Jak wygląda kania 2

DSCN7038Po wielu miesiącach nadszedł nowy odcinek serialu o kani. Jak wiadomo kania jest tak szlachetna, że rośnie tylko byle gdzie, bo nic jej to nie ujmuje, więc znaleźć ją można albo przez przypadek, albo wędrując po bezdrożach. Jest jak złote runo, po które wybrał się mitologiczny Jazon. E, bardziej jak wygrana w totka. Wszak Jazon złote runo jednak zdobył. Tym niemniej, wygrana w totka nie jest nijak poetycka, a kania to czysta poezja. Kania to jest niezdobyta niczym Sparta, o!

Wędrowaliśmy sobie dziś drogami i bezdrożami zupełnie nieświadomi, że będzie to długi i ciężki dzień. Szliśmy, a niektórzy jechali wózkiem. Wózkiem jechała lalka, która wykąpała się w jeziorze. Chwilami jechał i synek. My szliśmy cały czas. Szliśmy w miarę swoich i wózka możliwości żwawo, gdyż zanosiło się na deszcz. Mogło nagle zamżyć lub mogła urwać się chmura i zalać nas na miejscu. Szliśmy więc. Rozmawialiśmy na różne tematy jak to się starym małżeństwom zdarza. I wzniośle, i organizacyjnie. Padło też zdanie o kaniach- że w świetle wydarzeń zeszłego roku oraz wrzodów, w tym nie będziemy na kanie polować.

DSCN7050Co by nie kończyć spaceru idąc przez wieś, lecz pozostać bardziej na bezdrożach, odbiliśmy w lewo i szliśmy pod lasem, potem odbiliśmy w prawo i szliśmy łąką. Zamierzaliśmy przekroczyć miejscową rzekę będącą raczej kanałem na takim jednym mostku, nad który niegdyś często przychodziliśmy w ciąży spijać herbatkę po obiedzie, ale most był zagrodzony paskami materiału podłączonymi do prądu, gdyż na sąsiedniej łące pasły się konie. Szliśmy więc brzegiem rzeki aż do przeprawy. Przeprawa wyglądała tak, że był mostek złożony z trzech w miarę płasko leżących cienkich gałęzi. Mąż, hiros nad bohaterów, podniósł wózek w dwie ręce a ja uruchomiłam aparat na tryb kręcenia filmu. I poczułam się oszukana jak nie wiem co, bo on sobie przeszedł rzeką w kaloszach w ogóle olewając mosteczek, a ja się spodziewałam, że utrzyma równowagę z obciążeniem na takim wątłym mosteczku, co to wprawdzie nie był zielony, ale uginał się. Po mostku przeszedł jednak synek. Ja w swoich czerwonych kaloszkach udających Hantery tez przeszłam rzeką, bo w ogóle nie mam równowagi. I tak oto znaleźliśmy się po właściwej stronie rzeki.

Wtedy je zobaczyłam. Były dwie. Takie jak trzeba. Prawdziwe i poetyckie. Pachniały z daleka. Wysokie i szlachetne. Wybijały się z trawy. Od razu wiedzieliśmy, że to one. Wiedział i synek, który kań do tej pory nie oglądał. Podszedł i powiedział ‚kana’. Chodziliśmy od jednej do drugiej podziwiając. Mniejsza była zbyt młoda, ale mimo wcześniejszych bezkaniowych planów wiedzieliśmy, że większą poniesiemy ze sobą.

DSCN7033Nasza kania liczyła sobie 28 centymetrów wzrostu i 0,18 metra średnicy. Idealnie wpisywała się w kanony kaniej urody. Miała jednak jedną maleńką wadę- obrączka na trzonie nie była ruchomą. Nasuwało to pewne wątpliwości, gdyż wiadomo, że legenda tajemniczej śmierci bo rzekomym zjedzeniu domniemanej kani jest silnie zakorzeniona. Postanowiliśmy w drodze do Gdańska zahaczyć o kościerski sanepid, gdyż kiedyś przeczytaliśmy artykuł o grzybach odsyłający niepewnego grzybiarza do sanepidu. Ja osobiście nie wiem, skąd pracownik sanepidu miałby kompetencje do znania się na grzybach! Zmieniliśmy plan na odwiedziny w położonym nieopodal leśnictwie Debrzyno. Już mielimy odjeżdżać, już w bagażniku leżały wszystkie nieubrane sukienki, gdy odkryłam tę przerażającą prawdę! Nie ma klucza do auteczka! Oczywiście nie było jednego z kluczy. Jako istota ogarnięta nerwicą natręctw na punkcie swojego bezcennego wehikułu, zawsze mam przy sobie oba komplety, na wszelki wypadek.

