Chłopiec z nerką

chlZnerkDobiega końca ostatni weekend lata. Spędziliśmy na wsi urocze 4 dni i za chwilę spędzimy jeszcze piątą noc. Aż do dziś rana niebo było najbłękitniejsze na świecie, mniej więcej takie jak na uroczym zdjęciu sprzed sześciu lat, które zrobiłam swojemu chłopakowi (późniejszemu narzeczonemu, a obecnie Mężowi). Dziś rano niebo zachmurzyło się i od tego czasu było pochmurne, ale nam dalej było uroczo. Deszcz spadł dopiero po południu i pada wciąż, więc jutro o świcie będzie pełno grzybów i las jest nasz!

Po kolei jednak, bo idzie zima a w długie zimowe wieczory dobrze jest mieć komputer z internetem i móc je sobie umilać obszernymi wpisami, zwłaszcza z ostatnich dni lata, więc musi być po kolei i obszernie.

W piąteczek byliśmy na wycieczce w lesie, potem wycieczkowaliśmy w Dziemianach, do których jeździ się na lody. Dziemiany odkryliśmy pewnego lipcowego ciążowego dnia i od tego czasu bywamy tam na lodach. Jest tam też bogato wyposażony sklep wielobranżowy, a ja uwielbiam sklepy wielobranżowe (oraz wystawy kiosków), bo w swojej obfitości kojarzą mi się z dzieciństwem. Tym razem w owym sklepie kupiliśmy sobie jako pamiątkę dwa duże Ludwiki do naczyń o nietypowych zapachach. Mieliśmy jeszcze dotrzeć do Leśna na kamienne kręgi, ale jełop, który stanął obok mnie na wylocie z drogi jednokierunkowej i zasłonił mi widok na prawą stronę spowodował, że zapomniałam jak należało pojechać. Mało tego, potem przegapiłam zjazd na Płocice w prawo, bo jechał za mną inny niecierpliwy jełop, a ja niedawno czytałam o wypadku, w którym ciężarówka wjechała w skręcający w lewo samochód i to było pod Lipuszem, sad2czyli dokładnie tam, więc bałam się nagle skręcić (nawet w prawo) dopóki nie wyprzedził mnie. Znalazłam jednak zawracajkę po lewej (bardziej niebezpieczną niż po prawej ale umożliwiająca późniejsze włączenie się do ruchu w prawo) i skoro już wjechaliśmy w las, to przespacerowaliśmy się na jeżyny (małe i nieliczne, ale JEŻYNY!). Potem zaś synek zasnął i ja pędziłam do domu, bo był piątek, a kiedyś co piątek jadaliśmy placki ziemniaczane i był już czas najwyższy i na placki jako takie i na obiad w ogóle. Synek spał akurat tyle, by zbudzić się na gotowe. Skoro tylko zjadł, pojechaliśmy nad jezioro Wałachy, które jest najładniejszym miejscem w okolicy, dodatkowo obfitującym w grzyby, a do tego położonym niedaleko. Spędziliśmy tam czas aż do zmroku i przywieźliśmy stamtąd kilka ładnych koźlaków oraz jeden duży prawdziwek.

O sobocie już pisałam. Cechą przewodnią soboty był zepsuty aparat.

W niedzielę zaś ubraliśmy się w pasujące koszulki (a komu wypada to i sukienki) i poszliśmy na Mszę, na której wyjątkowo nie zmarzliśmy. Potem zapakowaliśmy zapasowe pieluszki, zapasowe sukienki i inne zapasowe jedzenia i pojechaliśmy na wycieczkę śladami tej piątkowej. Na naszym ulubionym pomoście sfocono bardzo amatorsko moje sukienki. Następnie pojechaliśmy do Dziemian na lody. Bardzo liczyliśmy na sklep sąsiadujący z wielobranżowym, że będzie tam Cortina czekoladowa dla Męża i nogger dla mnie, ale sklep został zamknięty dokładnie 4 minuty przed tym, zanim nadjechaliśmy. Musieliśmy znów kupić lody tam gdzie zawsze i gdzie spróbowaliśmy już wszystkiego i gdzie cortina jest tylko o smaku tiramisu. Sprawdziliśmy też menu lokalnej pizzerii i zaakceptowaliśmy je jako dość niedrogie i dość atrakcyjne na obiad dla nas w drodze powrotnej. Pojechaliśmy do Leśna gdzie były jedyne nieodwiedzone przez nas kamienne kręgi. Ja nie wiem o co z tymi kręgami chodzi. Znamy takich, którzy wierzą w ich energię, ale Mąż akurat lubi je dlatego, że kojarzą mu się z dzieciństwem. Te szczęśliwie były darmowe i parking przy nich też. A swego czasu w Węsiorach kasowano 4 czy nawet 5 złotych za sam parking, co nas oczywiście odstraszyło! Synek znów zerwał cumy* i odpłynął w drodze, więc zajechaliśmy do cienia w las, żeby nic nie przegapił i odbywaliśmy piknik przy aucie na rozstaju dróg. Piknikowaliśmy długo, a synek spał relatywnie niedługo. Po dojechaniu na miejsce nie był jeszcze całkiem zadowolony z przebiegu drzemki, ale widok 40 krów (a może 34 lub 38- każde liczenie dawało inny wynik) ucieszył go dość, by zażegnać wszystkie dziecięce troski. Poszliśmy na kręgi. Mąż zaskoczył nas negatywnie, bo czytał wszystko co było napisane na każdej z tablic i w ogóle jarał się tym, co tam było, a były to największe nudy na świecie. W końcu zostawił nas na jakiejś górce, gdzie mogliśmy zbierać jagody do naczynka, a sam oddalił się żeby przejść przez te kultury wielbarskie samemu. Jagody zbierało się miło dopóki były, kiedy jednak się skończyły, nabrałam ochoty na sprawdzenie poczty i wówczas okazało się, że niesforny Mąż uchodząc, zabrał ze sobą mój telefon, chlopZnerkczyli narzędzie do sprawdzania poczty! Byłam bardzo zła. Związał mi ręce i zostawił z dzieckiem na pustkowiu! Jedyną rozsądną rzeczą, którą mogliśmy zrobić, była zmiana lokum pozwalająca na zbieranie jagód skądinąd. Ja w ogóle nie rozumiem jak można się interesować takimi nieciekawymi rzeczami! Po nudach poszliśmy jeszcze odwiedzić miejscowego kucyka i synek karmił go leżącym obok niego (kucyka i synka) chlebkiem. A potem pojechaliśmy na pizzę. Byliśmy tam jeszcze w trakcie Mszy i dzięki temu czekaliśmy na zamówienie tylko trochę dłużej niż czekać mieliśmy. Tuz po złożeniu zamówienia Msza się skończyła i pół wsi przyszło na pizzę! A pizza skądinąd była tak dobra, że jeszcze dzisiaj miałam na nią ochotę. Synek oczywiście bezbłędnie rozpoznawał ople oraz peżoty, andi, reno i jednego rzężącego Lanosa. Mieliśmy problem jak mu zaprezentować folcwagena, bo to trudne słowo dla dwulatka i już planowaliśmy, że ‚folc będzie na początek lepsze, bo potem się to bezproblemowo rozszerzy o ‚wagen’, jednak on sam sobie wybrał, że teraz chce mieć ‚wagena’.

