Pierwsza sukienka Kopciuszka

Wczoraj, w ramach obchodów jednej z licznych rocznic sprzed 5 lat (a począwszy od 1 marca każdy dzień w tym roku wypada tak samo jak 5 lat temu) mieliśmy popłynąć na Hel, ale tramwaj wodny na Hel odpływał zbyt rano, rozsądniej odpływał tramwaj do Sobieszewa, ale również niezadowalająco późno. Jeszcze rozsądniej odpływał taki na Hel z Sopotu- o 11. Pasowało to do ogólnej koncepcji, gdyż 5 lat temu popłynęliśmy na Hel i wróciliśmy do Sopotu. Przed 10 byliśmy w drodze i wszystko szło doskonale, nie zapomniałam o niczym, byliśmy przygotowani na każdą pogodę, nawet chyba na sztorm. Mieliśmy tylko jedną zapasową pieluchę, bo tylko tyle było ich w domu, a nie było czasu kupić. W Sopocie w niecałe 10 minut zbiegliśmy w dół Monciaka nikogo nie potrącając i wtedy przestało iść dobrze. Pan w kasie mola powiedział, że bilety na tramwaj kupuje się gdzieś tam w głębi mola, ale on nie gwarantuje, że jeszcze są, a żeby tam wejść trzeba kupić bilet na molo, który kosztuje… nie, nie 1 zł jak myślał Piotr i nie 3 zł jakiego to maksimum spodziewałam się ja. Kosztuje 7 zł! Dla nas wychowanych w tej okolicy wejście na molo nie jest niczym atrakcyjnym, ani trochę, dlatego płacenie za to i to jeszcze płacenie równowartości dwóch cheeseburgerów to absurd. Cwaniaczek się jednak zreflektował, że tam gdzieś jest jeszcze budka sprzedająca bilety, która jednak okazała się być wyprzedana. Tak oto pożegnaliśmy się z odwiedzeniem Helu w rocznicę. Ale Hel w środku lata jest zatłoczony i niefajny a i prom na Hel byłby zatłoczony i niefajny. Wróciliśmy do Gdańska i kupiliśmy bilety do Sobieszewa. Popłynęliśmy, było fajnie. Był dziadek z wnuczkiem na oko 7 letnim (bo nie miał górnych jedynek, a ja pamiętam, że swoje właśnie wtedy straciłam), który wcale z nim nie gadał, był też inny dziadek z wnuczkiem na oko 17 letnim, który opowiadał mu fakty historyczne o mostach, o stoczni i w ogóle aż miło było się przysłuchiwać, ale ów wnuczek (nad tym jakiej jest płci też się kilka minut zastanawialiśmy) siedział zblazowany i się nie interesował. A siedział w traperach na gołe stopy i spadających obcisłych spodniach, które tak spadały, że gdyby nie gacie, które na szczęście dobrze się trzymały, to można byłoby wszystko, co intymne u niego zobaczyć. Ale za to jak wstał, a był taki nonszalancki, że wstawszy, nie podciągnął spodni, to te spodnie mu wspaniale obciskały nogi. A może były po prostu za małe i wyżej nie wchodziły? Co ciekawe, kiedy dopłynęliśmy, jeden facet upewnił się że odpływ statku powrotnego jest za 20 minut, a znakomita większość pozostałych udała się na pobliski przystanek autobusu miejskiego w kierunku Gdańska. My tez zamierzaliśmy wrócić autobusem, ale za kilka godzin.  Staś zasnął, zjedliśmy obiad, zbudził się, pospacerowaliśmy, ale nie było sklepu z pieluchami, były tylko sklepy z pamiątkami, instrukcjami obsługi żon, mężów, broszki z imionami i cały ten jarmark, który od lat jest niezmienny w kurortach. Brak pieluchy przyspieszył nieco decyzję o powrocie. W autobusie Stasio wzbudzało zachwyty i wyzwalało uśmiechy panienek, a był to bardzo sfeminizowany autobus, bo w końcu wracał z plaży i na 39 osób w momencie liczenia tylko 12 było mężczyzn, a z tych 12 to jedno Stasio, jeden kierowca i jeszcze z 4 było małymi chłopaczkami.

