Our last summer

dscn4328Moje wpisy zwykle powstają pod osłoną nocy i w ciszy, gdy wszyscy mali chłopcy w domu śpią, ale tym razem, ponieważ nie urodziłam, mogę pisać za dnia, gdyż zupełnie nic nie muszę a najmniejszy z chłopców został zaproszony do babci. Mogę sobie nawet puścić odpowiednią muzykę, a jest nią Abba! Dzień przed wyjazdem na sierpniowy epizod wakacji odbyliśmy rodzinny spacer po jarmarku, podczas którego mały Staszek dostał od jednej pani talerz z namalowanym statkiem tylko dlatego, że talerz spodobał się Staszkowi a Staszek spodobał się pani. Z kolei na stoisku ze starymi kasetami kupiliśmy sobie dwie kasety audio do kasetowego radia w naszym aucie. Jedną z tych kaset były Hity 2 Abby. Kaseta okazała się świetna, ale przekonaliśmy się o tym dopiero po powrocie, gdyż w trasie latem nie ma jak posłuchać muzyki, albowiem przy otwartych oknach jeden sprawny głośnik nie wystarcza. To dlatego kasetę odkryliśmy po powrocie. I szybko poczuliśmy niedosyt. Hitów 1 kupić się nie dało, ale złowiliśmy w internetach Hity 3 i one okazały się jeszcze lepsze. A lato minęło i czas było zamknąć okna, więc mogliśmy doceniać i doceniać. Na skutek tego ciągłego doceniania możemy razem z Abbą śpiewać, że wciąż wspominamy i przywołujemy nasze ostatnie lato.

dscn4419Po tym, jak pierwszego dnia w Kudowie nie udało nam się usatysfakcjonować Męża, powstały dwa albo trzy plany wycieczek. Obfite plany nie do zrealizowania, ale dzięki temu realizując połowę takiego grafiku już robiliśmy dużo. To jak z tą kozą, po pozbyciu się której nagle w domu jest pełno miejsca (albo z choinką…). 13 sierpnia pojechaliśmy do Kłodzka. Była sobota i trwało oblężenie tamtejszej twierdzy. Z tej okazji niektóre elementy zwiedzania miały być darmowe, a my lecimy na wszystko co darmowe. Niestety w parze z darmowym zwiedzaniem szły darmowe parkingi, co z kolei wygenerowało brak miejsc na tychże oraz ogólny tłum który do miasta się zwalił z tej okazji. Z okazji oblężenia oczywiście, nie na darmowe parkingi. Uznaliśmy, że miasto sobie obejrzymy kiedyś indziej, ale tak to jest, że jak się wjedzie do małego miasta, w którym jest pełno ludzi i wielkie korki, to trudno z niego wyjechać. Aż nasuwałoby się nieapetyczne skojarzenie z wdepnięciem w psią kupę i ciągnący się zapach, ale przyjmijmy, że to porównanie nie padło. Po prostu było ciężko wyjechać. Uparcie oszukiwaliśmy GPS, a on nas uparcie prowadził na główniejsze ulice i miał rację, bo te mniej główne były jednokierunkowe i prowadziły pętelkami z powrotem w korek. Straciliśmy mnóstwo czasu. I ciągle nic nie zobaczyliśmy. dscn4440Należy pochwalić Kłodzko za liczniki czasu pozostałego do zmiany świateł. Z takim rozwiązaniem spotkaliśmy się już w Zielonej Górze i uważam, że to fascynujące. Można się tak zagapić na sekundnik, że nie zauważy się zmiany świateł. Ale też wiadomo, czy warto wyciągać z torebki lakier do paznokci.

Następnym naszym przystankiem był pałac w Żelaźnie. Miłe zielone miejsce z placem zabaw i ogrodem, ale chcieli 12 złotych od osoby za zwiedzanie, nie przewidywali ulg i chcieli żeby na zwiedzanie czekać aż zbierze się grupa. Nie chcieliśmy czekać, zwłaszcza, że dla 75% z nas zwiedzanie wnętrza czyjegoś domu to nuda. Kolejnym zaliczonym pałacem był „zamek na skale” w Trzebieszowicach. Tutaj nie pamiętam, czy ze zwiedzania zrezygnowaliśmy sami pod wpływem niekorzystnej oferty finansowej, czy nikt nawet nam takiej możliwości nie zaproponował. Na pewno byliśmy nad rzeką, próbowaliśmy być w restauracji, ale ceny mieli absurdalne i później jeszcze młodsza latorośl się wkurzyła w parku. Jak na razie szału mało. To znaczy Mąż szał miał, bo zmacał sobie kamienne piersi. On w ogóle często maca kamienne posągi. Twierdzi, że przypominają mu żonę, cokolwiek ma na myśli. Chyba proporcje. Chociaż może akurat dzisiaj mam inny stosunek obwodu piersi do obwodu brzucha niż ta laska powyżej. Ale to przejściowe.

dscn4460Następnie pojechaliśmy do Lądka Zdroju, gdzie najpierw zaopatrzyliśmy się w przysmaki w miejscowym markecie, a później przemieściliśmy się na parking, skąd mieliśmy ruszyć pod górkę obejrzeć ruiny zamku Karpień. Kto ma ochotę, niech zobaczy w wikipedii , że to badziew i nie ma co, ale Mąż przeczytał na jakiejś stronie, że warto i że super. Poza tym mieliśmy iść tylko godzinę. A potem czekała na nas jeszcze Jaskinia Niedźwiedzia. Zaparkowaliśmy pod knajpą Sielanka, w której zamierzaliśmy po powrocie zjeść pierogi. I poszliśmy. Koleżanka, która chodzi po górach zawodowo, ofukała nas, że bez mapy idziemy, ale droga była dość prosta, a mieliśmy przecież GPS. Ale na drugim rozwidleniu mimo mapy zawieszonej na słupie, poszliśmy jakoś inaczej i zabłądziliśmy. GPS uparcie gadał, żebyśmy szli na południowy wschód, dscn4498ale kompasu nie mieliśmy i nie wiedzieliśmy, że idziemy w innym kierunku. Poza tym GPS w lesie nie za bardzo łapał. Szliśmy, było ładnie i Mąż był zadowolony, odpoczywaliśmy odpowiednio często, było nieźle. Wprawdzie widoków za bardzo nie uświadczyliśmy, bo to las, ale nazywał się Śnieżnickim Parkiem Krajobrazowym, więc nie ma co się czepiać. Wszak krajobraz nie musi być widokiem. Po dwóch pełnych godzinach przemieszczania się uznaliśmy, że nie wiemy gdzie jesteśmy i lepiej jednak zacząć wracać niż próbować dotrzeć do i tak przecież nieciekawych ruin. Godzinę później byliśmy już przy asfaltówce, ale absurdalnie daleko od samochodu i Sielanki (zrobiliśmy jakby kółko). Dotarcie do restauracji zajęło nam jeszcze godzinę i to już przy zapadającym zmroku. dscn4598Męża bolały ramiona od dźwigania młodszego z synów, ale nie mogliśmy odpoczywać, bo zmrok nas gonił. A w Sielance czekały nas dwie niespodzianki- miła i niemiła. Miłą był dansing w klimacie PRL, a niemiłą nieczynna już kuchnia. Co gorsza, w całym Lądku Zdroju nie znaleźliśmy przyzwoitego lokalu na obiadek. Żadnego domowego obiadku jak miasto duże! Nic to jednak bo w nieodległym Kłodzku czynna była ulubiona restauracja całej rodziny, czyli Maczek.

