O Staszce, kaszce, kozie i upartej kozie

DSCN6938Staszek zaczął dzień od Mszy, a Mszę postanowił spędzić za żywopłotem u proboszcza. Domagał się też konia zza płotu, ale bezskutecznie. Nie było lekko. Być może spędziłby ją godnie, gdyby nie poleciał na laskę. Laska była typową „zmanierowaną wytapetowaną damą z syndromami megalomana”. Miała może 4 lata, a może i nie i biegała w tę i we w tę wzdłuż kościoła czyli schodami, odgięta w tył i wyniosła. Rzucała oczkiem na Staszka, a on pragnął. Nie wiadomo czego pragnął, ale byłby przeszczęśliwy, gdyby choć na chwilę przyjęła od niego misia. Ona jednak przebiegała blisko, tak by się otrzeć, lecz jednocześnie daleko, delektując się, że maluszek nie pokonuje schodów tak sprawnie i nie biegnie tak szybko. I że to on jest tym, któremu zależy. Niemądra koza z mlekiem pod nosem! Mam zadatki na paskudną teściową dla swojej synowej, ale tamtej panienki bym stanowczo nie chciała widywać pod swym dachem ani u boku swego syna. Na szczęście Staszek akurat ma narzeczoną z dobrego domu.

Byliśmy na wycieczce-pikniku w Juszkach. Spotkaliśmy naszą kozę zeszłoroczną, ale zza płotu. Koza ma koźlę i Staszek był zadowolony. I domagał się. Były i kury i to nie na dachu. Na szczęście też i nie w sieni. Trafiliśmy nad jezioro z tego wpisu. Leżeliśmy i jedliśmy kabanosy. Było cudnie. Niektórzy zaczęli grzebać w ziemi i wtedy inni rtzeźwo wyciągnęli z podwozia wózkowego wiaderko i łopatkę DSCN7013oraz grabelki. Dało to zajęcie najmłodszym z nas na wiele minut. Aż zaniemogli na jakimś grubszym patyku. Wówczas zwrócili się o pomoc do matki a zobaczywszy jak jej dobrze idzie, podawali łopatkę z prośbą o napełnienie, po czym zsypywali jej zawartość do wiaderka i ponownie podawali pustą. Gdy piknik dobiegł końca, syn zasnął. Dał się przenieść do auta i spał dalej. Zajechawszy pod dom, przynieśliśmy Eldorado Fortress na trawnik celem budowy i czuwaliśmy nad spokojnym snem maluszka. Eldorado Fortress, podobnie jak Black Seas Barracuda pójdzie wkrótce pod młotek. Przyszedł czas, że maluszek zbudził się, skorzystał z niezapiętych pasów i rozejrzał. Tak ucieszył go widok rodziców zza tylnej szyby oraz ogólnodostępne wnętrze auta, że nie zauważył, że ci rodzice robili coś bez niego. Następnie odbył się grill i syn podbierał ogryzione skrzydełka matce zamiast czerpać z wyselekcjonowanych kąsków. W międzyczasie odbyło się też przekładanie pasów w foteliku dzidziusiowym na najwyższą pozycję, gdyż dzidziuś ma już swoje gabaryty. Była to jedna z najbardziej skomplikowanych i niewdzięcznych czynności ever. Po grillu odbył się spacer, podczas DSCN6976którego zadzwonił ojciec chrzestny proponować matce, że jutro zajmie się Staszkiem przez dwie godziny, co by ona sobie szyła. Jak już wielokrotnie pisałam, ojciec chrzestny (ostatnio przyniósł lody czekoladowo-miętowe!) jest wspaniały. Po spacerze syn odmówił kaszki ryżowej. Zawsze odmawia. Od szóstego miesiąca życia odmawia, a stręczono mu ją wówczas bardzo, co by może raczył choć jedną noc przespać. Kaszka syna była bananowa, co może mu się kojarzyć z wapnem i chorobą, ale mieliśmy jeszcze tylko kaszkę 5 owoców ważną do kwietnia 2013. Gdy sypnęłam kaszką 5 owoców na wodę, wyskoczył z niej obrzydliwy czarny skaczący karaluch! W kaszce dla dzidziusia jeszcze ważnej był! Kaszce, którą ja się miesiącami żywiłam. Ważnej jeszcze! Skakał!

