O kinie, egzaminie i świeceniu oczami

DSCN7223Cytrynna dziś, po pełnym roku, poszła do kina i to z własnym Mężem. Mieli prawdziwą randkę! Dzień zaczął się niezbyt sympatycznie, bo migreną, a migrena trwała od wczoraj i była bezpośrednim skutkiem mało satysfakcjonującego egzaminu oraz przygotowań do niego, ale blog Cytrynny nie jest ciekawym przypadkiem Benjamina Buttona  by pisać tu tak retrospektywnie.

Cytrynna pożera w nocy kaszę jaglaną co by nie miewać migren i udaje jej się mieć je rzadko. Tym razem jednak uczyła się do egzaminu i jadła czekoladę, więc przed snem nie miała już spustu na kaszę, w dodatku mało spała, a potem jeszcze zaszły różne czynniki jak głód i stres, które zapewniły zagwarantowany głowoból. Za to spała sama, bo Mąż czuwał nad Staszkiem, aby ten nie zbudził studentki. Śpiąc sama zabawiła się rano w budzik. Zabawa w budzik polega na nastawianiu budzika dużo wcześniej niż to absolutnie konieczne z DSCN7274nadzieją, że coś się rano jeszcze zrobi i stopniowym przestawianiu go co 10 minut. Z czasem zaczyna się przestawiać go co 15 minut myśląc, że to już naprawdę ostatni raz. W efekcie wstaje się w zupełnie ostatniej chwili wcale niewyspanym i nic nie zrobiwszy, ale jakieś uczucie błogości i dodatkowe wspomnienie czasów panieńskich towarzyszą całej akcji. Mąż po ślubie stanowczo sprzeciwił się takiej zabawie.

Egzamin sobotni był egzaminem ustnym po piątkowym egzaminie pisemnym. Egzamin pisemny sprawdzano dyskretnie, to znaczy, że albo cała strona była dobrze, albo źle. U Cytrynny tylko połowa stron była dobrze, ponieważ jedna z pozostałych stron była dobrze tylko w połowie, a druga zawierała tylko połowę tego, co zawrzeć miała. Ta, na której połowa była źle, była zaś skutkiem złego nauczenia się poprzez dostanie oczopląsu przy znaczkach. W efekcie egzamin pisemny oceniono na 3,5, chociaż był blisko piątki. Z ćwiczeń była piątka. Gdyby nie oczopląs DSCN7294przy znaczkach, byłoby cudownie. Na egzaminie ustnym była duża obsuwa czasowa. Cytrynna czekała prawie godzinę na swoje wejście mimo precyzyjnie określonych godzin wejść. W efekcie weszła zestresowana i głodna. Zadano jej pytania. Spodziewała się losowania pytań. Była gotowa powiedzieć coś na każde z około 200 zagadnień. Zapytano jednak o takie jedno jedyne, które w ogóle pominęła, bo nie było fajne.  Ale nie mogła była na ten egzamin pójść w pierwszym terminie i musiała iść teraz i została gorzej potraktowana, gdyż był to tak zwany drugi termin. A ponieważ piździło jak na Uralu i padało jeszcze, to Staszek nie mógł towarzyszyć matce i świecić oczami. Skutkiem tego było otrzymanie oceny dobrej. Zupełnie nie satysfakcjonującej. Jednak zmęczenie i zaczynająca się migrena sprawiły, że Cytrynna nie miała dość śmiałości by wzorem swego Męża sprzed lat rzec, że chce więcej. Mąż przed laty wybronił się na pełną piątkę w niecałej trójki. Bo Mąż pisze tak, że nikt go nie rozumie, a potem zawsze się wybrania. Ale on jest fizykiem, a Cytrynna tylko fizyczką. Mąż każe jeszcze dodać, że w owym czasie bezczelne żądanie nagannie ubranego DSCN7301studenta, by zamiast trójki dać pięć i pół tak zatkało ówczesnego profesora, że kazał przyjść dopiero po kilku godzinach. Dostał w końcu 5, ale tylko dlatego tylko tyle, że profesor nie chciał zafirmować swoim nazwiskiem tak wysokiej oceny u takiego dziwaka.