Rozpoczęliśmy szeroko zakrojone poszukiwania klucza, który mógł być wszędzie- zarówno w domu jak i zgubiony na spacerze. Przerwaliśmy poszukiwania by zdążyć do leśnictwa w godzinach jego pracy. Popędziliśmy przez las. Byliśmy na miejscu o 15:31 i nie mijaliśmy po drodze nikogo. Szczekały psy. Stała tojota. Drzwi nie otworzył nikt. Zadzwoniliśmy na numer wpisany pod godzinami urzędowania.

Odebrał facet, któremu wyłożyłam sprawę. Był fatalnym gburem. Rzekł, że pracują do 15:30 i on jest już w Gołuniu (6 kilometrów dalej wyboistą leśną drogą, więc chyba pospieszył się), a w ogóle, to nikt nie rozpozna pani kani, bo to odpowiedzialność grzybiarza, DSCN7028nikt nie weźmie takiej odpowiedzialności. Proszę nie przynosić grzybów do leśnictwa, lecz korzystać z atlasów, A w ogóle to on się na niczym nie zna i jest tylko w zastępstwie.

W międzyczasie pierścień naszej kani rozluźnił się i opadł. Wróciliśmy do domu na 2 godziny dalszych bezowocnych poszukiwań klucza. Jeśli ktoś go odnajdzie, będzie mógł nam pod osłoną nocy zwinąć auteczko. Gdy rozpadało się na dobre, poszłam samotnie pod parasolem szukać klucza na trasie spaceru i oczywiście nie znalazłam. Pojechaliśmy. Było już dawno po godzinach pracy wszelkich instytucji leśnych. Zajechaliśmy jednak do leśnictwa Sikorzyno, które słynie z tego, że i w godzinach pracy jest opuszczone*. Jako że nie były to godziny pracy, więc tym bardziej było opuszczone.

Mieliśmy jeszcze plan zatrzymać się przy grzybiarzu-samochodziarzu. Któż lepiej rozpozna grzyb niż grzybiarz, który z ich rozpoznawania żyje? Jednak gdy napotkaliśmy grzybiarza, mój refleks podziałał z odrobinę zbyt dużym opóźnieniem (miał do tego pełne prawo jako że padał deszcz) i zatrzymaliśmy się kilkadziesiąt metrów za nim. Pobocze było wąskie a za mną nikt nie jechał, więc zaczęłam cofać się. Wtedy nadjechał tir. Nie ufam kierowcom tirów, nie wiem jaki mają refleks i czy przypadkiem nie czerpią radości życia z rozjeżdżania ślicznych zielonych auteczek, więc skończyłam cofanie i po stresującym zgaśnięciu silnika i pozwoleniu wyminąć się, ruszyłam do przodu.

DSCN7047Planowaliśmy zjeść dziś po ósemce naszej kani, a jutro resztę. Mąż wąchał ją, syn spał i tak jechaliśmy. Oprócz wąchania łapał się jednak za głowę. Miał jeszcze iść do pracy, a myśl o grzybie nie dałaby spokoju. Już planował, że jak tylko zje, to nie będzie spał czekając na objawy zatrucia. Czytelnicy pewnie nie wiedzą, ale w zeszłym roku bardzo nas nastraszono i padło to na podatny grunt.

Jaki los spotkał kanię? Na polecenie kierowcy, pasażer musiał przełamać swoje opory, otworzyć okno i wyrzucić ją z pędzącego auteczka w otchłań. Podobno rozprysła się w powietrzu. Być może świadczy to o fakcie, że była robaczywa.

