O wywieraniu nacisku na otoczenie

DSCN8042Nasze małżeństwo bardzo lubi rocznice a dzisiaj mieliśmy akurat podwójną i z tej okazji zamiast wyłożyć się teraz do góry brzuchem zostałam zobowiązana do stworzenia tego krótkiego wpisu o dzisiaju. Nie czuję się jednak dotknięta, bo od leżenia do góry brzuchem boli pewien odcinek kręgosłupa. Rok temu 18 maja był sobotą a my spędziliśmy ją w mieście, bo akurat miał być katolski spęd, który nas interesował. Czas do spędu spędziliśmy trochę nad morzem, a trochę gdzie indziej. Potem był spęd, po którym mieli się do nas  odezwać, ale rok mija, a telefon milczy. Padała ulewa i zmókł nam wózek. Było fajnie. Idealny dzień do świętowania i udało się go zupełnie dobrze zupełnie przypadkiem powtórzyć.

Ważniejsze jednak jest to, że odkąd blog istnieje, trzecia niedziela maja jest świętem barszczu czerwonego. Obchody święta barszczu zostały jednak zaburzone, bo ani Lemon Tree, które odwiedzamy zawsze w ten dzień, nie jest czynne, ani my nie mamy auta. Auto zaniemogło w czwarteczek i lekarz, do którego trafiło w piąteczek DSCN8074stwierdził, że przetrzyma je przez weekend w oczekiwaniu na implant z Warszawy (nie przeszczep, bo przeszczep jest używany, po kimś). Biedny zieloniutki. O ile nieistnienie Lemon Tree nie jest dużą przeszkodą, o tyle brak auta już nią jest. Poza tym auteczko zawsze było z nami tego dnia i bez niego nie moglibyśmy cieszyć się barszczem. Za miejsce spędzenia dzisiaj dnia obraliśmy sobie Sopot, bo to fajne miasto i można do niego dotrzeć eskalemką. Ale w Sopocie znamy tylko jedno miejsce z barszczem i jest to miejsce drogie, a barszcz w nim serwowany jest z kartonu, więc obchody święta barszczu przeniesiono a dziś spędzaliśmy rodzinną niedzielę nad morzem.

Było bardzo rodzinnie. Mieliśmy cynk z internetu, że odbywa się tam festyn dla rodzin. A może festiwal. W każdym razie miało być „śniadanie na polanie”, która była akurat plażą. Wstaliśmy późno, bo nikt nie budził wcześnie, zjedliśmy co popadło (akurat popadł dobry chleb z dobrą szynką, którą kupiłam w piątek bez kolejki) i poszliśmy na eskalemkę. Dojechaliśmy do Sopotu w kameralnym przedziale i powędrowaliśmy nad morze. Synek znów zadziwił, bo chociaż ostatni raz nad morze w Sopocie szedł w środę przed tłustym DSCN8088czwartkiem, to doskonale kojarzył, że wówczas klaun grał na gitarze i wspomniał o tym. Synek miał nową czapkę, która nie jest może zbyt dizajnerska, raczej taka trochę z tyłka, ale jest z bawełny, chroni od słońca i chroni uszka. Gdyby na uszkach się nie odwijała, byłaby bardziej dizajnerska niż z tyłka. Następną zrobię tak, że się odwijać nie będzie. Czapka jest z prototypu, który powstał rok temu. Ta nie ma już wad w postaci niestarannego uszycia, ale nie jest jeszcze doskonała. Za to pasuje do dresików, jest z bawełny i, co najważniejsze, posłuży synkowi przez wiele lat, bo się dobrze naciąga. No i miał skarpetki w paski w kolorze bluzy oraz spodni, a na jednym z rękawów bluzy łatkę w kolorze spodni. Był ubrany bardzo pro. Jak nie nasze dziecko. Bo jeśli chodzi o ciuszki, to my akurat mamy inne priorytety i nosimy się niedbale (tu przypomnę, że ja ciążę przechodziłam w trzech sukienkach i nie planuję już żadnej nowej).

Śniadanie trwało od 11, a my dotarliśmy tam chwilę po 12 i NIE BYŁO JUŻ NIC do jedzenia. Były za to soki. Ja wypiłam ich tyle, żeby podróż w obie strony mi się zwróciła, czyli skromne 5 kubeczków. Gdybyśmy jechali samochodem, nie musiałabym wypić nic, bo zieloniutki wozi nas za darmo, a my za to dobrze o niego dbamy i dajemy mu takie picie jakie lubi. Uwielbiam sok pomarańczowy, ale poza ciążą wywoływał on migrenę. Teraz nie. Mąż był bardzo głodny, mieliśmy jednak banany i one uratowały sytuację. Synek był uradowany, bo był tam porządny piasek i kamyczki (w domu ma porządną piaskownicę, ale kamyczków tylko tyle, co sobie naniesie), a on-synek miał spycharę, czyli traktor duplo. Spychara sprawdzała się znakomicie w tym piasku, a inne dzieci, trochę bardziej dizajnersko ubrane, patrzyły tęsknie na ten sprzęt. Jeden chłopiec miał łyżkę, a inne dziecko nie miało w ogóle czym bełtać w piachu. DSCN8158Dzieci nie mają dobrze. Rodzice zapewniają im ciuszki zamiast frajdy.

Obejrzeliśmy też stoiska, ale minky nas już nie interesuje, bo mamy swoje. Były książeczki dla dobrych rodziców i ich dzieci. Jedną synek już ma więc podczas pokazu brylował błyskotliwymi odpowiedziami na pytania pani, druga była ładna, ale psychodeliczna trochę. Na szczęście ostatnia i zeszła na pniu zanim zdążyliśmy powiedzieć, że jej nie chcemy. Trzecia to był Gruffalo. My mamy Gruffalo od lat, ale po angielsku i z guziczkami dźwiękowymi, więc lepiej. Podobno teraz robi furorę w Polszy. Był też piasek kinetyczny i fajne klocko-puzzle. Nieopodal dzieci wąchały ziemię, która pachniała lasem. Nasze dziecko nie musiało, bo dla niego ten weekend to akurat jeden z nielicznych weekendów bezleśnych a nie odwrotnie. Zdobyliśmy balonik i wiatraczek.

