Prowadzę samochód do domu na Święta…

DSCN9745Przeżywamy właśnie „łajt krysmas”. Śnieg pada i zawiewa, mróz też zawiewa i wtłacza się do rękawiczek, do gałek ocznych, do nosów i wszędzie. Przeżyliśmy wprawdzie zeszłej zimy mrozy 35- stopniowe i w dniu zeszłorocznej rocznicy ślubu rozmrażaliśmy sobie rurę z wodą zanim uległaby ta rura rozsadzeniu. Rozmrażaliśmy też za pomocą grzejnika i farelki samochód, bo zamarzły mu pedały. Do tej pory jednak nie zdarzył nam się wspólny mróz i śnieg w okolicy Świąt.  Mrozi tak skutecznie, że nawet internet zamarza w przewodach i trzeba na nie regularnie chuchać, żeby jednostki internetu zwane magabitami płynęły. Mało tego, zimno rozsadziło nawet ruter, który zaniemógł i już nie rozdziela internetu na pokoje. Nie możemy się jednak w pełni cieszyć mrozem, bo mamy mnóstwo roboty.

Od rana dziś robimy różne rzeczy. DSCN9738Zupełnie rano poszliśmy do kapucynów na Mszę i skontrolować sytuację. Otóż ksiądz Piotr obiecał dzieciom, że jutro na pasterce rozlosuje 3 siatki prezentów. Jesteśmy niemal pewni, że dwie trzecie z tego to nasi odratowani przyjaciele. Po Mszy, przemarznięci aż po zatoki i po policzki i po gałki oczne poszliśmy do pobliskiego Madisona, który szczęśliwie był czynny. To wspaniałe, że w pobliżu kościołów w okresie zimowym są miejsca, gdzie można skorzystać z toalet, pogrzać łapy pod suszarką, a nawet napić się barszczu z kołdunami. Nie wiem po co te sklepy dookoła, ale miejsca ciepła i ciepłego posiłku są cudowne!

DSCN9715Wróciwszy, postawiliśmy naszą choinkę zdobytą po znajomości  w stojaku i owinęliśmy sześcioma łańcuchami najróżniejszych światełek. Czynność ta miała miejsce już dzisiaj ze względu na to, że choinka musiała stanąć na stole, aby nie powaliło jej dziecko, a na tej wysokości owijanie lampkami byłoby utrudnione. Reszta strojenia odbędzie się zgodnie z tradycją- na ostatnią chwilę. Ze stawiania choinki jest tylko jedno dobre zdjęcie.

Następnie wrócił synek i uśpiliśmy go, zjedliśmy bigos, który zapewniła babcia i przystąpiliśmy do procesu robienia pierniczków. DSCN9590Gdy zabrakło przyprawy pierniczkowej, masę ciastową wzbogacaliśmy wiórkami kokosowymi. W ten sposób powstało sporo pierniczków  i mnóstwo kokosanek o świątecznych kształtach. Dziurki robiliśmy słomką. Jutro spróbujemy zdobyć gdzieś wstążkę do nawleczenia ciasteczek. Oprócz ciasteczek na choinkę powstało tez kilka misiów i króliczków do przechowywania i admirowania.

Kolejnym questem było zdobycie ostatnich trzech torebek przyprawy do piernika w mieście. Uśpiwszy dziecko i zostawiwszy mu elektroniczną nianię do ewentualnej opieki, zeszliśmy do piwnicy farbować szyszki. Później upiekliśmy 3 pierniki Lolinki (mój blog jest aktualnie drugim, trzecim, czwartym  i piątym wynikiem wyszukiwania googli jeśli chodzi o piernik Lolinki). 4 pierniki, które mieliśmy do tej pory rozeszły się z ochami i achami nawet w towarzystwach międzynarodowych i pozaeuropejskich i przyniosły mi dobrą famę w tychże. Tym razem Mąż omyłkowo i bez pomyślunku wsypał cukier do mąki zamiast do jajek. Baliśmy się, że zamiast piernika wyjdzie nam omlet, ale ciasto przed DSCN9705upieczeniem wyglądało mimo wszystko dobrze. Niestety ja również chciałam przedobrzyć i do ciasta dodałam kilka łyżek powideł. Ponadto, ponieważ akurat dzisiejszy piernik ma być popisowy, zależało mi na nieprzypaleniu go. W efekcie mamy zakalec, a nawet 3, bo przecież piekły się razem i efekt domina zadziałał.