Dzień z migreną jest ogólnie stracony. Mąż bezczelnie twierdzi, że dla Cytrynny dzień stracony to tylko 14%, a dla niego to aż 50%, bo przecież pracuś jeden ma tylko dwa dni w tygodniu na rozrywanie się, a Cytrynna się rozrywa każdego dnia tak samo, a właściwie to nie musi się nawet rozrywać, bo jest rozrywana przez dziecko. I kopana. Tym razem Cytrynna ledwo żyła, a Mąż dopytywał się, czy i kiedy pójdą na spacer. Staszek niezbyt współpracował, bo stresował. A stresował tak, że sam sobie przysuwał krzesło do biurka w kuchni, by wejść na krzesło, z krzesła na biurko a na biurku stanąć i zdjąć z Bardzo Wysokiej Półki pilotDSCN7312 do telewizora. Następnie bez demolki schodził w dół, ale czynność powtarzał pokonując nawet zgrzewkę wody mineralnej chroniącą biurko przed najeźdźcą.

Migreny Cytrynny zwykle kończą się po nocy, ale ta nie. Ta trwała jeszcze rano i dopiero o 11:30 udało się w jako-takim stanie opuścić dom. Zaplanowano, że rekonwalescentka powiezie rodzinę nad morze, na Zaspę, gdzie mieści się miejski parking przy miejskim spacerniaku. Powiozła. Jazda po mieście w niedzielę jest wspaniała. Także zielony rumak spisywał się wyśmienicie i nie gasł wcale. Być może jemu temperatura otoczenia odpowiadała. Rodzinie nie. Spacerowano, stręczono Staszkowi plac zabaw, ale nie wywarło to na nim wrażenia, chyba że ujemne. Spotkano koleżankę z rowerem i dała się karnąć. Do samochodu wrócono relatywnie szybko z fioletowymi twarzami (Cytrynna) i odmrożonymi dłońmi (Cytrynna i Staszek, który od niedawna nosi rękawiczki). Na miejsce rozgrzewki obrano restaurację Macdonald’s, do której rodzina DSCN7411posiada kupony zniżkowe. Jest to nad wyraz ekskluzywna restauracja, która w toalecie posiada nawet przewijak! Posiada i krzesełko do karmienia dzidziusiów, ale tej rodzinie nie było ono już potrzebne, bo synek jest już duży i bardzo dobrze siedzi na kanapie.

W Maku, czekając na tatę i zamówienie, synek podzielił się karteczką ze zniżkami z siedzącym nieopodal bardzo modnie ubranym chłopcem wyglądającym na czterolatka (jak Staszek). Chłopiec zauważył Stasią koparkę z plejmobilu i spytał co to za zabawka licząc zapewne, że z zestawu, na który i on czekał. Cytrynna odparła, że zabawka jest z domu, a chłopiec pytał dalej, jaką zabawkę wybraliśmy z zestawu, na co z kolei Cytrynna odparła, że żadnej. I wtedy chłopiec postanowił zabić ćwieka pytaniem: DLACZEGO? No bo dlaczego nie wzięto zabawki z zestawu? Cytrynna jednak świetnie wybrnęła z opresji i usatysfakcjonowała swą odpowiedzią chłopca, co było widać: „bo jeszcze stoimy w kolejce”.DSCN7430

Przyjechawszy do domu, podano nieśpiącemu jeszcze Staszkowi mleko i on od razu zasnął. Rodzice zjedli gotowane warzywa i zostawili synka babci, a sami poszli do kina. Było to ich pierwsze wyjście do kina od roku i drugie od poczęcia synka, gdyż w ciąży nie chodzili najpierw z powodu zimy i awersji do marznięcia, gdyż Cytrynna wyjątkowo marzła, później zaś z niemożności usiedzenia. Rok temu wzięli Staszka z gondolą i poszli do kina wszyscy wraz, gdzie dzidziuś najpierw spał, a potem się przyssał i dał doobejrzeć film nie przeszkadzając ani rodzicom, ani widzom. Filmem sprzed roku była Róża i ani Cytrynna, ani Mąż nie wiedzieli wówczas kto to reżyserował. Dowiedzieli się dopiero dzisiaj, gdy po obejrzeniu DSCN7340Drogówki się zainteresowali. Nie zamierzają z kolejnym pójściem do kina tak długo zwlekać, ale raczej długo pozostaną pod mocnym wrażeniem nowoobejrzanego filmu. No i mieli randkę. Taką zupełnie tylko we dwóch. Bez dziecka i z kinem, które przecież jest typowo randkowe. Może nie było typowo randkowe, jeśli chodzi o dobór filmu, ale jeśli chodzi o formę spędzania czasu, to nikt im tego nie odmówi.

