Wszędzie gdzie się da

Pamiętacie, jak zaczął się ten blog? Chyba tylko jeden Maurycy Teo, najstarszy czytelnik, może pamiętać. Otóż blog zaczął się od tego, że zachciało nam się barszczu w maju. Wzięliśmy wówczas nasze młode auto, zostawiliśmy rodzicom jedyne(!) wtenczas dziecko i ruszyliśmy w Kaszuby, a tu zonk! Bo albo lokale obsługiwały komunie, albo nie serwowały barszczu. Barszcz złowiliśmy dopiero w Kościerzynie i był to barszcz wyśmienity. Na marginesie wspomnę, że lokal, w którym wtedy zjedliśmy ten wyśmienity barszcz, innym razem pobrał od nas napiwek w wysokości 1zł wbrew naszej woli. Dzisiaj byśmy taki napiwek dali, ale wtedy nie było nas na to stać.

Od tamtego czasu co roku obchodziliśmy święto barszczu w trzecią niedzielę maja. Raz tylko, w roku 2014 obchody przeniesiono. W zeszłym roku, mimo braku podania tego faktu do publicznej wiadomości, barszcz jedliśmy i to w aż czterech miejscach. Nie inaczej było tym razem. To znaczy było zupełnie inaczej, bo nie w czterech, tylko w trzech i w dodatku każdy miał swój barszcz w każdym miejscu. To znaczy niektórzy, a nie każdy. Ale po kolei.

Tym razem już naprawdę wiedzieliśmy co i jak. Wiedzieliśmy, czego się spodziewać (komunie), wiedzieliśmy gdzie barszcz jest dobry, a gdzie zwykły. I planowaliśmy odwiedzić same nowe lokale zamiast jeść barszcze tylko tam, gdzie się da. A w dodatku dla utrudnienia tylko po jednym lokalu na miejscowość. Zaczęliśmy z grubej rury. Pojechaliśmy do Dziemian, które są kawałek drogi. Tam był pensjonat Dobry Adres. Akurat kateringowali dwie komunie, ale nie przeszkodziło im to w ugoszczeniu nas. W dodatku dzięki tym komuniom mogli podać barszcz, którego normalnie w menu nie mają. Barszcz był dobry, ale potem były lepsze. Właściwie trochę octem walił. Synowie biegali wokół słupa wraz z jednym z komunijnych gości. Panowie na parkingu mieli kłopot, bo nie mogli się dostać do ładnego czarnego BMW. My do ładnego zielonego acz starego Lanosa dostaliśmy się bez problemu.

Następnie odwiedziliśmy Lipusz. W głównej restauracji Lipusza odbywała się komunia i nie otworzyli swoich podwojów dla nas. W Borowej Ciotce pozwoliliby nam się rozsiąść na dworze mimo odbywającej się komunii, ale nie serwowali barszczu. A w takiej małej restauracyjce, w której kiedyś zjedliśmy nieudane pierogi, także mieli zamknięte z wiadomego powodu. A my te wszystkie lokale odwiedziliśmy jeżdżąc w kółko Lipusza wszędzie gdzie się da. Bo może nie wiecie jeśli nie jesteście z Kaszub, ale Lipusz ma taką budowę, że można po nim jeździć w kółko.

Żeby zaoszczędzić czas, rozpoczęliśmy telefoniczny rekonesans równolegle z osobistym. Samochód jechał naprzód a my się dowiadywaliśmy. Szał! Tą metodą dowiedzieliśmy się, że Leśny Dworek w Kornem był nieczynny z powodu komunii, a Dom Celebrytów w Łubianie nie serwował barszczu. Na podstawie nieodebranego połączenia wydedukowaliśmy, że Blue Orange, znany także jako Kaszubskie Jadło nie otworzył się jeszcze po tym, jak w 2014 poszedł na remont.

Przez Kościerzynę przejechaliśmy tak jak gdyby nie było w niej restauracji, bo w Kościerzynie to my jadamy podczas weekendu za pół ceny a nie w Święto Barszczu. Zatrzymaliśmy się w Astrze w Kłobuczynie, ale oni mieli komunie. Chyba dwie. Ominęliśmy Przystanek Łosoś w Egiertowie licząc, że zjemy barszcz w innym miejscu tej wsi. W innym miejscu tej wsi zwanym „obiady domowe” mieli, uwaga uwaga: 5 komunii. Słownie: pięć! Mąż wygooglał, że rzut beretem znajduje się Folkowy Dwór. Trzeba było tylko przeciąć drogę główną (krajową dwudziestkę) i pojechać na wprost przez skrzyżowanie. Ale to było niemożliwe! Z Kościerzyny nadciągały setki aut sznurem jak panny za mundurem. Zanim pokonaliśmy skrzyżowanie, przyszło nam przepuścić co najmniej sto aut! A Folkowy Dworek był oczywiście nieczynny. Zadzwoniliśmy do Przystanek Łososia i okazało się, że jest po co się tam cofnąć. Przystanek Łosoś zaserwował wyśmienity, choć mocno pikantny barszcz. Zapewnił naszym starszym dzieciom dobry kącik do zabaw, a naszej najmłodszej córce przewijak w łazience. Byliśmy bardzo zadowoleni, ale niestety na obsłużenie rachunku przyszło nam bardzo długo czekać mimo dwukrotnych próśb o tenże. Zatem nie zostawiliśmy napiwku. Lubię nie zostawiać napiwku.

Ruszając z Egiertowa zadzwoniliśmy do restauracji Schabowy Raz zapytać co tam u nich. Oni barszcz mieli jeszcze, więc pojechaliśmy tam co prędzej, bo gdyby przed nami zjawił się ktoś inny celebrujący to samo święto, to mogłoby się okazać, że gdy dojedziemy, barszczu nie będzie już. Na szczęście gdy dotarliśmy, wciąż był. Dzieci tym razem bawiły się na dworze podglądane przez szybkę. Wnętrze urzekające, urocze, miłe, przytulne. Barszcze wyborne, do tego Magda Gessler poleciła opiekane ziemniaki, a poza tym jeszcze podano chleb ze smalcem i Mąż objadł się.

Zdecydowaliśmy nie jechać już ani do Borcza, gdzie serwują barszcz pyszny acz drogi ani do Żukowa, gdzie jeśli byliby otwarci, także mieliby barszcz, gdyż po pierwsze się najedliśmy, po drugie córka płakała, po trzecie  chciało nam się spać oraz po czwarte padł nam tablet i nie moglibyśmy zrobić zdjęcia czwartego barszczu tabletem.

Prawdopodobnie od przyszłego roku Święto  Barszczu zostanie na stałe przeniesione. Albo na sobotę poprzedzającą albo na pierwszą niedzielę czerwca. Bo to się nie godzi żebyśmy w święto barszczu więcej czasu spędzali na poszukiwaniach niż na konsumpcji. Dzięki temu akapitowi za rok mamy zupełną swobodę z wyborem daty i nikt mi nie powie, że decyzja nieprzemyślana albo kunktatorska.