W tej chwili Mąż, który jest naszym nowym operatorem maszyny, szyje ozdoby, które będziemy dowieszać systematycznie aż do 2 lutego. I to szyje bez trzymanki! Moczymy też grzyby, bo liczymy, że jutro uda się zdylatować czas i gdzieś tam w zagiętej czasoprzestrzeni ulepić uszka. Grzyby moczą się w mleku, co jest procesem ich ulepszania. Bo schnąc, wyparowały wodę, a teraz pobierają mleko. Jutro musimy też udać się w miejsce odległe odebrać dawno kupioną książkę dla taty, o której ja regularnie zapominałam przez cały zeszły tydzień. Musimy też ugotować barszcz, bo przecież ja robię najlepszy.

DSCN9761

Reklamy

Przywiązanie dziecka do samochodu

Nie wstaliśmy dziś o świcie. Mogłam wstać obudzona Stasim kaszlem i zrobić nam śniadanie. Leżałam jednak czekając aż zasnę ponownie i doczekałam się. Wstaliśmy o 9, wyjechaliśmy z domu po 10 tym samym mówiąc „Adios pełny koszyku”. Oczywiście wcale tak nie powiedzieliśmy. Niczym hazardzista po przegraniu fortuny łudziliśmy się, że będziemy w Płocicach pierwsi. Jak nietrudno się domyślić, ktoś nas ubiegł. Ale tamtejszy dolny zagajnik jest i tak cudowny, chodzenie po nim budzi wspomnienia zeszłorocznych samo-napełniających się koszyków.

Stasio nie skorzystał z możliwości chodzenia po całym lesie. Zamiast tego swoim zwyczajem chodził wokół Lanosa. Sprawdzał, czy wszystkie drzwi są zamknięte i głaskał obłe kształty Zielonego (widoczna na zdjęciu Tonka nie jest tą ulubioną, Cytrynna nie kręci i nie mataczy, lecz na bieżąco opisuje prawdę). Stasio bardzo lubi Lanos. Przypuszczam, że czuje się bezpiecznie w jego obecności, a po cichu sądzę jeszcze, że być może uważa go za trzeciego i to równoprawnego rodzica.

Przechodząc go górnego lasku musieliśmy przerwać tą motoryzacyjną pępowinę dwóch Zielonych. Stasio posadzone na mchu szybko odnalazło się w nowej sytuacji i zaczęło rwać maleńkie grzybki z gatunku trujaczki. Jego zmoczenie spodni dało sygnał do odjazdu. W koszu było wszystkiego 6 prawdziwków i koźlaczków.

Popędziliśmy na benzyniarnię po gaz celem napełnienia jednego z garbów naszego dromadera, tfu baktriana (drugi garb poi się benzyną). Baktrian brzmi jak nazwa jakiegoś leku. Z benzyniarni blisko było do Lipusza, gdzie odnaleźliśmy jezioro, którego nie zdołaliśmy odnaleźć w lipcu. Dziś wystarczyło mieć mapę. Jezioro okazało się być super, ale ja marzłam, gdyż mój polar był mokry, albowiem w auteczku leżał obok butelki wody mineralnej, która dyfundowała przez plastik na zewnątrz. Gdybyśmy nad tym jeziorem znaleźli się przed świtem, nasze kosze z pewnością napełniłyby się rydzami, gdyż było to prorydzowe miejsce. Nic jednak, gdyż tata znalazł dwa wschodzące cuda na działce.

Z Lipusza postanowiliśmy wracać przez znaną w całym kraju Łubianę. Odważyłam się zaproponować Mężowi odwiedzenie słynnych zakładów porcelanowych i propozycja moja została przyjęta. Odnalazłam nawet na aparacie zdjęcie zrobione w salonie Lolinki i zawierające jej serwis kawowy i pomyślałam, że moglibyśmy jej sprawić na przykład drugą cukiernicę do kompletu, ale w szumnie nazwanym „salonie sprzedaży” nie odnalazłam tego wzorku. Odnalazłam za to 12 wspaniałych talerzy w średniej cenie 2,25, których właścicielka zostałam. Aż kwiczę z zachwytu, takie są cudne.

A co z naszymi czubajkami? Są czubajkami, jak było to wiadome, ale 2 dni w lodówce zupełnie je zdewaluowały i nawet nas już nie pociągają. My mamy coś lepszego. Mamy prawdziwą K-A-N-I-Ę. Jest doskonała. Ma odpowiedni pierścień, burą nóżkę (muchomor sromotnikowy ma białą) i, co najważniejsze, pachnie kanią. Osobiście przełaziłam przez płot aby ją zdobyć. No nie płot, tylko dwubarierkę i to nie prywatną, lecz ośrodka wypoczynkowego. Żeby nie było zbyt kolorowo, w domowej butli z gazem skończył się gaz i kania nie miała jak trafić na patelnię.

