Grzyby nam padają!

Jesteśmy na wsi i nie jesteśmy tu po to, by odpoczywać. Przyjechaliśmy pracować, bo Mąż sfiksował i ani minuty dłużej w Gdańsku wytrzymać nie mógł. Po przyjeździe- wczoraj załapaliśmy się z wyspanym Stasiem na ognisko u sąsiadów. Nadchodzi pełnia, więc gwiazd mało widać było, ale był bardzo towarzyski pies i sam księżyc i Stasio osiągało pełnię szczęścia. Następnie po dwóch godzinach od uśpienia Stasio doszło do wniosku, że  dalej spać będzie tylko pod warunkiem, że matka pójdzie z nim do łóżka. Ja się łudzę, że to ząbkowanie, ale Mąż, który ma za sobą lekturę tego wariata Zygmunta F., wie, że to kompleks Edypa. Na szczęście tutaj jest łózko, w którym mogło Stasio ten szantaż uskuteczniać bez wyrzucania ojca na podłogę/materac.

Dzisiejszy dzień rozpoczęliśmy od Kuby Sienkiewicza przy śniadaniu. Ja jeszcze dziecko ubierałam na piętrze, gdy z dołu zabrzmiała muzyka i Stasio, usłyszawszy muzykę, rozpoczęło niemowlęcy taniec radości. Po szybkim śniadaniu wyjechaliśmy na grzyby. Grzybów nie było poza kilkoma kurkami, które później wzięły udział w obiedzie, ale był las. Las z miękką ściółką w sam raz dla raczkującego bobasa. Później plac zabaw z genialną przykrywaną piaskownicą, której pokrywa po złożeniu robi za ławeczki dla rodziców. Następnie rzeka z lodowatą wodą- zbyt zimną na kąpiel dorosłego, ale w sam raz, by zadowolony bobas się potaplał. Kolejny las, w którym Stasio zmrużyło oko, lecz tylko do czasu, aż rodzice się oddalili w poszukiwaniu grzyba. Na koniec było i jezioro z pomostem, na którym wszyscy odpoczywali. Stasio gapiło się na żaglówki, ojciec wylegiwał, a matka podziwiała blask wody i próbowała bezskutecznie uchwycić go na zdjęciach. Po powrocie i po obiedzie matka zajęła się opróżnianiem dziecięcej szafy z za małych ubranek i doszła do wniosku, że można dzięki temu Stasiowi przypisać mniejszą szafkę, a większą zaanektować dla siebie. Ojciec w tym czasie pracował a Stasio robiło ‚brum brum’. Koło 19 wszyscy poszli na spacer, na którym dziecko wbrew planom rodziców zasnęło. Na szczęście nie przeszkodziło to we wczesnym zaśnięciu ‚na noc’. Dziecko śpi a rodzice mogą zabrać się do pracy. Jutro deadline kolejnych kilku Bardzo Ważnych Spraw.

Na uwagę zasługuje znaleziony na działce grzyb. Jedyny, ale wart bycia jedynym. Grzyb jest marki Prawdziwek i mierzy 16 cm na wysokość. Jego kapelusz jest elipsą o średnicach 17 i 20 cm. Jest zupełnie zdrowy, jędrny i nienaruszony. Nóżka aż pękła taka była nabrzmiała. A po uśpieniu dziecka i przebrzmieniu płyty usypiającej  zabrzmiała prawdziwa muzyka dla uszu grzybiarza. Oto spadł deszcz i podlał wysuszoną ściółkę. Deszcz nie jest wcale mały. Matka, usłyszawszy ową muzykę, zwróciła na nią uwagę ojca, a wtedy ten rzekł ‚grzyby nam padają’. Minus jest taki, że nie będzie wylegiwania jutro.
Z miłych rzeczy to jeszcze mamy kreta na trawniku. Znaczy pod ziemią. Kret ma miłe aksamitne futerko i zarośnięte oczka. Dziś o poranku wyjrzawszy przez okno zobaczyłam ślady jego wizyt. Miło jest mieć kreta. Szkoda, że właściciele trawnika i inni bywalcy domu się nie ucieszą. Krety są milutkie.