Na zdjęciach wiatru nie widać

DSCN1200Wiecie, nie będę ukrywać, że pisać mi się wcale a wcale nie chce, ale patrzę na tego biednego strudzonego Męża, który siedzi naprzeciwko i wiem jak on te wpisy lubi. Myślę o innych czytelnikach, którzy też czekają. I także o tej grupie czytelników, którzy z wpisu dowiedzą się, że jedliśmy barszcz i pomyślą, że nie dbamy o dzieci. Kalkuluję , przeliczam, kładę na szali przyjemności własne i jak zwykle okazuje się, że przegrałam. Dzisiaj macie wpis. Jutro za to umyję sobie wannę.

Czy ktoś jeszcze pamięta jak zainicjował się ten blog? Blog zaczął się świętem barszczu a święto barszczu, w roku 2012 ustanowione, w 2013 zostało przypieczętowane. Rok temu obchód jakoś nie wyszedł, bo już ledwo się kulałam i w stosownym terminie byliśmy tylko skmką w Sopocie, a w Sopocie nie da się kupić barszczu za grosze, DSCN1206bo Sopot to kurort pełną gębą. Ale trzecia niedziela maja jest rokrocznie zwana świętem barszczu i wtedy ten barszcz staramy się jeść w lokalach. Utrudnienie dodatkowe jest takie, że w niedzielę maja odbywają się komunie, ale dzisiaj akurat nigdzie nam komunia nie zakolidowała z naszym barszczem. Albo mieliśmy szczęście, albo społeczeństwo przez te lata rządów ustępującego prezydenta Bula zbiedniało i przyjęciny robi w domu a nie w restauracji.

Jak więc odbyły się tegoroczne odchody znanego na cały blog święta? Zaczęliśmy pysznym obiadem w domu. Były znakomite pyzy z paczki i duża ilość zezłoconej na brązowo cebuli pokrojonej w piórka. Kiedyś nie tknęłabym takiej, ale teraz, gdy mi ona szkodzi, wprost nie mogę się oprzeć. Aha, te pyzy to tylko ja jadłam. DSCN1207Inni jedli zdrowiej. Ursus też bardzo chciał pyzy, ale każdy kąsek jednak wypluwał. Potem miały być lody, ale jakoś nie było. A potem Mąż zrobił frytki. Mąż robi najlepsze frytki w okolicy. Starszy syn w ogóle nie chciał frytek, ale potem mu się zachciało i żałował, że przegapił. Na brzuszkach było tak ciężko, że znów zabrakło spustu na lody. A ponieważ w Gdańsku nie możemy zjeść lodów*, najbliższe lody dopiero za tydzień. No i wyjechaliśmy.

Planowaliśmy odwiedzić tylko lokale barszczowe przy bezpośredniej trasie wiodącej do domu, bo generalnie to szkoda ładnej pogody na jazdę samochodem, a i plecy jakoś nie skaczą z radości za kierownicą.

DSCN1217Do Kościerzyny jechaliśmy okrężnie przez las i delikatnie się spieraliśmy, bo Mąż mówi, że jego weekend trwa tylko dwie godziny, które spędza na dworze, a ja akurat jestem niewinna, bo wczoraj byliśmy na tym dworze tyle ile się dało, ale akurat nie za wiele, bo bardzo wiało. Skądinąd to „bardzo wiało” odbywało się nad Wdzydzami i był koncert, w którym brał udział Mariusz Kałamaga, a ja akurat wiedziałam, że to ktoś znany bo raz mi się obiło nazwisko jak rodzice oglądali telewizję. O tym koncercie wspominam, bo wyobraźcie sobie sytuację: jesteście nad jeziorem, wieje mocno, ale macie kurtkę zimówkę, więc nie jest źle. Gra jakiś zespól i nagle leci „górniczo-hutnicza orkiestra dęta robi nam…”. Już czujecie się młodzi, bo przecież czasy górniczo-hutniczej orkiestry dętej i jej paparara to czasy, gdy jeszcze byliście młodzi i pewnie u Was nie, ale u nas to na każdej DSCN122818-tce leciało a ja chociaż nie lubiłam tych 18-tek, to chodziłam, bo nie byłam dość nonkonformistyczna by nie chodzić. No więc cieszycie się, że górniczo-hutnicza orkiestra dęta znów gra i nucicie, ale okazuje się, że ta orkiestra w wykonaniu wczorajszych wykonawców robi… kebaby. Lubię kebab, ale on tam nie pasował. Odarli mnie z młodości!

Więc wracając do dzisiejszej jazdy, to Mąż nie miał zbyt intensywnego weekendu, ale i ja nie miałam bardziej szałowo niż on. Otóż Mąż wiele tygodni temu obiecał, że w weekendy będę mogła chodzić w Kościerzynie na basen, a on będzie z dziećmi. Basem jest potrzebny moim nadwątlonym i obolałym plecom oraz mojej tuszy, której jeszcze nie ma, ale może nagle się pojawić. DSCN1271Gdy ostatnio byliśmy u doktora, doktor znów powiedział, że powinnam się ruszać. On doktor ma trójkę dzieci, w tym jedno młodsze od naszego i on doktor swojej żonie stwarza warunki do ruszania się. I wtedy Mąż obiecał, że da ten czas na basen, ale zaraz potem dzieci były chore, a potem byli u nas kumple i się nie złożyło żeby basen wyszedł, więc kiedy Mąż zaczął narzekać, to ja mogłam się obronić przez zadeklarowanie większego pokrzywdzenia.

W Kościerzynie oczywiście ominęliśmy Lemon Tree. Pamiętacie jesienną akcję ‚Kościerzyna za pół ceny’, kiedy to Lemon Tree okazało się skasować barszcze za pełną cenę i jeszcze samowolnie pobrać napiwek? Wtedy stracili nas jako klientów. Jakkolwiek ich barszcz jest świetny, DSCN1359to nasze nogi więcej tam nie postaną. Zatrzymaliśmy się za to w Astrze. To taki zajazd, w którym Mąż jako dziecko zatrzymywał się ciągle. Mają tam ładnie i barszcz też mają chociaż w menu informacji nie ma. Ale zapytaliśmy, bo kto pyta, ten nie błądzi. Nie wspomniałam jeszcze, że plan był taki, by w różnych miejscach jeść jeden wspólny barszcz. No to zjedliśmy, Ursus zdobył wstążkę dekorującą krzesło, obejrzeliśmy ogródek i pojechaliśmy dalej.

A potem plan jechania główną drogą wziął w łeb, bo zobaczyliśmy reklamę Gawry i Białego Misia, a kto nas zna, ten wie, że na takie nazwy się złapiemy. Ale było to trochę na uboczu. A jako że my nie używamy gpsu, a mapę mamy tylko najbliższej okolicy, to nie bardzo trafiliśmy. I zrobiliśmy pewnie blisko 20 dodatkowych kilometrów na iście górskich drogach, bo była to taka część Kaszub, gdzie jest jak w górach. W międzyczasie zobaczyliśmy reklamę ‚U Zbója’ i jechaliśmy do tego Zbója, bo nazwa zachęcała (wszak zbóje jedzą barszcze), ale Zbój okazał się być ekhem, ośrodkiem wczasów zdrowotnych a nie karczmą z barszczem. Za to potem DSCN1293Mąż spytał smutnych panów w garniturach o drogę i wskazali nam najkrótszą. Jednak jak człowiek w garniturze to zaraz sensowniejszy. A Biały Miś okazał się być uroczym miejscem z takim sufitem jaki sami byśmy chętnie mieli gdyby był tańszy, lecz nie oferował barszczu ani w swoim menu ani spod lady. Spędziliśmy chwilę na tamtejszym placu zabaw, Stanisław miał nawet ochotę na kąpiel w basenie, ale nie tym razem. Wróciliśmy na główną drogę i pędziliśmy, bo przez te poszukiwania i brak barszczu u Misia straciliśmy masę czasu a niektóre lokale zamykają się wcześniej niż inne.