Dziś zaś synek dał nam pospać aż do dziewiątej po raz pierwszy tego lata! Spakowawszy się, zajechaliśmy pod sklep po bułki i za 4 identyczne zapłaciliśmy 1,70! (a to się przez 4 nie dzieli). Tak wyposażeni dotarliśmy nad Wałachy, gdzie okrążyliśmy pół jeziora nim dotarliśmy na idealne śniadaniowisko. Było uroczo i zrobiliśmy mnóstwo zdjęć blogaskowych. Potem poszliśmy dalej i gdy mijaliśmy ambonkę zastanawiając się, czy pozwolić synkowi na nią wejść (ja byłam przeciwna, bo on nie zna umiaru), synek sam ową ambonkę zauważył i wspiął się na nią też zupełnie sam! I robił to wiele razy. Non stop. Korzystał z pomocy przy zejściu i wchodził raz po raz! A potem siadał na przykręconym tam obrotowym stołku i cieszył się! Potem, ponieważ koniecznie chciał zrywać każdy grzyb, wyjaśniono mu, że grzyby mają blaszki i sitka i tych z blaszką nie zbieramy. Od tego czasu na znajdywane grzyby, zamiast mówić ‚gziba’ mówił ‚blaski’. Ponadto podczas znajdywania grzybów mówi ‚tata’ a czasem mówi że kocha gziba, bo mu się grzyb z tatą miesza. A gdy znajdzie sterczący z ziemi pachołek nakazuje tacie na nim usiąść. Przy czym nie nazywa taty tatą lecz tatusiem i to jest ekstra i ja go tego nauczyłam, o!

Po wielu godzinach dotarliśmy do auteczka i podjechaliśmy nad Debrzyno, bo zawsze chcieliśmy zobaczyć jak tam jest. Było średnio. A synek wcale nie chciał spać. Pojechaliśmy auteczkiem daleko, ale on wcale nie zasypiał. A ja byłam bardzo głodna. A mieliśmy już tylko ciastka, których staramy się nie dawać dziecku, więc nie mogłam ich jeść dopóki nie zasnął. I tak czekaliśmy aż zaśnie aż do 17. I wtedy zaczęło padać! Spacer jednak trwał dopóki tylko mżyło. Z braku dodatkowych warstw, synka przed deszczem osłonięto moją spódnicą. Wciąż było uroczo. Potem wróciliśmy  do domu. Synek powiedział ‚but, blusa, mloklo’. Odczuwanie mokra i daleka to jego nowe osiągi i jest w tym świetny. Przebrani pojechaliśmy do sklepu po jajko wiejskie (80 groszy za sztukę!) do placka ziemniaczanego, bo zapomnieliśmy, że mamy w lodówce całe mnóstwo. I tak minął dzień.

Na tym wyjeździe testowaliśmy nerkę. Od zawsze wiedziałam, że nerka jest lepsza niż brak kieszeni lub kieszenie, do których nie mogę zapakować rąk, bo a nuż zgubię klucze czy inną baterię. I lepsza jest od torebki branej do ręki i od takiej na ramię, która się zsunie, gdy nachylę się nad grzybem i która przeszkadza w aucie. I nieporównywalnie lepsza od plecaka, do którego nie da się łatwo sięgnąć i który tez trzeba ściągać. Nerka to rzecz idealna dla kierowcy-grzybiarza. Póki co do testów posłużyła nie za ładna nerka po Mężu, ale wkrótce uszyjemy sobie komplet nerek z misiami i będziemy się z nimi obnosić, o! I one nas wyrażą, też o! I nawet Mąż, który ma kieszenie, chce nerkę z misiem, o!

* W przypadku synka mówienie o zerwaniu cum jest wyjątkowym żartem językowym, gdyż jako zapalonego przyszłego żeglarza, ulubioną jego zabawą jest zabawa w cumę właśnie. I każde najmniejsze nawet autko ma sznurek do cumowania (podobnież statki), więc i tym, co go przed uśnięciem/odpłynięciem powstrzymuje, jest cuma właśnie.

TU BĘDZIE OCZYWIŚCIE MNÓSTWO DODATKOWYCH ZDJĘĆ.

Reklamy

Noce bywają chłodne

sad3Dzisiejszy dzień rozpoczęliśmy jak zwykle za wcześnie. Jesteśmy na wsi i mamy tu bardzo wygodne łóżko, dokładnie takie jak w Gdańsku, przy czym tutejsze nam podarowano, a gdańskie kupiliśmy sami. Tu jednak, w przeciwieństwie do miasta, można sobie w nocy otworzyć okno i oddychać powietrzem a nie własnym azotem czy innym dwutlenkiem węgla, więc śpi się znakomicie. Nic więc dziwnego, że kiedy synek zarządził pobudkę, nikt jakoś z impetem nie zbiegł na dół celem przygotowania śniadania. Inna kwestia, że nie za bardzo było z czego śniadanie przygotować. Z trudem wyżebrałam podanie mi herbaty do łóżka. Osoba przynosząca (w tej roli Mąż) wygarnęła mi, że do łóżka to ja sobie mogłam godzinę wcześniej.

Ponieważ, jak powszechnie wiadomo, ja funkcjonuję na czułość i bardzo źle znoszę, gdy ktoś jest niemiły, musiałam zafunkcjonować na niższych obrotach. Osobą przygotowującą wyjazd był Mąż i o mało nie zapomniał o bateriach do aparatu, a ciasteczek dla mnie to w ogóle nie wziął. A oprócz czułości, ja funkcjonuję przecież też na cukier. Jakoś nam się udało jednak wyruszyć i to przed dziesiątą, co w naszym przypadku oznacza sukces częściowy. Udaliśmy się oczywiście do miasta, gdyż brakowało wody, brakowało bananów, brakowało pieczywa, brakowało dziecięcego picia, kończyły się pieluchy… Jednym słowem, bida z nyndzo.

Na naszym niedawno odkrytym i ulubionym parkingu nie było wcale miejsc, w rossmannie była promocja tylko na drogie i ekskluzywne pieluchy premium, których nawet nasz wymagający syn nie stosuje. W efekcie ten jeden raz je postosuje, bo inne się po prostu nie opłacały*. Pod Lidlem w ogóle nie było miejsc, ale ja jedno znalazłam. Rok temu bym nie umiała na nim zaparkować, ale jak wiadomo z dnia na dzień jestem coraz lepszą kierowniczką.

Kupiwszy bułki i keczup, udaliśmy się nad jezioro Sudomie, nad które trafiliśmy po raz pierwszy. Znaleźliśmy ładny pomost i tam rozbiliśmy obóz śniadaniujący. Niebo było najładniejsze na świecie, lepsze niż kiedykolwiek, najlepsze tego lata. Wychodziły urocze foteczki, a błękit nieba odbijał się w tafli wody. Wywrotka, której popuściła cuma, omal nie odpłynęła na środek jeziora. Zjedliśmy przemiłe śniadanie i ruszyliśmy dalej. Eksperymentalnie pojechaliśmy drogą bardzo dobrej jakości, która na samym swoim końcu okazała się kończyć, czyli dobiegać do miejsca, gdzie łączyły się dwa duże jeziora. Nie było żadnych oznaczeń, ze uliczka jest ślepa, a była! Gdyby nie czujność kierowcy oraz Męża, który na prośbę kierowcy wyszedł sprawdzić, to wjechalibyśmy sobie jak gdyby nigdy nic do jeziora i zalali silnik. Zamiast tego, wycofaliśmy się na nieodległą zawracajkę i rozbiliśmy kolejny obóz. Ja oczywiście siedziałam, a Mąż i syn brodzili po przesmyku międzyjeziornym, który nawet maleńkiemu synkowi nie sięgał do ud. Synek chwytał ślimaki i był zadowolony, Mąż prezentował mu pałki trzcinowe oraz drugi brzeg. Cieszyliśmy się latem aż do trzynastej z hakiem. Potem wyruszyliśmy dalej. Ponieważ mieliśmy kupiony keczup, postanowiliśmy udać się do Szarloty, w której zawsze świeci słońce i o ile dałoby się wejść za darmo, zjeść tam obiad. Nikt nie pilnował bramy i nie pobierał pięciozłotówek, więc weszliśmy. Synek był tam po raz pierwszy, gdyż opłaty wprowadzono tuż przed tym, zanim go do Szarloty zabrać chcieliśmy. Był zachwycony. Najpierw obszedł cały parking aut bezbłędnie rozpoznając ople oraz wypytując się o inne marki. Potem zachwycił się jeszcze bardziej zwierzaczkami, których było mnóstwo- króliczki, kozy (strasznie zahukane), gęsi i kury oraz świnki- małe czarne świnki rożnych rozmiarów, które ssały swoje mamusie, a potem biegały. Synek aż wspinał się na zbudowany z poziomych drągów płot by lepiej je widzieć. Od świnek zupełnie i wcale nie mógł oderwać się. Nawet nazywał je prosiaczkami, a do kurek robił ‚koko’ i wydawał inne ptasie dźwięki o wysokich tonach.  Co chwilę jednak wracał do prosiaczków i wspinał się na ich płot. Z czasem się jednak nasycił i poszliśmy zamawiać obiad. Nie było jednak kurczaków, na które się nastawiliśmy, więc zamówiliśmy same kartofelki. Polaliśmy je własnym keczupem i spożywaliśmy w zadowoleniu, aż nagle przestał działać aparat. Zaprzestanie działania aparatu stanowiło dzisiaj meritum dnia. O 14:39 powstało ostatnie zdjęcie. Potem nie nastąpił żaden uraz mechaniczny, a aparat odmówił współpracy. Obiektyw wysuwał się i chował w sposób zupełnie losowy, nie wysuwając się jednak do położenia satysfakcji.