Potem byliśmy na placu zabaw, który był duży i fajny i pełen ludzi z dziećmi a bez psów! Mąż był jak to zwykle na placu zabaw bywa głównym tatą dla innych dzieci, bo inni rodzice siedzieli sobie na ławkach dookoła placu a ich dzieci spragnione rozmówcy zwracały się do tego najwdzięczniejszego*. Niestety, nie doczekaliśmy się w kolejce po bezpieczną huśtawkę, bo dzieci zajmujące dwie takie były bardzo z huśtawek zadowolone. A iść dalej musieliśmy, bo znów byliśmy głodni. Przyczepiła się do nas na chwilę pani jakaś dzika, co wyglądała normalnie i alkoholem nawet nie pachniała, za to coś brąchała, że niedługo to dwa wózki pojadą, bo ten to spacerówka i że ona widzi, że dziewczynki to już nie będzie, bo z tego co widzi, to to już ostatnie. Nie wiem, po czym to widziała, bo kulam się bardzo ładnie i dzielnie, ale Mąż ją spławił życząc jej wszystkiego dobrego, a ja o kwasie szybko zapomniałam, bo nie zwykłam żywić urazy. Był tam dziś i słynny na całą Polskę Palikot, ale jakoś się rozminęliśmy.

Na placu przy molo rozdawali niebieskie balony od platformy, ale nie braliśmy. Ursus bardzo naciskał by szybko gdzieś usiąść. Przysiedliśmy i posiedzieliśmy, po czym lunął deszcz, więc schowaliśmy się w księgarni. Potem wróciliśmy do domu zatłoczoną eskalemką, w której był pan, co mi miejsca ustąpił i dzidziuś, co się DSCN8176synkowi spodobał i inny chłopiec o imieniu Ksawery, którego rodzice wieźli telewizor  i upuścili ten telewizor na peronie po wysiąściu. Podczas powrotu (ale już na peronie w Sopocie) okazało się, że Mąż pachnie jak sprzed lat. Od lat nie pachniał tak dobrze. Twierdzi, że to wiosenny deszcz na czystej koszulce.

A potem synek sam się domagał, by iść do kościoła, co jest o tyle nietypowe, że nie każdy kościół lubi. Ale naszą już-wkrótce-parafię lubi bardzo.

Dzisiejszy dzień jest jeszcze radosny z innego względu- wrócił synka dziadek a Męża Tata i byliśmy wieczorem na rodzinnej kolacji. A potem wróciliśmy do domu i synek padł w 5 minut zmęczony jak koń po westernie.

*Dzieci i studentki Męża uwielbiają. Mąż najbardziej lubił Filipka z Borkowa, który domagał się obietnicy, że „wujek” jeszcze przyjdzie. I przyszedł.

DSCN8153

Reklamy

Kołysanka dla przyjaciół

DSCN3559Jestem bardzo śnięta, ale oczywiście nie będę chora i nie będę mogła sobie poleżeć przez tydzień bezkarnie. Ostatnią gorączkę miałam ponad 2 lata temu, gdy synek miał 4 miesiące a ja sięgając do jego łóżeczka przymiażdżyłam sobie jedną pierś i ta zaczęła się palić. Ale nawet wówczas była to mała gorączka i trwała niecały jeden dzień. Tacy jak ja nie chorują. Możliwe zresztą, że wcale nie będę chora, nawet bez gorączki a jedynie przeżywam stresy dnia dzisiejszego, bo miałam dziś kilka stresów za kierownicą. Pierwszy był taki, że śniła mi się laska żądająca ode mnie kupy kasy za zarysowanie jej (wgniecionego wcześniej nie przeze mnie) zderzaka podczas manewrów na parkingu. Kolejny był taki, że wjechałam w Kościerzynie na parking, na którym nie było miejsc, a który był na końcu ślepy. W tym czasie ktoś zwolnił jedno miejsce, ale mi bardzo trudno było się cofnąć szybko i sprawnie, bo opony ciągnęło do szurania o krawężnik. Gdy zastanawiałam się przy jakim ustawieniu kierownicy koła będą proste, laska w dużym czarnym samochodzie wjechała w to miejsce, które wciąż było za mną i zajęła je. Zapłakałam wtedy gorzko  i rzewnie, ale nie zaklęłam. Mąż zaś nie pozwolił mi nakleić jej naklejki o łosim parkowaniu. Zaparkowałam na innym parkingu, dużo dalej od celu. Potem poszliśmy kupić Mężowi Osadników z Catanu i parówki. Po parówki stałam w kolejce jak po mięso za czasów, których nie mam prawa pamiętać. Ludzie kupowali mięso, ja kupiłam parówki. Stałam pół godziny,DSCN3575 bo sprzedawała jedna pani, a druga w tym czasie mieliła mięso zamiast rozładować kolejkę zanim zmieli. Mam nadzieję, że parówki okażą się warte tego stania. To wprawdzie znane parówki, ale za każdym razem smakują inaczej. Potem w mieście Mąż spanikował gdy zbyt długo nie naciskałam hamulca zbliżając się w korku do auta przede mną. Stwierdził, że zachowuję się czasami jakbym nie miała oczu i musiałam zdjąć chroniące mnie od słońca okulary, żeby go przekonać, że oczy mam.