DSCN6994Wracać przyszło nam we mgle, ale i tak wróciliśmy najszybciej w historii naszych powrotów, bo dogadałam się z Mężem, że zwolnię tylko przy fotoradarach, a przez pozostałe wsie przejadę 70 na godzinę. Miałam plan w razie spotkania z panem władzą uśmiechnąć się miło i opowiedzieć o chorym Mężu, śpiącym dziecku i ciężkim życiu kierowniczki, ale jedyny pan władza stał dopiero w Żukowie, przez które z powodu mgły ślamazarzyłam się zaledwie 60-tką. Mgła była gdzieniegdzie okropna i nagle w tej okropnej mgle (ale grubo za Żukowem) w lusterku wstecznym ujrzałam parę świateł żółtych a nad nimi parę migających świateł niebieskich i już dostałam palpitacji, już pomyślałam brzydko o panach władzach i już zwolniłam, gdy okazało się, że żaden pan władza, lecz karetka. Lanos odetchnął dopiero w mieście, gdy dało mu się rozwinąć prędkość 100 nie budząc podejrzeń siedzącego nieopodal Męża i tą wspaniałą pielęgnującą silnik prędkością wziąć kilka ciężarówek.

DSCN6974

DSCN6975

DSCN6984

DSCN6988

DSCN7037

DSCN7043

DSCN7120

DSCN7151

St

Reklamy

Wykwintne danie wieloskładnikowe

DSCN7721Wczoraj, nie zrealizowawszy się przy maszynie, Cytrynna podjęła próbę realizacji w kuchni. Wzięła ekskluzywną książkę za 8,50, którą Staszek wynalazł na półce swojej babci i wybrała z niej przepis, który nęcił ją od dawna, a konkretnie od chwili, gdy Staszek zrzucając książkę z półki, otworzył ją na tymże. Przepis dotyczył kuskusu, który Cytrynna uwielbia ogólnie. Zawierał też jakieś 50 innych pozycji żywieniowych. Skimowanie treści całego składnikospisu przyprawiało o oczopląs, wyłowiła jednak Cytrynna co większe rzeczy i spisała na karteczkę. Zostawiła Stasio ze swoją mamą, która właśnie przyszła i pobiegła na pobliską halę targową, która właśnie się zamykała. Cudem zdobyła ostatnie pół kilo mięsa ze zmielonego indyka, które to stosuje jako mielone. Przepis mięsa wprawdzie nie zawierał, ale była to środa, a Cytrynna zawsze koło czwartku powinna mięso zjeść, co by jakoś przetrwać piątek, który jest jedynym dniem, w który ma na mięso ochotę. Wybiegłszy z wnętrza hali na stragany warzywne złowiła kilka nieprzychylnych spojrzeń od ekspedientów już zamykających, ale jakoś udało jej się trafić na stragan_jeszcze_czynny i tam poprosiła o paprykę, czosnek, cebulę, pora, zieleninę i mandarynki. Z zamykającej się hali poszła jeszcze do delikatesów, czyli z francuska- sklepu, w którym są frykasy. Nie zdobywszy żadnych frykasów, zapakowała do koszyka mrożoną marchewkę, kuskus i szczypiorek oraz słoiczek z „młotkowanym pieprzem z kolendrą” i saszetkę samej kolendry, DSCN7711której w swojej kuchni jeszcze nie miała przyjemności stosować.

 W domu nieco się zdruzgotała, bo wczytawszy się szczegółowiej w przepis, odkryła, że nie ma liści selera, że zieleninę robi się w kuskusierze bądź tez na parze, że czosnku powinno być ze dwa łebki, a nie jeden, że kminek się pojawił na liście w międzyczasie… Ogólnie przepis złożony z fajnych składników został tak skomplikowany, by go nie realizować. Cytrynna postanowiła zrobić po swojemu. Na szczęście miała w domu (ostatnią) puszkę pomidorów, która także w przepisie widniała, a która wcześniej się nie ujawniła. Ignorując przepis podjęła Cytrynna wyzwanie zutylizowania składników.