A mowa tu o nad wyraz cennym aparacie Nikon P80 kupionym w roku 2008 za pierwsze zarobione pieniądze. Aparat ten zrobił z nami około 105 500 zdjęć** i uwiecznił wszystkie najmilsze chwile poza ślubem. Na ślubie aparatu nie było i to jedna z gorszych decyzji. Był nawet na porodzie i wisiał przez cały czas na szyi mamy, która w końcu zdecydowała się zrobić kilka fotek wnukowi, co by nikt potem nie miał do niej pretensji o brak foteczek.

Ostatnio niedomagał trochę z powodu porysowanego szkiełka obiektywu, ale miał nam jeszcze długo posłużyć, gdyż jedyny mogący go zastąpić sprzęt jest poza naszym zasięgiem finansowym. Wprawdzie przyjaciel rzekł raz niefrasobliwie, że kupi nam wymarzony aparat, ale mimo, że nie należymy do bogatych, nie możemy przyjąć tak hojnego prezentu.

Byliśmy załamani, bo robienie zdjęć jest dla nas bardzo istotne. Oczywiście od razu okazało się, że jest mnóstwo okazji do zrobienia zdjęć, a nie było czym ich zrobić. W szczególności widzieliśmy z bardzo bliska jelenia, który stał tuż obok i patrzył na nas ufnie, trzy gołe baby oraz jedno mordobicie. I nikt nam w to nie uwierzy!  Ponadto okazało się, że identyczny aparat w stanie idealnym możemy zdobyć na allegro za 350 złotych, czyli kwotę wprawdzie wydawalną, ale oddalającą nas od wymarzonego aparatu o wiele miesięcy, a może i o dwa lata. Zadzwoniliśmy tez do przyjaciela z aparatem, co by do nas przyjechał robić fotki, ale przyjaciel akurat odbywał wyjazd służbowy. Ja zapowiedziałam Mężowi, że zepsuję nam resztę wyjazdu i to wcale niezłośliwie, wręcz serdecznie. Po prostu aparat jest najważniejszy na świecie i on czyni nasze wycieczki. Nikt na świecie nie potrzebuje aparatu tak bardzo jak my.

Przecierpieliśmy tak bez sprzętu fotografującego cały pobyt nad Strupinem podczas którego synek spał, przeżyliśmy spacer do Szenajdy, Dyskutowaliśmy o tym, jak nabędziemy nowy-używany aparat i ile spróbujemy odkładać na ten wymarzony. Już miałam sprawdzać ceny używanych aparatów, pomiędzy którymi 5 lat temu rozstrzygał się wybór, czy może któryś inny nie będzie tańszy, ale nie działał internet.

Z mocno śpiącym Lulaczkiem wędrowaliśmy po lasach, aż około godziny 19 dowędrowaliśmy do auteczka. Wówczas wzięłam naszego Nikona do ręki i sprawdziłam, czy nie ozdrowiał, lecz on wciąż pozostawał biedny. Stuknęłam więc kilka razy dłonią w chaotycznie wysuwający się obiektyw i to pomogło! Nasz aparat się ustawił, nastawił, powrócił do swojego trybu pracy i przyniósł ulgę drżącym portfelom. Wciąż ma porysowaną szybkę, ale działa!

Zostalibyśmy w lesie jeszcze i jeszcze, ale usłyszeliśmy dźwięki trąby jerychońskiej. Pierwsza myśl była, że to pociąg, ale dźwięki się powtarzały co jakiś czas i psy słychać było i ja się bardzo bałam, że to polowanie na misie i że ktoś nas ustrzeli, więc wraz z 66 litrami wody z Lidla odjechaliśmy do domu.

*Zupełnie tanie pieluchy się naprawdę nie opłacają. Syn wie, że są tanie i reaguje odparzeniami na znak protestu ilekroć spróbujemy, więc nie próbujemy.

**Gdyby je oglądać po sekundzie każde, to zajęłoby to pół tygodnia roboczego, a przecież wiadomo, że są to zdjęcia wyśmienite i sekunda nie wystarczy.

NAJŁADNIEJSZE NA ŚWIECIE FOTECZKI Z DZISIAJ POJAWIĄ SIĘ OCZYWIŚCIE W STOSOWNYM CZASIE.

Przodownik kolumny, czyli wół

DSCN2051Przyjechaliśmy na wieś i jesteśmy z siebie bardzo zadowoleni. Przyjechaliśmy dopiero w sobotę, gdyż miało padać cały dzień, ale nie padało wcale. Jechaliśmy żwawo i jechało się dobrze. Na wirażach uprawialiśmy model jazdy za liderem, gdzie my byliśmy liderem. Jechali za nami wszyscy, a my przestrzegaliśmy przepisów. Mężowi się przypomniało, że jest głodny, a kanapka była w bagażniku, ale gdy zobaczyłam w lusterku całe mnóstwo świateł jadącej za nami kolumny, nie chciałam się zatrzymywać i tracić pozycji lidera. Wiodłam ich za sobą aż do ostatniego ograniczenia, po czym przyspieszyłam o 50% (z 60 do 90). Mimo to dwóch niecierpliwych kierowców postanowiło mnie wyprzedzić, a jeden z nich, charakteryzujący się ujemną kulturą osobistą, nawet podczas tego wyprzedzania trąbił. W sumie miał prawo się zdenerwować, bo przodownik kolumny to wcale nie ktoś szybki. Ktoś szybki nie da się włączyć do kolumny. Przykra prawda jest taka, że przodownik kolumny to wół, którego nie da się akurat wyprzedzić. My byliśmy dziś wieczorem tym wołem, ale nie z winy Lanosa, który jest zrywny. Po prostu tak dobrze nam się rozmawiało, że nie patrzyliśmy na prędkościomierz. A poza tym nie stać nas na mandaty.