A potem zajechaliśmy na parking za domem, czyli na podwórko. Odkąd naszą ulicę uczyniono strefą płatnego parkowania, zawsze pełna aut ulica stoi pusta, zaś na podwórku, niegdyś pustawym, roi się od bezprawnie tam umieszczonych aut i rozgrywają się dantejskie sceny*. Dla nas nie było miejsca więc wjechałam na trawnik (na pewno rozjeżdżając przy tym wiele psich kup**) w miejsce wątpliwego parkowania. Poszliśmy jeść obiad, a tymczasem miejsce na podwórku się zwolniło. Pobiegłam się przeparkować z rozwianym włosem i sznurówką. Po drodze mogłam zaobserwować, że na podwórko wjeżdża auto należące do pobliskiego sklepu. Nie wiedziałam, czy pilnować wolnego miejsca, czy szybko biec po Lanos, ale auto nie zauważyło wolnego miejsca i zaczęło kręcić się koło naszej Lanii. Już myślałam, że zawraca i zaraz odjedzie, ale nie. Chociaż stałam i czekałam na ten odjazd, kierowca obrócił tak, żeby nas przyblokować i stanął w rogu parkingu blokując wielu. Byłam wściekła. Mocno to przeżyłam, ale znów nie miałam przekleństw, bo jestem taka kulturalna. Potem szłam z Mężem i tym razem miałam pozwolenie na naklejenie łosiej nalepki, ale kierowca auta nosił towar. Zobaczył nas i naszą sytuację, spytał czy wyjeżdżamy i odblokował nas. DSCN3552Kulturalnie wszystko. Mąż jest taki kontaktowy. Mąż przestawił auto bo ja nie miałam już nerwów na siadanie do manewrów. I zapomniałam o moim największym stresie zakierowniczym i największej przykrości jaką mi wyrządzono. Otóż kiedy Mąż zauważył, że się popłakałam a ja wyznałam szczerze, że nie umiem manewrować, to powiedział „wiem, to widać”. Jak żyję nie słyszałam bardziej gorzkich słów.

A poza tym dziś przyjechał nasz nowy laptop, drugi już. Pierwszy jest w trakcie zwracania i okazał się mieć uszkodzony procesor a sprzedawca najpierw zainstalował system, potem dopiero wymienił procesor i nie sprawdził, czy jest dobrze. Nowy laptop wizualnie powala dyzajnem i cenę tez miał atrakcyjną, ale uroczyste odpalenie odbędzie się dopiero po powrocie Męża. Z Mężem wraz też będziemy czytać pasjonującą powieść o dzieciach w naszym wieku. Tego to nie mogę się doczekać i przeżywam prawdziwe katusze czekając na wieczory i wspaniale ćwiczę silną wolę nie podczytując jej sama. W kwestii jedzenia galaretek nie mam tyle silnej woli. Galaretki idealnie regulują mi cukier, ale żołądek ich nie trawi.
DSCN3690
A poza tym, to marzę o owerloku. I o minki w każdym kolorze. Ale mam już kilka kolorów minki- po ćwiarteczce, zaś owerloka nie mam a byłby idealny do zszywania kawałeczków minki. W sobotę przeczytałam pozytywną opinię o owerloku z Lidla, co pozwoliło mi zacząć marzyć o owerloku 3 razy tańszym niż do tej pory marzyłam. Ponadto, w naszym Lidlu wciąż stoją bądź tez leżą 3 owerloki, co pozwala marzyć o czymś osiągalnym, przynajmniej fizycznie.

A jeszcze poza tym, to widzieliśmy dziś sarenki z bliska i wciąż mają białe pupy i ogólnie są szare. Zapewne nie zmieniają futra, bo wiedzą, że jeszcze będzie zima. A wypatrzyłam je oczywiście ja. Dwie sarenki żyją sobie przy drodze za płotem i można się zatrzymać i popatrzeć.

A jeśli chodzi o krzyż w Płocicach, to został on naprawiony. To dobrze.

*Dziś byłam świadkiem jak pani z Wejherowa odgrażała się panu w długim samochodzie, że zawoła kogoś, bo nie mogła przez niego (tego pana, nie kogoś) wyjechać, ale pan jej rzekł, żeby cicho siedziała, bo sama wjeżdżając dwa zakazy złamała.

**I niniejszym przyznaję tu, że za psami nie przepadam, ale jeszcze bardziej nie lubię ich panów. Najbardziej w psach, czyli w ich panach w zasadzie przeszkadza mi, że nie sprzątają psich kup. Kościerzyna jest ich pełna, podwórko za domem w Gdańsku też. Wczoraj wdepnęłam raz, Mąż, który kocha, wyczyścił mi but i dziś znów wdepnęłam***, a prawie nie opuszczam chodników. Na wsi, gdzie psy biegają samopas, kup praktycznie nie ma, co daje pewne pojęcie o tym, kogo należy nie lubić. Ale psy także szczekają. Jeśli ktoś po psie sprząta, a pies nie szczeka za dużo, zwłaszcza w nocy i bez powodu, to ja na takim psie nie wieszam psów i akceptuję go. Ale nie pogłaszczę, bo rzadko kiedy pies bywa miły w dotyku. Bezpański kot to jest czysty i miły, a pies, nawet domowy to jest taki, że jak się dotknie, to ręka zaraz zasyfiona. Ale to nie ma wpływu na moje lubienie psów, bo ich nie tykam.

***Wyobraźcie sobie jaką udręką jest prowadzenie auta z psią kupą pod butem. Każdy ruch nogi aktywuje zapach!

DSCN3684To zdjęcie jest w dużym formacie, żeby pokazać jak biegnę kiedy akurat nie kuleję. Dzięki temu zdjęciu można mnie bardziej podoceniać.

