktualizował. Nie przegapcie. Do wygrania będą cenne nagrody i tabliczki z napisem  ‚brama wjazdowa’. Kto ma w domu bramęDSCN0051, temu się przydadzą.  Tabliczek nie będzie, bo dzisiaj postawili na budowie stróża. Ja bym poszła tam, bo jestem taki kozak, a pan stóż często idzie do sklepu, ale po co robić człowiekowi problemy? Kandy będzie i będą cenne nagrody, ale tabliczek nie będzie. Możliwe za to, że kandy będzie ustawione.

PS2. Czy 35,90 za 3 średnie pizze z telepizzy ( średnica 30cm) to jest dużo? Pozornie wydaje się, że 12 za jedną to niedrogo, ale czy 36 za jeden posiłek to można dać? Chyba tylko z jakiejś okazji.

*Budyń to rzecz jasna nasz lokalny prezydent miasta o dosyć grubawym ryjku i utajonych dochodach..

**Znaki zakazu stoją przy wszystkich wjazdach na podwórka, ale niestety są nieaktualne, bo zmieniło się prawo i zmieniły się tez zasady tego, czego niby te znaki nie dotyczą. Kiedyś mieszkańcy mieli identyfikatory i nie płacili, a teraz nie ma identyfikatorów i znaki zakazu też stoją tylko z przyzwyczajenia.

DSCN0029

DSCN0054

M jak Majówka

DSCN0532Jak czytelnikom minęła majówka? Nam udało się ją spędzić poza domem i to w cenie zaledwie 16 złotych za łóżko, drugie gratis. Ekstra, co nie? Gorzej, że w sumie to na terenie tego samego miasta. Ale ładnie, zielono za oknami było. I pogoda też niczego sobie. Trochę padało, ale trochę świeciło słońce, trochę było ciepło, a trochę mniej ciepło, ale nigdy zimno. Idealna pogoda na grilla, w dodatku biskup dał dyspensę a my mieliśmy sos barbaki po tym jak w KFC skończyła się promocja tuż przed naszym (czyli w sumie Męża) nosem. I goście fajni też mogli być.

Ale jednak z dyspensy nie skorzystaliśmy. I grilla też nie było. Tylko sosu udało się użyć, ale w warunkach domowych. W ogóle jakoś tak byliśmy razem, ale osobno. Szczerze mówiąc, to w kategorii majówka ta była chyba najgorsza. Ale to dlatego, że w 2013 było szałowo, a rok temu leżałam na kołdrze na pomoście i czytałam na głos Norweski Dziennik i NIC nie musiałam. Jeśli zaś chodzi o wcześniejsze majówki, to pisałam już kiedyś, że przed 2013 majówek nie było. DSCN0657Więc próg był wysoki i nietrudno majówce być najgorszą.

Co więc się działo, że było tak grubo i gdzie byliśmy? Byliśmy w szpitalu zakaźnym, gdzie nasz odwodniony Stanisław zażywał kroplówkę za kroplówką, bo się biedaczysko odwodniło i chciało dalej odwadniać, bo ma siłę woli silniejszą od woli życia.

Chciałam napisać ze szczegółami jak to się całorodzinnie bawiliśmy w rotawirus, ale słowa ‚biegunka’ i ‚wymioty’, których musiałabym użyć wielokrotnie, jakoś tak zabijają całą poezję. Chętnie bym napisała jak to wezwany do domu za prawie dwudniową pensję Męża lekarz dał antybiotyk ‚na zęby’ na wszelki wypadek, ale tu z kolei nie ma po co. Dla kontrastu należy pochwalić panią doktor z przychodni, bo to dobra pani doktor.

W wielkim skrócie: Stanisław spędził 3 dni w szpitalu. Jego młodszy brat, który też chorował, nie musiał iść do szpitala, bo pił mleko matki. Młodszy brat ma 11 miesięcy. Mówi się, że rotawirus szczególnie niebezpiecznym jest dla niemowląt 6-24, ale jednak nie. Jednak dla 4-latka bardziej jeśli akurat jest uparty.

DSCN0583Jeśli chodzi o noce, które starszak spędził poza domem, to głupi był ten, kto sądził, że wyśpi się. Pierwszej nocy młodszy brat spał od piątej do trochę po siódmej Z PRZERWĄ koło szóstej. A przedtem oglądaliśmy wschód słońca nad miastem i inne takie. Drugiej nocy młodszy brat budził się wiele razy, a moja zmiana w szpitalu zaczynała się o ósmej*. Zaś trzeciej nocy podobnie z tą różnicą, że moja zmiana zaczynała się już o siódmej**.

W niedzielę starszak obiecał pani doktor, że będzie pił i jadł i poszliśmy do domu. Generalnie to moim zdaniem było mu w tym szpitalu nieźle, bo nikt mu nie zabierał zabawek, nikt nawet nie podchodził do jego zabawek i nie sprawdzał, czy go to zdenerwuje. Każdy, kto przy nim był, miał dla niego masę czasu, bo nie trzeba było przygotowywać jedzenia ani sprzątać ani opiekować się nikim innym. DSCN0665Ale drażnił go wenflon. I chyba najbardziej ze wszystkiego to bał się, że brat przebywa w „jego” pokoju a on tego nie kontroluje.