Następny dzień był niedzielą, więc rozpoczęliśmy go Mszą. Potem poszliśmy spacerem do Kaplicy Czaszek, którą Mąż pamiętał z dzieciństwa. Gdy wracaliśmy, Ursus znów się zbiesił. Chciał biegać po parku w innych niż my kierunkach, a może nawet wpadać do kanałów. I nie smakowała mu woda ze źródła. Nikomu poza Mężem nie smakowała. A i Mężowi tylko przez wspomnienie z dzieciństwa. A później uzupełniliśmy owoce, kabanoski, zrobiliśmy jakieś niby-zakupy z myślą o następnym dniu, w którym sklepy miały być zamknięte i pojechaliśmy do sąsiedniej miejscowości, żeby wyruszyć w góry. dscn4604Chcieliśmy wejść na Szczeliniec, jednak z braku oznaczeń wylądowaliśmy na parkingu przeznaczonym dla idących na Błędne Skały i z racji trudu w znalezieniu miejsca zostaliśmy na tym parkingu*.  Jakoś tak bardzo przypadkowo się dzień toczył, ale w tym dniu Mąż zaplanował tylko tyle, że ma być górsko. Droga była przyjemna, kiełbaski smaczne, same Błędne Skały też fajne tylko znów tuż po skończeniu zwiedzania labiryntów skalnych zawisło nad nami widmo zapadającego zmroku. W dół schodziliśmy godzinę dwanaście, a nagrodą za zejście po zmroku był pusty parking, z którego łatwo było przynajmniej wyjechać. A ponieważ Kudowa to jednak kurort, nie to co Lądek, to i obiad nam skapnął na poziomie. Zjedliśmy w Restauracji Czeskiej, gdzie dscn4704już dzień wcześniej śliniłam się na kaszotto z grzybami. Mąż zjadł placki a dzieci dostały zupy, bo dzieci najbardziej w zupach gustowały. I najlepiej na tym wyszły. Placki Męża były prawie na pewno z paczki (identyczne placki w górach jadł jeszcze wiele razy), kaszotto też było małe i zawierało 5 kawałków grzyba oraz znacznie więcej groszku zielonego, ale zupy były uczciwe. Mąż potem chciał jeszcze doprawić obiad jakimś kebabem, ale pani w kebabie powiedziała „zamknięte, nie widać?!”, a inne czynne po 22 lokale jakoś nie zachęcały. Biedny był Mąż tego dnia, taki niedokarmiony, a głód po plackach uzupełniał kefirem. Ale chociaż miał górski dzień.

dscn4723Następnego dnia mieliśmy przemieścić się na nowy nocleg, tym razie do apartamentu w Karkonoszach. A po drodze miała być duża wycieczka. Wyruszyliśmy po Mszy, a przed południem, czyli bardzo przyzwoicie. Może z dotychczasowych treści to nie wynikło, ale z rannym wyruszaniem mieliśmy nielichy problem.  Najpierw odwiedziliśmy uroczą ruchomą szopkę, którą można było obejrzeć za darmo, ale ponieważ nam się podobała, wrzuciliśmy do puszeczki trzy piątaki, czyli piętnastaka. Pałac w sąsiadującym z Kudową Jeleniowie zaliczył się automatycznie, bo był nieczynny. Następnie weszliśmy na bardzo stromą górę, by obejrzeć ruiny zamku Homole. Było to nasze drugie podejście do tych ruin. Tym razem udane. Kolejnym przystankiem było Bardo Śląskie, gdzie czekała na nas i ruchoma szopka i jakieś ruiny. Szopka wystraszyła małego Ursusa swoim podkładem muzycznym i demonicznymi lalkami uncanny**, a do ruin okazało się, że trzeba iść 20 minut pod górę. Odmówiłam. Nie chciałam. Zgodziłam się posiedzieć w samochodzie z Ursusem i kabanosami, a pozostali poszli i było im dobrze. dscn5456Nam też było dobrze. Ursus zasnął. Obiadu w Bardzie nie udało się zjeść, gdyż jedna miejscowa restauracja nie zachęcała wcale, a druga o miłym wnętrzu sprawiała wrażenie, że oferuje mrożonki z paczki. Nie udało się też kupić chleba na kolację. Ale nieopodal, w Kłodzku czekała na nas ulubiona restauracja o stałym standardzie. Posiłek zjedliśmy na trawie niczym śniadanie u Maneta. Ursus-frajer przespał obiadek. Z Kłodzka udaliśmy się do Zamku Kapitanowo w Ścinawce Średniej. Mieliśmy tam wrócić, ale czas naglił i najpierw musieliśmy udać się do Wambierzyc, które miały uznaną za najlepszą ruchomą szopkę w okolicy, lecz ostatni pokaz tejże organizowały o 17:45. Szopka była ładna, ale pozbawiona ciepła i klimatu, które były w tej pierwszej- w Kudowie. Tutaj szopek było dużo, ale grupa zwiedzających też była duża i patrzeć można było krótko. A chwilę po wyjściu z budynku szopki, kiedy szliśmy miejscową Kalwarią, Ursus nabił sobie dscn5617guza jak nos Pinokia z tą różnicą, że nabił go sobie na czole. Groziło, że zepsuje wszystkie następne zdjęcia z wakacji, na których się pojawi (że na zdjęciach się pojawi, na wakacjach przecież i tak już był), a pojawiał się na wielu zdjęciach, gdyż od swego starszego brata nauczył się stawać na kamieniu i czekać na fotkę wołając „jęcie”. Mąż jednak trzeźwo poprosił biesiadujących w ogródku państwa o coś zimnego i oni mieli takie wodne lody, co to nikt by ich nie jadł, ale do okładu były idealne. Przykładaliśmy długo a delikwent ryczał wniebogłos tuż pod płotem państwa dobrodziejów i chociaż na poniższej fotce jeszcze ma ten łeb trochę zniekształcony, to następnego dnia nie było śladu w fakturze czoła. Jak to zwykle bywa z planami, życie je zweryfikowało i z Kapitanowa zrezygnowaliśmy, ale za to chwilę później wyprowadziliśmy Lanosa poza granicę Polski i nie tylko przejechaliśmy nim przez Czechy, ale jeszcze się w tych Czechach dscn5582zatrzymaliśmy i korzystając z tego, że Czesi są średnio niezbyt wierzący***, weszliśmy do sklepu w mieście Broumov po zakupy za korony. Nigdy wcześniej nie robiliśmy zakupów za korony, więc nie wiedzieliśmy jak to się odbywa i na wszelki wypadek nie kupiliśmy za dużo, a że koron nie mieliśmy, to zapłaciliśmy kartą. Bank okazał się być bardzo łaskawy przy przeliczaniu walut i aż szkoda, ze nie zaszaleliśmy, ale kto mógł wiedzieć, że tak będzie. Co by wykazać się lokalnym patriotyzmem dodam jeszcze, że ci Czesi strasznie grubo ciosają chleb.

Tuż po 22 zajechaliśmy do Piechowic (byliśmy tam wcześniej, ale się cofnęliśmy by znaleźć jedyny w mieście bankomat) i gdy opuściliśmy auto, poczuliśmy, że tak naprawdę, po miesiącu górskich tułaczek, teraz dopiero dojechaliśmy w góry. Nigdzie wcześniej powietrze nie pachniało jak rano po wjeździe do Zakopanego, a tam tak. Ono było arktyczne w środku sierpnia!