A ja, która wrzodów nie mam i grzyby jeść mogę, kupię sobie jutro tacuszkę boczniaków, którą będę mogła zjeść łapczywie sama i to o normalnej porze, nie zaś o godzinie powrotu Męża z pracy. Kania, oprócz szlachetności, miała jedną wielką zaletę- była za darmo, ale to boczniaki smakują lepiej.

*Zasłynęło tak pewnego listopadowego dnia roku 2011, kiedy to znaleźliśmy przy drodze martwego borsuka i chcieliśmy, by specjaliści zatroszczyli się o niego. Borsuk był taki szlachetny!

DSCN7053

DSCN7027

DSCN7028

DSCN7039

Reklamy

Przecież to jest u Borejków

zdjęcie wymarzonego mieszkania z googli

Staszek znów poszedł późno spać. Za późno by opłacało się rozpoczynać wieczór. Od wielu dni pragnę szyć i na pragnieniach poprzestaję. Maszyny nie ruszałam od początków września albo i dawniej. Moja potrzeba szycia narasta, bo ostatnio w jednej kupnej sukience kryty zamek poszedł. Poszedł czyli zepsuł się. Oczywiście naprawienie go jest na mojej chce-liście bardzo nisko. Sukienka była czarna (a czarnych mam kilka) i już i tak zużyta mocno, wolę poświecić czas na stworzenie czegoś nowego i bardziej fotogenicznego. Ale istotny element garderoby ubył.
Ponieważ nie wiadomo, jaki będzie przyszły tydzień, w zaprzyszłym mam kolokwia, w piątek będziemy mieli gości, a w sobotę musimy wyjechać, gdyż sobotnią nocą wracają rodzice i nie ma dla nas wszystkich miejsca na tych 50 metrach, to JUTRO muszę zacząć robić coś. Przypuszczam, że jak wysypię z szafy moje tkaniny, to Stasio się przyłączy do zabawy w ich ponowne składanie i/lub rozrzucanie.

Roosevelta 5 w Poznaniu, zdjęcie z wikipedii

Póki co prokrastynuję i spędzam czas na oglądaniu mieszkań w wymarzonej dzielnicy. Czerwiec przeżyłam tylko dzięki oglądaniu mieszkań, teraz być może niepotrzebnie sobie kreuję coś, co zaraz może paść, ale już widzę białe oszklone regały na książki, które w wysokich pokojach wcale nie przytłoczą. Już w myśli sprowadzam z panieńskiego pokoju półki na Stasie zabawki. Już wieszam piękne okazyjnie zdobyte zasłony w oknach. I ustawiam talerze w szafkach. Bo od niedawna mamy kilka swoich talerzy. Do tej pory nie mieliśmy, bo w szafach nie było dla nas miejsca, ale dwa i pół roku bez nabywania własnych talerzy dały w kość i od niedawna dopychamy do szaf swoje.

Z kolei Mąż nie spał dziś do świtu i jeszcze dłużej, jak to u niego bywa, gdy go spotykają niepewności i niesprawiedliwości. Wygląda na to, że cały zeszły rok pracował za darmo, w zamian za obietnicę zapłaty w tym roku, lecz zupełnie inni ludzie dowiedziawszy się, że jeszcze skądkolwiek dostaje pieniądze, obniżyli mu płacę o dokładnie tyle, aby sumarycznie miał nie więcej niż oni początkowo chcieli dać. Ale nie poddajemy się. Mi oglądanie mieszkań pomaga bardzo. Skądinąd komentarz Męża na widok skrinu z googli wyjaśnił mi, dlaczego to wykusz mnie tak podniecał zawsze i dlaczego zobaczywszy mieszkanie z wykuszem zapragnęłam go jak żadnego innego. Ponadto skrin z googli głoszący o chęci sprzedaży pochodzi z czerwca 2011, czyli jest szansa, że jeszcze przez jakiś czas nikt nam wymarzonego lokum nie sprzątnie sprzed nosa, skoro nie zrobił tego do tej pory,