 

 

 

Grzy-bobranie

Niektórzy zarzucają mi, że jestem na permanentnych grzybach, a wcale nie jestem. I w ogóle w tym roku prawie nie mamy grzybów, bo Stasio już nie jest ssakiem, którego można nakarmić w samochodzie po drodze, tylko trzeba podać wszystkim śniadanie i wygrzebać się i na ogół dojeżdżamy na miejsce po fakcie, czyli tuż po czyimś grzybobraniu. Nasze sekretne miejsca się rozsławiły i nie da się zupełnie nigdzie być pierwszym. Pewno i bezrobocie wzrosło od zeszłego roku i stąd nawet w dzień powszedni ktoś miał czas nas uprzedzić. Dlatego przewartościowaliśmy swoje piramidy potrzeb i staramy się głównie dobrze spędzać czas. Nałóg jednak jest nałogiem i zawsze nas podświadomie ciągnie w najgorsze odludzia w nadziei, że jednak, a nuż, być może ktoś nie dotarł.

Ostatnim razem właśnie tak jechaliśmy bardzo wąską drogą, co do której nie było pewności, że się nagle nie skończy, gdy się nagle skończyła. Nie było to jednak zwykłe zaniknięcie drogi, jakie się drogom zdarza w lasach, lecz kłoda rzucona wędrowcowi pod nogi. Całkiem niemała kłoda. Ponieważ droga była masakrycznie wąska, po jednej stronie miała skarpę (w górę) a po drugiej zbocze (w dół), to o zawracaniu nie mogło być nawet mowy. Ja, jak pierwsza naiwna, już myślałam, że może wielkie drzewo uda nam się z drogi usunąć, lecz fizyk powiedział, że ono jest mniej więcej 10 razy cięższe niż rzecz podnaszalna. Całość wyglądała podejrzanie, niczym atak zbójców na dyliżans, względnie pociąg a z oddali dobiegały jakieś męskie krzyki uwiarygodniające straszliwą hipotezę, strach więc swoimi wielkimi oczami w nasze zaglądał. Odrobinę się uspokoiliśmy wyśledziwszy, że to nie ludzka ręka powaliła drzewo, lecz bobrzy ząb. Robota była bardzo precyzyjna, lecz chyba twórca nie miał złych zamiarów. Bobry wszak słyną z powalania drzew w pożądanych przez siebie kierunkach celem budowania tam. Mąż, jako nasz główny kierowca podjął rękawicę rzuconą nam przez zębate zwierzątka i ocalił nas wszystkich. Mianowicie cofnął Lanos kilka metrów z użyciem biegu wstecznego do miejsca, w którym skarpa boczna była nieco niższą, po czym rozpoczął zawracanie na tak zwane „5”. W tym przypadku oczywiście na pięciu się nie skończyło. Próbowałam liczyć i przypuszczam, że to było „na 17”, ale mogę się mylić. Byłoby oczywiście na mniej, ale tchórzliwa żona, która podpowiadała, ile można się cofnąć, zawsze krzyczała „stop” zanim cofanie się rozpoczęło.

Inna nasza przygoda z bobrami dotyczy pluszanek. Kiedyś przypadkiem natrafiliśmy na maskotkę bobra podpisaną jak rysunek głosi. My nie ogłosiliśmy, że taką pluszanke posiadamy, lecz oferowaliśmy w okolicy chętnym, że pozwolimy im pogłaskać naszego włochatego bobra. Bulwersowali się wszyscy równo, a my do dziś się głowimy, co było tego przyczyną.

Dziś natomiast, po tym jak zawiozłam nas rozrytą drogą za Szludron i zobaczyliśmy że czubajki nie wyrosły ni odrobinę, a następnie przywiozłam z powrotem (nie, Mąż nie jest dżentelmenem pozwalającym żonie poprowadzić stary samochód przez las w niedzielę, po prostu wykorzystał chorobę swoją by skwapliwie zrzec się obowiązku), uznaliśmy, że jest za wcześnie na koniec spaceru. Pogoda dopisywała, to znaczy akurat nie padało. Pojechaliśmy na tak zwane bobry, czyli w okolice Wdy. Nikt tam nigdy bobra nie widział, drzew pociętych też nie ma, ale są żeremia, czyli bobry pewnie też, tylko schowane. Rok temu w tej okolicy znaleźliśmy jeden rydz, a rydz jest najlepszym grzybem, jaki znam i do tego megarzadkim, więc nadzieje pokładałam duże w odwiedzeniu owej okolicy. Zapakowano Stasio w wózek, dziecko trzymało nieodłączną Tonke w prawej łapce. Poszliśmy. Mąż poprowadził nas przez mostek, którego nigdy nie przekraczaliśmy. Twierdził, że z pewnością wkrótce będzie kolejny mostek powrotny. Początkowo szliśmy brzegiem rzeki i spotkaliśmy wielodzietną rodzinę łabędzi, które kontemplowaliśmy całkiem długo i nawet wszyscy. Były też i wspomniane żeremia czy tamy. Następnie szliśmy przez kartoflisko już zaorane. Wózek odmawiał posłuszeństwa i nastąpił podział ról- dziecko szło na rękach a wózek jechał pusty za sprawą drugiego rodzica. Zebraliśmy 50 ziemniaków na pamiątkę przejścia przez wyeksploatowane kartoflisko, ale zostawiliśmy ich jeszcze wiele- na pewno po nas przyjdą biedniejsi, to wezmą i te zupełnie małe. Widoczne jest tu nawiązanie do łuskania kłosów w szabat (Mt 12,1-14). Jednak tych ziemniaczków to nie było jak spożyć po drodze. ie trzeba też i było brać aż 50, jednak czynność ta była silnie uzależniająca.