Jechaliśmy i jechaliśmy. Drogę znamy na pamięć. Było uroczo. Z czasem jednak wszystko co dobre, kończy się i oto zajechaliśmy do naszej wsi. Na skrzyżowaniu z tą ulicą, na której kiedyś obwołano nas wesołymi ludźmi, próbował nas zatrzymać autostopowicz. Nie z nami jednak takie numery. Przecież na pewno wracał od kupli z popijawy cwaniak jeden. Nawet się nie zatrzymaliśmy. Nie było sensu. Przecież właśnie kończyliśmy kurs i było grubo po 22. Skręciliśmy w naszą ulicę i zrobiło nam się głupio. Przecież czy popił, czy nie, dokądś dojść musi, a my mamy auto i przejechanie paru dodatkowych kilometrów bardzo nam nie robi, chociaż do bogatych nie należymy. Zawróciłam w bramie szkoły, która to brama była otwarta, gdyż nadchodzi rok szkolny (pozdrawiam wszystkich nauczycieli!) i cofnęłam się. Chłopak szedł już naprzód i spytaliśmy go dokąd by chciał, a on odrzekł, że do Wdzydz. Bardzo nas to ucieszyło, bo lubimy Wdzydze wieczorem. Mąż wziął na kolana koszyk wałówki, a chłopak wsiadł. Okazało się, że jechał do pracy na jutro rano,a konkretnie to szedł i szedł tak już od dwóch godzin, a chwilami biegł, bo z Kościerzyny się przemieszczał. W dodatku padł mu telefon, a do tego przecież padało, o czym zapomniałam wspomnieć. Spadliśmy mu jak z nieba, bo z braku telefonu nie miał czym świecić, a jest nów i ciemna noc, zaś droga do Wdzydz to najgorszy odcinek przez najciemniejszy las. I on tak szedł już 12 kilometrów i nikt go nie wziął. My mu bardzo pomogliśmy i jesteśmy szalenie zadowoleni.

Nie był to nasz pierwszy raz jako braczy autostopowicza. Już dawno temu postanowiliśmy, że na odcinku drogi między miastem, a naszą wsią będziemy ludziom pomagać, gdyż autobus jeździ tu mało razy dziennie a ostatni to odjeżdża około 15:30! Sami nie mając auteczka szliśmy pieszo. Raz w zimie (zresztą sobie naprzeciw. ‚O! jak romantycznie!’, zachwycą się czytelniczki…), a raz w maju. A raz w sierpniu kawałek. W tym maju i sierpniu próbowaliśmy brać autostopy, ale ludzie serc nie mają i nigdy nikt się nie zatrzymał. Nam jako posiadaczom auteczka tez się jakoś nie składało, zawsze auteczko było wypchane wózkiem, wielkimi zakupami, tobołkami. Nie było miejsca. A czasem człowiek zaufania nie wzbudzał, bo się chwiał.

Niedawno jednak, gdy wieczorną porą wybraliśmy się nad jezioro do Juszek, spotkaliśmy dwie laski z plecaczkami. Jedna była szczupła i gadatliwa, a druga obfitsza i niezbyt rozmowna. Stanęłam przy nich, bo mi szkoda było, że takie duże plecaczki. A one wykorzystały sytuację i zapakowały się z wszystkim do naszego zieloniutkiego auteczka, które wiozło już wózek, kosz z wałówką, sprzęt wodny i naszą trzyosobową rodzinę i nie było w nim miejsca na nic więcej. Auteczko załadowane laskami i ich bagażami ledwo jechało, a przecież woziło już kumpli Męża, którzy nie są lekcy i nie męczyło się tak. Powieźliśmy je do ośrodka, gdzie miały obozować jako wychowawcy obozu. Laska mniej rozmowna narzeknęła do koleżanki, że jest biedna, bo następnego dnia musi dostać się do Gdańska po dzieci przybywające na obóz i wówczas ja (znów ja!) zaoferowałam, że przecież my następnego dnia do Gdańska właśnie jedziemy. Wzięliśmy ją i było trochę drętwo. Zamknęła okno i nie było przewiewu (a był to ten upalny poniedziałek, który był taki upalny). Do tego zbywała pytania mężowskie. Nie doceniała też mojego brawurowego omijania miasta w dzień targowy. No cóż. Mimo spędzenia razem prawie dwóch godzin, nie zawarliśmy przyjaźni na całe życie jak to było w przypadku odwiedzin u Gajków.

Niestety, czytelnicy nie wiedzą jakie minki bym robiła czytając ten wpis i muszą go sobie zinterpretować sami. A minky jest najmilsze na świecie i ja sobie kiedyś uszyję kaftanik z minky z satynową podszewką i nie będę go wcale zdejmować. O!

[TU BĘDĄ NOWE KOLOROWE FOTECZKI JAK WRÓCĘ NA ŁONO SZYBKIEGO INTERNETU.]

Trzy foty i ze dwa akapity

DSCN5228Menedżer bloga zgłosił zapotrzebowanie na nowy wpis i określił jego specyfikację. Specyfikacja głosi, że mają być chociaż trzy foty i ze dwa akapity. Jest to jawna kpina z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze Cytrynna nie pisuje takich krótkich wpisów, a po drugie menedżer nabija się z Cytrynninego „ze dwa”. Cytrynna odkąd umie chodzić, co sobotę chadzała ze swoją mamą na targowisko (które z okazji soboty windowało ceny) po warzywa, papier toaletowy, masełko, banana lub dwa, słodycze do tuczenia dziecka, którym Cytrynna była… Mama Cytrynny pracowała jak dziki osioł od rana do wieczora i lubiła sobie w sobotę pójść po te warzywa, tak jak teść Cytrynny lubi sobie skosić trawnik. Kiedy kupowała warzywa, zawsze mówiła, że poprosi ze dwie cytryny i ze trzy pomidory. Oznaczało to, że jeśli dostanie 3 cytryny i 4 pomidory, to nie mniej chętnie za nie zapłaci, ale jednak preferuje 2 cytryny i 3 pomidory. Cytrynna osłuchana z taką mową dziś gdy kupuje warzywa zawsze prosi o ze dwie, z trzy, ze cztery i z pięć. Cud, że DSCN5172nie prosi o Z jedną („no da pani z jedną pomarańcz”). Ale Mąż nabija się z tego bezlitośnie.

Obowiązkowym przystankiem w zakupach z mamą była zawsze chemia- sklep miał gigantyczną kolejkę chętnych do nabycia mydełka i fajnego płynu do płukania. Wszystko to miało klimat, a mama zawsze ubolewała, że trzeba papier toaletowy nieść w sobotę i wszyscy to widzą (!) i że mieszkania nie posprzątało się przed weekendem i że tych zakupów się nie zrobiło (weekend służy do tego by sprzątać mieszkanie na weekend). Cytrynnie było to na rękę bo fajniej było pójść po warzywa i pomóc mamie dźwigać licząc, że skapnie jej przy okazji jakieś nowe ubranko. Wolała to dalece bardziej niż jakieś integracje rodzinne.

Dziś Cytrynna nosi papier toaletowy z rossmanna za rogiem i z tamtego się nabija, ale na integrację rodzinną jest skazana. Co weekend, a raczej co niedzielę DSCN4856MUSI wstać przed świtem i mieć od razu spakowany plecaczek i ruszać z kopyta bez poślizgu na jakąś wycieczkę. Wiecznie jest tłamszona i krytykowana przez swojego niezadowoleńca, który chce odpoczywać ‚aktywnie’.

W tym tygodniu przymusowy wyjazd na wieś nie odbył się w sobotni wieczór, gdyż biedna zestresowana miała swoją migrenę i cierpiała na nią samotnie, a synek w tym czasie skakał po stołach i sprawdzał wytrzymałość materiału, z którego jest zrobiony on sam. Wyjazd odbył się w niedzielę, a niedziela ma to do siebie, że najpierw jest Msza i zamiast rano, wyjazd odbył się w południe. Było to poniekąd dobre, gdyż gdańskie Msze są lepsze od Mszy na wsi.