* czyli zrobiliśmy coś w stylu „jechał Piotr do Rzymu, podróż była pilna. Dla lepszego rymu pojechał do Wilna…”

**informatycy i psychoanalitycy podobno wiedzą o co chodzi. Ja mam dwa w jednym i on mi wytłumaczył.

***był to 15 sierpnia i w Polsce mało sklepów było otwartymi, a w tych otwartych chleba to nie widzieli od dwóch dni

dscn5577

dscn4256

dscn4672

dscn4731

dscn5048

dscn5241

dscn5310

dscn5388

dscn5561

Reklamy

Kuwada

dscn4890Nie jestem przesądna. Symbolika liczb bawiła mnie w podstawówce, znaczki zodiaku chwilkę dłużej, a gdy dla zabawy podliczyłam cyfry w dacie urodzin mojej i mego ukochanego i okazało się, że nie dają w sumie 10, to nie zostało mi już nic (poza owym ukochanym). Nie wierzymy nawet, że po 7 tłustych małżeńskich latach miałyby nas czekać chude lub jeszcze tłustsze. Nie robiło mi też, kiedy najstarszy z synów urodził się dwunastego sierpnia, podczas gdy moje urodziny wypadają 12 września. Dzień jak co dzień. Raz zrobiło mi się przykro, gdy na kartce urodzinowej od rodziców dla mnie widniało „12 sierpnia 201X”*. Ale potem urodził się drugi syn i chociaż w zupełnie innym miesiącu, to także dwunastego. Nikt w rodzinie tej dwunastki nie cenił, nie podniecał się, że to jak liczba godzin, miesięcy czy Apostołów albo, co gorsza gwiazdek na fladze unii europejskiej. Ale było to wygodne do porównywania etapów rozwoju i rozmiarów buta u chłopaków. Kiedy więc zaszłam w trzecią ciążę i termin orientacyjny wyznaczono nam na walentynki, oczywistym stało się, że o ile się da, chcielibyśmy urodzić 12 lutego.

dscn4856Bardzo się oszczędzałam, żeby donosić. Brzuch mi twardniał, a ja drżałam. Ze dwie noce zostały nieprzespanymi z powodu strachu, że to już. Ważne było też ominięcie rocznicy ślubu co by urodziny córki nigdy nie musiały konkurować z rocznicową randką albo nawet wyjazdem. Mogliśmy urodzić przed czasem, ale 2 lutego doktor powiedział nam, że raczej do tego nie dojdzie, więc zacisnęłam uda, zrezygnowaliśmy ze wszystkiego, na rocznicę zamiast corocznego festiwalu pizzy mieliśmy festiwal filmów na dvd i czekaliśmy na dwunastego.

Byliśmy bardzo zarozumiali i pewni siebie, po ostatnim nagłym i trwającym zaledwie trzy godziny porodzie sądziliśmy, że raz-dwa wywołamy sobie poród i dziewczynka jak malowana pojawi się wczesnym popołudniem. Mąż w niektórych kręgach towarzyskich zasłynął z tego, że przewidział kiedy będę w ciąży (konkretnie to zapraszając gości na grilla wyznaczył taki termin, w którym mogłam jeszcze wypić piwo, gdyż w ciąży nie byłam). I w tych samych kręgach rzekł niedawno, że urodzimy dwunastego. Podobnie zapowiedział w pracy. No i rodzicom zapowiedział, gdy dzieci na całodzienną opiekę dziś posyłał. Uprzedzając napięcie, bo to jednak sucha relacja, a nie opowiadanie sensacyjne, zdradzę, że jest po 23, a poród się nawet nie zaczął.

dscn4850Wczoraj Mąż poszedł na Mszę wieczorem, bo nie wiedzieliśmy jak potoczy się sądny dzień. Zależało nam na przespanej nocy przed porodem, bo w szpitalach raczej słabo sypiam, a i Mężowi się należał wypoczynek, dlatego przed snem nie zrobiliśmy nic bardziej romantycznego niż zjedzenie sushi z wędzonego łososia. Było to nasze pierwsze sushi domowej roboty i bardzo jesteśmy zadowoleni, gdyż jest i lepsze i tańsze niż sushi z Biedronki, na którym kształciliśmy sobie gust.

Przebieg niedzieli był taki, że próbowaliśmy wszystkiego**, łącznie ze schodami (dwa razy), całkiem sporym spacerem, randką w lokalu, Mszą i mnóstwem aktywności jak wieszanie prania, sprzątanie zabawek dzieci z podłogi, puszczanie zmywarek i ich wypakowywanie oraz gorącą kąpielą. Przy okazji na jaw wyszło, że wanna długości 130 cm, która zmieściła się w naszej łazience, to jest o kant tyłka, bo żeby dzieciom było w niej dobrze i tak trzeba napuścić hektolitry wody, zaś dorosłemu w niej dobrze nie będzie i basta! Wanna długości 130 cm jest tak krótka, że nie da się w niej usiąść nawet gdy ma się tak krótkie nóżki jak moje. Na szczęscie od października mamy parawan (z matowego szkła!) i przynajmniej do pryszniców się nadaje, bo przedtem to i tego się nie dało.

dscn4866Na znak gotowości spakowałam nawet torbę do szpitala, po raz pierwszy w historii moich porodów przed czasem i nawet imię jakieś wybraliśmy dla dziewczynki zwanej Pysią. Szału może nie ma, bo chłopca to łatwiej i przewinąć i nazwać, ale jakieś imię mieć musi, a po zgłoszeniu anty-imion mało nam zostało. I nic! Wielkie nic! Boli mnie dół pleców (i o dół pleców chodzi, pupa mnie nie boli), ale skurczami to nie zalatuje. Dzieci wróciły i śpią w swoich łóżeczkach a na nas czekają dwie świeże rolki rosomaków***, tym razem z wędzonym pstrągiem.

Jakby tego wszystkiego było mało, to nawet nie kupiłam sobie fotela na pocieszenie. Gdy rodziły się poprzednie dzieci, mieszkaliśmy w domach, w których były fotele. Tym razem mieszkamy u siebie i od dwóch lat o fotelu tylko marzę. Najpierw był za drogi, a potem pokój, w którym fotel miałby stać, zarósł regałami pełnymi książek. Od listopada mamy miejsce na fotel i dodatkowo tytułem rocznicy zabezpieczono fundusz na ów fotel, ale nie miałam kiedy go wybrać, bo trwały przemeblowania i remonty i to ja byłam wykonawcą. Dwa tygodnie temu Mąż zabrał  mnie na randkę do galerii handlowej, w której mogłam pomacać tkaniny obiciowe i przymierzyć jakiego fotela nie chcę, krótko później schowałam wiertarkę do szafy i znalazł się czas na wybranie fotela. Nie czytałam książek lecz myślałam o fotelu, na którym tyle ich jeszcze przeczytam. Dzisiaj włożyłam fotel do koszyka i już się witałam z gąską, gdy zapytali mnie, czy posiadam kartę dużej rodziny. Chciałam zaznaczyć, że nie, bo przecież jeszcze nie posiadam, ale poszukałam, jakiż to rabat oferują dużym rodzinom i okazało się, że stówkę oferują. A że staram się przynajmniej we własnych oczach uchodzić za rozsądną, to pomachałam fotelowi z takim trudem wybranemu. Wrócę po niego z kartą dużej rodziny. Oby za miesiąc. I oby mi się gust wykształcony na sushi z Biedronki nie zmienił w tym czasie.

*ten X to dlatego, że nie pamiętam, w którym roku taka gafa się trafiła.

**Nie o wszystkim wypada pisać wprost, ale każdy wie, jak się poród wywołuje.

***Tak je autorsko nazwaliśmy, nasze prawo.

dscn4842

dscn4874

Zimowe notatki o wrażeniach z lata

dscn3700Zapożyczyłam sobie tytuł na wpis od samego Fiodora, którego cenię między innymi za to, że jego żona uważała go za biednego, jako i ja swojego Męża szufladkuję. Niewtajemniczonym wyjaśnię, że czytałam kiedyś, gdy czytywałam więcej i mogłam czytać rzeczy głębsze, wspomnienia Anny Dostojewskiej. A teraz Wy czytacie moje wspomnienia. Akurat spadł dziś śnieg i przysypał ptasie stolce na zielonej blaszce naszego auta, więc zimę mamy pełną gębą. A autko zielone jeszcze wczoraj ustawiliśmy przodem do wyjazdu z podwórka żeby mogło nas na nagły poród zawieźć. I ciśnienie w oponach sprawdziliśmy, żeby taka sytuacja jak ostatnio się więcej nie powtórzyła. Bo pewnie nie wiecie, ale pewnej niedzieli tydzień później, gdy pojechaliśmy na sanki, to powtórzyła się. Więc teraz mamy dużo nowych opon, własną pompkę z manometrem produkcji polskiej i sprawdzamy w tych oponach cisnienie ciśnienie.

dscn3742Zimą myśli same biegną ku latu na zasadzie kontrastu, bo gdy zimno i ponuro marzy się o tym, by było ciepło i słonecznie. Ale nam biegną jeszcze bardziej, bo latem przytrafiło nam się suszi, a teraz suszi przytrafia nam się niemal codziennie. Ponadto latem byłam lekka i swobodna i niczym kózka mogłam wbiec na Śnieżkę, a teraz jestem ociężała i przejście do kuchni po ciasteczko powoduje wielki nacisk na pęcherz, który sprawia, że ostatecznie rezygnuję z ciasteczka, opróżniam pęcherz i bez smakołyku wracam do pozycji komfortowej.