Z czasem łąka stała się zupełnie nieprzejezdna i przewodnik trzeźwo i na czas odnalazł drogę biegnącą w las, w górę a od rzeki odbiegającą. Ja przeżyłam chwilę grozy gdy widziałam ze owa stroma droga się kończy a jeszcze nie ujrzałam poprzecznej drogi gruntowej. Droga gruntowa to było coś. W końcu wózek zaczął jechać jako tako. Dziecko dostawało po kawałeczku bułki z masłem i pokrzykiwało zachęcająco. Znaną prawdą jest że wózek jedzie cicho, a stoi głośno. Z poboczy pokrzykiwały do nas raźno kurki i nawet dwa borowiki szatańskie, zdrowe i jędrne, lecz wiadomo. Po ponad godzinie od opuszczenia kartofliska, zmarznięci, lekko zmoczeni, bo chwilami padało, dotarliśmy do mostu na Wdzie, przy którym się raz Stasio tego lata kąpało. Ulga niewyobrażalna. Momentalnie zaburzona z chwilą zauważenia, że nie ma Tonki! Znów posiał gdzieś. Wyrzucił! Nie szanuje! A niby taka ulubiona. Rozważano rozdzielenie się, ale tego stanowczo odmówił Mąż, chciał wracać po zabawkę wszyscy razem, ale tu z kolei ja uznałam, że najpierw czym prędzej do auta a potem autem po Tonkę wszyscy wraz. Do auta szliśmy prawie 45 minut i to po równej drodze. Całą tą drogę żałowaliśmy, że nie zatrzymujemy stopa i że jedna osoba nie jedzie po samochód, ale mamy przykre doświadczenia z niechcącymi się zatrzymać kierowcami, więc i nie próbujemy. Ostatecznie nie wróciliśmy po Tonkę, spróbujemy szczęścia jutro.

Jak wygląda kania?

Oto pytanie, na które nikt nie zna odpowiedzi. Legendy krążą, podobno wielu je zjadło i nie żyje, są głosy że zjedli sromotnika myśląc, że jedzą kanię. Kania- grzyb szlachetny, piękny i cenny, lecz owiany wzbudzającą grozę legendą. Na nasze subiektywne oko to żadna z czubajek nie jest podobna do muchomora sromotnikowego, sama kania może odrobinę przypominać muchomora cytrynowego we wczesnym stadium rozwoju, ale jakoś o tym cisza, wszyscy trąbią o sromotniku. Mówi się, że poznać ją po ruchomym pierścieniu wokół trzonu. Innym charakterystycznym punktem jest czubek na kapeluszu. Należy jeszcze gwoli wprowadzenia dodać, że istnieją zarówno bardzo szlachetne czubajki kanie zwane kaniami zupełnie zasadnie jak i mniejsze, ale wciąż ładne czubajki czerwieniejące zwane kaniami zwyczajowo i przez ludność tylko. Zainteresowanych tematem, lecz niepewnych odsyłam do fachowej literatury.