A jak już wróciliśmy do domu, to w skrzynce była taka ulotka z Telepizzy. A mamy do Telepizzy sentyment, bo w czasach gdy Mąż chorował na strach przed końcem świata i wrzody (ale o wrzodach jeszcze nie wiedzieliśmy), to zwykliśmy chodzić całorodzinnie do Telepizzy w poniedziałki na tanie pizze jednoskładnikowe. Urocze małe Stasio wchodziło za ladę a pani pizzermanka tak go lubiła, że  wychodziła do sklepu po mleczną kanapkę dla niego (której jednak mu nie dawaliśmy, bo był malutki i dawał sobie nie dawać). I myśl o wieczornym zamówieniu jadła do domu pokolorowała nam całe popołudnie. Nadmienię jeszcze, że byłam tak zmęczona, że ledwo powłóczyłam nogami i godzinę siedziałam nad ulotką zastanawiając się jaki smaczek będzie najlepszy. Bo Mąż to nie wiedzieć czemu preferuje hawajską.

DSCN0577Był to pierwszy raz gdy zamówiliśmy pizzę do domu. Poszłam spać, bo miała przyjechać za półtorej godziny. Chyba przyjechała szybciej, bom się nie wyspała. Ale przyjechała jakby inna od zamówionej. Jakaś taka z ogórkiem i sosem musztardowym. Fuj! Nazywała się Bawarska, czyli jakby tak podobnie do Hot Habanas (podobnie?), którą zamówiliśmy. Mąż zadzwonił w sprawie tej pomyłki i obiecali przysłać właściwą. Znowu poszłam spać, a nowa pizza przyjechała zanim wystygła porzucona przeze mnie herbata! Ta nowa była pyszna. Mimo że z ananasem. A nawet właśnie dlatego, że z ananasem.

A wczoraj Mąż zachorował. I leżał. I nie miał na nic siły. I trzeba było mu podawać picie. I jedzenie. I piżamki zmieniać. I tak już dwa dni. Jego choroba jest bardzo niekorzystna, bo Mąż pisze doktorat. Jeszcze nie zaczął, ale za dwa tygodnie kończy. I czas leci i licznik bije.

DSCN0647Jeśli chodzi o Stasiaczka, to szpital uczynił go bardzo szczęśliwym. Gęba się dzieciakowi śmieje od samego bycia w domu. On już nawet nie pamięta, co go bolało i nie chce respektować lekko strawnej diety. I rowerka się domaga całkiem skutecznie. A w szpitalnej telewizji widział dziesiątki razy reklamę Voltaren żelu i teraz domaga się (nieskutecznie) żelek Voltaren. Że niby do żucia. I za tak zwane Chiny ludowe nie chce skumać, dlaczego nie może iść do babci. Obie miejscowe babcie akurat przechorowują jego chorobę.

A jeśli chodzi o mnie, bo na pewno każdy chce wiedzieć, to padam na RYJ, ale pranie samo się nie powiesi, a zakupy same do domu nie przyniosą. I śmieci same nie wyrzucą. Nic samo się nie zrobi. Jeśli zaś chodzi o moje odczucia, to od dwóch tygodni cierpię na ból połowy szczęki, bo chyba umarł mi trzeci już ząb. Nie mogę pić gorącej herbatki, która na co dzień daje mi tak wiele radości. Umówiłam się do dentysty na za trzy dni, ale mam obawy, DSCN0584czy w owym terminie opuszczę miasto, bo mój dentysta jest za miastem (i jest najlepszy), gdyż litościwie nam panujący prezydent Bul przybywa do miasta po raz ostatni w tej funkcji i przywozi ze sobą dużo innych prezydentów. I może być ich tyle, że zakorkują miasto. A my akurat jako ta elita mieszkamy w samym centrum wszystkich wydarzeń.

Pytanie polityczne do czytelników: czy podczas ciszy wyborczej wolno puszczać piosenkę o torbie pełnej prezentów i buziaczkach? A można mieć taki dzwoneczek w swoim smartfonku? Albo czy wolno pytać na stronach internetowych o zgodę na cookies? I czy z tą zgodą to się nie reklamuje dwóch kandydatów na raz?

A żeby nie kończyć tak politycznie, to jeszcze przytoczę taki kawał, który krąży u nas po kuluarach:
DSCN0650Wchodzi Hajnid (high need baby) z bratem do sklepu i mówi, że chciałby wszystko. Brat mówi, że chciałby malutką piłeczkę za zeta. Wychodzi Hajnid ze sklepu z wielką torbą z wieloma rzeczami i brat z niczym (albo bez niczego) . Kto jest bardziej pokrzywdzony? Oczywiście Hajnid, bo wartość tego, czego nie dostał, znacznie przewyższa wartość tego, czego nie dostał brat.

*Wstałam wówczas o 7:41 z powodu zaspania. O 7:45 byłam w samochodzie, a o 7:53 pod szpitalem.

**Jako matka dwójki dzieci musiałam się rozdwoić, bo każde chciało ze mną być, a nie mogły być ze sobą.

DSCN0648Mąż z pizzą.

Elementy stylizacji:

-koszulka House z outletu za 5 złotych, dla lepszej stylówy założona tył do przodu i na lewą stronę

-okulary – sklejone taśmą przez żonę

-fryzura- przycięta nieudolnie przez żonę bo wchodziła do oczu i uszu (fryzura wchodziła, nie żona)