Albo wpis, albo tytuł

DSCN7407Przykazano mi zrobić dziś koniecznie wpis. To jeden z co  najmniej trzech wpisów, które muszą powstać. Wpisy nie mogą powstać, bo ja jako Cytrynna to mam tak, że albo mam pomysł na wpis i on sam spływa, albo mam pomysł na tytuł i nic więcej. Gdy mam pomysł na wpis, to pytam o tytuł menedżera, ale jego pomysły są żenujące. On by niniejszy wpis zatytułował „porzeczki bez żelfiksu”. Prawdopodobnie mój menedżer się słabo nadaje i nie spełnia się na stanowisku menedżera bloga Cytrynny. Posiadanie menedżera bloga przypomina trochę mieszkanie urządzone przez architekta wnętrz. Niekoniecznie jest lepiej, ale kosztuje. Mój menedżer na przykład zmusza mnie do robienia wpisów, chociaż chętnie siedziałabym w bezruchu i popijała z butelki świeżo zblendowany koktajl truskawkowy, a następnie złożyła swoje złote włosy na poduszce lateksowej Talalay o wartości 200 złotych, która przypadkiem znalazła się w naszym posiadaniu (nie kupiliśmy jej oczywiście i nikt nie kupił jej nam).

Dziś DSCN7391jestem prawdziwą kurą domową jak bywałam w zeszłym roku i jak dawno nie byłam. Dziś zrobiłam tak dużo jak dawno mi się nie zdarzało. Dziś zrobiłam dżem z czerwonej porzeczki, ale niedużo. Porzeczka była przygodna i dżem powstał by ją przerobić, na prawdziwy wielki zbiór wciąż polujemy. Zeszłego lata poszukiwano na moim blogu przepisu na porzeczkę bez żelfiksu, więc oto pojawi się on:

Pewna ilość porzeczki- tyle co było w litrowym wiaderku po tym jak część się rozsypała w samochodzie. Zdjąć z gałązek uważając, by ich nie pozgniatać przypadkiem. Umyć i wsypać do miseczki, a następnie trochę zblendować, żeby nie trzeba było dolewać wody, po czym przesypać do garnka. Gotować trochę. Jak będzie trochę zagotowane, to znów przelać do miseczki (aby nie porysować garnka) i zblendować na krem. Przelać do garnka i gotować dosypując trochę cukru. Ilość cukru jest zależna od upodobań. Ja na swoją ilość porzeczek dałam kilka łyżek, ale nie pamiętam ile. Pogotować chwilę, ale niedługo, bo trzeba iść spać. Przełożyć gorące i płynne do słoika i pozwolić wystygnąć. Smacznego!

DSCN7393Ponadto ugotowałam obiad dziecku i był to o dziwo obiad, który dziecku zasmakował. Tajemnicą dobrego obiadu jest miła konsystencja, kluseczki i brak smaku.

Dodatkowo upiekliśmy z synkiem wraz muffinki a później takie same muffinki upiekłam z Mężem, żeby nie był pokrzywdzony. Synek pomagał w swojej części jak umiał, czyli początkowo wysypywał łyżeczkami mąkę z miski. Zabrałam mu łyżeczki. Wówczas wszedł na blat kuchenny i sięgnął do wysokiej szafki po swoje plasticzane łyżeczki. Żeby nie bruździł dałam mu jego własne naczyńka i pojemnik z kaszą manną ważną do 2001 roku. Synek początkowo przesypywał ją wdzięcznie, następnie znów wszedł na blat po łyżeczki do kawy, które trzymane są w innej wysokiej szafce. Przesypywał łyżeczkami długo i namiętnie niczym mały aptekarz, a ja w międzyczasie piekłam muffinki. Muffinki były z tego przepisu. W połowie pieczenia przypomniałam sobie o brązowym cukrze i obsypałam moje wypieki takowym. Zostało mi kilka łyżeczek cukru i jadłam je. Jedną podzieliłam się z synkiem i to zapoczątkowało nowy etap w dziecięcej zabawie. Mianowicie synek postanowił swoimi łyżeczkami wyjadać to, czym sięDSCN7412 bawił, a jak wiadomo była to kasza manna z ubiegłego stulecia. Oczywiście mu nie zaszkodziła. Zaszkodzić mogłam mu ja gderając i namawiając do porzucenia procederu. Zabrał więc swoje naczynia i poszedł. Po jakimś czasie wrócił z pustymi pojemnikami. Liczyłam, że zjadł, ale nie zjadł. Rozsypał w pokoju.

Rozsypana kasza stała się dla mnie motywacją do wyciągnięcia odkurzacza. Unikam odkurzania przy dziecku, gdyż jako dziecko bał się odkurzacza. Tym razem jednak leżał nieufnie z muffinkiem w łapie i przyglądał się. Odkurzyłam więcej niż tylko kaszę! Gdy o historii usłyszał Mąż, zaniepokoił się, czy aby zasadnicza część kaszy została, ponieważ Mąż jest sentymentalny, a tamta kasza pochodzi z czasów zanim zdarzyło się cokolwiek i już nigdy nie będzie mogła zostać wyrzucona.