A tymczasem synek zachwyca raz po raz. Wieczorem wprawdzie, tuż po zaśnięciu zaskowyczał i tradycyjnie zażądał powrotu do rodzicielskiego łoża, ale na pochwały zasłużył niezależnie od złych wrażeń, które zaserwował później. Otóż synek rano otworzywszy książkę o lokomotywie wziął do ręki wcale nie pod ręką leżącą lokomotywę drewnianą i ustawił ja na torach w książeczce namalowanych. Ponadto siedząc i pijąc na maminych kolanach natknął się na stojąca nieopodal miseczkę po lodach. Zaczął bawić się łyżeczką i w pewnym momencie ją oblizał, zasmakował w domowym sosie toffi i od tej chwili co raz to wkładał łyżeczkę do miseczki aby nabrała jeszcze trochę smaku i następnie ją oblizywał. Ponadto zdjął sobie z biurka pudełko z orzechami i otworzył je. Wyjął kilka, którymi się bawił i nie rozsypywał wszystkiego! Oprócz tego porwał listek papieru toaletowego i bawił się nim drąc na kawałki, spuszczając je na dywan, podnosząc i znów spuszczając niczym padający śnieg. Ponadto z magnesem trzymanym w ręce przeszedł przez szereg pomieszczeń u babci aby go przypiąć do lodówki. Dodatkowo podnosił puste butelki po wodzie mineralnej, których Mąż produkuje tuziny i wzorem mamy nosił je do kuchni i wpychał do kosza na parasole, który akurat w kuchni stoi i do którego mama je wpycha aby się po domu nie walały. Poza tym zamiatał podłogę papierem toaletowym również wzorem mamy, która czasem nadmiar zanieczyszczeń zamiata. I jeszcze właził mamie między spódnicę a podszewkę, która to spódnica była zwiewna i przezroczysta jak firanka. Niestety zaplamił spódnicę tłustymi łapkami, ale dopóki nie mam informacji o niespraniu się plam, to czynność akceptuję w pełni. A wczoraj to przywdział na jedną z nóżek kapeć babci dał radę w nim iść!

Sądząc po statystykach wejść, ludzie nadal znajdują kanie. To dobrze!

Przywiązanie dziecka do samochodu

Nie wstaliśmy dziś o świcie. Mogłam wstać obudzona Stasim kaszlem i zrobić nam śniadanie. Leżałam jednak czekając aż zasnę ponownie i doczekałam się. Wstaliśmy o 9, wyjechaliśmy z domu po 10 tym samym mówiąc „Adios pełny koszyku”. Oczywiście wcale tak nie powiedzieliśmy. Niczym hazardzista po przegraniu fortuny łudziliśmy się, że będziemy w Płocicach pierwsi. Jak nietrudno się domyślić, ktoś nas ubiegł. Ale tamtejszy dolny zagajnik jest i tak cudowny, chodzenie po nim budzi wspomnienia zeszłorocznych samo-napełniających się koszyków.

Stasio nie skorzystał z możliwości chodzenia po całym lesie. Zamiast tego swoim zwyczajem chodził wokół Lanosa. Sprawdzał, czy wszystkie drzwi są zamknięte i głaskał obłe kształty Zielonego (widoczna na zdjęciu Tonka nie jest tą ulubioną, Cytrynna nie kręci i nie mataczy, lecz na bieżąco opisuje prawdę). Stasio bardzo lubi Lanos. Przypuszczam, że czuje się bezpiecznie w jego obecności, a po cichu sądzę jeszcze, że być może uważa go za trzeciego i to równoprawnego rodzica.

Przechodząc go górnego lasku musieliśmy przerwać tą motoryzacyjną pępowinę dwóch Zielonych. Stasio posadzone na mchu szybko odnalazło się w nowej sytuacji i zaczęło rwać maleńkie grzybki z gatunku trujaczki. Jego zmoczenie spodni dało sygnał do odjazdu. W koszu było wszystkiego 6 prawdziwków i koźlaczków.