Dlatego właśnie myślimy o lecie. O tym poprzednim i tym następnym. A to poprzednie było wyjątkowo udane. Pewnie myślicie, że po odwiedzeniu gór w Szczawnicy i gór w Krynicy wróciliśmy do domu i to był koniec naszych wakacji, ale nic bardziej mylnego. dscn3831Otóż w sierpniu udaliśmy się na epizod drugi, tym razem bardziej na zachód. Podczas imprezy urodzinowej starszego syna życzliwie nam powiedziano, że jak o dwunastej wyjedziemy, to na dwunastą zajedziemy, ale też nic bardziej mylnego. Chcieliśmy pojechać do Szklarskiej Poręby, która rok wcześniej wygenerowała nam tyle miłych wpisów, ale na bookingu nie było fajnych miejsc w atrakcyjnych cenach, gdyż było to tuż przed długim sierpniowym weekendem. A my byliśmy trochę rozpieszczeni i chcieliśmy mieć w fajnej cenie apartament. Nie znaleźliśmy apartamentu w Szklarskiej, więc szukaliśmy go też w Polanicy, w której Mąż kiedyś już był i mu się podobało. I też nie znaleźliśmy. To spróbowaliśmy szczęścia w Kudowie, która leżała nieopodal. I też nie znaleźliśmy. Ale zaoferowano nam pokoik, a w zasadzie pół domku i to tanio. Oferowano nam też cały domek, ale już trochę drogo. Zdecydowaliśmy się na tani pokoik i dobrze, gdyż domek był właściwie bliźniakiem i drugi pokoik miał osobne wejście.

dscn3873Dopóki pokoiku nie znaleźliśmy, to nie było motywacji do pakowania się. A znaleźliśmy go trochę późno. W efekcie wyjechaliśmy bardzo późno. Zwłaszcza, że mieszkamy na jarmarku dominikańskim, więc wyjeżdżaliśmy długo z samego obejścia. O 14:02 mijaliśmy urząd miejski, a Mąż zadeklarował pani gospodyni, że na 21 będziemy. Rano deklarował, żeby nie było, że tak absurdalnie zadeklarował. Po prostu to pakowanie, upychanie samochodu i godzina dojazdu pod urząd miejski(!). W dodatku gdy chciałam zatankować gaz do pełna na znajomej stacji tuż przed autostradą, to się pomyliłam i wjechałam na obwodnicę południową i straciłam przez to 4 kilometry i kilka cennych minut. A potem na stacji się okazało, że gazu weszło do baku tylko za 8 złotych, więc nie warto było zjeżdżać i się mylić. Za to później jechaliśmy autostradą, a że nie byliśmy nowicjuszami ani w jeżdżeniu autostradą ani w wakacyjnych wyjazdach i w dodatku umieliśmy już trochę obsługiwać tablet, to gdy paliwo zaczęło się kończyć, zjechaliśmy z autostrady (już za płatnym odcinkiem) i zatankowaliśmy tanio 5 kilometrów dalej i bez spektakularnych wydarzeń okalających wróciliśmy na trasę. GPS nas bardzo korzystnie pokierował z A1 na S8 i pędziliśmy 140 a czasem i szybciej tą nudną i pustawą drogą żeby zdążyć na czas. Szczęściem nie był to piątek i mogliśmy jeść kabanosy, dscn3842ale i tak marzyliśmy o Maczku, a że droga pustawa i bezpłatna, to Maczka nie było i nie było. Tak dojechaliśmy do Wrocławia, za Wrocławiem musieliśmy się na chwilę zatrzymać gdyż młodsza latorośl zwróciła morele, które w owym czasie kosztowały tak wiele złotych za kilogram, że szkoda było. Kawałek za Wrocławiem trzeba też było przestać pędzić, bo droga zrobiła się kręta i górzysta. Ale ostatecznie zajechaliśmy do celu koło 21:40, czyli nadspodziewanie przyzwoicie. Wówczas to pokoik okazał się być trochę stęchły i mieć kanapy zamiast łóżek (pani miała co innego na zdjęciach a co innego w realu), ale miał kilka innych zalet. Mianowicie internet tam działał, na zewnątrz były rolety zewnętrzne, które chroniły nas przed pobudkami o bladym świcie i jeszcze woda była ciepła, o dobrym ciśnieniu i nie kończyła się. No i tanio było. I jeszcze w łazience był grzejnik, dzięki czemu w stęchłym pokoiku nie tęchły nam ręczniki. No i jeszcze było to na miłym uboczu lecz w centrum i z ogródkiem w którym dzieci mogły na nas czekać. Kilka dni później zamieszkaliśmy w dwupokojowym apartamencie, który tych zalet nie miał. Na brak rolet nie pomogły nawet zasłony przywiezione z domu, a internet jak zapewne pamiętacie musieliśmy sobie napuszczać z tableta bo ruter nie pompował dość dobrze.

Co robiliśmy w Kudowie? Na początku zjedliśmy suszi, które sprzedawali w sklepie rybnym. Mąż ostatnią tackę dorwał. Ja tam brzydzę się wszystkiego, co nie było świnką albo kurczakiem albo chociaż dscn4150nie rosło w rzeźni. Niedawno otrzymałam pyszną kiełbaskę, ale gdy dowiedziałam się, że jest z sarny, czyli pobratyńca, musiałam odrzucić jej pyszność. Podobnie nigdy nie ubrałabym futerka z niedźwiedzia. A myśl o mięsie misia jest mi w ogóle obca i daleka. Ludzie, którzy polują na misie to źli ludzie, jestem o tym przekonana! No więc z tym suszi to jest tak, że wszelkie ryby i owoce morza są dla mnie świństwem na równi z majonezem. Przymykam oko jedynie na wędzonego łososia, pstrąga łososiowego i tuńczyka z puszki, bo nie mają ości ani kształtu. Ale wtedy jadłam aż mi się uszy trzęsły, moczyłam w sosie sojowym, przyprawiałam wasabi, zagryzałam imbirem i nie patrzyłam co jem. Wszak były wakacje, lato, czas szaleństw. dzieci wpadały do wody a ja jadłam suszi w parku na ławce. Sos sojowy to taka moja pięta achillesowa. Jak cukier do herbaty. Mam dwie pięty achillesowe. Po sosie sojowym boli mnie czasem głowa, a po cukrze w herbacie przybywa mi centymetrów, ale muszę.

dscn4181Poza suszi i zmoczeniem butów (ale mieliśmy jeszcze kalosze i nowe sandałki w zanadrzu), pierwszego dnia zwiedziliśmy muzeum z kamyczkami, Duszniki Zdrój i pałac w Szczytnej, który jest obecnie ośrodkiem Mopsu i oglądać można go tylko z zewnątrz. Ale jest na górce i widoki były przednie. Napiszę Wam o tym, bo zapewne myślicie, że my się nigdy nie kłócimy, gdyż jestem bardzo uległa. Otóż wówczas mieliśmy konflikt, bo akurat buzowały mi hormony ciążowe i nie byłam uległa. Musiałam siedzieć w samochodzie i odrzucać połączenia od tego niedobrego Męża, na którego się obraziłam, a on musiał się zajmować dziećmi na niebezpiecznym terenie skalistym. Chyba z kwadrans wytrzymałam. Potem mu wybaczyłam, ale tylko ze względu na dzieci. A wiecie o co musiałam się obrazić? O to, że ów Mąż miał pretensje, że mało się odbyło. Od tego czasu to on planował wycieczki i nie narzekał więcej. Ja chodziłam wcześnie spać, a on całymi wieczorami planował.

dscn3801

dscn3864

dscn3880

dscn4012

dscn4106

Przysłowie niedźwiedzie

dscn3748Wpis ten dedykuję mojemu Mężowi, który nigdy nie zjadłby mi ostatniego pierniczka. Mało tego, nie ruszyłby nawet całej ostatniej paczki pierniczków, taki jest dobry. A akurat przed chwilą burczało mi w brzuchu i gdyby nie pierniczki, które idealnie wypełniają żołądek, to byłoby słabiutko i kolejna przygoda* nie znalazłaby swojego miejsca na papierze.