 My dziś w naszym nowym zagajniku natknęliśmy się na 8 takich czubajek. Jedna była z ziemi wyjęta i odrzucona ze względu na swoją robaczywość, 3 były młode lecz nadające się a 4 dopiero kiełkowały. Pierwsza myśl- pozwolić im urosnąć, ale tata mówi, że grzyb znaleziony rosnąć przestaje. Poza tym wstawać o świcie to nawet dla kań się nie chce. Postanowiliśmy wrócić po nie wraz z zapadnięciem zmroku. Odliczone było między którymi drzewami wyrastają i odjechaliśmy. Pech i przypadek zadecydowały, że w to samo miejsce powróciliśmy jeszcze przed zmrokiem i kanie urosnąć nie zdążyły. Biliśmy się z myślami i z ciałami, które zmarznięte i zmoknięte ani myślały wracać tam później znów. Namówiłam Męża do wyrwania jednej. Okazała się być w porządku, czyli mieć ruchomy pierścień. Więc na fali sukcesu namówiłam i na pozostałe dwie. Tym sposobem staliśmy się posiadaczami trzech czubajek o niewiadomym zarobaczeniu i jednej ewidentnie robaczywej. Mąż jednak wymógł na mnie, że przed spożyciem spytamy sąsiadów i upewnimy się.

 Pierwsza wizyta. Pani J. Mówi, że nie zna się, ale zapyta syna. Syn, dorosły i radny, nawet nie schodząc stwierdza, że i on się nie zna. Pani J. jako życzliwa, mówi, że pobliska sąsiadka, pani S. może wiedzieć, bo jej chłopaki zbierają i ona sama nieraz przynosi. Jedziemy, pukamy, otwiera i mówi, że nie zna się już teraz. Że kanie są dwie. Ona nie wie, kiedyś zbierała, teraz od lat nie zbiera, nie jest pewna. Dla zdrowia radzi nam nie jeść, ale nie jest pewna. Że może sąsiad naprzeciwko się zna. Cóż po tym, jak okna ciemne a i my nie znamy sąsiada? Wracamy do domu, Stasio wciąż śpi a my oglądamy przewodnik grzybiarza. Czubajki czerwieniejące ewidentnie. Zero wątpliwości. Ale groza legend nie pozwala tak po prostu wrzucić na patelnię. Mąż rozważa odwiedzenie znajomych leśników w L., którzy z racji swego leśnictwa znają się. Wsiadamy, jedziemy całe 3 km i to na benzynie, bo gaz nie wiedzieć kiedy, skończył się (nie wiedzieć kiedy zrobiliśmy 400 km). Głupio jednak odwiedzać gościnnych leśników, u których nie było się od lat. Zatrzymujemy się w skupie runa po drodze. Dziewczę z miejsca mówi, że się nie zna i spyta mamy, która może wiedzieć. Mama z daleka krzyczy, że się nie zna. Nikt się nie zna. Do leśników nie jedziemy. Mąż każe mi dzwonić do wujostwa, również leśników. Odpowiedz brzmi: skoro dzwonisz, już wątpisz, zatem wyrzuć. Skoro młode, to tym bardziej wyrzuć. Trzymamy więc nasze pewne-niepewne kanie w lodówce i czekamy na powrót taty. Niech on osądzi. Grzybiarze z nas tchórzliwi.

Hej, bystra woda!

Melduję i donoszę, że odkryliśmy nowe Centrum Grzybiarza. Mieści się ono 6 km za L., prostą drogą na Szludron i przez Szludron. Jest chyba jeszcze lepsze niż słynne na całe województwo Płocice. W Płocicach wczoraj znów był autokar pełen gdańskich emerytów. Nowe miejsce odkryliśmy przypadkiem.

 Jest to ogromna połać lasu brzozowego z sosenką gdzieniegdzie, ale w przeciwieństwie do typowo występujących brzozowych zagajników a podobnie do lasku płocickiego, ściółka tamtejsza głównie z mchu się składa, a nie z trawy i to mech właśnie odpowiada za licznie występujące grzyby. Nowe miejsce nie zostało jeszcze wypróbowane w warunkach bojowych, lecz byliśmy tam wczoraj o 15 i mimo późnej pory, kilka pełnych garści prawdziwego grzyba się zebrało. Dziś z uwagi na sobotę, czyli dzień zjazdu wszystkich grzybiarzy i pseudogrzybiarzy, my sobie grzybobranie odpuściliśmy. Woleliśmy dłużej pospać. A i pogoda nie dopisała. Leje właściwie bez przerw od wczorajszego wieczora. W chwilach, gdy jednak nie leje, to po prostu mocno pada. Wczesnopopołudniowy spacer samochodowy w las wykazał, ze pogoda deszczowa wcale nie odstraszyła amatorów ściółki, przynajmniej nie tych zmotoryzowanych. Podobnież krótkie opuszczenie naszego pojazdu dowiodło, ze ściółka przeczesana została szczegółowo. Tym niemniej na jednym spacerze zakończyć nie mogliśmy, bo aż nas rwało.