Ponadto Cytrynna zrobiła dziś wyjątkowo smaczny gulasz na jutro. Już wie, że Mężowi pewno nie zasmakuje, bo jest pyszny, a Mąż ostatnio gustuje w jedzeniu bez smaku. I byli wujkowie u Staszka. Wujkowie są ekstra. Jeden wujek foci Staszka tak, że ludziom gałki z orbit wypadają a serca kobiece płyną, drugi wujek zaś jest ojcem chrzestnym i trzyma Staszka na kolanach, a tu z  kolei sam Staszek się rozpływa.

Stasz

Reklamy

Żona fizyczka

Nie, to nie że jest fizyczek i ma żonę, to żona jest najprawdziwszą fizyczką. Ja jestem tą żoną i tą fizyczką.
Bardzo jestem podjarana, bo miałam dziś kolokwium, a na pierwszym roku kolokwiami się jeszcze jara i podnieca. Pierwszy rok można w tramwajach rozpoznać po tym, że jedzie i analizuje oraz porównuje wyniki. Potem dochodzi do wypalenia materiału. Mi dane jest znów się podniecać jak pierwszorocznej a jednocześnie posiadać pewne zrozumienie matematyki, którego kiedyś nie posiadałam, a które znakomicie ułatwia życie.

Wczoraj po powrocie z Ikei i poskręcaniu lamp, nacieszywszy się światłem i jasnością, około północy zasiadłam do przeglądania zeszytu. Kiedyś, przed laty, każdy przedmiot miałam w osobnej koszulce, teraz wzorem mojego domowego naukowca mam jeden zeszyt do wszystkiego. I dużo kartek luzem. Okropny bałagan.

Kartki szły szybko. Fizyczek wyjaśnił mi równię pochyłą którą ktoś* kiedyś w liceum tak zamotał i skomplikował, że wydawała się być Wielką Tajemnicą Fizyki. Nie była. Podjął próby wtajemniczenia mnie w Rzecz Zupełnie Niezrozumiałą, bo momenty bezwładności. Godzina może nie sprzyjała a i fizyczek nie był już zbyt charyzmatyczny ani przekonujący, ale wspólnymi siłami zrobiliśmy kilka zadań, w jednym z nich dopasowaliśmy rozumowanie do odpowiedzi i to właśnie zadanie dziś na kolokwium mi się przytrafiło.

Z kolei w zestawie o rzucaniu ciał rozumiałam (nie umiałam na pamięć lecz rozumiałam!) każde zadanie oprócz jednego. Oznaczyłam je komentarzem „ble” i postanowiłam nie robić. Dziś w mojej grupie podyktowano właśnie to zadanie. O strzelaniu z moździerza w zbocze. Być może współczesne prawo chroni człowieka na tyle, że człowiek może podać się za pacyfistę i odmówić rozwiązywania takiego zadania. Ja jednak nie należę do zacnego grona pacyfistów i jakoś sobie to strzelanie w zbocze wyobraziłam. Mało tego, dobrze wyobraziłam sobie jak pociski polecą i gdzie spadną. Byłam z siebie bardzo zadowolona dopóki po oddaniu pracy nie zajrzałam do odpowiedzi. Odpowiedź była zupełnie inna od mojej. Moja nafaszerowana była tangensami, w odpowiedzi zaś znalazł się sinus różnicy.