Na początku chciałam podkreślić, że nie znoszę zimy. Sanki są fajne, ale najlepiej na zdjęciach z zadowolonymi dziećmi (mamy takie!). Narty też są fajne, ale we wspomnieniach. I śnieg jest fajny, ale zza okna gdy nie trzeba wychodzić. Najlepiej żeby wyparował bezbłotnie zanim wyjść będzie trzeba. Nie przepadam także za latem, gdy trafi się zbyt upalne. Preferuję wiosnę, bo wtedy się zakochałam i wtedy trawa jest najzieleńsza. Przy okazji warto wspomnieć, że nie mam pojęcia czemu wszystkie dzieci rodzę jak nie latem to zimą. A jeszcze przy okazji dla tych, którzy nie wyczytali między słowami, to właśnie zaczęliśmy dziewiąty miesiąc, co oznacza, że już za 2 miesiące, po porodzie i uporaniu się z biurokracją, otrzymamy kartę dużej rodziny, która pozwoli nam za darmo jeździć tramwajami i chodzić do zoo. Ale nie o tym dzisiaj piszę, bo fakt, że za miesiąc urodzę, nie kwalifikuje się do miana przygody.

20170108_202322Czy zdarzyło się Wam robić coś przez 5 lat niepotrzebnie? Na przykład ubezpieczaliście mieszkanie i nikt Was nie okradł? Albo wykupiliście dodatkową gwarancję na pralkę, a ona się nie popsuła? Pewnego sierpniowego dnia ponad 5 lat temu, gdy po raz pierwszy musieliśmy przewieźć wózek dziecięcy albo może jakiegoś innego dnia w lipcu gdy kupowaliśmy łóżeczko, przyszło nam pożegnać się z kołem zapasowym. Przez prawie rok od zakupu auta owo koło jeździło z nami w bagażniku, gdyż tak zwany pojemnik na koło zapasowe mamy pełen gazu a czasem pełen tylko zbiornikiem na gaz gdy akurat LPG nam wyjdzie.

5 lat z okładem jeździliśmy bez koła zapasowego i nigdy nie było potrzebne. To znaczy było dwa razy w maju 2013. Dwa razy jednego dnia. A przez dwa ostatnie lata mieliśmy nawet wykupione Assistance na opony, ale nie wiem jak działało, bo opony mieliśmy zawsze nienaganne. W tym roku, po dwóch szkodach, OC było takie drogie, że nawet nie przeglądałam jakie dodatkowe opcje można tanio dokupić.

20170108_202305Faktem jest, że znaleźliśmy się dzisiaj w podróży. Była to podróż typu „z powrotem”, gdyż dwa dni temu byliśmy w podróży typu „tam”. Czekało nas 15 kilometrów po drodze pokrytej śniegiem, a później 60 kilometrów po czarnej drodze dobrej jakości. Wiedzieliśmy, że ruszymy bez problemu, bo nasze zielone jak choinka auto stało w płytkim śniegu, z którego łatwo wypchnęło je ramię Męża. Wiedzieliśmy też, że bez problemu odpali  prawie 6-letni akumulator, bo trzymaliśmy go w domu w cieple. Mało tego, wyposażeni byliśmy w jabłuszka, kabanosy, soki i ciepłą wodę w termosie. Czy coś mogło pójść nie tak? Wiedzieliśmy nawet, że należy unikać poboczy, bo dwa dni temu wkopałam się lekko w zaspę na poboczu. Przejechaliśmy owe 15 kilometrów po śliskiej drodze pokrytej śniegiem, wjechaliśmy na rondo, a za nim rozpoczęła się czarna droga dobrej jakości. Wówczas to usłyszeliśmy. Nasze auto toczyło się z bulgotem i wstrząsami  jak traktor. Lanos wprawdzie ma 17 lat czyli tyle ile ja gdy się po raz pierwszy całowałam, ale jeździ gładko. Pomyślałam, że zapewne śnieg zapycha nadkola i koła się ocierają. Nasłuchiwałam nawet i fałszywie wysłyszałam, że w pewnym momencie zrobiło się lepiej. Ale gdy dojechaliśmy do jednej z dwóch stacji na trasie, które lubimy i Mąż mnie poinformował, że jest odśnieżona, to zjechałam zobaczyć te nadkola i przy okazji uzupełnić benzynę, bo zimą lepiej mieć jej więcej niż mniej. Śnieg w nadkolach owszem zalegał, ale nie tak, żeby wydawać dźwięki traktora. Wtedy to Mąż zobaczył, że jedno z kół dymi i pozbawione jest powietrza i rzekł „fatalnie”. Było to zaiste fatalne, gdyż :20170108_202311

1. nie mieliśmy zapasowego koła

2. był niedzielny wieczór i niemal środek niczego, nie działała żadna wulkanizacja i żadna nie była pobliska

3. nasze 4 koła letnie znajdowały się 25 kilometrów dalej oddzielone od nas miedzy innymi ośnieżoną drogą, której nie chciałabym więcej pokonywać bez łańcucha

4. nie znaliśmy nikogo, kto posiadałby koła o takich parametrach jak nasze i mógł przywieźć, wszak Lanosy odchodzą powoli do lamusa a jedyny posiadacz tego szlachetnego pojazdu jakiego znaliśmy osobiście, sprzedał je nam, więc sam nie ma**

5. last but not least, jechaliśmy na Mszę ostatniej szansy do Gdańska i taki postój oznaczał, że nie dojedziemy na czas o ile w ogóle

dscn3756Całkiem szybko przypomniało mi się, że to koło zapasowe, które przed laty opuściło bagażnik, powinno znajdować się w Gdańsku i to w nie naszej piwnicy, czyli jest dostępne. Równie szybko udało się wybrać przyjaciela, którego można było poprosić o przejechanie dla nas 52 kilometrów, a że jest to przyjaciel żonaty, to w raz z żoną są parą przyjaciół i mogli przejechać dla nas dwa razy więcej 🙂 Chwilę dłużej trwało dodzwonienie się, ale potem machina ruszyła i niebieski samochód w kolorze Subaru Imprezy z odsieczą również. A my grzaliśmy się i jedliśmy kabanosy. I tylko Mąż ubolewał, że nie ma z nami Harrego Pottera, którego można byłoby na głos czytać.

Gdy nadjechała odsiecz, szybko okazało się, że śruby siedzą mocno i lekko nie będzie. Nie pomagało skakanie po kluczu, ani pryskanie śrub WD40. Ani polewanie ich odmrażaczem pożyczonym od pań ze stacji. Ani nawet stukanie w nie młotkiem także pożyczonym od pań ze stacji. Ani stukanie młotkiem w klucz nasadzony na śrubę. Oponiarz, który w listopadzie powiedział, że koła są w dobrym stanie, dokręcił je tak mocno, że już mieliśmy się zwijać do niebieskiego auta i rezygnować z próby zmiany koła, już wezwany był drugi przyjaciel z drugim autem żeby nas wszystkich pomieścić wraz z brzuchami i fotelikami, gdy żona przyjaciela wyhaczyła odpowiedniego człowieka na stacji. Odpowiedni człowiek przyjechał golfem trójką i tankował gaz, a w bagażniku miał półmetrowy klucz francuski, którym przedłużył klucz do kół w taki sposób, że śruby nie śmiały się dłużej opierać.
dscn3762

Kilka minut później znów byliśmy w trasie, a teraz piszę do Was z domu, znad pierniczka i kubka z herbatą i przesyłam Wam motto od samego Mickiewicza, jest to znane „przysłowie niedźwiedzie: Że prawdziwych przyjaciół poznajemy w biedzie”.