 DSCN7717

Oto procedura opisana skrótowo, co by osoby zainteresowane mogły ją powtórzyć bez łowienia treści z odmętów formy:

Cebulę jedną średnią zmielić w blenderze i na oliwie grzać. Zalać pomidorami z puszki i grzać dalej. Dodać mięso mielone (ok 300 g) i dusić. Przyprawić dwiema małymi łyżeczkami soli i jedną łyżeczką kolendry z pieprzem (względnie pół łyżeczką pieprzu i pół lub więcej łyżeczką kolendry, najlepiej mielonej lub młotkowanej). Zalać niecałą szklanką wody i przykryć.

 Umyć paprykę jedną normalną słodką, najlepiej czerwoną. Połowę zmielić w blenderze i dodać do duszonego, resztę pokroić i też dodać. Pół pora pokroić i umyć i dodać. Dusić. Gdyby parowało i gęstniało to nawadniać. Marchewkę mrożoną w ilości pożądanej ugotować i dodać.

 Zieleninę (pietruszka, koperek, szczypior) umyć i posiekać. 5-6 lub 3 ząbki czosnku posiekać, np. w blenderze i dodać na sam koniec. Około 200 gramów kuskusu przygotować tak jak się kuskus przygotowuje i wmieszać. Koniec.DSCN7646

 Kubki smakowe Cytrynny aż drżały z rozkoszy. Odkąd jej pamięć sięga, nie jadła czegoś tak dobrego. Wersja pierwsza była bardziej pieprzna (2 razy bardziej), ale też wspaniała. Wersja druga powstała później dla owrzodziałego Męża, którego kubki smakowe nie pracują i była łagodniejsza. Obie się sprawdziły. Obie podeszły i Staszkowi. Cytrynna je dziś cały dzień i wciąż jej mało. Mąż , którego kubki smakowe nie czują, że coś jest dobre, nie docenia, ale Cytrynna jest chwilowo zrealizowana. Dla Męża w posiłku jest za dużo smaku. Zdjęcie nie oddaje oczywiście istoty posiłku ani jego wspaniałości, bo zdjęcie powstało mimochodem nad trzecim talerzem kolacji, gdyż akurat się przypomniało.

 Cytrynna jest też zrealizowaną matką, która dba o swoje dziecko. Nie oddała go dziś ani przedwczoraj nigdzie ani na minutę i znosiła przez cały dzień dziecięcą nadpobudliwość. Dziecko nie pozwoliło matce na materacu na ziemi dospać i prędko wlazło na stół, co było oczywiście sygnałem do wstania. Ze stołu wskakiwało na parapet. Co chwilę pokazywało na wieżę widocznego przez okno kościoła Mariackiego i mówiło „bam” i matka starała się pilnować pełnych godzin, kiedy to otwierała okno, co by amator „bam-bam”, lepiej bam słyszał. Podzieliła się swoimi winogronkami z niewdzięcznikiem, który preferował zabawę durszlakiem i garnuszkiem zamiast jedzenia prozdrowotnych owoców. Z kolei amatorowi pluskania się w wannie napuściła wody do miski i postawiła na DSCN7708podłodze. On chlapał, a matka na bieżąco wycierała powstającą powódź. Umyła także włosy nieznoszącemu kąpieli rozkoszniakowi, który nie pachniał wcale rozkosznie. Zabrała go również do piwnicy, gdzie szła i pokazała mu piwnicę, której nie widział jeszcze. Z piwnicy zabrała go na pocztę, gdzie czekały na niego kapcie, których listonosz nie chciał przynieść do domu. Przyszły w samą porę, gdyż dotychczasowe kapcie pomoczyły się akurat chwilę wcześniej w łazience. Poszła z synem na szczyt klatki, gdzie przez okienko mógł podziwiać dach. Niedawno idąc obładowana obiecała mu że pójdą, więc poszli, bo nie była obładowana. Wygoglała także, że na wieżę Mariacką można będzie wchodzić dopiero w kwietniu. Wniosłaby go i dziś, taka była energetyczna po swoim kuskusie. Włączyła także dziecku telewizor na bajkę edukacyjną o samochodach Tonka, która była bardzo mądra i niosła taki przekaz, że jak się wysypie piach i zaleje wodą, to powstanie błoto, które zmniejsza tarcie. Żeby było edukacyjniej, zapodała telewidzowi wszystkie jego Tonki, sztuk 7. Jako idealna matka słusznie się nad sobą rozpływała.DSCN7712

