Budowanie mielizny

DSCN1906Dzisiejszy dzień był poniekąd leniwy. Mąż dużo leżał, ale nalegał na opuszczanie domu, gdyż opuszczanie domu jest istotą rekreacji. Wyjścia z domu, których w sumie było 3, odbywały się z opóźnieniem rzędu godzina-dwie każde, gdyż po każdej czynności typu przejście do toalety czy napicie się wody Mąż musiał odpoczywać. Gdy w połowie dnia wyszliśmy na spacer planowany jako długa wyprawa z leżeniem na kocach i szyciem/czytaniem gdy zaśnie synek, nagle zerwał się wiatr tak porywisty, że zwiastował burze i opad. Zawróciliśmy w stronę domu i spadło kilka kropel deszczu, synek usnął a my i tak wracaliśmy, gdyż przemieszczanie się owiniętym w koce nie należało do najfajniejszych sposobów rekreacji. Tym sposobem przytrafił nam się synek śpiący przy domu i przenieśliśmy go do łóżka. Synek na wsi nie sypia w domu, więc to nie lada gratka. Szybko zabraliśmy się za klocuszki, których nie było chyba od zimy. Dzięki intratnym zakupom klocuszków mamy naprawdę sporo, a nie mamy czasu by się w nich nurzać.

GdyDSCN1883 synek obudził się radośnie po dwóch z haczkiem godzinach, czyli naprawdę sporej ilości snu, co też nam się nie zdarza ostatnio często, wybraliśmy się na przejażdżkę. Wybieranie trwało długo, ale w końcu pojechaliśmy. Możliwości przejażdżek mamy naprawdę sporo, jednak mnie kusiły Płocice, gdzie wczoraj zaginęła czekolada. Po cichu liczyłam, że ją znajdziemy. Miałam gigantyczną chcicę, której nie zaspokoi ani czekolada wiśniowo-orzeszkowa z Czech przywieziona nam przez P., ani miętowa wczoraj kupiona, ani inne niemieckie czekolady z chrupkami czy migdałami. Chcica była konkretna i dotyczyła tamtej czekolady z kokosem.

Ponieważ mamy auteczko z kaseciakiem i nie za bardzo działa w nim kaseta podłączalna do empeczujkiDSCN1952, z kolei za cicho działa podłączany do zapalniczki odtwarzacz muzyki z kart pamięci, więc skazani jesteśmy na kasety gdyż akceptujemy auteczko z przyległościami i nie kusi nas zmienianie go. Jak w którymś z przyszłych miesięcy wydamy mniej, to naprawimy sobie drugi głośnik i osiągniemy w ten sposób pełnię szczęścia muzycznego. Kaset ci u nas dostatek, gdyż nasza młodość przypadała na czasy, gdy sidi było luksusem. Mąż, który wychowywał się w zamożniejszej rodzinie niz ja, ma jakieś płyty, ja jednak nie miałam nawet odtwarzacza płyt w czasach, gdy muzyka była muzyczniejsza (a trawa zieleńsza…). Moja kolekcja muzyczna zawiera więc znakomite kasety jak Molesta Evenement, Natalia Oreiro Cambio Dolor, Ich Troje Ad. 4, czy puszczona dziś spontanicznie Britney Spears (Ooops I did it again). Mamy też mnóstwo wspólnie kupionych kaset Kuby Sienkiewicza i Elektrycznych Gitar, gdyż co lepsze są tak pożąanee, że na płyty nas nie było stać. Piosenki pana Kuby znamy na pamięć i jak jadę i nie wiozę akurat autostopowicza[], to sobie śpiewam i nie muszę wtedy kląć gdy drażnią mnie inni kierowcy.

DSCN1916Dziś jednak puściłam Britney i Mąż ucieszył się bardzo, bo powrót do młodości doskonale robi na samopoczucie. Mamy wszak tyle lat ile mieli wykonawcy różni (np. Eminem czy polscy raperzy) gdy nagrywali płyty, których my teraz słuchamy. Jesteśmy zachwyceni Britney, która śpiewa tak niewinnie o uczuciach. Młode dziewczęta potrafią tak niewinnie i wzniośle kochać (a przynajmniej potrafiły w czasach słusznych), a młodzi chłopcy są tacy prymitywnie niedojrzali. Britney, gdy śpiewała, była młodym dziewczęciem o wysokich ideałach. Psując patetyczność zachwytów, to każdy uwodziciel powinien mieć w aucie taką Britney (może bez dwóch najbardziej znanych szlagierów), bo to są typowe wolniacze o przyjemnej treści, a dziś kompletnie nieznane i działałyby na laski.