Wspomnę jeszcze, jaka nietolerancyjna jestem. Mianowicie na peronie w Sopocie dwie laski się całowały z języczkiem, wkładały se łapy pod bluzki i po brzuszkach macały, jedna drugiej kołnierzyk poprawiała, a ja się gorszyłam. Niestety były sobą tak zajęte, że żadne zgorszone spojrzenia nie były im straszne.

Koleżanka zaleca mi praktyki w sklepie odzieżowym. Sklep jest niemiecki, więc po praktyce, gdy będę się chciała zatrudnić,  „na bank nie będą mieli problemu, ze zrozumieniem, że chcesz na pół etatu, bo masz dziecko”. Czuję się dotknięta sugestią. Z dzieckiem w domu jest super, NIKT nie zajmuje się nim tak dobrze jak ja. Babcia z prababcią narzekają, że jest absorbujący i że nie dają rady. A mi z moim Stasio dobrze, tylko ubolewam, że nie je. Kiedy jednak nikt nie narzuca planu dnia i godzin posiłków, to świetnie się dogadujemy. Jak już kiedyś wspominałam, chętnie odciążyłabym finansowo Męża, ale na pewno nie w taki sposób. Nie po to kończę te studia, żeby wykładać bluzki na półki. Do sklepu odzieżowego to mnie nawet moja mama nie wysyła, chociaż ona najbardziej by chciała, żebym pracowała.


Stasio zrobiło mamie prezent i poszło w sobotę spać już o 21 a i w niedzielę zasnęło przed 22, do tego w niedzielę jedna z drzemek odbyła się w domu, co też jest odstępstwem od normy, poza tym Mąż zabrał syna na półtoragodzinny spacer w niedzielny wieczór i mogłam się realizować. Uszyłam pierwszą sukienkę, z której jestem zadowolona. Musze ją jeszcze minimalnie skrócić, ale to moja najlepsza sukienka do tej pory i już planuję następną z identyczną górą. Jednak potrafię. Poprzednie dwie były porażkami i już się bałam, że zostanę maszynową frustratką, to znaczy osobą posiadającą maszynę i nie mającą ani czasu ani chęci  (ani umiejętności!) żeby używać jej, ale jest! W końcu mam co na siebie włożyć w upał i nie wyglądam jak Kopciuszek. A może?

Reklamy

Okulary

Zupełnie o czym innym miałam zamiar pisać dziś wieczorem, ale sytuacja wymusiła zmiany. Naciskano na nas, żeby Mąż zrobił sobie drugie brylki- fotochromy, odkąd zmienił oprawki 3 lata temu. A szkoda, ze zmienił, bo patrzcie sami, jaki był słodki i anachroniczny, a jaki modny zrobił się po zmianie. Musiałam go na nowo zaakceptować.  Drugie miały być mu potrzebne w razie awarii (te poprzednie rozpadły się w punktach, w których były już lutowane i nie dało się tego naprawić!), nie może przecież zostać bez okularów, 3 lata temu został a ma niesymetryczne oczy i to źle. Babcia ma zaćmę i jaskrę, więc uważa te okulary z fotochromem za bardzo ważne. Babcia ma też „swoją” okulistkę, do której jedzie przez całe miasto, bo jest najlepsza i ma praktykę w szpitalu. Do tej swojej okulistki wnuka chce umówić od trzech lat właśnie, już przy robieniu poprzednich okularów chciała, żeby potwierdzić diagnozę. Ja akurat miałam talony na prawie darmowe badania w Vision Express, więc inny lekarz za złotówkę potwierdził ówczesną diagnozę i temat przycichł, ale co zimę (bo kierowca a śnieg i odblask) i co lato (bo lato i słońce) obie z mamą naciskały na fotochrom. Mąż potrzeby nie czuł. Przed pójściem do korporacji był na badaniu rutynowym, które stwierdziło, ze okulary obecne wciaz się nadają. Ale trafiła się okazja, moja mama miała zniżkę do VE w wysokości 159 na ramki i 99 na szkła. Można się też było za darmo przebadać bo korporacja dala ubezpieczenie w Medicoverze. Skorzystaliśmy. Babcia złowieszczyła, że ten lekarz na pewno nie ma praktyki szpitalnej, ale wrażenie na całej starszyźnie zrobiło to prywatne ubezpieczenie. „Och, jak on ma dobrze„, zachwycali się. Jeszcze tego samego dnia wybraliśmy tanie ramki , szkła miały być w ciągu tygodnia. Zwykłe kosztowałyby 300, fotochrom 600! 200 dawała korporacja w ramach socjału a 300 rodzice jako ze to oni naciskali na fotochrom, a tyle właśnie wynosiła różnica między wymuszonym fotochromem a zwykłymi. Nas bolało jedynie, że przez nasze ręce przechodzą takie pieniądze i to wcale niepotrzebnie. Mąż potem powie,  że on był okularom przeciwny od początku. Ale cóż, naciski nasilały się, musieliśmy.