DSCN7403

Oprócz tego podejmowałam dziś próby szycia. Nie były zbyt owocne, ale jednak odbywały się, a to czyni mój dzień takim owocnym! I posprzątałam jedną z półek z materiałami, co pozwoliło mi upchnąć ich na półce więcej.

Ponadto przerwałam złą passę codziennych kąpieli synka. Od 4 dni kąpał się codziennie i groziło mu uzależnienie od kąpieli przed snem więc czas był najwyższy ukrócić ten proceder i ja to zrobiłam!

A potem wrócił Mąż. Powrót Męża wywołuje mieszane uczucia. Z jednej strony miło go zobaczyć po wielu godzinach, z drugiej jednak kończy to moje indywidualne aktywności i rozpoczyna wieczór w kuchni nad muffinkami, ciasteczkami, naczyniami… Albo, co gorsza, pisanie posta na blog na zamówienie! O!

Reklamy

Porzeczki pod chmurką, w słoiku i na sitku

Statystyki pokazują, że na mój blog trafiają poszukiwaczki (poszukiwacze?) przepisu na czerwone porzeczki bez żelfiksu. Kiedy więc wczoraj dziadkowie za pośrednictwem mamy obsypali mnie 5-kilogramowym wiaderkiem tychże owoców, pomyślałam, że może i ja spróbuję. Pogooglałam i większość przepisów okazała się być wysoko słodzona, jeden był nisko słodzony, ale wymagał  skomplikowanej pasteryzacji. Na takową czasu jednak nie mam. Żelfiks reklamujący się hasłem „zapobiega pleśnieniu” jednak do  mnie przemawia. Zwłaszcza, że znowu zasięgnęłam internetu i ktoś na jakimś forum napisał, że w konfiturze krótko smażonej ma  szansę uchować się jakaś witamina. Szczerze mówiąc, witaminy w dżemie/konfiturze/galaretce mnie nieszczególnie interesują, takie  rzeczy jemy dla smaku. Niedawno koleżanka również pochwaliła się, że robiła konfitury- „takie prawdziwe, bez żelfiksu”. Moja mama  też nas krytykuje za te porzeczki- po co to robimy, skoro można kupić a tyle ważniejszych rzeczy jest do zrobienia. I rzeczywiście-  niby domowe, a z żelfiksem? Otóż nie robimy tego aby chwalić się, że domowe. Robimy, bo lubimy jeść a nie widziałam nigdzie (w sensownej cenie) akurat  czerwonej porzeczki . I dlatego, że robiliśmy 3 lata temu i potem przez dwa lata jedliśmy, więc każda łyżeczka galaretki z porzeczki  przypomina tamte beztroskie czasy. Ponadto samo przygotowywanie jest wspólnie spędzonym rodzinnym czasem (wyrwanym ze  snu).

W sobotę mama wspomniała jak to dziadkowie pojechali do E. do znajomych na porzeczki. Ja zamarudziłam, że i my chętnie byśmy  pojechali. Mama odpowiedziała coś zbywającego, ale późnym wieczorem zadzwoniła spytać, ile tej porzeczki chcemy. Dostaliśmy 5  kg (jedną trzecią całego zbioru!), z których wyszło 12 słoiczków i dużo mojego wylizywania ścierki, bo gdy w kluczowym momencie  nalewania do słoików obudziło się Stasio i Mąż mnie opuścił celem karmienia, przelałam jeden słoiczek. Pociekło mi gorące po ręce i  wylądowało na ścierce. Ubolewałam nad zmarnowanym, Piotr kpił, że chyba ze dwa słoiki na tej ścierce są, aż ja z tego mojego  nierozumianego ubolewania postanowiłam nie zmarnować.

Ponadto upiekłam również ciasto, które się wspaniale nazywało (czerwona porzeczka pod chmurką) i smakowicie wyglądało i nie pamiętam, żeby kiedykolwiek aż tak mi  coś nie wyszło. I konsystencją, i smakiem. Ja, największy żarłok i amator słodkiego, nieposkromiony łakomczuch, odrzuciłam ciasto!  Piotr, który ciast nie jada wieczorem i który ponadto kontroluje instynkty lepiej ode mnie, jadł ten niewypał i wieczorem, i rano. Przypuszczam, że albo było dość niesłodkie, albo chciał jak najwięcej uratować przed zmarnowaniem.


W sobotę miałam również drugie podejście do barszczu idealnego, wydaje mi się, że jestem bliżej, ale to wciąż nie TO. Gdy już będzie TO, opublikuję mój własny przepis. Może na smak wpływa fakt, że się za to płaci, że jest ograniczona ilość, że je się łyżką a nie żłopie z kubka i że są w nim te kołduny? Pani Kasia z restauracji napisała tylko enigmatycznie, że kołduny można kupić, co nie wyjaśnia, czy te ich są samorobne, czy kupne. Wypróbowaliśmy jedne kupne i nie spełniły oczekiwań. Z kolei własna produkcja mnie przeraża- pójdą pieniądze, pójdzie masa czasu, a jeśli nie będą doskonałe za pierwszym razem, to nie zrobię nigdy więcej.