*Od ostatniego wpisu zdarzyło nam się kilka przygód, ale z różnych przyczyn, w tym także z braku pierniczków, nie trafiły do pamiętniczka.

** Mąż zna jeszcze jednego człowieka, który miał Lanosa i go sprzedał (i żałował), ale go tu nie wspominam, bo nie dość że był to Lanos 3-drzwiowy, to na dodatek bez gazu i jeszcze ja go osobiście nie znałam, a to blog mój a nie Męża.

20170107_143412

O słomie w butach i misiu na zamku

DSCN0200Podobno wielu z Was chce się dowiedzieć, co było dalej po tym, jak nie dotarliśmy w Bieszczady. Podobno niektórzy wątpią, czy rzeczywiście spędzamy lato w górach tak jak sobie to zaplanowaliśmy jeszcze milion miesięcy temu. Podobno są i tacy, którzy codziennie tu zaglądają w poszukiwaniu informacji skąd wzięliśmy kasę na to by choć raz w życiu nie musieć skąpić i żydzić, lecz szaleć i kupować pamiątki i atrakcje gdzie tylko się da. Dostałam też wiadomość od anonimowej czytelniczki z Tubądzina, że bardzo jest ciekawa, w jakiej roli wystąpi na blogu Małgosia z Mazur.

Otóż spędziliśmy 3 dni na atrakcjach około-szczawnickich. Zwiedziliśmy zamki w Czorsztynie i Niedzicy, płynęliśmy statkami po jeziorze, chłopcy płynęli tez Dunajcem (ja nie, bo mały Ursus by nie wytrzymał DSCN0064na jednej pupie dwóch godzin, a ja zgodziłam się poświęcić i nie płynąć, gdyż dzięki temu zaoszczędziliśmy 50zł, za które później kupiłam sobie bluzę w kropki w sklepie C&A. Jeśli ktoś szuka tutaj porady, to ja radzę czytelnikom kupić bilety na spływ on-line, gdyż w przeciwnym razie istnieje ryzyko, że będzie się czekało długo w kolejce i nie starczy czasu na inne atrakcje a dwugodzinny spływ zajmie cały dzień. Wjechaliśmy na Palenicę, zeszliśmy z niej. Nasz starszak okazał się być dobrym przewodnikiem na szlakach. Jedliśmy lokalne lody szczawnickie i krościeńskie. A potem pojechaliśmy w okolice Sandomierza. Jechaliśmy wiele godzin choć kilometrów było niewiele ponad 200, ale GPS nas wiódł trochę dookoła. W sobotę odbył się ślub kuzyna, na którym było bardzo dużo dzieci i było bardzo miło. Tego, że będzie miło spodziewaliśmy się, bo lubimy gdy pary łączą się ze sobą na całe życie, ale ilość dzieci na ślubieDSCN0506 i ich pozytywna aklimatyzacja była dla nas szoczkiem, bo w naszym środowisku dzieci jest mało i są to głównie nasze dzieci. A w niedzielę Mąż przeskoczył samego siebie, bo wziął dzieci do lasu a mnie dał godzinę (plus czas na dojazd) i pozwolił pojechać do centrum handlowego, gdzie mogłam kupić sobie wspomnianą bluzę w kropki, t-shirt za 19,90 i pakiet przecenionych skarpetek. Kupiłam też przecenioną piżamę z misiem, która zawsze będzie mi przypominała o tamtej niedzieli. Oni byli w lesie, a ja miałam święto lasu, bo na co dzień w ogóle nie bywam w sklepach z ubraniami i widać to po mojej garderobie.

Jak to się stało, że po ślubie też nie pojechaliśmy w Bieszczady? Otóż kuzyni polecili nam na drugi etap wakacji Krynicę jako miejsce pełne deptaków i korzystne dla ludzi obarczonych dziatwą. Krynica rzeczywiście okazała się korzystna, ale niekorzystna była pogoda. Wjechaliśmy na Jaworzynę Krynicką i zeszliśmy z niej łapiąc po drodze deszcz. Bardzo za to przypadła nam do gustu Muszyna, którą odwiedziliśmy aż 3 razy- raz byliśmy w tamtejszej uroczej kawiarni Szarotka, raz w sklepie słowackim po czekoladę i w ruinach zamku, a ostatni raz tuż przed odjazdem do domu, gdyż musieliśmy kupić dużo czekolad, kilka butelek Kofoli i kilka piw dla naszych fanów i przyjaciół. Pech chciał, że niepotrzebnie wieźliśmy Złote Bażanty, albowiem w tym samym czasie można je było złowić w Biedronkach. DSCN1053Ponieważ w Muszynie jedliśmy jeszcze obiad i słaliśmy stamtąd ostatnie kartki, przyszło nam w podróż do domu wyruszyć o 18. Był to piątek, 29 lipca i planowaliśmy, że po północy, czyli już w sobotę, zajedziemy do Maczka na przekąskę. Nasze złote dzieci szybko posnęły, a my jechaliśmy zielonym wehikułem przez Polskę oszukując GPS- wybrałam trasę zawczasu i prosiliśmy GPS o wskazywanie drogi tylko na etapach, o które sami pytaliśmy. Dzięki temu nie zwiódł nas na bezdroża. Umiemy już obsługiwać GPS. Niespodzianką byli panowie policjanci czekający na nas na skraju Kazimierzy Wielkiej, miasteczka z Rossmannem* i stacją benzynową. Do Kazimierzy dojechałam za takim jednym wołem, którego nie szło wyprzedzić  i on akurat chwilę wcześniej zjechał ze wspólnej trasy. Już miałam wcisnąć gaz i przypomnieć autku kto najczulej gra na jego pedałach, lecz ujrzeliśmy stację Orlen z bardzo korzystną ofertą na LPG. Zatrzymaliśmy się tam i stamtąd wypatrzyliśmy tych miłych policjantów, bo było ich widać ze DSCN1499stacji, a z drogi to nie. Dzięki dobrej cenie gazu uniknęliśmy niekorzystnego mandatu. A skoro o miłych policjantach mowa, to pod Krynicą obrotny wulkanizator ustawił trefny radiowóz pełen podrobionych policjantów i każdy frajer, który jedzie do Krynicy po raz pierwszy, zwalnia na jego widok, bo łatwo nabrać się. Za drugim razem obrotny wulkanizator może tam ustawić prawdziwy radiowóz, a bywalcy nie zwolnią i wulkanizator wespół z Urzędem Skarbowym w Opolu** zarobią na tym.

Około 23 po łyknięciu napoju gazowanego Burn (pierwszy raz w życiu zresztą) wjechaliśmy w końcu na autostradę. Niestety pierwszy Maczek mijaliśmy grubo przed północą (czyli wciąż w piątek) i nie mogliśmy skorzystać z dobrodziejstw oferowanych przez tę ekskluzywną amerykańską restaurację. Pod kolejny zaś Maczek przyszło nam zajechać dopiero koło pierwszej i wówczas Maczek okazał się już nie wydawać bułek. Było nam bardzo przykro. Zawodu, którego doznaliśmy, nie da się opisać słowami.

DSCN1663Ostatnią niespodzianką na trasie było nagłe zabraknięcie gazu w baku naszego wehikułu tuż przed bramkami autostradowymi. Gazu było obliczone i zapewnione tyle, by wystarczyło do domu a potem jeszcze na stację, ale nocą po autostradzie jechało się tak szałowo, że Mąż nawet nie protestował, gdy pędziliśmy 140km/h ani gdy 140 przekraczaliśmy. A okazuje się, że wówczas spalanie jest większe. Nic to jednak, bo tuż za autostradą mogliśmy zajechać na ustawioną tam w tym celu stację.