Późnym popołudniem, posileni rosołem załadowaliśmy się do auta i pojechaliśmy na krotki spacer. Celem było wczoraj odkryte Centrum Grzybiarza nazywane umownie Szludronem od nazwy pobliskiej wioseczki. Chcieliśmy sprawdzić, jak ono działa w warunkach sobotnich. Droga dojazdowa, wczoraj pięknie ubita, dziś była jednym wielkim błotem poprzedzielanym gdzieniegdzie bardzo głębokimi kałużami. Samo miejsce można powiedzieć, daje radę. Było mnóstwo śladów obecności poprzedników. Ale i dla nas ostało się kilka koźlaków- tych najładniejszych- jasnobeżowych zwanych książkowo pomarańczowożółtymi. Ponadto parę kurek. I na koniec niespodzianka- kilka cennych szlachetnych kani, którym poświęcę osobny wpis. Aby uniknąć powrotu rozrytą drogą, postanowiliśmy odbić w prawo, w kierunku pobliskiej Czarliny.

 Jadąc, odkryliśmy kolejny zagajnik doskonałej jakości, lecz przetrzebiony szczegółowo. Po 3 km czekała na nas tablica z informacją o ślepej uliczce. Potraktowaliśmy ją jako dobry kawał, jako że mapa głosiła zupełnie co innego. Mijaliśmy osiedle ludzkie aż tu nagle drogę przerwał wąziutki most, właściwie zielony mosteczek opatrzony zakazem wjazdu i na wypadek gdyby i on nie wystarczył, okłódkowany czymś w rodzaju blokad parkingowych. Widok samej Wdy wpływającej do jeziora Radolnego, choć urzekający, nie mógł wynagrodzić bezcelowej podróży. Stasio szczęśliwie spało i mogliśmy się deszczem i widokiem dłużej pocieszyć. Cieszenie to nie było wcale dobre, co jednak wiemy dopiero z perspektywy czasu, bo ja przypłaciłam to pogorszeniem stanu zdrowia, a Mąż podwójnie- jego gardło, rano jeszcze bliskie ozdrowienia, padło zupełnie a do tego wygarnia sobie sam głupotę i żałuje, oj jak żałuje.

 

 

 

Gra na podobieństwo chińczyka

Kiedy najlepiej zbierać grzyby? Zupełnie najlepiej to po deszczu, ale abstrahując od pogody, to na pewno nie w weekend. W weekend jest więcej grzybiarzy niż grzybów. Więcej też niż zagajników brzozowych. A w niedziele to nawet więcej niż na Mszy. Czyli próby zbierania mają sens li i jedynie w dzień roboczy, kiedy większość grzybiarzy jest w swoich pracach. A gdzie zbierać? Tam, gdzie wiadomo, że rosną. Bo kiedy nie wiadomo, czy w ogóle rosną, to nie wiemy nawet, czy jesteśmy pierwszymi eksploratorami w danym dniu. Bywają wspaniałe nieodwiedzane lasy, czasem nawet wyglądające na grzybne pastwiska, gdzie ni grzyba, bo tak już jest. Gdyby to była gra planszowa, to fałszywe zagajniki byłyby oznaczone jakąś specjalną kartą, która okazywałaby się różnić czymś od typowego lasu grzybnego dopiero pod ultrafioletem, albo jakoś tak. Gdyby to była gra, to dobrym akcesorium byłyby samochody, innym dobrym utensylium byłby rower. Drużyna grzybiarzy posiadająca pojazdy obstawiałaby wybrany fragment lasu nimi właśnie i odstraszałoby to przeciwników, a przynajmniej oznaczałoby rezerwację, bo pewny siebie przeciwnik bez oporu wejdzie i na teren zarezerwowany. Wszak po ślepawym mieszczuchu wytrawny grzybiarz może przejść i jeszcze kosz napełnić. Co sprytniejsi mogliby pojazdami odstraszającymi obstawić teren jeszcze poprzedniego wieczoru a nazajutrz dojść na miejsce pieszo.