DSCN1306Kolejnym naszym przystankiem była Rybaczówka. Raz tam byliśmy, ale ktoś akurat brał wesele. Tym razem brali tylko przyjęciny, ale na piętrze, więc na parterze my mogliśmy pić barszcz. I panie kelnerki miały atrakcyjnej długości spódniczki**. A chociaż wystrój miejsca mnie osobiście nie powalił (zbyt nowoczesny), to barszcz był całkiem całkiem i niczego sobie. Do tego stopnia, że część planu dotycząca brania wszędzie tylko jednej porcji też wzięła w łeb- tu zamówiliśmy drugą. W pewnym momencie i Ursus zaczął się krzykami domagać podania mu wspaniałego płynu w kolorze bardzo plamiącym. Ale ja się plam nie boję, bo przecież po to jest dzieciństwo i odplamiacze żeby dzieciństwo było dzieciństwem.

A potem byliśmy jeszcze w Wyczechowie, dokąd ledwo zdążyliśmy. W Wyczechowie raz mieliśmy stłuczkę, na której zarobiliśmy 200 złotych, ale to znowu dygresja. Tym razem DSCN1309nie mieliśmy stłuczki, a oni nie mieli papieru toaletowego w łazience ani kiełbasy leśnej, którą lubimy. No i już prawie zamykali. I każdy był już zmęczony. Ale barszcz wypity, pasztecik zjedzony i szlus!

Przed powrotem do domu mieliśmy jeszcze jeden przystanek w jakiejś wsi, bo Ursus sobie przypomniał, że nie pił mlesia. Próbowaliśmy tam nabyć bułki drogą kupna, ale oferowali tylko starą chałkę za 2,40. No więc pojechaliśmy do marketu po drodze po świeże bułki i wróciliśmy do domu. Dzieci się wykąpały i poszły spać, a my siedzimy sobie naprzeciwko siebie w salonie i cieszymy się z kolejnej zaliczonej podtrzymanej tradycji. Och ach!

Wnikliwy obserwator spostrzeże, że czapka ubogiego krewnego znowu w akcji! Znów pojawiają się głosy, że ubieram dziecko jak ‚dziecko cygańskie’, ale to nieprawda!  Cyganie noszą się o wiele lepiej niż my. My nosimy się wygodnie i czasem czysto, ale jeśli ładnie, to tylko przez przypadek.

DSCN1343*Już wkrótce przestaną grzać, przesuniemy grzejnik w kuchni i kupimy sobie lodówkę z zamrażalnikiem. Wtedy będziemy jedli lody bez przerwy. Na razie korzystamy z takiej, która zamrażalnika nie ma i w ogóle nie jest nasza. I stoi w przedpokoju. I jeśli chłodzimy w niej ciasto, to musimy wyjąć masło, bo taka jest mała. Ale to już naprawdę niedługo. Maj się kończy, więc ile można grzać? Śpimy prawie na golasa i przy otwartym oknie. Nigdy nie spałam w takiej skąpej piżamce jak obecnie.Próbowaliśmy zakręcić kaloryfer, ale on wtedy zaczął tryskać wodą, więc musieliśmy go odkręcić i dalej śpimy prawie na golasa, ale to tylko dygresja.

**Jeżeli spódniczka jest atrakcyjnej długości, to chętnie zawiesza się na takiej oko. Im krótsza tym chętniej rzecz jasna. Na spódniczce oczywiście. Bo krótkie spódniczki są ładne. Podobnie jak małe misie, szczeniaczki i kociaczki.

DSCN1351

O wywieraniu nacisku na otoczenie

DSCN8042Nasze małżeństwo bardzo lubi rocznice a dzisiaj mieliśmy akurat podwójną i z tej okazji zamiast wyłożyć się teraz do góry brzuchem zostałam zobowiązana do stworzenia tego krótkiego wpisu o dzisiaju. Nie czuję się jednak dotknięta, bo od leżenia do góry brzuchem boli pewien odcinek kręgosłupa. Rok temu 18 maja był sobotą a my spędziliśmy ją w mieście, bo akurat miał być katolski spęd, który nas interesował. Czas do spędu spędziliśmy trochę nad morzem, a trochę gdzie indziej. Potem był spęd, po którym mieli się do nas  odezwać, ale rok mija, a telefon milczy. Padała ulewa i zmókł nam wózek. Było fajnie. Idealny dzień do świętowania i udało się go zupełnie dobrze zupełnie przypadkiem powtórzyć.

Ważniejsze jednak jest to, że odkąd blog istnieje, trzecia niedziela maja jest świętem barszczu czerwonego. Obchody święta barszczu zostały jednak zaburzone, bo ani Lemon Tree, które odwiedzamy zawsze w ten dzień, nie jest czynne, ani my nie mamy auta. Auto zaniemogło w czwarteczek i lekarz, do którego trafiło w piąteczek DSCN8074stwierdził, że przetrzyma je przez weekend w oczekiwaniu na implant z Warszawy (nie przeszczep, bo przeszczep jest używany, po kimś). Biedny zieloniutki. O ile nieistnienie Lemon Tree nie jest dużą przeszkodą, o tyle brak auta już nią jest. Poza tym auteczko zawsze było z nami tego dnia i bez niego nie moglibyśmy cieszyć się barszczem. Za miejsce spędzenia dzisiaj dnia obraliśmy sobie Sopot, bo to fajne miasto i można do niego dotrzeć eskalemką. Ale w Sopocie znamy tylko jedno miejsce z barszczem i jest to miejsce drogie, a barszcz w nim serwowany jest z kartonu, więc obchody święta barszczu przeniesiono a dziś spędzaliśmy rodzinną niedzielę nad morzem.

Było bardzo rodzinnie. Mieliśmy cynk z internetu, że odbywa się tam festyn dla rodzin. A może festiwal. W każdym razie miało być „śniadanie na polanie”, która była akurat plażą. Wstaliśmy późno, bo nikt nie budził wcześnie, zjedliśmy co popadło (akurat popadł dobry chleb z dobrą szynką, którą kupiłam w piątek bez kolejki) i poszliśmy na eskalemkę. Dojechaliśmy do Sopotu w kameralnym przedziale i powędrowaliśmy nad morze. Synek znów zadziwił, bo chociaż ostatni raz nad morze w Sopocie szedł w środę przed tłustym DSCN8088czwartkiem, to doskonale kojarzył, że wówczas klaun grał na gitarze i wspomniał o tym. Synek miał nową czapkę, która nie jest może zbyt dizajnerska, raczej taka trochę z tyłka, ale jest z bawełny, chroni od słońca i chroni uszka. Gdyby na uszkach się nie odwijała, byłaby bardziej dizajnerska niż z tyłka. Następną zrobię tak, że się odwijać nie będzie. Czapka jest z prototypu, który powstał rok temu. Ta nie ma już wad w postaci niestarannego uszycia, ale nie jest jeszcze doskonała. Za to pasuje do dresików, jest z bawełny i, co najważniejsze, posłuży synkowi przez wiele lat, bo się dobrze naciąga. No i miał skarpetki w paski w kolorze bluzy oraz spodni, a na jednym z rękawów bluzy łatkę w kolorze spodni. Był ubrany bardzo pro. Jak nie nasze dziecko. Bo jeśli chodzi o ciuszki, to my akurat mamy inne priorytety i nosimy się niedbale (tu przypomnę, że ja ciążę przechodziłam w trzech sukienkach i nie planuję już żadnej nowej).