Na koniec dla wytrwałych relacja Małgosi prosto z Mazur. Małgosia oczywiście ma inne imię, ale chronię tu jej dane osobowe. Małgosia przybyła do Krynicy w piątek, 3 dni przed nami więc była do przodu i mogła nam mówić co i jak z atrakcjami. Mówiła do bólu, a przy tym do nas. Przyznała, że jako dziewczyna z Mazur jest wprost uzależniona od basenów i ledwo przyjechała, musiała do jakiegoś wskoczyć. To zupełnie jak górale, którzy gdy tyko gdzieś przyjadą, muszą wspiąć się chociażby na niewielki pagórek i my, ludzie DSCN2568znad morza, którzy gdziekolwiek się pojawimy, musimy sobie posolić i solidnie schłodzić wodę, w której się wykąpiemy, a podłogę w łazience wysypać piaskiem przywiezionym wraz ze słomą w butach. Ale wracając do Małgosi, to dotarła w ten piątek o 16, wyjechawszy już o trzeciej w nocy zgodnie z maksymą, że jak ma się do przejechania dużo, to należy wyruszyć wcześnie. Ona przejechać musiała 600km i podobnie jak nas, ją również GPS jakoś dziwnie prowadził. A wybrała na swoim GPSie, żeby omijał autostrady, co jest o tyle dziwne, że gdy spojrzycie na siatkę autostrad, nie znajdziecie żadnej łączącej Mazury z Krynicą. Powiedziała też, że jak szybko jedzie, to jej japończyk*** się trzęsie i zrobiło nam się przykro, bo japończyk wyglądał na znacznie nowszy od naszego Lanosa, a Lanos wyprodukowany w Polsce się na autostradach nie trzęsie.

*Rossmann w miasteczku świadczy o tym, że nie jest bardzo małe nawet gdy statystyczny czytelnik nigdy o nim nie słyszał.

**Raz dostałam mandat i musiałam wpłacić pieniążki na rzecz Urzędu Skarbowego w Opolu, więc chyba właśnie tam trafiają mandaty. Szczerze tu przyznam, że już wolałabym wspomóc rodzinę pana policjanta z mojego regionu niż Urząd Skarbowy w Opolu, ale nie wolno.

***japończyk to oględne określenie samochodu z Japonii, nie trzeba pisać dużą literką, bo nie chodzi o pana z Japonii.

DSCN1231

DSCN1353

DSCN1858

DSCN2001

DSCN2047

DSCN2130

Krótka opowieść o tym, jak nie dotarliśmy w Bieszczady

DSCN9178Wpis ten powinien był powstać prawie miesiąc temu i wówczas byłby aktualny. Teraz aktualny w żadnym razie nie jest, ale wciąż ma szanse zachęcić kogoś do wyjazdu na wakacje. Nawet jeśli macie dzieci, stary samochód albo mało zarabiacie.

Właściwie to ja nic nie zarabiam. I nie oszczędzaliśmy przez cały rok z myślą o wakacjach, bo niby jak*. A samochód ma 17 lat i podczas tej podróży stuknęło mu 200 tysięcy.

Pretekstem do podróży był ślub kuzyna w okolicach Sandomierza. Pomyśleliśmy, że skoro już nas zaproszono, to szarpniemy się na prezent i pojedziemy. Wszak z Pomorza nie jechał nikt bardziej reprezentacyjny i lepiej obeznany z savoa vivrem od nas, więc mieliśmy szansę nie tylko wypaść relatywnie dobrze jako przedstawiciele Pomorza, ale i odnowić relacje rodzinne. Zdradzając przedwcześnie, że na ślub dotarliśmy i tym samym burząc napięcie, powiem, że przed kościołem stało jeszcze jedno auto na gdańskich numerach, ale później okazało się, że koleś je dopiero co kupił.

DSCN9181Jako, że Sandomierz leży rzut beretem od Bieszczad i praktycznie w linii prostej na drodze od nas do owych Bieszczad, pomyśleliśmy, że jest to niebywała okazja by odwiedzić tę osławioną krainę, o której poeci śpiewają takie ładne piosenki. Czy ktoś spośród romantyczniejszych czytelników nie chciał mieć bukowego domu, budzić się o 4 nad ranem i wędrować po zielonych wzgórzach nad Soliną? A kto z Was jako dziecko nie uczył się śpiewać o bieszczadzkiej ciuchci?  Jakimś cudem całą romantyczność naszego związku spędziliśmy w Tatrach jedynie słuchając piosenek o Bieszczadach. Ale przecież gdy ma się dzieci, można nadrobić takie zaległości, prawda?

We wtorek 19 lipca wyruszyliśmy. Był to idealny dzień na podróż, gdyż był pochmurny ale nawet gdyby taki nie był, to i tak jechalibyśmy tego dnia. Chciałam jechać o piątej rano, bo słyszałam, że jak ma się dużo do przejechania, to powinno się wyruszyć wcześnie**. Jednak dzień wcześniej zarwaliśmy noc, więc nie mogliśmy się spakować wieczorem. Padliśmy o 22 (też dobrze, bo przed podróżą należy wyspać się). I nastawiliśmy budzik na 6. Rano, oprócz DSCN9186pakowania i przygotowywania warzyw i owoców na podróż, czekało nas jeszcze zamawianie prezentu. Było niesamowicie sprytnym posunięciem, że zamówiliśmy prezent na adres pana młodego, dzięki czemu nie musieliśmy go ze sobą wozić i uważać. Upychanie tobołków w aucie nie należało do najłatwiejszych. Ale tu znów było sprytnie. Siatki z ubraniami i bielizną każdy miał osobne i opisane na wierzchu. Przez całą podróż mieliśmy dzięki temu porządek. Wyruszyliśmy o 10:30, ale tylna szyba była w pełni przejrzysta, co jak wiadomo jest istotne podczas wyprzedzania a ja na autostradzie wyprzedzałam ciągle, ale znów wyprzedzam fakty i burzę napięcie.

Mieliśmy do przejechania 778 kilometrów, więc uznaliśmy, że szarpniemy się na autostradę, żeby połowę przejechać szybko. Ogólnie uważam, że autostrada to jest super sprawa, bo to takie jakby ubezpieczenie od mandatu. Gazu w zbiorniczku mieliśmy na około 200 kilometrów, czyli słabo, bo mogliśmy mieć zapas na 300 km, a kto jechał ten wie, że na autostradzie drogo. My nie jechaliśmy wcześniej, więc nie wiedzieliśmy, że jak nie ma konkurencji, to ceny nie są konkurencyjne. Gaz na autostradzie był o dobre 30% (albo i jeszcze więcej) droższy niż na statystycznej stacji.

DSCN9191 Po drodze zatankowaliśmy gazu na dodatkowe 100 kilometrów licząc, że dalej będzie taniej. Ale kiedy zajechaliśmy na Lotos pod Kutnem, to okazało się, że ów Lotos jest jakby stacją widmem i sprzedaje tylko PB95 oraz ON gdyż chyba dopiero powstawał a chciał już zarabiać. A potem długo nie było stacji. A gaz przecież cały czas się spalał. Kiedy więc zobaczyłam reklamę Shella na drodze na Warszawę, pomyślałam, że zjadę, zatankuję po cenie poza-autostradowej i wrócę. To był gwoźdź do trumny dla naszej podróży w Bieszczady. Droga „na Warszawę” nie była zwykłym zjazdem z A1, lecz skrzyżowaniem z A2. A reklamowana stacja Shella okazała się nie chcieć nam sprzedać gazu, gdyż gaz właśnie im dostarczano i miało to potrwać jeszcze godzinę. Załamka! Byliśmy niby w połowie drogi, ale musieliśmy jechać tą niechcianą A2 co najmniej do następnego zjazdu a widzieliśmy na mapie, że A2 właśnie odbija w górę. Szczęśliwie nikt nie pobierał tam opłat, a już wkrótce pobierać będą, bo widzieliśmy znaczki. I szczęśliwie kończący się gaz wciąż był w pojemniczku. 14 kilometrów za feralnym Shellem zatankowaliśmy na stacji Bliska po cenie zupełnie konkurencyjnej. Po czym spytaliśmy GPSa co robić a on nam odpowiedział.