O niechcemisiu

DSCN2919W ogóle mi się nie chce. Wpis o naszej Norwegii, która była taka fajna, przerwałam w połowie. Wpisu o naszej randce z okazji rocznicy ślubu, która była poniekąd jeszcze fajniejsza nawet nie chce mi się zaczynać. Mam bardzo ładne wyniki badań krwi i fajny ruchliwy brzuch, który wcale nie spowodował jeszcze ogromnego przyrostu masy. Mam też nowy laptop, którego nie chce mi się uruchomić. Poza tym jeszcze nie jadłam dziś budyniu ani nie piłam ulubionej herbaty, którą pijam tylko raz dziennie, czyli teoretycznie wszystko co najlepsze przede mną. Mam kilka potencjalnie interesujących książek, których nie chce mi się otwierać. Codziennie sparzam się wyparzając butelkę z przegryzionym smoczkiem, który tryska na wszystkie strony, ale nie chce mi się pójść po nowy do apteki chociaż już go uwzględniłam w wydatkach. Mam też atrakcyjnie pachnące masło shea, ale nie chce mi się nim smarować. Na poczcie czeka od piątku prezent na rocznicę dla Męża, jeden z wielu, ale na poczcie trzeba czekać w kolejce, więc to akurat jest zrozumiałe, że mi się nie chce. Skądinąd jutro będę na poczcie, więc być może odbiorę. Odebrałabym dzisiaj, ale kiedy mijałam pocztę, ona była JESZCZE zamknięta. Istnieją zaległe esemesy, na które nie odpisałam, ale mi się nie chce. Powinnam uszyć pokrowiec na laptop Męża, bo dotychczasowy pokrowiec poszedł w zamku gdy wpakowałam tam mój nowy. Mam też atrakcyjny i kolorowy projekt, w którym wystarczy poukładać kolory i zszyć, ale nie jestem w stanie ułożyć kolorów w sposób satysfakcjonujący. Planowałam tez Mężowi uszyć koszulę z bardzo fajnego materiału. Nawaliłam zupełnie. Oczywiście nic już nie zrobię, DSCN3109bo jutro muszę zająć się samochodem, który przeczekiwał mrozy i pewnie stracił całą moc z akumulatora. Zajmie mi to tyle czasu ile będę miała. Być może zajmie mi to jutro, pojutrze i piątek. Czy ja jeszcze żyję? Te ładne wyniki badań świadczyłby o tym, że żyję i to nieźle, ale okupiłam je bardzo.

A było tak. Poszłam do wykwintnej kliniki leczenia niepłodności, która mieści się w pobliskim Medisonie, bo owa klinika bada krew dla okolicznych małych pobieralni, więc siłą rzeczy ma też najtaniej. Ale ma kolejki. Ale za to krew oddaną tam można bez osobistego odbierania zobaczyć wieczorem w internecie. Zamierzałam czytać w kolejce, ale nie byłam w stanie wyjąć książki z torebki. Zresztą i kolejka szła szybko. Czułam, że muszę pilnować swojej kolejki i co chwilę zmieniać krzesełko, bo inaczej się przede mnie wepchną. Potem weszłam. Były dwa babsztyle. Jeden od igły, drugi od biurokracji. Ten od igły powiedział, żeby nie stawiać sików na stole. A potem spytał, czy ciąża i który tydzień. Ja im na to, że nie wiem i to je zbulwersowało. Podałam im datę ostatniej miesiączki tak jak to się robi w wyższych sferach, czyli u naszego doktora. Jednak im to nic nie powiedziało, bo nie są wyższą sferą. Do mnie rzekły, że jak od trzeciego września, to chyba już wiadomo, który tydzień (ę? w ogóle to wiadomo, ale kto by liczył? nie staję co wtorek przed lustrem i nie mówię sobie ile minęło, ile zostało, nie sprawdzam obwodów, nie robię odlewów brzucha, nie notuję objawów. Czy to błąd?). Wspólnie zaś uradziły, ze do swojej statystyki nic nie wpiszą. Wielkim szczęściem wyżłopałam rano szklankę wody, więc krew leciała żwawo a nie jak zawsze i nie musiałam być tam długo. Bo jakoś atmosfera nie sprzyjała nawiązywaniu przyjaźni.

DSCN3034A potem poszłam do pobliskiego Subwaya na tym samym piętrze i zjadłam ulubioną kanapkę, która okazała się być subem dnia na wtorek, czyli była taniej. Potem zeszłam schodami do sklepu samoobsługowego i zrobiłam zapas budyniów malinowych, które są ulubione, a których nie ma w okolicznych spożywczakach. A potem przyszłam do domu i wycięłam kolorowe kwadraty- małe i duże, lecz na tym moja aktywność twórcza się skończyła. Nietwórczo wypolerowałam kibel, umywalkę i wannę. Ostatnio robię to często. Mam taki Harpic, którego zapach mnie zniewala, a działanie powala. I był sporo on tańszy od Brefa 6w1, który stał tuż obok na półce w niemieckiej drogerii.

Chyba mogłabym napisać o czymś ambitniejszym, czymś z tej listy tematów, które nakazano mi opisać, ale już nie zdążę, bo muszę zrobić karbonarę. Wszak już umiem idealną, a i Mężowi należy się spróbować czegoś, co ja sobie żarłam cały zeszły tydzień, nawet w piąteczek.

Czy nie sądzicie, że ja po prostu za dużo muszę i to mnie przytłacza? Chciałabym musieć leżeć i czytać. I pachnieć. I zjadać frykasy, które by mi podawano. Najlepiej jeszcze musieć wybierać je na bieżąco z karty frykasów.

Zbijanie kokosów

DSCN1701Siedzimy sobie w naszym domku na wsi. Ani on nasz, ani siedzimy. Mąż dogorywa i poleguje, ja zaś krążę od jego legowiska, w którym zmieniam zimne okłady mniej więcej co minutę do zmienialni okładów w łazience, gdzie się je chłodzi i czasem przysiadam na 15 sekund by dopisać kilka znaków. Synek śpi smacznie, a radny puszcza muzę dla całej wsi.