Popędziliśmy na benzyniarnię po gaz celem napełnienia jednego z garbów naszego dromadera, tfu baktriana (drugi garb poi się benzyną). Baktrian brzmi jak nazwa jakiegoś leku. Z benzyniarni blisko było do Lipusza, gdzie odnaleźliśmy jezioro, którego nie zdołaliśmy odnaleźć w lipcu. Dziś wystarczyło mieć mapę. Jezioro okazało się być super, ale ja marzłam, gdyż mój polar był mokry, albowiem w auteczku leżał obok butelki wody mineralnej, która dyfundowała przez plastik na zewnątrz. Gdybyśmy nad tym jeziorem znaleźli się przed świtem, nasze kosze z pewnością napełniłyby się rydzami, gdyż było to prorydzowe miejsce. Nic jednak, gdyż tata znalazł dwa wschodzące cuda na działce.

Z Lipusza postanowiliśmy wracać przez znaną w całym kraju Łubianę. Odważyłam się zaproponować Mężowi odwiedzenie słynnych zakładów porcelanowych i propozycja moja została przyjęta. Odnalazłam nawet na aparacie zdjęcie zrobione w salonie Lolinki i zawierające jej serwis kawowy i pomyślałam, że moglibyśmy jej sprawić na przykład drugą cukiernicę do kompletu, ale w szumnie nazwanym „salonie sprzedaży” nie odnalazłam tego wzorku. Odnalazłam za to 12 wspaniałych talerzy w średniej cenie 2,25, których właścicielka zostałam. Aż kwiczę z zachwytu, takie są cudne.

A co z naszymi czubajkami? Są czubajkami, jak było to wiadome, ale 2 dni w lodówce zupełnie je zdewaluowały i nawet nas już nie pociągają. My mamy coś lepszego. Mamy prawdziwą K-A-N-I-Ę. Jest doskonała. Ma odpowiedni pierścień, burą nóżkę (muchomor sromotnikowy ma białą) i, co najważniejsze, pachnie kanią. Osobiście przełaziłam przez płot aby ją zdobyć. No nie płot, tylko dwubarierkę i to nie prywatną, lecz ośrodka wypoczynkowego. Żeby nie było zbyt kolorowo, w domowej butli z gazem skończył się gaz i kania nie miała jak trafić na patelnię.

 

 

 

Jak wygląda kania?

Oto pytanie, na które nikt nie zna odpowiedzi. Legendy krążą, podobno wielu je zjadło i nie żyje, są głosy że zjedli sromotnika myśląc, że jedzą kanię. Kania- grzyb szlachetny, piękny i cenny, lecz owiany wzbudzającą grozę legendą. Na nasze subiektywne oko to żadna z czubajek nie jest podobna do muchomora sromotnikowego, sama kania może odrobinę przypominać muchomora cytrynowego we wczesnym stadium rozwoju, ale jakoś o tym cisza, wszyscy trąbią o sromotniku. Mówi się, że poznać ją po ruchomym pierścieniu wokół trzonu. Innym charakterystycznym punktem jest czubek na kapeluszu. Należy jeszcze gwoli wprowadzenia dodać, że istnieją zarówno bardzo szlachetne czubajki kanie zwane kaniami zupełnie zasadnie jak i mniejsze, ale wciąż ładne czubajki czerwieniejące zwane kaniami zwyczajowo i przez ludność tylko. Zainteresowanych tematem, lecz niepewnych odsyłam do fachowej literatury.

 My dziś w naszym nowym zagajniku natknęliśmy się na 8 takich czubajek. Jedna była z ziemi wyjęta i odrzucona ze względu na swoją robaczywość, 3 były młode lecz nadające się a 4 dopiero kiełkowały. Pierwsza myśl- pozwolić im urosnąć, ale tata mówi, że grzyb znaleziony rosnąć przestaje. Poza tym wstawać o świcie to nawet dla kań się nie chce. Postanowiliśmy wrócić po nie wraz z zapadnięciem zmroku. Odliczone było między którymi drzewami wyrastają i odjechaliśmy. Pech i przypadek zadecydowały, że w to samo miejsce powróciliśmy jeszcze przed zmrokiem i kanie urosnąć nie zdążyły. Biliśmy się z myślami i z ciałami, które zmarznięte i zmoknięte ani myślały wracać tam później znów. Namówiłam Męża do wyrwania jednej. Okazała się być w porządku, czyli mieć ruchomy pierścień. Więc na fali sukcesu namówiłam i na pozostałe dwie. Tym sposobem staliśmy się posiadaczami trzech czubajek o niewiadomym zarobaczeniu i jednej ewidentnie robaczywej. Mąż jednak wymógł na mnie, że przed spożyciem spytamy sąsiadów i upewnimy się.