Gdy przyszedł czas odbioru, Mąż chciał mieć mnie koniecznie przy sobie, wiec sam odbiór opóźnił się tydzień, bo nie pasowało. Zarozumiała blondyneczka dwojga nazwisk wyciąga okulary z szuflady i podaje, Mężowi źle, mówi że trzeba dogiąć, blondyneczka cały czas krzywo patrzy i mówi ze się nie dogina, bo osie, bo odległości, a Mężowi ewidentnie lewe oko źle leży, tj. szyba jest dalej oka niż w przypadku prawego. Po jakimś czasie powtarzania w kółko tego samego blondyneczka wzywa koleżankę, koleżanka bardziej otwarta, ale też nie rozumie w czym rzecz, mówi ze okulary dobre, proste. Po chwili Mąż dochodzi do wniosku, ze zagięcie to jedno, a sama szybka zła. Porównują z obecnym okularem i się okazuje ze z 1,5 na 0,5 zmieniono, pogłębiając jeszcze różnicę miedzy szybkami. Chcą zaoferować badanie u nich mające zweryfikować receptę, już proponują termin gdy wymyka im się, ze za pol ceny czyli 45 złotych. My dziękujemy, oni się naradzają i oferują za złotówkę. Bierzemy. Następnego dnia ich lekarz stwierdza, ze złe okulary, ze powinno być więcej i bez cylindra. Na razie nic z tym nie robimy. Mówimy w domu, ze może potwierdzilibyśmy nową receptę jeszcze u lekarza babci, mama i babcia napalają się na to strasznie, ale my mamy priorytety. Dzwonimy do Medicoveru.

Mąż współczesny

Oni naradzają się kilka dni i zapraszają na badanie mające zweryfikować błąd ich lekarza przez innego ich lekarza. Badanie to odbyło się dziś rano. Pierwsze badanie wykazało znaczną różnicę, wiec pani doktor zakropiła, zbadała komputerowo, pomiar bliższy przepisanemu, zakropiła ponownie, kazała odczekać, zbadała trzeci raz i wynik był już bardzo bliski przepisanemu. Zabrali nowe okulary do zbadania mocy i będą się naradzać. W razie czego i tak czeka nas  ponowne badanie. Nadmienię, że to dzisiejsze kosztowało Męża cały dzień pracy na politechnice, bo zakropienie, mimo obiecanego efektu dwugodzinnego, jeszcze wieczorem nie pozwalało czytać.

Babcia bardzo się emocjonuje tematem i pyta, po co szedł Mąż na to dzisiejsze badanie zamiast do jej lekarki, nie straciłby całego dnia i już miał zapisane okulary. Tak się babcia emocjonuje, że dzwoniła już kilka razy i temat drążyła. Mam nadzieje, że Mąż prześpi noc mimo wieczornego poruszenia.