Nadszedł jednak wieczór i do dziecka przyszła z pracy babcia. Idealna matka wykorzystała sposobność, by udać się do Rossmanna na promocję pieluch bez majtającego się między nogami dziecka chcącego WSZYSTKO z półek, a zwłaszcza to, co rozpoznaje. Akurat dziś startowała promocja 10% rabatu na rzeczy dziecięce, dla którego to rabatu matka się sprzedała i upubliczniła swój adres domowy w ankiecie. Gdzieś wcześniej w telewizorze mignęło matce, że na pampersy trwa dodatkowa promocja 52,99 plus chusteczki za 1 złoty. Uwzględniając regularny rossmannowy rabat wychodziło nieziemsko tanio. Matka pochwyciła tyle pieluch ile uniosła, a jednocześnie tyle, ile było w sklepie. Było tego 6 paczek. Chusteczek już nie było. Potrącona paczkami i przeproszona pani ekspedientka wykładająca towar zaproponowała, że przyniesie chusteczki z magazynu i tak tez zrobiła. Zaoferowała też kolejne paczki pieluch i Cytrynna poprosiła jeszcze o dwie. Zapłaciwszy za swoje drobne zakupy skromne niecałe pińćset, skonstatowała, że nie poniesie. Skorzystała z uprzejmości pana ochroniarza, który przechował połowę zakupów i zaniosła pierwszą z połów do domu. Zaniosła i drugą. Syn może bezkarnie lać w pieluchy jeszcze przez 3 miesiące. Cytrynna jest taką dobrą matką.

Pępkowe

Rok temu byłam w ciąży. Znaczy równo rok temu już nie, ale jeszcze rok i dzień temu tak. Spałam na ceratce, bo nie wiedziałam jak  to jest, kiedy odchodzą wody. W końcu ta ceratka pod prześcieradłem mnie zmęczyła i ją odrzuciłam. Pierwszej nocy bez ceratki  dostałam bólów i skurczy. Nie były okropne, bo krótko wcześniej przeżyłam bóle przepowiadające. Ale dawało się we znaki na tyle,  że spać nie mogłam. Zapadałam w jakieś drzemki, aż w końcu o szóstej obudziłam mamę i powiedziałam jej, żeby się powoli  pakowała. Bo mama miała przyjechać na poród i zostać potem na dwa tygodnie. Miała specjalnie zaplanowany urlop. Potem umyłam  włosy, bo raz widziałam zdjęcia znajomej ze szpitala i miała tłuste a ja chciałam ładnie wyglądać i poszłam obudzić Męża, który w  owym czasie z powodu swojej bezsenności sypiał w drewnianym domku. Była już ósma. Poszłam chyba nawet z herbatą i w ogóle.  Tylko co jakiś czas musiałam się podeprzeć i odczekać. Mąż nie spanikował, jak planował. Poszliśmy zrobić budyń- w owym czasie  na  śniadania jadałam budyń. Był różowy, prawdopodobnie malinowy. A może budyń zrobiła babcia. Babcia wiedziała, co się dzieje,  ale zachowała dyskrecję. My po śniadaniu udaliśmy się do alkowy, gdzie rozpoczęliśmy pakowanie. Musiałam przelać płyn micelarny  do mniejszej buteleczki i zrobić 1500100900 innych rzeczy, których nie robiłam wcześniej i przez które śnił mi się mały koszmar o  nagłym porodzie bez spakowanej torby. Ja spakowałam się w plecak, za co potem spotykała mnie krytyka ze strony różnych osób  uważających formę bagażu do szpitala za bardzo ważną. Podczas naszego pakowania powoli wstawali niczego nie podejrzewający  rodzice. Tuż przed 11 zeszliśmy do auteczka, wrzuciliśmy tobołki do bagażnika i wyglądaliśmy jakbyśmy właśnie udawali się na  wycieczkę, jako czyniliśmy w owym czasie każdego poranka. Poinformowaliśmy owych niczego nie podejrzewających rodziców, że  jedziemy do szpitala. Chcieli zrzucać kalosze i pędzić za nami, ale Mąż zatrzymał ich we wspaniały i niezwykle skuteczny sposób-  ‚zostańcie, może coś trzeba będzie dowieźć’. Zostali, my pojechaliśmy. Czułam się świetnie i tylko miałam nadzieję, że nie odeślą do  domu ani że nie przeciągnie się to zbytnio. Z jednej strony chciałam urodzić 13 sierpnia, żeby Staszek był imiennikiem i  urodzinnikiem swojego pradziadka, ale z drugiej skoro już było zaczęte, chciałam mieć to prędko za sobą. Mąż zaproponował  zboczenie z drogi, żeby było co wspominać, ale mama dawała znaki, że już dojeżdża, więc nie zboczyliśmy.  Izba przyjęć była typowa, to znaczy przyjmowała długo, powoli. Ale nie robili problemów z zaświadczeniem o podleganiu  ubezpieczeniu, o którym trąbiły gazety, jakoby było bardzo ważne i uniemożliwiało poród. Ja byłam wówczas jeszcze studentką, ale  każdy twierdził co innego. To znaczy miałam podlegać pod mamę, lub pod nieubezpieczonego Męża, a może być uprawniona  niezależnie od ubezpieczenia jako rodząca. Nikt o nic nie zapytał. Po szczegółowym wypytaniu mnie o wykształcenie i telefon oraz  telefon do osoby powiadamianej w razie awarii odesłano mnie do poczekalni. Następnie z tej poczekalni wezwano, bo przyszedł  ginekolog. Wielki i brzydki. Lubię to powtarzać- wepchnął mi zupełnie bezceremonialnie paluch po czym orzekł ‚jest pani przyjęta na  porodówkę’. Dostałam białe wiązane ubranko, w którym nie wszystkie troki działały. Mój plecak niosłam dalej do spółki z położną,  która twierdziła, że sama jest w ciąży. Mamę wysłano aby zapłaciła za swój udział w porodzie. Mąż poszedł oczekiwać. Jednak był  gotów brać udział, wbrew wcześniejszym negatywnym deklaracjom, ale skoro była już mama, to zrzekł się zaszczytnej funkcji  trzymania mojej dłoni.

