Atak odparty

Wczorajsza ofensywa samotnego partyzanta nie powiodła się. Zamierzał być nieugięty, pokrzykiwał, a nawet śmiał się. Wyraźnie manifestował swój bunt przy odkładaniu do łóżeczka, wstawał i zasypiać nie zamierzał, a było już po drugiej i rodzice też mieli ochotę się położyć. Już nawet rozważali, co jeśli zaśnie, ale zbudzi się ponownie i inne mało przyjemne możliwości. Matka nie zamierzała iść na zbyt miękką kanapę, nikt nie dopuszczał myśli o przeniesieniu frontu do rodzicielskiej sypialni i wpuszczeniu doń wojownika. Nikt też nie zamierzał przesiedzieć całej nocy nad syneczkiem skłonnym przysnąć na kanapie i budzącym się na każdą próbę przeniesienia do łóżeczka. Nie przekonywały go oklepane teksty matki, że we własnym łóżeczku będzie mu najlepiej na świecie. Kozaczył potężnie, ale w końcu okazał się być cienkim bolkiem*, który ugiął się pod pręgierzem ibuprofenu. Co będzie tej nocy?

*bolek piszemy małą literą, gdyż nie jest to imię królów polskich, którzy dosyć potężni byli, lecz sformułowanie określające rybę karpiowatą gatunku boleń, która już cienką może być i jako cienka nadaje się co najwyżej dla kota. Źródło tej informacji znajduje się  TU.

Reklamy

Nowa ofensywa

Syneczek zebrał siły, zgromadził posiłki, uśpił czujność i zaatakował. Tak jak niegdyś on sam i tak jak rodzice później, znów postanowił wykorzystać ich słabości. Odpuścił wiele bitew, ale postanowił nie oddać wojny. Wczoraj w nocy przypuścił atak na niczego nie spodziewających się. Cel był ogólnie znany- łóżko i czułe objęcia matki. Wytrawny obserwator mógłby spostrzec, że przygotowując się do ataku zaniedbał zjedzenia obiadu. Ale przecież nie raz odpuszczał obiad, a nocą szedł potulnie na swoje miejsce. Nie tym razem. Matka zamierzała tą konkretną noc przespać, bo akurat wykaraskiwała się z migreny w którą popadła na skutek stresujących okoliczności niezwiązanych z przesypianiem nocy ani jedzeniem obiadu. Ofiarą ataku padł więc ojciec. To on chodził, utulał, smarował zęby. Wszystko na nic. Rodzice jednak ramię w ramię bronili swojej fortecy przed szturmującym potomkiem. Oczywiście potyczkę przegrali, ale ocalili swój bastion. Matka poszła do dziecięcej sypialni i rozłożyła dla siebie i potomka znajdującą się tam kanapę, urządzenie o wyjątkowej miękkości, zdolne uszkodzić najzdrowszy nawet kręgosłup. Kręgosłup matki (w tej roli oczywiście Cytrynna) do najzdrowszych już od jakiegoś czasu nie należy. Skutki: dziecko smacznie zasnęło podtrzymywane za rękę i do 9:30 spało, ale matka wstała połamana i cały dzień się łamała.

Dziecko odpuściło dziś kolejny obiad, a zasnęło tuż po 22. Odniesione do siebie, po chwili zawyło wymuszając jeszcze kilka chwil pobytu w rodzicielskim łożu. W ciągu tych kilku chwil jęczało i szamotało się przyjmując najdziwniejsze pozycje. Uspokoiwszy się, poszło znów do siebie. Tam zbiera siły, czeka na pogaszenie świateł, da nawet czas na zaśnięcie. Tej nocy nastąpi kolejny atak. Tym razem obie strony są tego świadome. Kto wygra? Kto ulegnie? Czy obędzie się bez ofiar?

Kiedy dziecko przesypia noc

Cytrynna i Mąż do niedawna mieli poważny problem z dzieckiem. Dziecko dążyło do rozbicia ich małżeństwa poprzez zmuszanie chcących pospać rodziców do brania jego czyli dziecka do wspólnego łóżka a następnie gadało, wierciło się i kopało, co z kolei zmierzało do przepędzenia ojca z owego łóżka. Po odejściu ojca dziecko się uspokajało i dawało matce pospać. Rodzice frustrowali się okrutnie, bo pobudka z wymuszeniem przejścia potrafiła być i o świcie i tuż po rodzicielskim zaśnięciu. Czas sprzyjał małemu wojownikowi, bo matka kończyła swoją magisterkę i na zarwane noce sobie pozwolić nie mogła, a matka ma tak, że zbudzona tuż po zaśnięciu, nie zasypia. Ojciec ma jeszcze gorzej. Bo dla niego wystarczy samo ryzyko zbudzenia. Był z tym nawet u psychiatry, ale ten mu nie pomógł. Wyleczyła go Żona swoją Miłością przez duże M. Ale podatność została. W efekcie osiągało dziecię wszystkie swoje cele a nawet więcej, bo w końcu pozwolono mu po prostu spać z matką od początku nocy.