Tym razem udało nam się przybyć na wieś już w piątek (pierwszy raz!), co miało mnóstwo zalet. Jechaliśmy już w chłodzie wieczornym i spaliśmy na świeżym powietrzu przy otwartym oknie, czego w mieście się nie uświadczy. Ponadto dzień rozpoczęliśmy już na miejscu i to wcześnie. Byliśmy w mieście kupić synkowi prezenty na nadchodzące urodziny. Padał deszcz i musieliśmy wyglądać praktycznie i nie kierować się wcale modą. Ja reprezentowałam feszyn from Kościerzyna, DSCN1722 który wygląda jak zdjęcie pokazuje. Skapnęła mi gazetka o paczłorkach, którą wypatrzył Mąż. Nie robię w paczłorkach, ale może zacznę, bo gazetka prezentuje istne cuda. Zaszliśmy też do nieodwiedzanego od niemal dwóch lat sklepu ze słodyczami z Niemiec. Byliśmy tam niedawno, ale akurat panował upał i nie było sensu kupować czekolady. Dziś odbiliśmy to sobie na kwotę 23 złotych. Kupiliśmy między innymi czekoladę z nadzieniem miętowym, co uwielbiam. I czekoladę mleczno-kokosową, która była najlepsza na świecie. Niestety nie został spożytkowany nawet jeden pełny rządek, a kokosy zniknęły. Spacerowaliśmy później po lesie, a gdy wróciliśmy do domu okazało się, że smakołyku nie ma z nami. Musiał wypaść z wózka, DSCN1688co ostatnio często nam się zdarza. Zebraliśmy także niemało kurek, ale nie wiadomo co z nimi będzie, bo Mąż leczy wrzody, a teraz jeszcze leczy siebie, więc wiadomym jest, że nie zjadłby, ale także ich nie obrobi, a to on w naszym związku jest tym, kto obrabia grzyby.

Podczas spaceru, który biegł przez zakole Wdy pod Płocicami, zatrzymaliśmy się w urokliwym miejscu, w którym na rzekę spuszczono kłody tak, iż tworzą one pomosty i obserwowaliśmy jak liczne spływy kajakowe sobie z przeszkodą radzą. Poradziły sobie wszystkie, ale zjawisko było wysoce ciekawe, a jeszcze ciekawsze było, jak klęły kobiety, co świadczy o statystycznie słabszych nerwach u kobiet. Bohaterski Mąż skoczył do wody gdy jednej kajakarce uciekło wiosło. Gdyby nie jego refleks, ona by nigdy wiosła nie dogoniła i musieliby zabulić kaucję! Mijaliśmy również liczne krzewy jeżyn i był na nich tylko jeden owoc. My też mamy jeżyny spod Płocic, ale nasze jeżyny są dalekie od owocowania.

Wróciliśmy do domu i Mąż zaległ. Twierdzi, iż jest słaby i ma na potwierdzenie gorączkę, ale nie bardzo wysoką. Spał sobie w najlepsze w biały dzień, a my z synkiem wytrzepaliśmy dywany, gdyż spodziewamy się gości i musi być w domu idealnie. Dom bez dywanów wygląda o jakieś dwie epoki nowocześniej!

DSCN1749

Albo wpis, albo tytuł

DSCN7407Przykazano mi zrobić dziś koniecznie wpis. To jeden z co  najmniej trzech wpisów, które muszą powstać. Wpisy nie mogą powstać, bo ja jako Cytrynna to mam tak, że albo mam pomysł na wpis i on sam spływa, albo mam pomysł na tytuł i nic więcej. Gdy mam pomysł na wpis, to pytam o tytuł menedżera, ale jego pomysły są żenujące. On by niniejszy wpis zatytułował „porzeczki bez żelfiksu”. Prawdopodobnie mój menedżer się słabo nadaje i nie spełnia się na stanowisku menedżera bloga Cytrynny. Posiadanie menedżera bloga przypomina trochę mieszkanie urządzone przez architekta wnętrz. Niekoniecznie jest lepiej, ale kosztuje. Mój menedżer na przykład zmusza mnie do robienia wpisów, chociaż chętnie siedziałabym w bezruchu i popijała z butelki świeżo zblendowany koktajl truskawkowy, a następnie złożyła swoje złote włosy na poduszce lateksowej Talalay o wartości 200 złotych, która przypadkiem znalazła się w naszym posiadaniu (nie kupiliśmy jej oczywiście i nikt nie kupił jej nam).

Dziś DSCN7391jestem prawdziwą kurą domową jak bywałam w zeszłym roku i jak dawno nie byłam. Dziś zrobiłam tak dużo jak dawno mi się nie zdarzało. Dziś zrobiłam dżem z czerwonej porzeczki, ale niedużo. Porzeczka była przygodna i dżem powstał by ją przerobić, na prawdziwy wielki zbiór wciąż polujemy. Zeszłego lata poszukiwano na moim blogu przepisu na porzeczkę bez żelfiksu, więc oto pojawi się on:

Pewna ilość porzeczki- tyle co było w litrowym wiaderku po tym jak część się rozsypała w samochodzie. Zdjąć z gałązek uważając, by ich nie pozgniatać przypadkiem. Umyć i wsypać do miseczki, a następnie trochę zblendować, żeby nie trzeba było dolewać wody, po czym przesypać do garnka. Gotować trochę. Jak będzie trochę zagotowane, to znów przelać do miseczki (aby nie porysować garnka) i zblendować na krem. Przelać do garnka i gotować dosypując trochę cukru. Ilość cukru jest zależna od upodobań. Ja na swoją ilość porzeczek dałam kilka łyżek, ale nie pamiętam ile. Pogotować chwilę, ale niedługo, bo trzeba iść spać. Przełożyć gorące i płynne do słoika i pozwolić wystygnąć. Smacznego!