My dziś zagraliśmy w grzybobranie na żywej planszy. Już o siódmej podnieśliśmy niewyspane ciała ze wspólnego łózka (tak, dziecko tutaj śpi we własnym łóżku, już dwie noce!), nafutrowalismy młodszych bananami, starszych bułkami i popędziliśmy do L. Wszelkie ociągania spowodowane były porannym przymrozkiem, który dobrze grzybom nie wróżył. Po drodze minęliśmy parę wczesnych grzybiarzy idących w tym samym kierunku, a oni podczas mijania spuścili głowy w odczuciu porażki. Byli to prości grzybiarze bez utensyliów. Na miejscu jednak okazało się, że ni grzyba! Chłód jako warunek atmosferyczny okazał się być czynnikiem negującym grzyba. Chłód wykluczył grzyba, bo jak głoszą nauki, grzyb do rozwoju potrzebuje ciepła i wilgoci. Staszek jako czynnik losowy postanowił zająć wówczas dowolną ilość czasu. Mianowicie, kiedy nikt nie patrzył, wypuścił ze swej maleńkiej rączki żółto-czerwony samochód Tonka, rzekomo ulubiony, taki, co do którego był przykaz „nie zgubcie, bo to jego ulubiony”. Nie my zgubiliśmy, my jednak szukaliśmy, ale bezskutecznie. A czas płynął nieubłaganie. O dziewiątej(!) padła decyzja by mimo wszystko udać się do Płocic, bo a nuż. I tutaj albo zaszkodziła Płocicom sława mojego bloga, w którym zdradziłam sekretne miejsce ( niniejszym pozdrawiam beneficjentów), albo zadziałało prawo natury głoszące, że gdzie się nie pojawimy (np. opustoszały lokal, bo takie preferujemy), tam zaraz zbiegają się tłumy.

Tym razem dobry wehikuł zapewnił, że mimo przejściowych trudności i utraty cennego artefaktu w postaci żółto-czerwonej Tonki, nie wypadliśmy z gry.  Wypadliśmy za to z lasu, przemknęliśmy przez centrum wsi, minęliśmy rynek i zatrzymaliśmy się w dolnej części kompleksu  grzybiarskiego. Otwarcie drzwi i pasażerowie wysypali się wprost na dywan z prawdziwków. Nie, aż takiego zwycięstwa nie  odnieśliśmy. Płocice jednak szczycą się ściółką przyjazną niemowlakom dopiero zaczynającym chodzić. Niemowlak runął na mech a  rodzice zajęli się poszukiwaniem. Cytrynna zdobyła dwa nieduże koźlaki, Mąż nieporównywalnie więcej. Cytrynna nie jest tak  dobrym grzybiarzem jak Mąż, ale za to nikt tak dobrze nie nosi koszyka jak ona. Tworzą więc zgrany duet grzybiarzy. Nagle na  horyzoncie pojawił się element losowy, oto na trzech kończynach człapała pani Konkurencja. Trzecią nogę stanowił długi kij, służący  zapewne do rozgrzebywania mchu. Mąż jako ten obdarzony skillem spostrzegawczości stanął na wysokości zadania, mimo protestów załadował  niemowlę do wózka, a żonę popędził prędko do górnego kompleksu, aby zajęła teren. Pani Konkurencja zagadywała Cytrynnę o  pochodzenie, a że była życzliwa (pozory na pewno mylą), to i powiedziała, że tu (na dole) nie ma nic, bo każdy tu zbiera, trzeba iść  wyżej. Wtedy Cytrynna schyliła się po swój trzeci grzyb. I tak szły przez chwile równo, a każda myślała jak pokonać tę drugą.  Cytrynna na swych krótkich, lecz młodych nóżkach wbiegła wysoko i poczęła zdobywać teren od góry, pani Konkurencja zaś od dołu.  Nadjechał i Mąż ze Stasiem, dziecko żądało uwagi, czyli było po stronie pani Konkurencji, jednak znalazło jakiś foliowy worek  stanowiący w lesie śmieć i się nim zadowoliło. Małżeństwo zaś zupełnie mimochodem wyparło rywalkę z lasu. Naszły wówczas  Cytrynnę myśli, że pewnikiem pani Konkurencja czai się gdzieś z tyłu, by za pomocą kija zdobyć powoli zapełniający się  koszyk. Innym sposobem byłoby zdobycie bez okazywania przemocy koszyka na chwilę spuszczonego z oka. Bo koszyk, choćby  częściowo zapełniony, stanowi lepsze dobro niż zarezerwowany las. Wszak w lesie może nie być grzyba, a w koszyku każdy widzi.