Śniadanie trwało od 11, a my dotarliśmy tam chwilę po 12 i NIE BYŁO JUŻ NIC do jedzenia. Były za to soki. Ja wypiłam ich tyle, żeby podróż w obie strony mi się zwróciła, czyli skromne 5 kubeczków. Gdybyśmy jechali samochodem, nie musiałabym wypić nic, bo zieloniutki wozi nas za darmo, a my za to dobrze o niego dbamy i dajemy mu takie picie jakie lubi. Uwielbiam sok pomarańczowy, ale poza ciążą wywoływał on migrenę. Teraz nie. Mąż był bardzo głodny, mieliśmy jednak banany i one uratowały sytuację. Synek był uradowany, bo był tam porządny piasek i kamyczki (w domu ma porządną piaskownicę, ale kamyczków tylko tyle, co sobie naniesie), a on-synek miał spycharę, czyli traktor duplo. Spychara sprawdzała się znakomicie w tym piasku, a inne dzieci, trochę bardziej dizajnersko ubrane, patrzyły tęsknie na ten sprzęt. Jeden chłopiec miał łyżkę, a inne dziecko nie miało w ogóle czym bełtać w piachu. DSCN8158Dzieci nie mają dobrze. Rodzice zapewniają im ciuszki zamiast frajdy.

Obejrzeliśmy też stoiska, ale minky nas już nie interesuje, bo mamy swoje. Były książeczki dla dobrych rodziców i ich dzieci. Jedną synek już ma więc podczas pokazu brylował błyskotliwymi odpowiedziami na pytania pani, druga była ładna, ale psychodeliczna trochę. Na szczęście ostatnia i zeszła na pniu zanim zdążyliśmy powiedzieć, że jej nie chcemy. Trzecia to był Gruffalo. My mamy Gruffalo od lat, ale po angielsku i z guziczkami dźwiękowymi, więc lepiej. Podobno teraz robi furorę w Polszy. Był też piasek kinetyczny i fajne klocko-puzzle. Nieopodal dzieci wąchały ziemię, która pachniała lasem. Nasze dziecko nie musiało, bo dla niego ten weekend to akurat jeden z nielicznych weekendów bezleśnych a nie odwrotnie. Zdobyliśmy balonik i wiatraczek.

Potem byliśmy na placu zabaw, który był duży i fajny i pełen ludzi z dziećmi a bez psów! Mąż był jak to zwykle na placu zabaw bywa głównym tatą dla innych dzieci, bo inni rodzice siedzieli sobie na ławkach dookoła placu a ich dzieci spragnione rozmówcy zwracały się do tego najwdzięczniejszego*. Niestety, nie doczekaliśmy się w kolejce po bezpieczną huśtawkę, bo dzieci zajmujące dwie takie były bardzo z huśtawek zadowolone. A iść dalej musieliśmy, bo znów byliśmy głodni. Przyczepiła się do nas na chwilę pani jakaś dzika, co wyglądała normalnie i alkoholem nawet nie pachniała, za to coś brąchała, że niedługo to dwa wózki pojadą, bo ten to spacerówka i że ona widzi, że dziewczynki to już nie będzie, bo z tego co widzi, to to już ostatnie. Nie wiem, po czym to widziała, bo kulam się bardzo ładnie i dzielnie, ale Mąż ją spławił życząc jej wszystkiego dobrego, a ja o kwasie szybko zapomniałam, bo nie zwykłam żywić urazy. Był tam dziś i słynny na całą Polskę Palikot, ale jakoś się rozminęliśmy.

Na placu przy molo rozdawali niebieskie balony od platformy, ale nie braliśmy. Ursus bardzo naciskał by szybko gdzieś usiąść. Przysiedliśmy i posiedzieliśmy, po czym lunął deszcz, więc schowaliśmy się w księgarni. Potem wróciliśmy do domu zatłoczoną eskalemką, w której był pan, co mi miejsca ustąpił i dzidziuś, co się DSCN8176synkowi spodobał i inny chłopiec o imieniu Ksawery, którego rodzice wieźli telewizor  i upuścili ten telewizor na peronie po wysiąściu. Podczas powrotu (ale już na peronie w Sopocie) okazało się, że Mąż pachnie jak sprzed lat. Od lat nie pachniał tak dobrze. Twierdzi, że to wiosenny deszcz na czystej koszulce.

A potem synek sam się domagał, by iść do kościoła, co jest o tyle nietypowe, że nie każdy kościół lubi. Ale naszą już-wkrótce-parafię lubi bardzo.

Dzisiejszy dzień jest jeszcze radosny z innego względu- wrócił synka dziadek a Męża Tata i byliśmy wieczorem na rodzinnej kolacji. A potem wróciliśmy do domu i synek padł w 5 minut zmęczony jak koń po westernie.

*Dzieci i studentki Męża uwielbiają. Mąż najbardziej lubił Filipka z Borkowa, który domagał się obietnicy, że „wujek” jeszcze przyjdzie. I przyszedł.

DSCN8153

Przechodniu beknij sobie

DSCN7882Przyjechaliśmy na wieś i stopniowo rozgrzewamy dom z temperatury przeraźliwie niskiej do znośnej po to, by jutro odjechać. Już wczoraj wieczorem dałam znać, że mam zatoki i nie zamierzam ich wystawiać na mróz, bo będą chorsze. Mąż  z kolei zresponsował, że on nie zamierza zużywać weekendu na siedzenie w domu i jeśli ja nie zamierzam być całego dnia na podwórku, to on pójdzie sobie do pracy na dzień cały, bo ma co robić, a weekend służy do zwiększenia wydajności a nie do jej zmniejszenia. Wydajność można zwiększyć wykonując pracę lub regenerując siły na powietrDSCN7955zu. Zmniejsza się ją siedząc w domu i gnuśniejąc. Zasypialiśmy w atmosferze konfliktu, ale rano zbudzeni dzieckiem zgodnie wstaliśmy i znieśliśmy plecaczki do samochodu, gdyż bagażnik wypchany był nowymi komodami na klocuszki, samochód stal już pod oknami jak to w weekend tylko może, a pogoda była ładna i głupio nie jechać. Zanim osiągnięto zgodę Mąż przedstawił swoje roszczenia dotyczące planu dnia i okazało się, że są akceptowalne. Jechałam ładnie. Raz laska w małym samochodzie, co to jest tak mały, że nie widać go nawet w lusterkach, wjechała mi w martwy punkt, ale ja miałam refleks i Mąż ani pisnął. Jechałam tak ładnie, że nie zazrzędził ani razu i tylko w okolicach fotoradarów przypominał o ich istnieniu. Potem nawet  stwierdził, że się wyrobiłam. Albo rzeczywiście, albo ma wyrzuty sumienia po wczorajszych studentkach i dlatego jest taki miły.