Niedawno jednak ostatnia z magisterek została oddana do dziekanatu i rodzice uznali, że zaryzykują kilka nieprzespanych nocy i dadzą dziecku szansę spania w jego własnej sypialni. Dla ułatwienia wyjechali na wieś i własną sypialnię zaimprowizowali dziecku w sypialni jego babci po prostu przenosząc łóżeczko. Kolejnym ułatwieniem była nieduża gorączka odzębowa zwiększająca senność maluszka. Łóżeczko wiejskie jest najtańszym łóżeczkiem z ikei, ma jednak wypasiony materac z lateksu. Dziecko spało jak aniołek. 3 noce i to z deszczem bębniącym w okno dachowe. Cytrynna i Mąż wrócili do miasta i kolejną noc udało się dziecku przespać również w jego własnym wyrku. Łóżeczko miejskie jest wypasione, bo ma 4 wyjmowane szczebelki i schowek na pościel, ale za to materac ma najtańszy, dodany gratis do łóżeczka, z gryki pianki i kokosa, ale dał syn radę. Następnie znów udało im się pobyć kilka nocy w domu i z jednym małym wyjątkiem (kiedy przyjechali dziadkowie i syn wrócił ze swoim łóżeczkiem do sypialni rodziców) dziecko znów dobrze spało. Musieli jednak przenieść się na stałe do miasta. Rozważali przywiezienie fajnego materaca ze sobą, ale byłoby to zbyt symboliczne pożegnanie z domem, więc nie przywieźli. Mimo niedogodności, dziecko jednak śpi. Budzi się wprawdzie dwa duże razy- raz przed ich pójściem spać a drugi o świcie i pije wtedy, ale zaspokojone daje pospać do dziewiątej o ile nie ma zbyt pełnej pieluchy. Zapobiega się temu zmieniając ją w nocy. Oczywiście kwęka, czasem i kwili, ale dopóki nie płacze głośno i rzęsiście ani nie wrzeszczy wściekle, rodzice w ogóle nie zaglądają. Aby zapobiec przeziębieniom wskutek odkrycia się, dziecko pod piżamkę dostaje bodziankę. W popiersie zawsze ciepło. A piżamka jest zwykłym pajacem, więc i stopy nie bywają gołe. Matka jest spokojna. Matka tyle nocy zarwała, że już rozróżnia dobiegające dźwięki i wie, na które tony należy reagować. W szafie leży wprawdzie śpiwór na nóżki, ale rodzice nie zrobią tego dziecku, niech się rusza póki młode. Rodzice nazywają to dawanie spać radzeniem sobie. Syn Cytrynny i Męża radzi sobie. Jest dzielny. Nie woła bez potrzeby. Ma wprawdzie bardzo trudno, bo musi się uporać sam ze sobą. A trzeba wiedzieć, że jego charakter jest nawet dla ludzi o tak niewyrobionym szacunku dla cnót jak on trudny do wytrzymania.

 Podczas dzisiejszej rozmowy Męża z kolegą z pracy, którego dziecko jest starsze kilka miesięcy wyszło na jaw, że tamto dziecko sobie nie radzi i śpi z rodzicami. Tym razem może więc Cytrynna pochwalić się małym wprawdzie, ale sukcesem rodzicielsko-wychowawczym.

Dlaczego jest to sukces? Jakim prawem Cytrynnna go sobie uzurpuje? Dlatego, że Cytrynna i Mąż, wbrew woli i zaleceniom stronników, wyprowadzili dziecko do jego własnej sypialni, w której zapewnili mu, znów wbrew zaleceniom cichą muzykę, małe światełko i samotność. Stronnicy uważali, że wszelkie kwęki wynikają z potrzeby bliskości i należy dziecku bliskość zapewniać. Stronnicy uważali również, że kwęki są potrzebne i rodzic powinien się cieszyć kiedy jest budzony kwękiem, po którym nie może zasnąć, bo nie śpiąc ma możliwość rozmyślać o dziecku i patrzeć na nie. I słuchać go. Natomiast dziecko kwęczące sobie w najlepsze przez sen i bezinteresownie budzące to najczystszy zachwyt. Cytrynna i Mąż byli tez kiedyś u pediatry i mimochodem spytali o spanie. Lekarka, kobieta okrutna i egoistyczna, osoba na poziomie Cytrynny i Męża, powiedziała, że swoje, dorosłe obecnie dzieci, wynosiła z pokoju już po miesiącu. Zaleciła dziecku izolatkę, choćby miał to być przedpokój lub kuchnia. Bulwersujące, nieludzkie! Sprzeczne z całym rodzicielstwem bliskości i kangurowaniem! A jakże skuteczne.