NIkt tak dobrze nie nosi koszyka jak Cytrynna

Sloł liwing

Jesteśmy w domu czyli na wsi. Przyjechaliśmy na dwie noce i w nadziei na grzyby. Sąsiad miał wczoraj pełne wiadra z tych okolic właśnie. Staszo dziś cały dzień marudziło, oczko ropieć przestało, ale marudność niesamowita dziecię ogarnęła. Zataczało się niczym pijak i po każdym zatoczeniu rzewnie wyło, bo łkaniem tego nazwać się nie da. Apetyt zerowy, ale na to akurat nerwy mam stalowe, dopóki dziecko pije. A pije. Trochę mniej, ale wystarczająco. Więcej, niż pić dostaje gdy nie pod moją opieką przebywa. W samochodzie dziecko ożyło i odżyło. Liczyłam, że zaśnie, a nie zasnęło, nic to jednak, bo spało wcześniej. Rozpoczęła się nasza dwudniowa przygoda ze sloł liwingiem. Oczywiście jutro nieliczne i z samego rana jedynie się odbywające Msze oraz chęć wyprzedzenia innych grzybiarzy w dzikim pędzie po pełne kosze zmusza nas do pewnych ustępstw, ale jednak ogólnie zamierzamy się nie spieszyć. Pierwszy raz od lat nie przyjechały z nami żadne książki do magisterki, sam wyjazd choć krótki, ma charakter stricte nienaukowy. Ja to zamierzam sprzątać, bo już poprzednim pobytem dużo ogarnęłam i są szanse na efekty, a ja lubię gdy są efekty. Mam już na sobie tutejszą piżamę, którą od dłuuugiego czasu noszę tylko i wyłącznie tutaj. Mąż opracowuje scenariusz na mającą się wkrótce odbyć sesję RPG swoich marzeń. Staszo śpi w swoim łóżeczku. Raz już próbowało wymusić przejście do dużego łóżka, krzykiem oczywiście, ale mama po raz pierwszy nie była miękka, a chyba mu tez bardzo nie zależało, bo niemal nie oponował wracając do łóżeczka. Zresztą tutejsze łóżeczko jest dużo wygodniejsze od gdańskiego. Nie ma co się oszukiwać, i tak wiadomo kto w czyim łóżku skończy.

 Najlepiej sloł liwing prowadzić w Lidlu. Sobotni wieczór jest ku temu idealny. Lidl jest pustawy, wszak wszyscy zrobili zakupy przed południem w największym tłoku lub odłożyli na niedzielę, by ja właściwie święcić. Nieliczni tylko przybywają po trunki na wieczór. W Lidlu jest wszystko, co potrzeba. Są wrzosy na sadzonki, jest pieczywo typu bułki, jest ser gorgonzola, są ciastka amerykańskie z czekoladą, które może jeść już i domagające się frykasów Stasio. Są ziemniaki- do wyboru w workach lub na sztuki. Samodzielnie wybierając można wybrać te lepiej się nadające na frytki, a do tego jest taniej. Jest śmietana do jutro_zebranych maślaczków. Są chipsy najróżniejszych struktur i smaków, nawet takie w kształcie misia. Są oczywiście soki typu kubuś. I maślanka. I banany dla niemających apetytu niemowlaków. I słoiki dla leniwych lub rekreujących się matek. I znicze, ale to akurat nam nie było dziś potrzebne. I woda_z_Lidla, dla uzależnionych od wody, najlepsza w smaku ze wszystkich znanych wód, mineralne konkurująca z Cisowianką, lepsza od Pomorzanki i przy okazji najatrakcyjniejsza cenowo. I już słodycze bożonarodzeniowe. W zeszłym roku zaskoczyły nas 4 października, w tym roku są jeszcze wcześniej. Mąż był łaskaw nawet kupić mi keks z marcepanem, który smakiem wprawdzie nie powala, ale smakuje Świętami. Nie śmiałam już prosić o pierniki norymberskie, które smakują nocnym jedzeniem podczas nocnych karmień Stasi. (Mężu, gdybyś to czytał przed poniedziałkiem, to będziesz wiedział jak mnie ucieszyć). Wracając do Lidla, nie zapomniano i o atrakcjach dla najmłodszych. Wózek jak to wózek, jeździ i ma miejsce na berbecia. Jest i karton, z którego maluch nie wyjdzie sam choćby poskoczył. A żeby sloł liwing z Lidla rodem był naprawdę sloł, to pracuje tylko jedna kasa. Nikomu to jednak nie przeszkadza, bo nikt się nigdzie nie spieszy!

 Posilona lidlową bułeczką Stasiunia nabrała humoru i przyjechawszy pod dom zakręciła się niczym rasowa gospodyni. Doglądała, jak rodzice nosili tobołki i zakupy, wymachiwała pogrzebaczem, testowała zmiotkę i trochę też szufelkę. W końcu zabrała się za zupełnie ręczne wywalanie popiołu z kominka, który sama otworzyła. W tym jednym miejscu po paru minutach matka zainterweniowała, umyła łapki i kominek zamknęła, a popiół zmiotła. Dziecko odmówiło kolacji, ale wypiło większość mleka, po czym wcale nie miało zamiaru spać, lecz odbierało bodźce. Chichrało się jak przysłowiowa pensjonarka i kombinowało, czy lepiej wydłubać matce nos, czy wydrapać oczy. W końcu matka swoim schrypiałym głosem opowiedziała krnąbrnemu synkowi najnudniejszą historię jaką udało jej się skompilować i to go zmogło.