Spędziliśmy leniwe przedpołudnie w Kościerzynie jedząc pizzerki z salami i szwendając się. W najlepszym mieście świata ktoś życzliwy dał poradę zdrowotną (zdj. 1), którą Mąż i Staszek próbowali uskutecznić. Zaszliśmy do Lemon Tree na barszcz i on był ekstra. CDSCN7818hociaż regularnie powtarzam barszcz z przepisu, nie udaje mi się tego efektu osiągnąć. Pani Kasi było bardzo miło, gdy zamówiliśmy drugi. Zamawialibyśmy do oporu, ale czekały nas spacery za jasności, a i Staszek nie współpracował za dobrze. Przy pierwszym barszczu stanął tyłem do nas na skórzanej kanapie i gapił się w przestrzeń. Skwapliwie korzystaliśmy z chwili spokoju, chociaż jednocześnie niepokoiliśmy się bardzo. Przy drugim barszczu trochę pochopnie wyrwaliśmy go z osowienia i zaczął sprawiać trudności. Mogliśmy byli dać mu kilka minut więcej.

Wieś powitała nas śniegiem po kostki. Ktoś DSCN7938(ratrak, pług, jak zwał tak zwał) odśnieżył nam drogę zasypując cały podjazd. Żeby wejść na teren działki długonogi Achilles musiał przeskoczyć płot, wziąć z szopy łopatę i wytorować drogę do furtki oraz zrównać z ziemią jej bezpośrednią okolicę, bo nie latała ani wte ani wewte. Po zmianie pieluch ruszyliśmy dalej. Niedokładnie naprędce odśnieżone hałdy śniegu utrudniały zawrócenie. Koła utknęły w zaspie, Mąż spytany jak kręcić odparł: „tak tak tak tak i tak” wykonując jednocześnie ruch ręką jakby skreślał błędnie napisane słowo. Spytany o kolejność tych „taków” zaoferował, że może on zawróci. Ze dwa razy się tak oferował, ale ponieważ pod maską mamy setki konia ja jestem tak wyśmienita i mam tak dużo wyobraźni przestrzennej, to konie sobie poradziły ze śniegiem i pojechaliśmy do Juszek drogą przez las z głębokimi koleinami.  Staszek zaczął przysypiać i musieliśmy szybko wysiadać. Ale nie mogliśmy wysiąść, bo jechaliśmy. Znaleźliśmy inną drogę nad nasze Strupino i na szczęście ktoś tamtędy już jechał, więc była przejezdna. Szybko zabrakłoDSCN8051 miejsca na aparacie, bo ktoś zdjął tylko dwa foldery. Przeglądaliśmy, co można by usunąć. Był już nawet wyznaczony do usunięcia film sprzed trzech tygodni, w którym Staszek chodzi po błocie a ja nieświadoma, że to film mówię, żeby Mąż focił, to naszym znajomym z Warszawy wypadną gałki z orbit, że nie przyjechali na roztopy, ale Mąż stwierdził, że gdzieś była seria pięciu filmów i żebym spośród tamtych jeden usunęła. Staszek, który czekał na zrobienie fotki nurzając gołe łapy w śniegu się wówczas wkurzył i skończyło się na bezfociu i małej furii. Wróciliśmy do domu i Stasio usnęło otulone termoforami, a my zajęliśmy się tym, po co tu przyjechaliśmy, czyli segregowaniem klocków Lego, które kupiliśmy na Święta a myliśmy przez cały wyjazd ślubny i suszyliśmy przez całą ostatnią nieobecność. Złożyliśmy 3 nowe DSCN7994komody na klocuszki. Było wybornie, uroczo i rozkosznie. Mąż bardzo chwali sobie integrację sensoryczną poprzez klocki Lego. Z obudzonym Stasiem obejrzeliśmy film na diwidi*. Próbowaliśmy jeden film, ale nie dość, że miał napisy, to zacinał się. Zmieniliśmy na „Narzeczoną dla geniusza” i to jest od dziś mój ulubiony film. Oglądaliśmy go do końca trzymając Staszka siłą na dole i powyżej pory usypiania, bo ja odmówiłam zostawienia sobie części na śniadanie. Trzymany siłą Staszek zainteresował się suwakiem własnej bluzy i już kuma jak to działa.

Muszę jednak pozostawić drogich czytelników z pewnym niedosytem informacji o naszym sielskim życiu, gdyż noc jest krótka, a nie dość, że mamy kuriozalne ilości klocuszków do rozsegregowania, to jeszcze chcemy się oddać odśnieżaniu, bo to wywołuje endorfiny i tak spędzaliśmy podroż poślubną, więc wiadomo.

*Film był tak naprawdę na fałcede i trzeba było w połowie zmienić płytkę. Gdybyśmy byli w kinie studyjnym, to byłby na dyskietkach i je trzeba byłoby zmieniać co 10 sekund. Stąd nazwa- studyjne, bo to studenci zmieniają te dyskietki.

   DSCN8124

DSCN8123

DSCN8010

Sara i Teodor

Cytrynna i Mąż obchodzili wczoraj ostatnią z szeregu Ważnych Rocznic występujących w tym roku. Przypomnę, że wszystkie dotyczą Pięciolecia, natomiast począwszy od 1 marca, każda data tego roku wypada w dokładnie taki sam dzień tygodnia, jak 5 lat temu. Ponadto również Wielkanoc wypadła w tym roku dokładnie tak samo jak przed pięciu laty, co, o ile nie zmieni się sposób jej wyznaczania, za naszego życia już się nie powtórzy. Wielkanoc jest tu istotnym punktem odniesienia, ponieważ od Wielkiej Środy wszystko się zaczęło.

 Ostatnią rocznicą było pięciolecie zaręczyn. Nie były one wprawdzie żadną niespodzianką dla Cytrynny, ponieważ wspólnie wybrano pierścionek i podjęto decyzję. Początkowo planowano uroczystość na półrocze (4.10), jednak atmosfera nie była dobra w owym dniu i ważne wydarzenie odwleczono. Ponieważ odwleczony dzień (również symboliczny) był sobotą, to starający się o rękę panny przybył do jej rodzinnej wioski. Zjadł obiad u jej babci (słynne ruskie pierogi babci Zosi, niedoścignione i z niczym nieporównywalne) i udali się razem do przyszłej teściowej po drodze kupując kwiaty, bo pomyśleli, że tak wypada. Kupione kwiaty spadły podczas zdejmowania butów i jednej z różyczek odpadł łepek, ale zaradna przyszła oblubienica zamontowała główkę z powrotem za pomocą rozprostowanego spinacza. W tym dniu powstał pamiątkowy talerz zaręczynowy, którym podzielili się po połówce rozłączając obie części aż do dnia Ślubu.

Niestety, mimo wczoraj występującej okrągłości rocznicy, nikt nie był skłonny umożliwić małżonkom jej obchodów. Dziadkowie swojego wnuka bardzo chcieli widzieć go na wsi, gdyż bardzo dokładnie wystrzygli trawnik i być może nawet wypolerowali ździebełka trawy, aby nie pokaleczyły maluszka. Do tego pogoda była taka jak nie bywa w październiku. Pojechała więc rodzina na wieś do dziadków z zamiarem pozostawienia utęsknionego stworzonka przodkom i udania się w miejsce odległe na symboliczne pierogi. Pomysł nie spotkał się z aplauzem, ponieważ dziadkowie liczyli, że pobędą razem a nie, że ich obecność zacznie się kojarzyć dziecku z nieobecnością rodziców.