Mnie znów wypytywano, leżałam sobie i czekałam aż urodzę. Przyszła mama z aparatem na szyi ale aż do wyjścia Stasia nie zrobiła  ani jednej fotki a i wtedy mało. Skurcze nie były już takie fajne, sprawdzanie rozwarcia w ogóle nie było fajne, odeszły wody co  odczułam niczym popuszczenie moczu. Położna w kubraczku z napisem ‚Dominika’ (później okazało się, że to nazwa firmy robiącej fartuchy, wtedy  myślałam, ze jej imię) co chwilę kazała przeć ‚przyj Ola jakbyś kupę robiła’, no cóż, mogła subtelniej. Ja zaś cały poród się bałam  przypadkowej defekacji, bo spotkana kilka miesięcy wcześniej na urodzinach N. położna mówiła, że zaleca lewatywę i że  przypadkowe defekacje… Więc w czasie porodu dominował u mnie strach przed przypadkową defekację, bo lewatywy nikt mi nie  zaoferował. Cały czas krytykowano moje parcia, nawet mama obróciła się zdradziecko przeciwko mnie- że trzeba było iść do szkoły  rodzenia. Do faktu urodzenia dziecka doszło o godzinie 14:45, po zaledwie 2,5 godzinie od przyjęcia na porodówkę. Na wszelki  wypadek nacięto krocze, co okazało się mieć fatalne i długoterminowe skutki, ale na szczęście było to najgorszym, co mnie spotkało.