Gdy dojechaliśmy do Płocic, słońce miało się ku zachodowi. Synek chciał iść pieszo, na co mu pozwolono do czasu, aż chciał zostać za długo w jednym miejscu. Potem był już noszony, gdyż w międzyczasie wózek się zapełnił. Do wózka trafiały liczne kamienie, których zbieranie zapoczątkował synek chyba przeczuwając, że idziemy nad rzekę. Wykrywszy jego intencje, pomogłam walnie w zbiorze i na miejsce dojechaliśmy w wózkiem całym wypchanym kamieniami. Gdy ja byłam tym, kto niósł dziecko, Mąż był tym, który nie chciał się już schylać po kolejne.

DSCN1978Po niedługiej wędrówce dotarliśmy do celu, czyli mostu, przy którym wczoraj po raz ostatni jedzona była najsmaczniejsza czekolada świata. Szybko się okazało, że ona tam jest, leży na skarpie nieco powyżej drogi. Już się witałam z gąską, już odtańczyłam taniec radości, już mnie sfotografowano i… klops! Klopsa nie spowodował synek, którego ciągnęło do wody. Klops krył się w papierku! Była tylko połowa czekolady i to jakaś taka zgnieciona, że nie wiadomo było, co się z nią działo, więc nawet ja z moją chcicą potrafiłam przyznać, że się nie nadaje.

Kamienie wyrzucono z mostu celem zbudowania pod mostem mielizny dla kajakarzy, przy czym nawet leniwy Mąż, który wcześniej nie chciał zbierać, rzucał ochoczo. Synek rzucał ochoczo po wiele na raz. Niestety dno akurat tam jest głębokie a nasze kamienie były malutkie i mielizna nawet nie zaczęła powstawać. Potem wróciliśmy do wsi, gdzie zjedliśmy przygotowaną wcześniej w domu kolację. Synek powiedział ‚kybel’ o kiblu i ‚ławka’ o ławce. Było prawie ciemno, gdy udaliśmy się do auteczka, trochę spłoszeni przez komary.

Pojechaliśmy na koniec Płocic, gdzie wczoraj zaniepokoił nas widok miejscowego krzyża, jednak wczorajDSCN2005wieźliśmy pełną dziecięca pieluchę na dziecku i się spieszyliśmy. Otóż krzyż nie ma się dobrze i raczej nie zniszczyli go wandale, bo wandale nie sięgają tak wysoko jak zniszczenia. Krzyż uszkodzony jest od góry a cały Pan Jezus jest potłuczony na cząsteczki i na szczęście te cząsteczki są chociaż na ziemi ułożone w swój dawny mniej więcej kształt. Przypuszczamy, że krzyż został potraktowany piorunem i naszym zdaniem to bardzo źle. Gmina i parafia, do której Płocice należą powinny jak najszybciej zadbać o naprawę i ochronę krzyża przed piorunami w przyszłości, gdyż krzyż we wsi jest jak sztandar podczas powstania i musi trwać, o! I nie miał racji były dominikanin z naszego miasta, z którym kiedyś o tym dyskutowaliśmy, że nie trzeba krzyża bronić, bo krzyż obroni się sam.

DSCN2010

Reklamy

Kura domowa się realizuje

Wczoraj przez nasz dom (ani dom, ani nasz- mieszkanie rodziców) przeszła fala gości, jakiej nie było u nas jeszcze nigdy czyli 12 osób. Aż krzeseł brakło i Mąż wraz z A. szedł po dodatkowe do babci.

Po porannej wizycie u promotora spotkałam swojego Męża, który, odkąd jest stłamszony zwolnieniem, towarzyszy chętnie. Dobrze, że towarzyszył, bo w Lidlu chcieliśmy płacić kartą banku zwracającego 3% za zakupy spożywcze, a tam jak zwykle- „to nie jest pani karta”. Nie jest. Nie mam swojej karty, bo konto należy do Męża. Jaki seksizm! Co gorsza, moje przedślubne konto zostało uwspólnione. Nie mam nic swojego. Sama po maturze pracowałam na kasie w hipermarkecie (i nie wspominam tego najlepiej). W owych czasach  nakazywano pracownikom sprawdzać, czy płeć osoby płacącej zgadza się z płcią właściciela karty. Jest to jedyny sposób na sprawdzenie, czy karta nie została skradziona bez oglądania dowodu tożsamości, co z kolei naruszałoby nietykalność osobistą, intymność i anonimowość, a może jeszcze coś. Skądinąd ani złodziej nie szedłby płacić kartą, która mogłaby go łatwo wkopać (nieswojej płci) a i osoba poszkodowana zaraz zastrzegłaby kartę, więc kuriozalne jest to mocno i Mąż chce mi napisać upoważnienie do korzystania z karty. Zastanawiamy się także, czy w przypadku kart zbliżeniowych ktoś sprawdza płeć konsumenta, bo przecież tym bardziej powinien (nie ma przecież potwierdzenia w postaci kodu).