Reklamy

Fotostory o jeziorze

W ostatnią sobotę, która to sobota stanowiła większość naszych tegorocznych wakacji, odwiedziliśmy dom. Było upalnie, gorąco i nieznośnie. Niestety również sucho, przez co grzyby nie obrodziły. W niedzielę było mokro, za to nie było ogólnej pogody wycieczkowej, więc późno-sobotnio-wieczorna konieczność powrotu do Gdańska okazała się nie tak straszna jak się w sobotę malowała. Wracaliśmy już podczas burzy, ale byliśmy w puszce Faradaya, więc nic nam nie groziło, powiedział mój fizyk. Podpytywany o otwarte okna nieco się zmieszał, ale żaden piorun kulisty nie wpadł, więc czyja by ta puszka nie była, bezpieczeństwo zapewniła. A tak się składa, że głównym właścicielem zielonej puszeczki jestem ja, a nie żaden Faraday.

W sobotę po zaliczeniu naszych zagajników i zebraniu kilku kurek oraz rytualnych już zakupach w kościerskim Lidlu, który jest taki sielski, miły i wakacyjny jak to tylko Lidle bywają, udaliśmy się do Lipusza na poszukiwanie jeziora. Wybór taki, bo w Lipuszu jeszcześmy nie byli. Jeziora gołym okiem nie było widać, spytaliśmy jakiegoś tubylca i nakazał cofnąć się do wioski, potem „w lewo przy młynie i w prawo za torami”. Młyna nie było widać, ale za torami skręciliśmy w prawo i jechaliśmy, jechaliśmy, aż niczego nieświadomi wytoczyliśmy się na drogę główną, co o mało nie skończyło się źle. Zawróciwszy z powrotem do wioski spytaliśmy innego tubylca i tak samo nakazał jechać za młynem w lewo, około półtora kilometra i będzie jezioro. Jechaliśmy, jechaliśmy, żadnego młyna na horyzoncie, a upał dawał się we znaki. Po jakichś 15 kilometrach znaleźliśmy inne jezioro. Zjedliśmy tam lody, ciastka francuskie, wypłukaliśmy ręce i nogi aż ja wpadłam na szalony pomysł pokazania dziecku wody. Dziecko, rozpieszczone zbyt ciepłymi kąpielami, wcale nie krzyczało więc zachęcona obnażyłam do pieluchy i pozwoliłam zanurzyć się. Były i kąpiele błotne i bicze wodne. Pielucha namokła, ale szacunek do współplażujących nie pozwolił obnażyć Stasia. W samochodzie znalazła się nawet płachta z bawełny do okrycia wychodzącego z wody. Schłodzeni i zadowoleni wróciliśmy do domu odnajdując po drodze młyn w centrum wsi. Przez las drogą zupełnie nieuczęszczaną goniła nas jakaś audica. Ja się bałam, strach był zatrzymać się na opuszczonym parkingu i dać się wyprzedzić, bo a nuż by nie wyprzedziła albo zastawiła dalej drogę. Zwiewaliśmy terenowym Lanosem 70km/h po wybojach a ona za nami, ale potem odbiła i mogłam odetchnąć. w domu wypiłam gorącą herbatę (tak! mimo upału ja muszę!) a następnie wyposażeni w stroje kąpielowe dla siebie i ręcznik dla Stasio pojechaliśmy nad Strupino. Wybór był dobry, bo w naszej wsi nad jeziorem stało ze 20 aut, a w naszym miejscu nad Strupinem nie było nikogo. Miejsce jest nasze, bo już dwa razy z różnych kierunków trafiliśmy w ten sam punkt przez przypadek. Miejsce rozpoznajemy po powalonym przez bobra drzewie. Jako miejsce plażowe dopiero debiutowało, ale debiut wypadł wyśmienicie. Woda była znośna, a na głębokości Stasia to i ciepła. Stasio znalazło jakiś kijek i się nim zabawiało. Ja bardzo chciałam się już kapać, ale Piotr, który się Stasiem zajął co chwile pozował do coraz to lepszych fotek i ja kilkanaście razy wychodziłam z wody odkładać aparat, aż w końcu sobie darowałam fotki. Na mojej głębokości woda nie była już taka fajna, ale dało się przepłynąć.

Potem były Wdzydze. We Wdzydzach dosyć podłe frytki i talarki. Ucieszyłam się, że nie zamówiłam pieroga z kurką, bo bym pewnie żałowała.  Potem Mąż podjechał a ja popchałam wózek nad wdzydzkie jezioro, gdzie grano kiepskie szanty. Stasio wypił mleko i złapał parę komarów na swe łydki a potem pojechaliśmy do domu na chwilę i do Gdańska.

Jestem bardzo zadowolona ze Stasia i jeziora. Trochę go poprzemieszczaliśmy po powierzchni wody. I nawet stąpał po dnie i w ogóle aż miło było na niego patrzeć jak się cieszył. A po powrocie zrobił się jakiś bardziej przymilny, tulący się, uśmiechnięty.