DSCN7393Ponadto ugotowałam obiad dziecku i był to o dziwo obiad, który dziecku zasmakował. Tajemnicą dobrego obiadu jest miła konsystencja, kluseczki i brak smaku.

Dodatkowo upiekliśmy z synkiem wraz muffinki a później takie same muffinki upiekłam z Mężem, żeby nie był pokrzywdzony. Synek pomagał w swojej części jak umiał, czyli początkowo wysypywał łyżeczkami mąkę z miski. Zabrałam mu łyżeczki. Wówczas wszedł na blat kuchenny i sięgnął do wysokiej szafki po swoje plasticzane łyżeczki. Żeby nie bruździł dałam mu jego własne naczyńka i pojemnik z kaszą manną ważną do 2001 roku. Synek początkowo przesypywał ją wdzięcznie, następnie znów wszedł na blat po łyżeczki do kawy, które trzymane są w innej wysokiej szafce. Przesypywał łyżeczkami długo i namiętnie niczym mały aptekarz, a ja w międzyczasie piekłam muffinki. Muffinki były z tego przepisu. W połowie pieczenia przypomniałam sobie o brązowym cukrze i obsypałam moje wypieki takowym. Zostało mi kilka łyżeczek cukru i jadłam je. Jedną podzieliłam się z synkiem i to zapoczątkowało nowy etap w dziecięcej zabawie. Mianowicie synek postanowił swoimi łyżeczkami wyjadać to, czym sięDSCN7412 bawił, a jak wiadomo była to kasza manna z ubiegłego stulecia. Oczywiście mu nie zaszkodziła. Zaszkodzić mogłam mu ja gderając i namawiając do porzucenia procederu. Zabrał więc swoje naczynia i poszedł. Po jakimś czasie wrócił z pustymi pojemnikami. Liczyłam, że zjadł, ale nie zjadł. Rozsypał w pokoju.

Rozsypana kasza stała się dla mnie motywacją do wyciągnięcia odkurzacza. Unikam odkurzania przy dziecku, gdyż jako dziecko bał się odkurzacza. Tym razem jednak leżał nieufnie z muffinkiem w łapie i przyglądał się. Odkurzyłam więcej niż tylko kaszę! Gdy o historii usłyszał Mąż, zaniepokoił się, czy aby zasadnicza część kaszy została, ponieważ Mąż jest sentymentalny, a tamta kasza pochodzi z czasów zanim zdarzyło się cokolwiek i już nigdy nie będzie mogła zostać wyrzucona.

DSCN7403

Oprócz tego podejmowałam dziś próby szycia. Nie były zbyt owocne, ale jednak odbywały się, a to czyni mój dzień takim owocnym! I posprzątałam jedną z półek z materiałami, co pozwoliło mi upchnąć ich na półce więcej.

Ponadto przerwałam złą passę codziennych kąpieli synka. Od 4 dni kąpał się codziennie i groziło mu uzależnienie od kąpieli przed snem więc czas był najwyższy ukrócić ten proceder i ja to zrobiłam!

A potem wrócił Mąż. Powrót Męża wywołuje mieszane uczucia. Z jednej strony miło go zobaczyć po wielu godzinach, z drugiej jednak kończy to moje indywidualne aktywności i rozpoczyna wieczór w kuchni nad muffinkami, ciasteczkami, naczyniami… Albo, co gorsza, pisanie posta na blog na zamówienie! O!

Ursus znaczy niedźwiedź

DSCN5374Jako Cytrynna mam dużo obowiązków i mało praw, ale staram się nie narzekać. Mam w końcu blog Cytrynny, który uwielbiam. Już myślałam, że jestem wolna i po mało obfitującym we wpisy czerwcu potrafię się od wpisów powstrzymać, ale jednak nie potrafię. Przypomina mi o tym subtelnie i nie krępując mojej wolności Mąż, który komentuje stare wpisy jak gdyby nigdy nic i wywołuje chęć tworzenia nowych bez władczych sugestii, które przecież mógłby stosować.

Jednym z moich licznych obowiązków jest bycie szoferem Męża. W niedzielę byłam nawet szoferem Męża, Staszka i dwóch kumpli. Pierwszy raz wiozłam tyle chłopa i udało mi się nie popełnić ani jednego błędu, który by mnie zdyskredytował. Najgorzej wiozło się Męża, który zasiadł z tyłu pośrodku i uniemożliwiał wyprzedzanie, gdyż zasłaniał sobą całą szybę. Mimo zaplanowanego na rano wyjazdu, wyruszyliśmy o 13:30, gdyż kumple się grzebały. Mąż nie docenił wcale, że ja to jednak jestem szybka w kontraście. Przymknął na nich oko nie doceniając mnie! DSCN5357Kumple są fotografem i reżyserem, więc mojej nowej sukience, która wcale nie miała powstać*, dostała się mini-sesja i to taka, jakiej Mąż by nie zrobił, bo Mąż robi zdjęcia jak leci a ja muszę odrzucać najgorsze. Niestety, podczas drugiego zakładania celem miecia fajnych fot na rowerze wodnym w sukience poszedł zamek. Poszedł i już go nie ma. A był to drugi zamek, który miała,  bo pierwszy był zupełnie kiepski i za tani i się nie nadał.