W DSCN5086Kościerzynie synek zwymiotował, potem był kurczak z rożna i szybki wymarsz na wycieczkę do lasu. W lesie były jagody, gdyż to TEN weekend w roku, gdy się zaczynają i poziomki, które też mają teraz swój czas. Niestety było parno i nikomu nie chciało się za bardzo tych jagód zbierać, natomiast główne miejsce poziomkowe znajduje się przy drodze i Cytrynna jako typowa kwoka miała autentyczny stan lękowy na myśl o znalezieniu się tam ze Staszkiem- czy to śpiącym w wózku czy co gorsza obudzonym i ruchliwym. Zebrano więc śladowe ilości jagód i zbyt małe ilości poziomek by robić z nich dżem. Ponadto na niebie wisiała chmura burzowa i co chwila popuszczała, ale ostatecznie zerwała się gdy opuściliśmy zagajnik poziomkowy i pojechaliśmy do Juszek na kozę- przy kozie nas złapała.

Droga do Juszek także obfitowała w atrakcje. Cytrynna włączyła się do ruchu w prawo w ogóle się nie zatrzymując gdyż jechała żwawo a nadjeżdżający z lewej dostawczak był daleko. Jechała już chwilę drogą, gdy usłyszała chamskie w swym natężeniu potrąbywanie, więc czym prędzej zboczyła na pobocze. DSCN5037Wówczas dostawczak minął zielone auteczko a z okna pasażera wychylał się młodzik. Nie jechał zbyt szybko ten dostawczak, a we wsi stanął i kierowca podszedł do Cytrynny z bluzgami, twierdząc, że ona zrobiła głupio i na znaki powinna patrzeć, a on ledwo wyhamował i jeszcze ona dziecko wiezie a on się tak zdenerwował i że ten zjazd na pobocze to też niedobrze. Faktem jest, że na swej pace dostawczej wiózł drugie auto, a na przyczepie trzecie, ale drugim faktem jest, że on JĄ DOGONIŁ i WTEDY zatrąbił jak ktoś, kto po prostu nie lubi, gdy ktoś przed nim jedzie, a nie jak ktoś, komu zajechano drogę. Bo drogi nie zajechano.

Przez całą niedzielę próbowano sfocić uchahanego synka, ale on śmiał się tylko półgębkiem i lekko, jakby złośliwie, nawet wtedy, gdy rzucał kamienie do wody, a rzucał. Cytrynna miała czas do północy by zrobić taką uchachaną focię, która zgarnęłaby wózko-rower za 6000 z rossmannowego konkursu, ale ponieważ lepszej nie zrobiła, musiała posłać .

Wtedy DSCN5249odezwały się kłopoty z internetem. Pomarańczowy armator internetu jest bardzo słaby jeśli chodzi o dostarczanie internetu na wsi. Mimo że mamy kilka klas wyższy modem niż mieliśmy gdy mieszkaliśmy na wsi na stałe, internet jest turbo wolny i nie radzi sobie z utrzymywaniem sesji. O 23 więc okazało się, że zdjęcia posłać nie można. Próby trwały 20 minut, potem podjęto próby przed domem, ale i one nie zadziałały. Wówczas to bojąca się ciemności Cytrynna poprosiła swojego bohatera, by ją wywiózł auteczkiem z dolinki na górkę, co też zrobił, ale i to nie pomogło. Czas gonił i jedynym rozsądnym czynem było popędzenie przed siebie do miasta. Jechali przez noc bez dokumentu ni telefonu, ale na szczęście cel osiągnęli, a do tego było romantycznie i spontanicznie. Przy okazji bohater miał szansę poprowadzić auteczko i poczuć się męsko.

Poniedziałek zaczął się fatalnie i było coraz gorzej. Najmłodsi nie chcieli jeść, kobiety narzekały, słońce waliło… Tylko Mąż był nieskazitelny („to prawda”, powiedział usłyszawszy szkic wpisu). Po chwili załamania przypieczętowanej kleszczem w mężowskim udzie, zadecydowano o pozostaniu aż do wtorkowego świtu i porannym żwawym odjeździe, który tym razem, po raz pierwszy odkąd synek nie ssie mleka, udał się.

DSCN5255Wykradziony czas wykorzystano wyśmienicie. Było słuchanie Kazika, którego słucha się zawsze na urodzinach Męża. Był i obiad na pomoście nad Strupinem, i koza raz jeszcze (tym razem do syta dla nas i dla niej- zjadła Cytrynnine włosy!), i spacer po lesie i gra w UNO, która także odbyła się po raz pierwszy odkąd synek jest po tej stronie brzucha! Potem sklep, bo zabrakło masełka. Ze sklepu wyszedł synek za rękę z panem, taki jest ufny. Nie był to jednak zły pan. Pan, w dodatku imiennik synka, jest strażakiem i pokazał synkowi wóz i akcesoria, ale on (synek) jest tak malutki, że nie skumał i beczał. A był to fajny wóz i fajne akcesoria. Niejedna Cytrynna chętnie by se w takim zrobiła sesję do bloga o sukienkach. Inny pan, co to zna babcię, zagadnął, czy mamy już dwoje dzieci, co było obrazą, bo przecież Cytrynna gruba nie jest. Może ma odrobinę brzuszka, ale w ciąży była i wie jaki to brzuszek i takiego nie ma z pewnością.

Potem znów spacer, znów kąpiel w jeziorze. SynekDSCN5272 poczuł chłód i matka z pełnym poświęceniem oddała mu swoją różową kurteczkę, a on odwdzięczył się tym, że wyglądał w niej apetycznie i twarzowo. Potem widzieliśmy zające i to 3 na raz. Zające są bardzo wdzięczne i też  mają białe pupy. Sarnę z kolei widzieliśmy w niedzielę i wyczuliśmy ją długo wcześniej, gdyż na łące unosił się zapach mokrego zwierza.

Weekend zakończył się we wtorek rano, po przyjechaniu do miasta, gdy synek zwymiotował obficie na siebie i fotelik i zrobił ohaftanki śmierdzące. Zdejmowanie poszycia z fotelika to jest coś naprawdę paskudnego, a czyszczenie fotelika pod poszyciem jest jeszcze gorsze. A przecież dzieci często haftają w auteczkach i to jest takie niefajne, że producenci fotelików tego nie zaplanowali. Inna rzecz, że haftanki się pojawiły w ten weekend pierwszy raz i świadczą o tym, że synek-niemowa nam dojrzewa i ma już chorobę lokomocyjną.

DSCN5182

DSCN5281

DSCN4920

DSCN4927
Follow my blog with Bloglovin

O rzut kamieniem

DSCN2973Spędziliśmy na wsi kolejny weekend. Zaczęliśmy go w sobotę późnym wieczorem po dniu spędzonym przez Męża na wytężonej pracy w pracy, zaś przeze mnie na próbach uśpienia Staszo, które spania odmówiło, w zasadzie po raz pierwszy w mojej matczynej karierze i to przy zachowaniu sprzyjających warunków. Innym odmawia gdy tylko inni próbują (zawsze, lecz z uwagi na rzadkie próby- rzadko), mi jednak nigdy jeszcze. Oczywiście nie zmarnowałam dnia na nieudane próby, lecz puściłam krnąbrnego syna przed telewizor, sama zajmując się Mocarstwem Marcina Wolskiego, gdyż należało mi się to jak psu micha.