  Dziecko ważyło 3780 [jednostek wagi] i było zdrowe, sine i oślizgłe. Zaraz je zabrali, bez słynnego kładzenia na brzuchu, pierwszych pogłasków czy  natychmiastowego karmienia, na które przygotowały mnie gazety. Ponieważ było to piątkowe popołudnie, wpuszczono mnie,  dziecko, mamę, Piotra i N., która Piotrowi towarzyszyła do jakiejś osobnej sali, gdzie doszło do pierwszego karmienia, gdzie ja  zjadłam banana, każdy porobił zdjęcia, mama obwieściła światu, że jest już babcią i skąd nas po półgodzinie wypędzono- ich do  domu na świętowanie, a mnie z dzieckiem powieziono do sali na pobyt. Dostałam zimną zupkę i herbatę w kubku pani położnej.  Potem zamówiłam sobie własny z domu. Wraz z własnym kubkiem przyjechała też torba, co bym mogła przepakować się z rzekomo  niewygodnego plecaka. Przyjechały tez termosy z herbatą. I w ogóle dbano o mnie. W owym czasie Mąż odbywał swoje pierwsze  jazdy autem beze mnie, bo do tej pory byliśmy nierozłączni. Przywożono mi ciepły budyń owinięty w obsceniczną gazetę marki  urban. Kiedy Mąż usłyszał o pępkowym, to się przestraszył, bo ogół był uradowany na myśl o okazji do picia alkoholu, Mąż zaś myślał, że to jakiś kolejny podatek, który należy zapłacić z okazji narodzin dziecka. Myślał tak samo i P., który poglądy na podatki ma takie jak Mąż, ale od alkoholu nie stroni, więc powinien był wiedzieć, z jakich okazji się pije.

W sali leżała dziewczyna z dziewczynką, którą chciała nazwać Liliana lub Aleksandra. Z oczywistych przyczyn radziłabym jej to  drugie. Dziewczyna nie spała całą noc, bo jej dziecko darło się, szczało i defekowało na potęgę i co chwilę coś gadała. Ja też nie  spałam przez to gadanie. Mówiła niby cicho, lecz donośnie i przez cały pobyt nie wiedziałam, czy zwraca się do mnie, do dziecka, do  telefonu czy do siebie. Moje jakoś nie szczało ani nie defekowało, a już na pewno nie tak często. Stasio pierwszej nocy tylko  postękiwało i uspokajało się pogłaskane, ale drugiej nocy przejęło zwyczaje sąsiadki i krzyczały na zmianę. Dostało też mieszankę z  butelki, bo tak poradziły położne- ‚jeśli się dziecko nażre, to będzie cięższe i szybciej was wypuszczą’. Wypuścili w niedzielę, 14tego.  Apteki były pozamykane, a ja pilnie potrzebowałam laktatora. Jeszcze nie otwarto apteki dyżurnej, a w centrum handlowym w  jedynej czynnej mieli bubel za 44 złote i ja ten bubel kupiłam. W domu zjadłam ziemniak z masłem, wieczorem przyjechała N.  łagodzić obyczaje, bo mojej mamy jednak jeszcze nie było, a reszta kobiet myślała, że wie jak kąpać dziecko i była przekonana, że ja tego nie  wiem. N. miała jakieś doświadczenie, więc ona to robiła. Skrytykowano nas za ergonomiczną anatomiczną wanienkę, która  wymagała naprawdę dużo wody, ale innej nie było. Woda do kąpieli została przegotowana i schłodzona źródlanką, ‚bo pępuszek’.  Pępuszka i tak nie moczono, ale cyrki z gotowaniem wody trwały potem jeszcze chyba tydzień. Ja po dwóch, a właściwie trzech  nieprzespanych okołoporodowo nocach nie miałam siły się postawić i potem już tak zostało. Tą poporodową słabość wykorzystano również celem odarcia mnie ze wstydu, intymności i upublicznienia piersi. Odzyskanie utraconego wtedy wstydu zajęło mnóstwo czasu, ale wciąż nie cały pozbierałam. 

Na uwagę zasługuje jeszcze wizyta środowiskowej położnej, która nas znienacka odwiedziła w piątej dobie życia. Kazała ‚doić  cycki’ i całej starszyźnie powiedziała, że będę ‚doić cycki’. 17 sierpnia również wyszliśmy na pierwszy spacer po okresie werandowań i od  tego czasu było z górki. Były grzybozbiory, wycieczki, było fajnie, czasem mniej fajnie, były kolki, potem przeszły kolki, a zaczęły się zęby nie ustępujące do dzisiaj, zupełnie nieprzespana noc była tylko jedna, ale całkiem przespanej nie było wcale. Zmuszali nas do wiązania czerwonej wstążki na wózku, rzekomo bardzo istotnej dla babci. Miała ona (wstążka, nie babcia) chronić przed złymi urokami. Stosowali specjalne węzły żeglarskie pozwalające zidentyfikować, czy była zdejmowana. Nie daliśmy się. Pierwszego dnia posłużyła wstążka do przytrzymania zasłonki z tetruszki, później już niczemu nie służyła. Ale co się kobiety we wsi tego pierwszego dnia ucieszyły, to ich.