DSCN9196Wróciliśmy na A2 i pojechaliśmy nią w kierunku A1. Wróciliśmy na A1 i jechaliśmy nią dalej na południe czy gdzie tam akurat wiodła. Pomyśleliśmy, że zamiast do Wetliny w Bieszczadach udamy się do Szczawnicy w Pieninach***, która jest 100 kilometrów bliżej i do której dłużej jedzie się autostradą a krócej innymi drogami. A jazda autostradą była korzystna gdyż Lanos pędził po niej praktycznie sam. Z trudem udawało mi się nie przekraczać 120km/h, które stanowią moją comfort velocity.

Jakimś w ogóle nieplanowanym i niechcianym cudem trafiliśmy do Sosnowca, który z pewnością nie jest na drodze autostradami z Częstochowy do Krakowa. Nie wiem, czy zmęczenie nas jakoś tłumaczy. Mąż wprawdzie był pilotem, ale nie używaliśmy GPSa, bo GPS był w tablecie, a nie mamy ładowarki samochodowej do tabletu**** a  chcieliśmy by nam wystarczyło baterii blisko celu, gdzie oznaczenia dróg nie są takie precyzyjne. Słuchałam więc drogowskazów nad drogą i byłam pierwszym oraz drugim pilotem. Mąż był pilotem na urlopie. Wszak to on pracuje na co dzień.

DSCN9235W tym Sosnowcu wydawało się (na podstawie obliczeń), że jesteśmy 40 kilometrów od Krakowa, ale byliśmy dwa razy dalej. Ponieważ myśleliśmy, że jesteśmy blisko, to spytaliśmy miłego pana na stacji czy warto pchać się na autostradę, a on powiedział, że nie i że lepiej pojechać dziewięćdziesiątką czwórką na Olkusz. Byliśmy mu bardzo wdzięczni bo był taki miły i tak dobrze nam poradził. A trumna zabijała się dalej gwoździami.

Dziewięćdziesiątka czwórka wiodła przez wsie i trzeba było uważać. W Olkuszu odpoczęliśmy, zjedliśmy kolację i kupiliśmy sobie soczki oraz wodę w Biedrze. Wtedy też, chwilę przed 20-tą rozpoczęliśmy poszukiwanie noclegu. Nocleg się znalazł i to nie losowo wybrany z googli ale jeden z wstępnie wybranych jeszcze w domu. Ruszyliśmy dalej. Mąż oglądał nawigację i zażartował, że nawigacja ostrzega przed policjantami. Nie wiedziałam, że to żart i zwolniłam naprawdę. Policjantów też po chwili minęliśmy naprawdę. Z odpowiednią prędkością.

DSCN9255Bo wiecie, policjanci mają taką właściwość, że gdy widzą Lanos przekraczający prędkość dozwoloną o 20km i audicę przekraczającą prędkość o 50km to wolą zatrzymać Lanos, którego kierowca prawdopodobnie chętniej przyjmie mandat. Boimy się policjantów.

Jechaliśmy dalej, ale dziewięćdziesiątka czwórka ciągnęła się jak krew z nosa a aż do zmierzchu bałam się policjantów. Potem, chociaż GPS chciał nas skierować inaczej, posłuchałam drogowskazów i wjechałam na jakąś obwodnicę Krakowa, na której oczywiście musiały się odbywać roboty drogowe uwieńczone korkiem. Straciliśmy cenne minuty. A potem Zakopianka, którą zwykle pokonujemy autobusem, okazała się być zbyt kręta, by pędzić. Musiałam być ostrożna. GPSowi odbiło i w ogóle nie wiedział, gdzie jest Lubień, w którym mam zakopiankę opuścić. Musiałam ufać sobie. Kolejnym pechem, który nas spotkał był samochód kempingowy, który zjechał z dwupasmówki tuż przed nami i uparcie nie przekraczał 50km/h. Jechałam za nim tylko 10 kilometrów, ale wydawało się, że jest to wieczność. Na szczęście on pojechał prosto tam, gdzie ja skręcałam.

DSCN9279Reszta trasy przebiegła spokojnie. Zamiast podręcznikowych 700 km przejechałam 791, ale się udało. Na miejscu zamiast pokoju 3-osobowego czekał na nas apartament 3-pokojowy w cenie 35 złotych od osoby, czyli bardzo tanio. I pościel jak w domu.

BCD*****

*Ostatecznie nie wyjaśniłam tutaj, skąd nas stać na podróż mimo iż ja nie zarabiam i nie oszczędzaliśmy. Niech chociaż ten element buduje napięcie.

**W kolejnym odcinku poznacie Małgosię z Mazur, która to potwierdzi.

***Nie był to full-spontan albowiem do Szczawnicy zamierzaliśmy pojechać po ślubie kuzyna.

****Tak naprawdę to możliwe, że nie działa gniazdo zapalniczki.

*****Będzie ciąg dalszy

A może by tak…

DSCN0423… wrócić do pisania? Wiecie, dlaczego od miesięcy nie powstał na tym blogu żaden wpis? Otóż dlatego, że w lutym dzieci zalały różowy laptop, a tego czarnego, który dwa lata czekał na dzień gdy będę musiała go użyć, nie kocham. Używam już prawie pół roku, ale nie kocham. Różowy ze swoją wybrakowaną klawiaturą i ja kochaliśmy się przez 8 lat. Zaniepokojonych czytelników uspokoję, że dzięki mojemu sprytowi i wiedzy Męża udało nam się odzyskać wszystkie różowe dane całkowicie za darmo. To znaczy za 28,99, bo tyle kosztował specjalny kabel, ale to jak za darmo w porównaniu z tysiącami złotych za odzyskiwanie danych z uszkodzonych laptopów.1

DSCN0566Jest jak zawsze, to znaczy czekam na Męża, który jest w pracy. I nie ma jak wrócić bo zalało całą drogę do domu, a on nie ma kaloszy. Myślę sobie o makaronie z szyneczką, ale zaraz północ, a po północy już piątek i nie wolno. Dzieci chorują, ale w normie. Mniej niż zwykle, bo zarażają się tylko same, nie zarażą ich dodatkowo przedszkole. Czasem czytam książkę, wczoraj nawet kupiłam białego kruka w  księgarni stacjonarnej, bo internety już od dawna nie widziały Turkusowych szali, a jedna taka księgarnia trzymała jeden egzemplarz dla mnie, bo to dobra księgarnia.

Mąż miał niedawno urodziny. Kupiłam mu grę, której recenzję czytałam na jednym takim blogu, który lubię, ale oddałam grę, gdyż Mąż dostał jeszcze inną grę, a nie ma kiedy grać, więc lepiej nie zamrażać gotówki. Kiedyś kupimy sobie taniej. Z okazji urodzin Męża odbyło się wiele imprez, w tym jedna w naszym domu. Nasz salon pomieścił prawie 20-tu gości i pożyczyliśmy 9 krzeseł składanych od przyjaciół i znajomych. Zrobiłam tort podobny do kostki Luwr od Sowy, ale nie był tak słodki jak ten oryginalny. I w ogóle to za wysoki wyszedł. I polewy nie zdążyłam polać, bo tyle innego jedzenia trzeba było zrobić, a rączki mam tylko dwie.DSCN0221

Poza tym byliśmy ponad tydzień na Kaszubach i padało bardzo dużo. Gdy padało mniej to zbieraliśmy kurki i jagody. Jagody już w słoiczkach, a kurki pomrożone.

Nie wiem, czy ten wpis jest początkiem mojego wielkiego powrotu, czy też okrzykiem goni bloga, ale niestety nie za bardzo może być dłuższy, gdyż udajemy się na wakacje i powinnam wybrać nam cel podróży oraz pokój.

Zapomniałabym, na znak starości obcięłam włosy. Teraz mam bardzo krótkie. O, takie:

DSCN8731

Zaś Mąż, po półtora roku prowadzania się z nieważnym dowodem osobistym, dał się zaciągnąć do fotografa oraz do urzędu i już wkrótce taki nowy dowód będzie miał. Niestety fotograf nie miał dość dobrego sprzętu by zrobić zdjęcie w okularach, więc w dowodzie Mąż wyglądać będzie trochę nie jak Mąż.

DSCN8793

DSCN0161

DSCN0134