Innym moim obowiązkiem jest zbieranie poziomek, gdy Mąż ma na to akurat ochotę. Akurat miał i akurat dopisała pogoda. Niebo chmurzyło się w poniedziałek przez dzień cały i groziło wyładowaniami, ale nie spadła ani kropla niczego. Przez bite dwie godziny zapełnialiśmy słoiki w okopach przy drodze. Nikt nie musiał martwic się o synka, gdyż on był z dziadkami i było mu dobrze. Potem wróciliśmy do domu i synek dostał obiad, po czym poszedł z nami na spacer by zasnąć. Buntował się bardzo, bo my oznaczamy atrakcje i zasypiać przy nas to strzał we własną stopę. Mimo to raczył przespać godzinę, podczas której pokłóciliśmy się śmiertelnie i pogodziliśmy warunkowo. DSCN5436Kłócimy się jak zwykle i jak każdy- o ulubione sposoby spędzania wolnego czasu. Wiem z autopsji prawie własnej, że jest to możliwa przyczyna rozpadów związków. Więc poświęcam się, bo związek ze mną jest fajny. Ale czasem dochodzi do przegięć. Po całym dniu zbierania poziomek i leżenia w rowie, z jedną tylko herbatą i to o poranku i to nieulubioną, bo ulubiona się skończyła, każe mi się iść na spacer a podczas tego spaceru omawiać, co będziemy robili dalej, by dzień był super. A wiadomo, że nie będzie super, bo niebo całe zachmurzone i na pewno lunie lada chwila! Tego było za wiele nawet dla kogoś tak skłonnego do poświęceń jak ja. Zatem zbuntowałam się i odmówiłam. Wówczas grożono mi tym co zwykle ostatnio. Mianowicie Mąż, który pracuje 70 godzin w tygodniu (!) i siedzi w zamknięciu cały tydzień chce mieć weekendy rozrywkowe, bo inaczej goni w piętkę i nie daje rady. A ja akurat lubię siedzieć w zamknięciu i lubię domatorstwo i kanapę i nawet film, a na pewno samodzielnie czytaną książkę. I sama mam co robić. Ale bym DSCN5521się poświęciła, bo wiadomo jaka jestem. Tyle, że on z całą pełnią chamstwa pyta co dalej i grozi, że dogoni piętkę. Już nawet zawracaliśmy do domu,  kiedy udało się jakimś przypadkiem jemu zrozumieć mnie i zaoferować konsensus. Zrozumiał i odkrył, że ja potrzebuję jedynie ciepła i czułości i że gdy zrezygnuje z chamstwa, to może mu być fajnie. Od tego czasu był milszy i daliśmy radę spędzić ze sobą resztę dnia i nawet popływać rowerem wodnym po jeziorze, bo w końcu się odrobinkę przejaśniło. Pływaliśmy dla odmiany sami, gdyż synek miał atrakcje zapewnione przez dziadków.

Jeszcze innym moim obowiązkiem jest obrabianie owoców do słoików. Poziomki trafiły do słoików dzisiaj przy walnej pomocy Męża, który wrócił wcześniej. Mąż wyparzył słoiki i odbierał zakręcone by ustawić je do góry denkami na ścierce. Miał tak mnóstwo pracy, że zmęczył się i poszedł spać. To, że ja nie śpię, spowodowane jest tym, że idę spać do synka, który tylko na to czeka i dzięki temu mogę teraz oto siedzieć w kuchni i dbać o blog Cytrynny.DSCN5600

Oprócz dbania o blog oglądam też mieszkania. Istnieje jedno fajne w całym mieście, ale jest na trzecim piętrze a to nie wiadomo, czy nie za wysoko i czy dam radę wszystkie dzieci wnieść. Nigdy nie mieszkałam tak wysoko. Jeszcze w zeszłym tygodniu istniało inne nie najgorsze i już prawie było nasze, ale poszło w cudze ręce, gdyż były to bogatsze ręce.

Pisałam już raz  o Ursusie, ale nie wiedziałam wówczas, jak bardzo bliskim stworzeniem Ursus jest. Otóż w niedzielę na poboczu leżało zwierzątko z pasiastym ogonem i znów musieliśmy się kłócić, a przynajmniej spierać, czy był to szop pracz, jak twierdziłam ja, czy może zwykły kot, jak to rację miał Mąż. Pasiasty ogon wskazywałby na szopa, ale zwierzątko było chude i zwykłe. Przy okazji czytania artykułu o szopie celem weryfikacji natknęliśmy się na informację, że szop jest ursusem  i że poniekąd jest misiem jako i ja jestę misię. Skądinąd szop jest bardzo interesujący i ma nawet kość prącia.

*Nie miała powstać, gdyż po pierwsze mam listę rzeczy do szycia wedle priorytetu i są na niej nie tylko sukienki i nie tylko dla mnie  a po drugie nie miałam na nią materiału. Materiał wpadł przypadkiem, a lista poszła wówczas się gonić. Za szycie poza harmonogramem spotkała mnie słuszna kara.

DSCN5696

DSCN5452

DSCN5529

Muchomor czerwony

DSCN6336Sprawy przedstawiają się tak, że każdy z nas dziś coś znalazł. Dobrą passę rozpoczął Mąż gdy krótko po ruszeniu spod domu przesiadał się na przednie siedzenie. Znalazł tam mianowicie moją czerwoną czapeczkę w groszki, wczorajszy szczęśliwy nabytek. Czapeczka się bardzo Mężowi spodobała i ją zawłaszczył twierdząc, że go wyraża. Wygląda w niej niczym muchomorek z dziecięcej bajki- coś w stylu ładny, ale nie dotykać. Mi pozostała więc czapka Małysza, której w sumie nie znoszę, ale sama ją kupiłam, więc nie wyrzucę*.