Mimo początkowych sprzeciwów syn został, a rodzice odjechali. Symboliczne pierogi miały mieć miejsce w Węsiorach, gdzie zadzwoniono uprzednio celem upewnienia, że nie odbywa się tam żadne wesele. Najkrótsza droga do owych Węsiorów wiodła przez Płocice. Była to droga, którą wedle googli nie przejedzie samochód. Lanos jednak przejechał. Zresztą nie pierwszy raz i nie on jeden, mnóstwo grzybiarskich aut po drodze minięto. Nie godziłoby się nie zatrzymać w Płocicach. Był to pierwszy pobyt Cytrynny i Męża w tamtejszym zagajniku bez Stasia. Ktoś szczegółowo wysprzątał wszystkie grzyby, lecz oni mimo to zebrali 3 koźlaki i jednego prawdziwka. A było to już sobotnie popołudnie. Gdy odjeżdżali, na parkingu przy rynku głównym stał inny Lanos i czekał na swoją piknikującą rodzinę.

Kolejnym przystankiem były Bałachy, maleńka wioseczka ze sklepem, w którym kiedyś w czerwcu kupili sobie ogórki małosolne. Tym razem zakupiono sugusy, cukierki przez oboje kojarzone z dzieciństwem oraz sok marchwiowy, bez którego nie odbyła się jeszcze żadna wycieczka. Następnie Lanos pomknął przez Lipusz, drogą którą swego czasu cała rodzina jechała w poszukiwaniu jeziora. Droga jest o tyle interesująca, że jest naprawdę wąska i co jakiś czas na poboczach znajdują się zatoki/wybrzuszenia do mijanek. W końcu, po naprawdę wielu kilometrach, prawie u celu, dotarli do Sulęczyna. W lewo znajdował się Bytów (22 km), w prawo zaś Kartuzy, jedna z trzech stolic Kaszub (33 km)*. Cytrynnie, która na tej wycieczce była pilotem i miała doświadczenie z 20 maja w pilotowaniu na tej trasie, zaświtało, że należy pojechać w lewo. Był to oczywiście wysiłek większy niż włączyć się do ruchu w prawo. Po około 12 km okazało się, że wysiłku tego dokonano na próżno, bo zmieniła się już gmina i zaczęło zanosić się na to, że Węsiory jednak znajdowały się w przeciwnym kierunku od obranego. Potwierdził ten fakt GPS z telefonu. Strata jednak żadna, bo nikomu nie zależało konkretnie na Węsiorach, a zaledwie 10 km przed nimi był Bytów, inne słynne kaszubskie miasto, raz już odwiedzone. Nadłożoną drogę wynagrodziły również spektakularne widoki złotej jesieni (naprawdę złotej) oraz samo góropodobne ukształtowanie terenu. Cytrynna użyła przeglądarki w telefonie i znalazła restaurację godną uwagi, bo oferującą w menu barszcz czerwony. Początkowo małżeństwo zamierzało zaparkować pod Biedronką, bo lubi parkować pod marketami i odszukawszy cel, dojść do niego pieszo, jednak pod Biedronką już czyhał parkingowy, który sczytał ich numer rejestracyjny swoim automatem do tego służącym. Szybko odpalono więc silnik i opuszczono niegościnny parking. W pobliżu znajdowały się darmowe miejsca parkingowe z miłą scenerią i miłym towarzystwem (srebrzysty Lanos). Wybrana Restauracja Młyn również znajdowała się nadspodziewanie blisko. Chociaż barszcz był niezły, atmosfera nie zachęcała. Na koniec próbowano naciągnąć Cytrynnę i Męża na dwukrotnie wyższy rachunek. Szukali dalej lokalu oferującego pierogi. Mijana pierogarnia miała być oazą i wymarzonym celem, ale okazała się być nieczynna. Pospacerowawszy trochę, zupełnie przypadkiem trafili na niemal magicznie nazywającą się ulice Zaułek Drozdowy, w której znajdował się kolejny lokal z internetu, klub Jaś Kowalski. Miejsce bardzo przyjemne, barszcz porównywalny z poprzednim, czyli dobry, ale daleki od tego kościerskiego. Zaś na pierogi czekali niemożliwie długo- tak długo, że się zdążyli nasycić i przeszła im ochota na deser (Mąż zjadł czekajki w obu lokalach). Ostatnim przystankiem w bytowskiej randce był Lidl, czyli najbardziej sielskie miejsce (w Lidlach prawie zawsze jest super, nawet w nielubianym Gdańsku, a zawiódł do tej pory tylko Lidl w Warszawie). Zapełniono bagażnik wodami i popędzono do synka. Mgły już opadały i widoczność była żadna, Lanos ma światła przeciwmgłowe tylko z tyłu, ale doskonały kierowca pokonał trudności. Synka zaniedbano i nie podano mu kolacji, a gdy przybyli rodzice, jeść już nie chciał. Bardzo zmęczony, zasnął zaraz po zajęciu miejsca w samochodzie. Cytrynnie i Mężowi rodzice podarowali 5 rydzów, w tym jednego robaczywego. Rydz to jednak coś tak szlachetnego, że i robaczywego się zjada ze smakiem.

Po powrocie do Gdańska, synka przeniesiono do wózka i zabrano na drug etap randki. Otworzył oczka, lecz tylko na chwilę. Do Lokalu Pierwszego wjeżdżali już ze śpiącym. Lokal Pierwszy serwuje najlepszą szarlotkę w mieście (Cytrynna jeszcze takiej nie potrafi), a ponadto jest lokalem od zupełnie pierwszej i wielu kolejnych randek. W międzyczasie zmienił lokalizację, ale zachował swój klimat. Sprzedaje wprawdzie również piwsko, ale w chyba dość wygórowanej cenie 9zl/500 ml, co jednak nie zniechęca amatorów tegoż. Cytrynna zamierzała swoją szarlotkę popić białą czekoladą, ale nie mieli w magazynie. Opuściwszy Lokal Pierwszy, udali się wszyscy we troje do Lokalu Drugiego, który mieści się w miejscu dawnego Lokalu Pierwszego. Stasio spało smacznie, muzyka była cicha i bardzo retro, co sprzyjało spaniu. Mąż nasycił się czekoladą wypitą w Lokalu Pierwszym, Cytrynna jednak, obejrzawszy tamtejszą szarlotkę w gablocie, zdecydowała się na sernik dyniowy. Z uwagi na chłód, spacer, który później nastąpił, był krótki.

 Nikt nie miał już spustu na rydze, zostały więc na niedzielę jako przedłużenie świętowania. Cytrynna obdarowała Męża figurką z serii Lovable Teddies przedstawiającą zaręczyny Sary i Teodora, on natomiast dał jej jedną z brakujących do kompletności płyt Ulubionego Zespołu.