Po Lidlu z pełnymi plecaczkami (ja) i obładowani siatkami (Mąż) przeszliśmy na pobliski rynek. Rynek w dzień targowy to nasze odkrycie ostatniego miesiąca. Odkryliśmy jeden na spacerze z synkiem. Ceny są mocno konkurencyjne w stosunku do cen z hali targowej, która jest czynna codziennie i która jest tak blisko domu i do tego umiejscowiona jest na gdańskiej starówce i nastawiona na zyski z turystów. Wczorajszy rynek był ciasny, zatłoczony i bardzo kojarzył mi się z dzieciństwem, kiedy to dziadek mnie na podobny zabierał. I uwaga, kupiliśmy jajka po 20 groszy za sztukę! Gdy opowiedziałam o nich mamie, stwierdziła, że na pewno fermowe. Skąd by nie pochodziły (napis głosił, że są gospodarskie, a w pobliskim sklepie spożywczym jajka kosztują 4 razy więcej i są fermowe po prostu), do ciasta nadały się idealnie. Nabyliśmy też ogromne truskawki, wielkości morel, które początkowo (przed omyciem ich z błota, na dworze i po drodze) były słodkie, potem zaś (po umyciu, w domu) okazały się być kwaśne. I maliny do ciasta zaplanowanego na wieczór- 6 złotych za duży pojemnik, wobec 12 za takowy przy hali targowej! Z malinami wszystko było w porządku i po drodze i w domu. Ciężar plecaka wymusił poprzestanie na tych zakupach, ale w piątek mam plany zakupić hurtowe ilości żółtej fasolki ubóstwianej przez Męża, bo jestem taaaka gospodarna a taniej samemu pomrozić oraz morel, których cena (6 zł) też powala w porównaniu z cenami z hali (10-12 zł). Z morel trzy lata temu usmażyłam dodając miód, cukier trzcinowy i cynamon najlepszy dżem świata. Były go tylko 3 słoiczki a jeden podarowałam jeszcze mamie. W 2010 była powódź i ceny tych owoców wzrosły kilkakrotnie, czyniąc je niedostępnymi jako produkt na dżem. A w ogóle to nie wiem jak mogliśmy żyć w nieświadomości i płacić za owoce i warzywa jak za zboże przez te lata.
Wróciwszy do domu, prędko ubiłam co trzeba na biszkopt czekoladowy i zaczęłam go piec. W międzyczasie topiłam czekoladę i biłam śmietanę na mus czekoladowy. Potem biłam śmietanę na krem do tortu malinowego autorskiego. Miałam doskonały pomysł żeby zmodyfikować przepis na tiramisu o maliny i zastąpić amaretto czekoladą w biszkopcie, ale dla dobrej konsystencji dodałam dużo serka mascarpone i było zbyt serowe moim eksperckim zdaniem. Sam biszkopt chciałam polać wódką malinową, ale niechęć do wódki sprawiła, że dałam jej tylko śladowe ilości i był zbyt suchy w porównaniu z biszkoptem z tiramisu i całość nie rozpływała się w ustach, ale goście rozpływali się, więc efekt osiągnęłam. Na ogół inni mają lepsze zdanie o moich tworach niż ja sama. Całość udekorowałam ładnie, a ładne podanie, to połowa sukcesu. Dobrze, że była N., która tort kroiła, bo ja moimi lewymi rączkami nie dałabym rady. Jeszcze nigdy nie kroiłam tortu. Zawsze mam to szczęście, że jest ktoś sprawniejszy. Chociaż musu zrobiłam podwójną porcję (na 16 osób), podzielona na 14 pucharków wyglądała skromnie, więc tuż przed podaniem położyłam na nim lody, bitą śmietanę, truskawkę, maliny i biszkopcik. Wyglądało prawie profesjonalnie. Sama nie jadłam, bo podawałam, ale podobno zadziwiającym uczuciem było, że lód nagle przestawał być zimny.  O 16, gdy wszystko było gotowe, zabrałam Stasia na spacer, aby babcie odpoczęły i uśpiłam go na tym spacerze. Wróciwszy, przygotowałam szybki obiad dla Męża (ulubiona ostatnio fasolka i jajka sadzone, które uwielbiamy razem, ale nie te za 20 groszy). Przenieśliśmy łóżeczko i zaczęli się schodzić wszyscy.

A  dziś  jest rocznica bitwy pod Kłuszynem, polecam  więc piosenkę Elektrycznych Gitar. Kuba Sienkiewicz jest najbardziej cenionym przez nas twórcą, a a płyta Historia jest najlepszą płytą z naszego płytozbioru, o przepraszam, płytoteki,nie ma słowa płytozbiór.