Cały dzień przeżywałam, rozmyślałam, próbowałam podchodzić z rożnych stron, próbowałam przekształcać to, co już było, podstawiłam nawet przykładowe wartości kątów i wyszło, że moja odpowiedź nie tylko o przekształcenia się różni. Pytałam fizyczka i fizyczek twierdził jakobym dobrze rozumowała. W końcu potraktowałam różnicę tangensów formulą z Wikipedii i dostałam pożądany sinus różnicy oraz kilka innych rzeczy. Ogólnie moje znakomite rozwiązanie różni się od „prawidłowego” tylko o kwadrat w mianowniku, jest więc szansa, że albo odpowiedź się pomyliła, albo ja dostanę za to zadanie co najmniej 90% punktów.

Jestem bardzo ukontentowana, bo kiedyś odrzuciłam fizykę jako przedmiot, którego nie da się nauczyć bez pracy w domu, a teraz, po latach i na starość, coś już rozumiem, nawet więcej rozumiem niż nie rozumiem. Zakuć musiałam tylko jeden wzór. W tramwaju zupełnie nie oglądałam już notatek. Nawet dozwolonej ściągi z wzorami nie sporządziłam. Poszłam niemal bez stresu. Niemal bo jednak się stresowałam, że nie zdążę, musiałam wstać pół godziny wcześniej. Poszłam, zobaczyłam zadanie, którego nawet czytać nie chciałam i rozwiązałam je. Jestem fizyczką, żoną fizyka.

*Konkretnie tym kimś była pani Beata B., która przyszła nauczać w klasie drugiej i zabiła we mnie wszystkie ciepłe uczucia do fizyki, które w owym czasie żywiłam, a których nie zdołał w klasie trzeciej odbudować pan Józef Madeja, najlepszy fizyk jakiego znałam. I nad którymi to uczuciami pracował Mąż przez prawie 6 lat by wybuchły one dzisiaj całym wulkanem!

Wpis o Chłopcu

Mąż z bukietem koniczyny 4-listnej

Chciałam machnąć szybki wpis, tak dla utrzymania się w dyscyplinie robienia czegoś, jakiejś stymulacji intelektualnej i w ogóle. I pytam Męża o czym ma być wpis (mam listę tematów, które chciałabym poruszyć, ale nie wszystkie są pilne), a Mąż mówi, że o chłopcu. Piszę zatem o moim Chłopcu. Mąż ma 26 lat i jest najlepszy na świecie. Jest najlepszym mężem, ojcem, kierowcą. Jest nieco zarozumiały, ale przecież słusznie. Niedawno miał urodziny i one tez były super, bo był chory i byliśmy razem całe dnie. Zawsze chciał być fizykiem, bo ciekawi go wszystko, zwłaszcza jak działa świat. Skończył informatykę dla chleba i od tego czasu chałturzy, bo się nieszczęśnik zakochał i chciał żenić i jeszcze mieć żonę w domu. Raz mógł się dostać na intratny doktorat z fizyki, ale nie wyszło mimo wielu sprzyjających cudów, bo aplikację wysłał wieczorem a komisja spotkała się rano w dniu jego obrony. Termin określony był dniem, nie godziną. Ale to było półtora roku temu. Mąż lubi maliny, chipsy, kebab i frytki, ale tych trzech ostatnich nie może jeść, bo siadł mu żołądek z nadmiaru. Co wieczór musi się podchmielić, żeby dobrze spać, ale nie jest alkoholikiem, pije napar z szyszki chmielu, który śmierdzi gorzej niż samo piwsko. Ma (Mąż, nie napar) bardzo wspierającą żonę, z którą nawet chałtury niestraszne. Od niedawna ma też syna, który nie zasypia przed jego powrotem i całe wieczory mówi „tatata-ta”. A zupełnie świeżo to jest przybity, bo zwolnili go z korporacji, która nie dawała szczęścia, ale płaciła. Teraz jest doktorantem bez stypendium i czeka na rozwój sytuacji. Pojękuje i narzeka, ale wie, że będzie dobrze, bo nie raz przekonał się, że Opatrzność upodobała sobie szczególnie jego rodzinę. Ponadto  ma okropny kaszel, niebieskie oczy, okulary źle przepisane przez konowała i długie nogi, których zazdrości mu własna żona. Jeśli chodzi o ową żonę, to wspólnie oczekują na skok temperatury, pierwszy w nowym właściwym już cyklu poporodowym. W trzecim i czwartym dniu skoku temperatury okazały się być niższe niż w pierwszym i drugim.