*Według Cytrynny, mającej zresztą kartuskie korzenie, Kartuzy są prawdziwą stolicą Kaszub. Kościerzyna, chociaż jest najlepszym miastem świata, i do tego ma w herbie misiaczka, do tego tytułu nawet nie aspiruje, jednak duże kaszubskie imprezy odbywają się w Gdańsku, który mianem stolicy Kaszub nierzadko jest określany. Tu też mieści się biuro zarządu, a wiadomo, że to o wszystkim przesądza. Zaś mieszkańcy najbardziej północnych krańców Polski stolicą Kaszub nazywają swoje główne miasto, czyli Puck. Z kolei historia  mówi jakoby stolicą Kaszub miało być Wejherowo (skąd pochodziła Cytrynny niedoszła rywalka w wyścigu po serce Męża, w przedbiegach pokonana).

Właściwy wpis urodzinowy, czyli pochwała Męża

W zeszłym roku zorganizowaliśmy kilka 25-tek Mężowi i jego rówieśnikom. Pomysł wkręcania ludzi od nas wyszedł i przyjął się w środowisku wyśmienicie. Pierwsza z akcji (urodziny P.) była najlepsza, bo nikt niczego się jeszcze nie spodziewał a i ja miałam lekki brzuch i siły by w kuchni zrobić cuda na słodko i na niesłodko. Chłopcy, po typowo męskim dniu pod jakimś pretekstem zjechali do nas, gdzie czekały poczęstunki oraz mnóstwo gości, w tym nawet G., była niedoszła zarówno Męża jak i P. (do której to uczucie chłopców połączyło więzami nierozerwalnej męskiej przyjaźni), o której mieliśmy informacje, że być może chciałaby zaprosić P. na ten wieczór. Zapraszając ją, zapobiegliśmy niepożądanej sytuacji. G. się zaoferowała, że coś może zrobić, np. ciasto, sałatkę. Zasugerowano jej sernik (ulubione ciasto Piotra). Obiecała zrobić, lecz zamiast tego przyniosła kupne kruche ciastka, których nikt nie tykał i które potem zapakowałam P. w woreczek. Potem ludzie stali się bardzo domyślni, ale jakieś niespodzianki zawsze się jednak udawały. I tyle tytułem wstępu.

Dziś przyszedł czas na obchody moich urodzin o tym numerze. Czas niezbyt sprzyjający świętowaniu, oboje mamy teraz ciężko, Mąż nie bardzo miał kiedy co przygotowywać,  ale i tak było super i oto będę Męża wychwalać. Należy jeszcze dodać, że jestem bardzo niewdzięczna do robienia mi niespodzianek, bo nie lubię nie kontrolować sytuacji i ciągle zadaję wkurzające pytania, a czasem nawet trafnie odgaduję, jaki będzie następny etap. Potrafię też zbojkotować cały plan tylko dlatego, że go nie znam.

Kiedy zbudziłam się o ósmej, tuż przed Stasiem, na komórce czekał na mnie sms od A., który chciał się pilnie spotkać o 8:30 pod pobliskim barem. A. jest chyba jedyną osobą, po której można by się spodziewać czegoś niespodziewanego, więc w pierwszym odruchu się zgodziłam. Po chwili refleksji spytałam, czy chodzi o moje urodziny, ale A. zasnął i nie był w stanie utrzymywać mnie w niepewności aż do wyznaczonej godziny. Mąż zabronił mi umyć włosy, które aż krzyczały „umyj nas”, a jedynie szybko nafutrował i powiedział, że jak A. coś chce, to musimy iść i że to może potrwać cały dzień. Zła byłam, bo raz, że te włosy takie fuj a dwa, że nie napiłam się dość herbatki, a ja bez herbatki to ledwo żyję. Stasio poranne mleko wzięło w wózek i popędziliśmy. A. oczywiście nie było i już się zastanawiałam, czy się podzielimy żeby go z dwóch możliwych kierunków wypatrywać, kiedy Mąż przepchnął mnie protestującą dwie kwatery dalej i wepchnął do gabinetu fryzjerskiego, do którego sam chodzi. Okazało się, że umówił mnie ze swoim fryzjerem, Pawłem na cięcie z masażem. Na domiar złego kazał mi samej zdecydować, co chcę, uiścił opłatę i pożegnał się powożąc Stasio. Na szczęście Paweł poradził sobie bez mojego decydowania. Fajnie mył, fajnie masował, nawet i cięcie było znośne, ale modelowanie na szczotce, które dopełniło czas wizyty do pełnej godziny, to już przesada. Zwłaszcza, że po układaniu fryzury już wczesnym popołudniem śladu nie było. Ale kto chodzi do fryzjera tylko raz w roku, ten musi pokornie znieść całą wizytę.

W międzyczasie nawaliła opieka do Stasia i nieznane mi plany niespodziankowe zmodyfikowano tak, że zabraliśmy Stasio do odległej Oliwy do parku, w którym były kaczki, mini-wodospad, palmiarnia z oranżerią i żółwiem, staw z rybami… Mąż cały czas pisał eski, a gdy mu telefon zadzwonił, odbiegał daleko by odebrać. Musiał… Stasio się ubłociło, chciało się pluskać z rybami i gmerać w ziemi. Ogólnie popieram, ale było mokro. Zignorowaliśmy, że opieka chciała dostać Stasio o 12 i wrócił koło 13, już po krótkiej drzemce. Przez tą krótką drzemkę nie przespał później dwóch godzin i zyskał miano rozregulowanego. W międzyczasie do sąsiadki zajechał kurier z mikrowelką, która tak naprawdę nie jest podarkiem dla mnie, tylko wspólnym zakupem, ale dzisiejsza okazja jest dobrym pretekstem, żebyśmy mikrowelkę posiedli i wbrew protestom w kuchni postawili.

Potem zadzwonił P., że ma dwie sprawy, Mąż bez słowa wyszedł załatwiać swoje, ja zdążyłam umyć butelki po spacerze i nadszedł P. niosąc misia, którego porzuciło jakieś dziecko w supermarkecie, a babcia P. uratowała. Nasz dom słynie z opieki nad misiami, więc i tym się zaopiekowaliśmy. Posadziłam go z dwoma innymi by się nie czuł samotny i oddałam się w ręce P. (niedosłownie oczywiście), które miały mnie zaprowadzić do Wrzeszcza pod jakimś tajemniczym pretekstem. P.ma w telefonie aplikację kasującą bilety komunikacji miejskiej. Bardzo wypasiona rzecz. Ja to się tak na technice nie znam. Mam wprawdzie internet do sprawdzania poczty w telefonie, ale na tym moje horyzonty się zamykają. W międzyczasie do P. zadzwonił R. i umówili się na za 8 minut pod pracą R. R. okazał się iść do galerii bałtyckiej po plakat GKSu, który zamierza rzekomo zeskanować i wysłać skan jako wzór, który nadrukują mu na zamawianej do pokoju rolecie. P. przypomniał sobie, że jego dziewczyna wkrótce ma urodziny i należy jej kupić biżuterię. Mieliśmy zatem dwa powody by do galerii iść.

Oglądaliśmy więc tę biżuterię, aż ja znudzona wypatrzyłam Męża własnego. Miał dla mnie róże, oczywiście w papierze. Zasiedliśmy z przyniesionymi przez Męża kubkami i butelką coli a organizator obiecał za chwilę wrócić i faktycznie, po chwili nadszedł znów dzierżąc dwa wielkie pudła z produktami ulubionego przez nas Pizza Hutu. Jedliśmy, piliśmy, P. zrobił mi zdjęcia pogrubiającym obiektywem- na pewno był pogrubiający, bo wyglądam jak nie wyglądam a i Mąż, co jest chwilowo chuchrem, wyszedł jakby był normalnej tuszy.