Dziś Staszek skończył rok. Odkrywa i miętosi swoje ciało pod pieluchą, z dziewczynką w kościele wymieniał się dziś misiami, wyrzuca zabawki z wózka, bierze do buzi co popadnie, nie je obiadów, chyba że chce się popisać, nie chce zasypiać we własnym łóżku, lubi grzebać w kiblu, lubi przyciski i pokrętła, zwłaszcza na pralkach i sprzętach grających. Jest, jaki jest. Dobry punkt wyjścia do stawania się lepszym.

 

 

 

Wózek w wielkim mieście

Wyprawa do Oliwy. Upał nieziemski. Mama ubrana nie całkiem stosownie do pogody, lecz przyzwoicie. Dobrze, że jest tylko dewotką, a nie kobietą muzułmańską. Butelki, ubranka na zmianę, woda w termosie, mleko. Na wózku suszą się spodenki, co nie wyschły na czas. Mama z wielkim plecakiem, który nie wchodzi na podwozie wózka, a nijak nie pasuje do sukienki i przez który plecy zaraz będą mokre. Wytaczamy się z klatki- wózek w jednej ręce, Stasio w drugiej. Mama montuje parasolkę antysłoneczną z filtrami, dziecko dostaje dyżurną zabawkę w rękę,  jednak zdejmujemy buciki. Możemy jechać. Najkrótsza droga na dworzec. Ups, zły wybór. Najkrótsza droga prowadzi przez tunel a z tunelu nie ma windy z górę. Nadkładamy kawałek drogi i idziemy trasą lądową. Zakup biletów? Jedna z kas znajduje się w tunelu, druga zaś ma zbyt wąskie drzwi, by do niej wjechać. Ale proszę bardzo- jest biletomat. Doświadczona mama już wie, że ulga dla studenta wynosi 51%, a nie 49 i że dla dziecka kupuje się bilet zerowy. Raz nie wiedziała i płaciła frycowe za drugi bilet u konduktora. Jest 10:44 i właśnie mruga lampka zwiastująca odjazd najbliższego pociągu z peronu czwartego. Doskonale, na tym właśnie jesteśmy. Parę sekund później możemy zaobserwować odjazd pociągu z peronu piątego. Lampka dla niego nie migała, ale czy miganie lampki musi coś oznaczać? Czekamy na peronie, aż otworzą się drzwi naszej kolejki. Mama bierze wózek w obie ręce i jakoś wskakuje. Z wysiadaniem będzie gorzej, ale nie czas się tym martwić. Dużo wolnych miejsc, więc zajmujemy całą „czwórkę” dla siebie. Pani z oddali się uśmiecha, dziecko pije mleko, jedziemy. Widoki przewijają się w oknie jak w telewizorze. Kwadrans później wysiadamy. Jakiś bardzo miły pan pyta, czy pomóc wyciągnąć wózek. Korzystamy skwapliwie. Jedziemy do windy. Niespodzianka- winda nie działa, zablokowana między piętrami. Mama się rozgląda, ale sąsiedni peron, na który jakoś by się po torach przeszło należy do PKP, nie zaś do SKM i w ogóle windy nie ma. Cóż robić? Na schodach nie ma też szyn do zjazdu. Zatem Stasio pod pachę a wózek za sobą- niech się obija. Mama się pochyla i już ma rozpasać dziecię, kiedy jakiś starszy pan się oferuje, że pomoże. Bierzemy z dwóch stron i schodzimy bokiem. Na dole majstrowie naprawiają windę, przynajmniej tyle. Pan pomocnik ucieka zanim mama podziękuje. Mama jeszcze przez kilka minut się rozpływa oddalając się, bo pierwszy raz spotkała się z pomocą, a jeździ przecież niemało.