W niedzielę, tuż po Mszy, czyli grubo po dwunastej (a byliśmy na Mszy wcześnie…) wyruszyliśmy z naszym przenośnym piknikiem do odległych o rzut kamieniem Juszek. Po drodze dogoniliśmy jełopa z Gdańska, który jechał przez las z prędkością niespełna 20 km/h i rozjuszał Cytrynnę, która siedziała mu na ogonie, a nawet na zderzaku. Nie zatrąbiła jednak bo jest pełna kultury, a on nie zjechał na bok, bo był jełopem. I tak przez całe 4 kilometry… Na tej łące co zawsze spotkaliśmy kozę i koźlę- te co zawsze. Koźlę przezDSCN2392 tydzień rozwinęło się tak, ze musiało już być przypięte do pachołka. Nikomu to jednak nie przeszkadzało. Synek i Mąż bawili się w najlepsze z mamą kozą i z małym koźlęciem, które ma już płeć i to koziołkową, a nie kozią. Synek zapodawał trawkę, a Mąż nadstawiał się koziołkowi do zabawy. Koziołek korzystał. Ja też chciałam mieć słit focie, ale zwierzątko poturbowało mi ramię lekko i ugryzło, też lekko, co zniechęciło mnie do pozowania.

Gdy zabawy znudziły się Cytrynnie dość, by nie chciała już tolerować tego, że inni bawią się dobrze, cała rodzina wyruszyła dalej. Pojechaliśmy na plażę nad jeziorem Strupino, gdzie bawiliśmy zeszłej soboty. Stały tam już 3 inne samochody i odbywał się nawet grill, więc objechaliśmy zawracajkę dookoła i odjechaliśmy stamtąd w poszukiwaniu dojazdu do plaży na przeciwległym brzegu, którą to plażę wypatrzyliśmy przez okno. DSCN2499Znaleźliśmy taki dojazd i rozpoczął się piknik. Syn chciał wejść do wody i dostał taką możliwość. Robił pod siebie niczym ptak, który wydala na bieżąco i to było urocze. Stolce zakopywaliśmy w lesie nieopodal, bo to jednak razi wzrok. Dziś zaś usłyszałam od bliskiej osoby, że powinniśmy mieć specjalne pieluchy do wody, bo „zanieczyszczamy jezioro sikami Staszka”. Piszę o tej fizjologii, gdyż był to istotny krok w drodze do postępu. Postęp nastąpił wczoraj, kiedy to synek postanowił sam nieprzymuszany zasiąść na nocniku i wydalić do niego kawałek marchewki. Ucieszyło go to niesamowicie i wiele razy jeszcze na nocnik wracał żeby polać ‚marchewkę’.  Radośnie próbował też nurzać stopy w nocniku i roznosić produkty po dywanach, ale matka była czujna i silna. Odkrył naturalną ludzką potrzebę oglądania własnego stolca i zapewne nie będzie go chciał już robić inaczej. Rozpoczyna się era oszczędzania pieluch (i lania gdzie popadnie). Dziecko będzie tańsze w utrzymaniu i DSCN3362można sobie zrobić drugie praktycznie nie zwiększając kosztów. Syn do tej pory od nocnika uciekał i żaden znawca go namówić nie mógł a dziś stało się to siłami natury*.

Synek kąpał się, jadł banany w wodzie i biszkopty na brzegu. Pozwalał ważkom lądować na swojej czuprynie. Uciekał w las porywając ojcowskie kapcie (tak! Mąż nosi klapki i to do skarpet! Jest bardziej polski niż Polak w sandałach i skarpetach!) i gubiąc je po drodze. W pewnym momencie zawołał z odległego jagodziska, bo pokłuł się w stópkę i nie mógł zrobić ni kroku. Zanurzony w wodzie zapomniał jednak, że nie mógł. Rozmawialiśmy ze sobą próbując wymienić jakąkolwiek wadę Cytrynny jako żony, gdy nagle zabrakło miejsca na kolejne zdjęcia DSCN2618w aparacie, a właśnie miał dojść do głosu Mąż sprawiający wrażenie, że ma coś do powiedzenia. Wówczas owa Cytrynna posłała swego Męża do auteczka, by z jej portfela wydobył zapewnioną na taki wypadek zapasową kartę pamięci. Nie trzeba dodawać, że światło dzienne żadnej wady nie usłyszało dzięki takiemu zabiegowi.

Myślałam, że spędzimy nad jeziorem dzień cały. Było rajsko i leniwie, ale w pewnym momencie Mąż zarządził odwrót. Odjechaliśmy drogą, która biegła do Wdzydz. Na drodze spotkaliśmy parę rowerzystów, którzy jechali w parze obiema jej stronami i laska, która jechała niewłaściwą ze stron, w ogóle nie kwapiła się do ustąpienia słusznego pierwszeństwa auteczku. Wymusiła zatrzymanie, po czym zsiadła ze swojego wehikułu i na bok drogi zeszła z komentarzem, żeby wolniej jechać. Cytrynna odparła jej o wiele słuszniej swoją racją. Z Wdzydz udaliśmy się do L. omijając dom szerokim łukiem. Syn usnął w auteczku i dał się przenieść na wózek, więc pozwolono mu spać dalej przez dwugodzinny spacer. Nie było jagód, lecz znaleźliśmy duże kurkowisko. W sam raz na jajecznicę. W sam raz dla owrzodziałych. DSCN2866Potem zaś udaliśmy się do Czarliny, gdzie niegdyś był pomost, na który lubiliśmy przyjeżdżać. Bardzo często, gdy wracaliśmy z Gdańska do domu, Mąż wiózł nas na ten pomost w ciemną noc mimo protestów swojej żony. Tym razem pomost nie nadawał się do wejścia wcale, był zwandalizowany totalnie. Nie załamaliśmy się mimo to i powędrowaliśmy na odległy o rzut kamieniem cypel, gdzie przycupnięto i kamieniami w wodę rzucano. Rzucał każdy. Ustalono pewne sprawiedliwe reguły wedle których kamieniem Cytrynny był zawsze ten, który poleciał dalej. Do zabawy włączył się i synek, którego kamienie jakimś cudem spadały z brzegu do wody ledwo tylko o ten brzeg hacząc.

Następnego dnia wyruszyliśmy nieco wcześniej. Pojechaliśmy do odległych o kilka rzutów kamieniami Płocic, gdzie dawno nas nie było. Zagajnik w Płocicach słynie z grzybów i tak było i tym razem. Zapełniliśmy kurkami pudełko od bułki, z którego trzeba było w tym celu bułkę wyjąć. DSCN2805Pojechaliśmy dalej, gdyż naszym celem był jar Wdy pod Płocicami. Od dawna planowaliśmy tamtędy pójść, ale zawsze albo ktoś spał albo komuś nie chciało się. Tym razem nie spał nikt, a ci, którym się nie chciało, zostali zahukani. Szliśmy, a ze ściółki zaczęły wyglądać do nas kolejne kurki. Przeznaczyliśmy dla nich różową czapeczkę. Nagle i niespodziewanie Mąż ujrzał prawdziwy duży grzyb będący borowikiem. Był to grzyb o kubaturce 6 litrów, gdyż mierzył 20 na 20 na 15 centymetrów. Wzięliśmy go z zamiarem zaszpanowania przed kimś, kto by docenił, lecz ogląd grzyba w domu przyniósł niepokojące niusy- grzyb zsiniał niczym typowy ‚szatan’, co połączone z jego wyglądem wskazuje, że prawdopodobnie był to borowik ceglastopory lub inna niewesoła odmiana. Z żalem odnieśliśmy go do lasu.

Znajdowanie pierwszych grzybów w lesie powoduje, że DSCN2708człowiek przestaje doceniać las i wpada w nałóg grzybiarza. Musieliśmy wybrać moment stopu i zawrócić by synek mógł usnąć. Zrezygnowaliśmy z odwiedzenia znajdującej się o rzut kamieniem Łubiany co by synka nie targać. Zjedliśmy pizzerki w mieście i odwiedziliśmy ulubione sklepy nic w nich nie znajdując. Kupiwszy kosz truskawek, odjechaliśmy przez las. Syn domagał się podawania mu czerwoniutkich owoców i chociaż było późno, ani myślał spać. Zatrzymaliśmy się nad jednym z „naszych” mostków i spotkaliśmy krowę. Krowy są nieco tchórzliwe i chociaż mają siłę pokonać każdego człowieka poza Ursusem, uciekają przed nim na ile postronek pozwala. Ja jestem zaklinaczem krów i mówię do nich zawsze miło o naszych czystych intencjach, ale one zdają się to ignorować. Tym razem jednak krowa mnie posłuchała, uwierzyła w nasze dobre zamiary, zaufała i pozwoliła synkowi dosiąść się na potrzeby słit foci.