Wróciliśmy do centrum, odprowadziliśmy P., u którego w łazience moczyły się dokumenty, które jego rodzina w ten sposób niszczy przed wyrzuceniem. Nie zostawiliśmy resztek pizzy u P., bo Mąż powiedział, że nam przeszkadzać nie będą. Dopytywałam się, czy my zamierzamy płynąć jakimś tramwajem wodnym, bo w takim kierunku szliśmy, skręciliśmy więc i już myślałam, że niesiemy resztki pizzy naszym kobietom, ale znów się pomyliłam. Okazało się, że szliśmy w kierunku naszego zieloniutkiego, i to on wziął na siebie ciężar dźwigania pudła z pizzą.

Podźwignął i nas. Mąż poprosił o pomoc w wypilotowaniu z miasta a ja mimo konieczności zmierzenia się z nową trasą będącą skutkiem braku możliwości zajęcia najprawszego z pasów na czas, dałam radę. Pojechaliśmy znaną drogą w nieznanym celu. Kiedy na rondzie w Żukowie, zamiast na wprost, skręciliśmy w prawo w kierunku Gdyni, przestałam nawet próbować się domyśleć celu. Celem okazało się być Chwaszczyno, gdzie był kawałek poletka do spaceru, restauracja z barszczem czerwonym na rondzie i Biedronka. Zjedliśmy barszcz, zaspacerowaliśmy, a w  Biedronce kupiliśmy trochę słodyczy i już musieliśmy wracać, bo nikt nie podaje dziecku kolacji tak dobrze jak matka. Kiedy ja odbierałam i karmiłam Stasio, Mąż już pracował. Później zaś wyszliśmy na krótki spacer, którego celem było zabranie porzuconego telefonu z auteczka. Mąż przedłużył spacer, wskutek czego znaleźliśmy się tam, gdzie 2 dni temu zgubiliśmy pałąk od wózka i chociaż dwa dni temu nie było go w tym miejscu, dziś leżał w okolicy. Podnieśliśmy uradowani i zdjąwszy tekstylny pokrowiec, sam pałąk zaraz Stasiowi zamontowaliśmy. Pokrowiec jednak leżał dwa dni gdzieś i prania wymaga. Z uwagi na sielskość tego urodzinowego wpisu pochwalnego muszę zataić komentarze dotyczące zamontowania pałąka niemytego, które padły na widok wózka z pałąkiem, chociaż mogłyby one być zabawne.

Mąż nie dał mi żadnego z prezentów, o których wiem, że miał przygotowane. Pewnie czeka na jakieś specjalne sytuacje, spokojniejsze i bardziej nastrojowe, w których miałabym czas i siły cieszyć się. Zresztą zawsze swoje urodziny zwykliśmy obchodzić co najmniej oktawami. Obdarował mnie zaś kartką pełną rymowanych wierszy własnego autorstwa. Są doskonałe (ja Mężowi na ogól produkuję rymowanki bez rytmu, niesylabizowane), lecz niepublikowalne.

Porzeczki pod chmurką, w słoiku i na sitku

Statystyki pokazują, że na mój blog trafiają poszukiwaczki (poszukiwacze?) przepisu na czerwone porzeczki bez żelfiksu. Kiedy więc wczoraj dziadkowie za pośrednictwem mamy obsypali mnie 5-kilogramowym wiaderkiem tychże owoców, pomyślałam, że może i ja spróbuję. Pogooglałam i większość przepisów okazała się być wysoko słodzona, jeden był nisko słodzony, ale wymagał  skomplikowanej pasteryzacji. Na takową czasu jednak nie mam. Żelfiks reklamujący się hasłem „zapobiega pleśnieniu” jednak do  mnie przemawia. Zwłaszcza, że znowu zasięgnęłam internetu i ktoś na jakimś forum napisał, że w konfiturze krótko smażonej ma  szansę uchować się jakaś witamina. Szczerze mówiąc, witaminy w dżemie/konfiturze/galaretce mnie nieszczególnie interesują, takie  rzeczy jemy dla smaku. Niedawno koleżanka również pochwaliła się, że robiła konfitury- „takie prawdziwe, bez żelfiksu”. Moja mama  też nas krytykuje za te porzeczki- po co to robimy, skoro można kupić a tyle ważniejszych rzeczy jest do zrobienia. I rzeczywiście-  niby domowe, a z żelfiksem? Otóż nie robimy tego aby chwalić się, że domowe. Robimy, bo lubimy jeść a nie widziałam nigdzie (w sensownej cenie) akurat  czerwonej porzeczki . I dlatego, że robiliśmy 3 lata temu i potem przez dwa lata jedliśmy, więc każda łyżeczka galaretki z porzeczki  przypomina tamte beztroskie czasy. Ponadto samo przygotowywanie jest wspólnie spędzonym rodzinnym czasem (wyrwanym ze  snu).

W sobotę mama wspomniała jak to dziadkowie pojechali do E. do znajomych na porzeczki. Ja zamarudziłam, że i my chętnie byśmy  pojechali. Mama odpowiedziała coś zbywającego, ale późnym wieczorem zadzwoniła spytać, ile tej porzeczki chcemy. Dostaliśmy 5  kg (jedną trzecią całego zbioru!), z których wyszło 12 słoiczków i dużo mojego wylizywania ścierki, bo gdy w kluczowym momencie  nalewania do słoików obudziło się Stasio i Mąż mnie opuścił celem karmienia, przelałam jeden słoiczek. Pociekło mi gorące po ręce i  wylądowało na ścierce. Ubolewałam nad zmarnowanym, Piotr kpił, że chyba ze dwa słoiki na tej ścierce są, aż ja z tego mojego  nierozumianego ubolewania postanowiłam nie zmarnować.

Ponadto upiekłam również ciasto, które się wspaniale nazywało (czerwona porzeczka pod chmurką) i smakowicie wyglądało i nie pamiętam, żeby kiedykolwiek aż tak mi  coś nie wyszło. I konsystencją, i smakiem. Ja, największy żarłok i amator słodkiego, nieposkromiony łakomczuch, odrzuciłam ciasto!  Piotr, który ciast nie jada wieczorem i który ponadto kontroluje instynkty lepiej ode mnie, jadł ten niewypał i wieczorem, i rano. Przypuszczam, że albo było dość niesłodkie, albo chciał jak najwięcej uratować przed zmarnowaniem.


W sobotę miałam również drugie podejście do barszczu idealnego, wydaje mi się, że jestem bliżej, ale to wciąż nie TO. Gdy już będzie TO, opublikuję mój własny przepis. Może na smak wpływa fakt, że się za to płaci, że jest ograniczona ilość, że je się łyżką a nie żłopie z kubka i że są w nim te kołduny? Pani Kasia z restauracji napisała tylko enigmatycznie, że kołduny można kupić, co nie wyjaśnia, czy te ich są samorobne, czy kupne. Wypróbowaliśmy jedne kupne i nie spełniły oczekiwań. Z kolei własna produkcja mnie przeraża- pójdą pieniądze, pójdzie masa czasu, a jeśli nie będą doskonałe za pierwszym razem, to nie zrobię nigdy więcej.