Byliśmy nad jarem Raduni, czyli w rezerwacie przyrody, do którego drogowskaz zamieszczono przy naszej stałej trasie. Był to pierwszy raz tam i byłoby fajnie, ale Staszek spał i nie można było ekspandować daleko, ale udało nam się odsunąć od samochodu na taką DSCN6148odległość, że spotkaliśmy śnieg. Śnieg był kwasem ponad miarę i nijak nie pasował do sandałków. Pojechaliśmy dalej delektując się tym, jak fajnie nie trzeba mrużyć oczu w tych brzydkich okularach przeciwsłonecznych pożyczonych naszemu kierowcy przez babcię. Gdy w pewnym momencie przyszło mi redukować prędkość dwukrotnie z powodu kuriozalnego ograniczenia, oczy me promieniami słonecznymi niezmęczone ujrzały bocianią parę i zatrzymałam się zupełnie, a Mąż sfocił i chyba na kłótni je przyłapał.

Jechaliśmy dalej, aż do Kościerzyny. Tam zaparkowaliśmy na odkrytym zaledwie 5 dni temu parkingu, który jest zupełnie ekstra i Mąż, nasz farciarz odnalazł swoje drugie wielkie znalezisko. Mianowicie ktoś (kwiaciarze, szkółkarze czy jak ich zwał) wywalił roślinki z doniczek i jedna z tych roślinek okazała się zupełnie zdatna. Pojechała oczywiście z nami. Przespacerowaliśmy się po mieście i wtedy do akcji włączył się Staszek, który na swej drodze spotkał różowe zgniecione pudełko i bardzo je sobie upodobał. DSCN6186Pudełko szło z nami aż do powrotu do auta. Była wtedy okazja, by pozbyć się śmiecia, ale my je zachowaliśmy, bo nigdy nie wiadomo kiedy się przyda. W mieście kupiliśmy dwa materiały na Stasie czapeczki, które jutro muszę uszyć, bo inaczej wpadnie nam tamta granatowa co to nijak na słońce się nie nadaje.

Przeparkowaliśmy na Lidl, w którym zaopatrzyliśmy się w duże zapasy mleka i cukru, gdyż wkrótce spodziewamy się gości, o których wiemy, że można ich żywić naleśnikami:) ** Kupiliśmy też banany i część z nas swoje banany od razu jadła. Mi przypadła zaszczytna rola osoby wyrzucającej skórki. Gdy skierowałam moje spostrzegawcze oczy w kierunku śmietnika, zobaczyłam to, co znaleźć miałam ja. Był to bardzo ładny obraz w złotej ramie.

Z powodu przepełnienia auta maksymalnie, musieliśmy zrezygnować DSCN6191z wycieczek po drodze i jechać prosto do domu. Na swej trasie spotkaliśmy biednego martwego liska, którego jakiś pacan nie potrafiący pogodzić dynamicznej jazdy z bezpieczeństwem na drodze przetrącił. Lisek wyglądał bardzo szlachetnie, miał cudną kitę i jeszcze otwarte oczka. Pierwszy raz widziałam liska z tak bliska.

W domu utknęliśmy na dłużej, gdyż po sąsiedzku stacjonowała rodzina i nie wypadało się nie pointegrować. Najbardziej integrował się Staszek. Staszek też macał się z zaschniętą ropuchą***.

Wyruszyliśmy w końcu na spacer i szliśmy aż doszliśmy przypadkiem, nieplanowanie zupełnie na polanę podmokłą. Rozłożyliśmy tam kurteczki, kamizelki i co kto miał i leżeliśmy na trawie jedząc ciastka z czekoladą z Lidla (one od razu były z czekoladą, nie musieliśmy DSCN6230do nich dodawać czekolady z Lidla) i pijąc iście wycieczkowy sok z marchwią, także z Lidla. Zaskakująco polegiwał z nami i Staszek, chociaż byliśmy daleko od drogi i gdyby chciał, to by mógł śmigać samopas. Wybrał jednak rodziców i mu się nie dziwię, bo ma naprawdę fajnych.

Po powrocie chłopcy wymoczyli nogi i już mieliśmy iść spać, gdy okazało się, że będą jeszcze frytki. Mąż robił frytki, a Staszek zajadał się kaszą gdyż powiedzieliśmy mu, żeby zjadł jak najwięcej kaszy zanim się zorientuje, że będą frytki i on to potraktował poważnie. Podczas pojadania zrobił tez rekonesans wśród misiów i wybrał sobie nowego wybrańca w kolorze musztardowym. Nam zaś pozostaje jeszcze dokładne sprawdzenie, czy któreś z nas nie ma gdzieś kleszcza. Podobno kleszcze czekały bardzo długo na wiosnę i są bardzo głodne.

DSCN6447

*Ponieważ wpis ślubny (z rocznicy ślubu) nie doszedł do skutku z powodu rozlanego kwasu, czytelnicy nie wiedzą, że wspaniałą czapeczkę Mąż dostał od żony na rocznicę ślubu. Miał kiedyś już taką i ją uwielbiał, a żona, choć Małysza lubi, czapeczki nie znosiła. Gdy jednak Mąż czapeczkę zgubił, żona na identyczną zapolowała. Przeszukała całą Polskę i jedną zdobyła.

**Goście nie muszą się martwić, ja nie umiem smażyć naleśników, więc nie grożą, ale za to jesteśmy z Mężem dobrym duetem w plackach ziemniaczanych.

***Ja też kiedyś miałam ropuchę. Nazywała się Jadzia i złapałam ją do słoika po ogórkach konserwowych kupionego specjalnie celem jej złapania. Trzymałam ją w wielkim słoju (1,7 litra) na balkonie na liściu kapusty i chyba z odrobiną wilgoci i nosiłam do szkoły przez kilka dni. Z czasem jednak Jadzia uschła i wtedy, na urodzinach mojej koleżanki, zrobiłyśmy jej sekcję na płycie chodnikowej za domem. Nie wspominam tego najlepiej, ale byłam jeszcze młoda i rozumek dopiero mi wyrastał.

DSCN6165

DSCN6172

DSCN6182

DSCN6340

DSCN6453