Będąc blisko Juszek, podjechaliśmy do ‚naszych’ kóz. Synek ocierał się o mamę kozę lub pozwalał jej dźgać rogami swoje plecy. Mąż pozwalał młodemu koźlątku na wszystko. DSCN3392Gdy ja chciałam się pobawić, dołączył do mnie synek i wówczas o mało nie stracił oczka. Koźlę chciało się bawić, a on był taki malutki i nic nie kumał. Nie wiedział, że rogi należy od siebie odpychać. Ja wiedziałam, ale nie miałam żadnego pola manewru, gdyż synek włażąc na mnie, unieruchomił mi większość kończyn. Mogłam tylko gderać i zrzędzić. Mąż, który jest nieczuły na gderanie i zrzędzenie, zignorował moje okrzyki i kręcił sobie spokojnie film o małym nieszczęśliwszym Staszku, którego nie bawiła już zabawa i o koźlęciu, które nagle podbiło Stasie oczko… Historię o zupełnie legalnym przewróceniu się w lesie uwiarygodnia zdobyta później na schodach szrama na przeciwległym policzku.

Tak ubawionego synka zabraliśmy do domu, ofutrowawszy czym się dało i podawszy mleko, poszliśmy uśpić nad jezioro. Uśpiony synek spał a my czytaliśmy sobie naszych Marcinów Wolskich siedząc pod drzewem… Było mega. Osobiście uważam ów wieczór za najlepszy w całym wyjeździe.

*Uważam, że nie jest to nadużycie bardzo ładnego i wiele wyrażającego określenia, gdyż dotyczy naturalnego procesu w życiu dziecka. Pod oknem zaś mamy parasol lokalu gastronomicznego z identycznym hasłem i dotyczy on piwa, co jest już solidnym nadużyciem i razi mnie niesamowicie.

DSCN2659

DSCN3037

DSCN3072

DSCN3263

Kozia mama czyli satyriatis

DSCN0682Jak to zwykle bywa, pobyt na wsi był za fajny, by opisywać go na bieżąco, zaś powrót do miasta był tak skrajnie niefajny, że oblał powłoką kwasu całe wspomnienie wyjazdu i uniemożliwił rzetelne opisanie go. Tym razem rozeszło (rozpłynęło) się o mleko. Najpierw okazało się, że w puszce z mlekiem jest inna łyżeczka niż zawsze stosowane łyżeczki, co mogłoby wskazywać jakoby użyto tańszego mleka, które bezczelnie przesypano dla niepoznaki do puszki po najdroższym możliwym. Mało tego, główny zainteresowany odmówił wypicia wieczornego mleka (o wartości zwielokrotnionej przez dodanie acidolacu) kręcąc stanowczo główką i zaprzeczając czemu tylko się dało. Mleka odmawiał głośno i kategorycznie oraz długotrwale i nieugięcie. Nerwy wszystkich wiszą na włosku i gotowe zerwać się nagle. W niczym nie przypominał dziś synka zachwycającego, którym był przez ostatnich 5 dni. Bezmleczne zaśnięcie odbyło się na tyle późno, że nie została już ani chwila wieczora, a zamiar wczesnego położenia się został żywcem pogrzebany.DSCN1045

Nikt już nie pamięta o tym, że zaledwie dobę temu było jeszcze fajnie. Nikt tego nie ma ochoty opisywać. A było fajnie. Byliśmy wszędzie i robiliśmy wszystko. Byliśmy nawet na jeziorze i spotkał nas tam sztorm i nie mieliśmy jak przypedałować rowerem wodnym do przystani. Pedałowali wszyscy na zmianę, lecz znosiło nas ciągle w to samo, odległe od celu miejsce. Dwie i pół godziny pedałowaliśmy, a każda minuta kosztowała. Najmłodsi zgubili czapeczkę i cofaliśmy się po nią. Istnieją naprawdę urocze zdjęcia z pedałowania Cytrynny i Staszka wraz, ale widać na nich całe nogi, gdyż wiatr zawiewał sukienką jak chciał, przez co urocze zdjęcia nie nadają się do publikacji (jako intymne, nóżki są jak najbardziej okej) i nie ma publicznego dowodu, że Cytrynna nierobem nie jest.

DSCN1142Byliśmy także w lesie i znaleźliśmy tam pierwszą tegoroczną kurkę. Myśleliśmy żeby podarować ją tacie do jajecznicy jako miły gest, ale znaleźliśmy dla kurki zastosowanie lepsze. Widzieliśmy też żmijkę żywą i raka martwego. Kąpaliśmy się w jeziorze i kąpała się też lala o szmacianym brzuszku, prezent synka w jego dniu. Macaliśmy się z krowami, które uciekały i cielakami, które uciekały mniej. Budziły nas ptaki, które są okropne, defekują na pozostawione przed domem na chwilę koce i na świeżo umyte auta oraz budzą o świcie, ale są sentymentalne, bo tak samo budziły dwa lata temu, a my lubimy sentymenty. W Juszkach spotkaliśmy ‚naszą’ kozę oraz jej młode, które doceniło cytrynniny urok i mając do wyboru skłonne karmić je zielskiem Stasio, gotową do zjedzenia lalę oraz sympatycznego maślanego Męża, nieodmiennie wybierało Cytrynnę, którą obskakiwało swymi kopytkami oraz drapało swymi rogami. Syn DSCN1455od kóz uczy się zwinności i skacze niczym górski okaz tego zwierzęcia między przodem a tyłem samochodu. Potrafi sam załadować się na swój fotel, gdy uzna, że czas na wycieczkę. Potrafi przejść płynnie na przód i rozregulować lusterka. To on jest podejrzany o zrobienie luzów na kierownicy. Chętnie włożyłby kluczyk do stacyjki i odjechał, ale przecież JESZCZE nie sięga do pedałów. Ogranicza się do wskazywania, gdzie kluczyk wkładać. Zawsze pierwszy widzi auteczko z daleka i biegnie do niego, klepie po masce mówiąc „lania” i wskazuje po kolei wszystkie dziurki na klucz. Istnieje hipoteza, że jako siedmiolatek będzie rwał laski na samochód ojca, którym będzie potajemnie jeździł:)

DSCN1596Byliśmy w najlepszym mieście świata na festynie z okazji dnia dziecka i synek zasiadł w aucie strażackim, ale nie docenił. Docenił za to balonik i miał. Macał psa, gonił kota, kopał piłkę i zdmuchiwał dmuchawce (strząsał tylko).

W lasach błądziliśmy i przynajmniej raz dziennie gubiliśmy samochód. Odkryliśmy nowe trasy i nowe miejsca, zarówno piknikowe jak i potencjalnie grzybiarskie. Odkryliśmy też ‚skrót’ z Juszek do Wdzydz. Jeśli następnym razem będziemy chcieli powitać we Wdzydzach gości, którzy skręcą na Juszki, będziemy mogli ich przynawigować, bo już umiemy. Odkryliśmy także trasę spacerową z Gołunia nad Strupino. Byliśmy na nieczynnym peronie w Olpuchu, który dobrze wspominamy.

Synek nauczył się zamykać w samochodzie od środka i wie, że oraz DSCN2109jak się otworzyć. Otworzyć potrafi sobie także i banana. Zgubiliśmy tylko jedną skarpetkę. A odkurzanie zasypanego czipsami auteczka wzbogaciło nas o 5 złotych w trzech monetach oraz poszukiwaną przez całą zimę skrobaczkę do szyb (w marcu kupiliśmy zapas skrobaczek żeby na przyszłą zimę już mieć) oraz dawno temu zagubioną baterię numer dwa do aparatu. Mieliśmy wchodzić na ambonę (też sentymentalną), ale była mokra i śliska a w kaloszach nikt nie był dość pełnosprawny, by jeszcze dziecko asekurować lub wnosić. Obiecaliśmy więc synkowi paśnik i dotrzymaliśmy słowa. Porównywaliśmy Ice Tea Liptona i Ice Tea Siti z Lidla na korzyść tej ostatniej. Karmiliśmy synka słoikami. Przez długi czas wybieraliśmy pizzę i żadna nam nie pasowała, aż odkryliśmy ostatnią pozycję w menu- pizzę z 5 wybranymi składnikami i wyboru dokonaliśmy w try miga. Kupiliśmy sobie drewniane misie jakich jeszcze nie mieliśmy (za 6 złotych wiadomo gdzie). Nosiliśmy sukienki (akurat tylko Cytrynna) lub DSCN1947koszulki pasujące do dziecięcych czapek (to z kolei tylko Mąż). Pożyczaliśmy mamine sweterki przemoczonym synom. Mąż wynalazł czapeczkę różową taką jaką żona już miała i która pobrudziła się smarem podczas wymiany kół. Teraz tą zasmarowaną może mieć Mąż i ona jest męska a Cytrynna może mieć czapeczkę bez smaru i mogą do siebie pasować jak jeszcze nigdy. Żonie udało się po kawałku, kradnąc czas wycieczkom i ze snu rwąc przeczytać najnowszego Prezydenta von Dyzmę. Na wycieczkach tez przeżyliśmy, chociaż to akurat duże pole do konfliktów, bo Mąż wolałby być aktywny, a żona wolałaby długo leżeć. Mąż pozwala żonie rozbijać piknik kilka razy dziennie i polegiwać wśród ciastek czekoladowych i butelek z napojami, byle daleko od domu.

DSCN2056

DSCN0767

DSCN0967

DSCN0983

DSCN0997 DSCN1019 DSCN1021 DSCN1032

O Staszce, kaszce, kozie i upartej kozie

DSCN6938Staszek zaczął dzień od Mszy, a Mszę postanowił spędzić za żywopłotem u proboszcza. Domagał się też konia zza płotu, ale bezskutecznie. Nie było lekko. Być może spędziłby ją godnie, gdyby nie poleciał na laskę. Laska była typową „zmanierowaną wytapetowaną damą z syndromami megalomana”. Miała może 4 lata, a może i nie i biegała w tę i we w tę wzdłuż kościoła czyli schodami, odgięta w tył i wyniosła. Rzucała oczkiem na Staszka, a on pragnął. Nie wiadomo czego pragnął, ale byłby przeszczęśliwy, gdyby choć na chwilę przyjęła od niego misia. Ona jednak przebiegała blisko, tak by się otrzeć, lecz jednocześnie daleko, delektując się, że maluszek nie pokonuje schodów tak sprawnie i nie biegnie tak szybko. I że to on jest tym, któremu zależy. Niemądra koza z mlekiem pod nosem! Mam zadatki na paskudną teściową dla swojej synowej, ale tamtej panienki bym stanowczo nie chciała widywać pod swym dachem ani u boku swego syna. Na szczęście Staszek akurat ma narzeczoną z dobrego domu.

Byliśmy na wycieczce-pikniku w Juszkach. Spotkaliśmy naszą kozę zeszłoroczną, ale zza płotu. Koza ma koźlę i Staszek był zadowolony. I domagał się. Były i kury i to nie na dachu. Na szczęście też i nie w sieni. Trafiliśmy nad jezioro z tego wpisu. Leżeliśmy i jedliśmy kabanosy. Było cudnie. Niektórzy zaczęli grzebać w ziemi i wtedy inni rtzeźwo wyciągnęli z podwozia wózkowego wiaderko i łopatkę DSCN7013oraz grabelki. Dało to zajęcie najmłodszym z nas na wiele minut. Aż zaniemogli na jakimś grubszym patyku. Wówczas zwrócili się o pomoc do matki a zobaczywszy jak jej dobrze idzie, podawali łopatkę z prośbą o napełnienie, po czym zsypywali jej zawartość do wiaderka i ponownie podawali pustą. Gdy piknik dobiegł końca, syn zasnął. Dał się przenieść do auta i spał dalej. Zajechawszy pod dom, przynieśliśmy Eldorado Fortress na trawnik celem budowy i czuwaliśmy nad spokojnym snem maluszka. Eldorado Fortress, podobnie jak Black Seas Barracuda pójdzie wkrótce pod młotek. Przyszedł czas, że maluszek zbudził się, skorzystał z niezapiętych pasów i rozejrzał. Tak ucieszył go widok rodziców zza tylnej szyby oraz ogólnodostępne wnętrze auta, że nie zauważył, że ci rodzice robili coś bez niego. Następnie odbył się grill i syn podbierał ogryzione skrzydełka matce zamiast czerpać z wyselekcjonowanych kąsków. W międzyczasie odbyło się też przekładanie pasów w foteliku dzidziusiowym na najwyższą pozycję, gdyż dzidziuś ma już swoje gabaryty. Była to jedna z najbardziej skomplikowanych i niewdzięcznych czynności ever. Po grillu odbył się spacer, podczas DSCN6976którego zadzwonił ojciec chrzestny proponować matce, że jutro zajmie się Staszkiem przez dwie godziny, co by ona sobie szyła. Jak już wielokrotnie pisałam, ojciec chrzestny (ostatnio przyniósł lody czekoladowo-miętowe!) jest wspaniały. Po spacerze syn odmówił kaszki ryżowej. Zawsze odmawia. Od szóstego miesiąca życia odmawia, a stręczono mu ją wówczas bardzo, co by może raczył choć jedną noc przespać. Kaszka syna była bananowa, co może mu się kojarzyć z wapnem i chorobą, ale mieliśmy jeszcze tylko kaszkę 5 owoców ważną do kwietnia 2013. Gdy sypnęłam kaszką 5 owoców na wodę, wyskoczył z niej obrzydliwy czarny skaczący karaluch! W kaszce dla dzidziusia jeszcze ważnej był! Kaszce, którą ja się miesiącami żywiłam. Ważnej jeszcze! Skakał!

DSCN6994Wracać przyszło nam we mgle, ale i tak wróciliśmy najszybciej w historii naszych powrotów, bo dogadałam się z Mężem, że zwolnię tylko przy fotoradarach, a przez pozostałe wsie przejadę 70 na godzinę. Miałam plan w razie spotkania z panem władzą uśmiechnąć się miło i opowiedzieć o chorym Mężu, śpiącym dziecku i ciężkim życiu kierowniczki, ale jedyny pan władza stał dopiero w Żukowie, przez które z powodu mgły ślamazarzyłam się zaledwie 60-tką. Mgła była gdzieniegdzie okropna i nagle w tej okropnej mgle (ale grubo za Żukowem) w lusterku wstecznym ujrzałam parę świateł żółtych a nad nimi parę migających świateł niebieskich i już dostałam palpitacji, już pomyślałam brzydko o panach władzach i już zwolniłam, gdy okazało się, że żaden pan władza, lecz karetka. Lanos odetchnął dopiero w mieście, gdy dało mu się rozwinąć prędkość 100 nie budząc podejrzeń siedzącego nieopodal Męża i tą wspaniałą pielęgnującą silnik prędkością wziąć kilka ciężarówek.

DSCN6974

DSCN6975

DSCN6984

DSCN6988

DSCN7037

DSCN7043

DSCN7120

DSCN7151

St