 Pierwsza wizyta. Pani J. Mówi, że nie zna się, ale zapyta syna. Syn, dorosły i radny, nawet nie schodząc stwierdza, że i on się nie zna. Pani J. jako życzliwa, mówi, że pobliska sąsiadka, pani S. może wiedzieć, bo jej chłopaki zbierają i ona sama nieraz przynosi. Jedziemy, pukamy, otwiera i mówi, że nie zna się już teraz. Że kanie są dwie. Ona nie wie, kiedyś zbierała, teraz od lat nie zbiera, nie jest pewna. Dla zdrowia radzi nam nie jeść, ale nie jest pewna. Że może sąsiad naprzeciwko się zna. Cóż po tym, jak okna ciemne a i my nie znamy sąsiada? Wracamy do domu, Stasio wciąż śpi a my oglądamy przewodnik grzybiarza. Czubajki czerwieniejące ewidentnie. Zero wątpliwości. Ale groza legend nie pozwala tak po prostu wrzucić na patelnię. Mąż rozważa odwiedzenie znajomych leśników w L., którzy z racji swego leśnictwa znają się. Wsiadamy, jedziemy całe 3 km i to na benzynie, bo gaz nie wiedzieć kiedy, skończył się (nie wiedzieć kiedy zrobiliśmy 400 km). Głupio jednak odwiedzać gościnnych leśników, u których nie było się od lat. Zatrzymujemy się w skupie runa po drodze. Dziewczę z miejsca mówi, że się nie zna i spyta mamy, która może wiedzieć. Mama z daleka krzyczy, że się nie zna. Nikt się nie zna. Do leśników nie jedziemy. Mąż każe mi dzwonić do wujostwa, również leśników. Odpowiedz brzmi: skoro dzwonisz, już wątpisz, zatem wyrzuć. Skoro młode, to tym bardziej wyrzuć. Trzymamy więc nasze pewne-niepewne kanie w lodówce i czekamy na powrót taty. Niech on osądzi. Grzybiarze z nas tchórzliwi.

Hej, bystra woda!

Melduję i donoszę, że odkryliśmy nowe Centrum Grzybiarza. Mieści się ono 6 km za L., prostą drogą na Szludron i przez Szludron. Jest chyba jeszcze lepsze niż słynne na całe województwo Płocice. W Płocicach wczoraj znów był autokar pełen gdańskich emerytów. Nowe miejsce odkryliśmy przypadkiem.

 Jest to ogromna połać lasu brzozowego z sosenką gdzieniegdzie, ale w przeciwieństwie do typowo występujących brzozowych zagajników a podobnie do lasku płocickiego, ściółka tamtejsza głównie z mchu się składa, a nie z trawy i to mech właśnie odpowiada za licznie występujące grzyby. Nowe miejsce nie zostało jeszcze wypróbowane w warunkach bojowych, lecz byliśmy tam wczoraj o 15 i mimo późnej pory, kilka pełnych garści prawdziwego grzyba się zebrało. Dziś z uwagi na sobotę, czyli dzień zjazdu wszystkich grzybiarzy i pseudogrzybiarzy, my sobie grzybobranie odpuściliśmy. Woleliśmy dłużej pospać. A i pogoda nie dopisała. Leje właściwie bez przerw od wczorajszego wieczora. W chwilach, gdy jednak nie leje, to po prostu mocno pada. Wczesnopopołudniowy spacer samochodowy w las wykazał, ze pogoda deszczowa wcale nie odstraszyła amatorów ściółki, przynajmniej nie tych zmotoryzowanych. Podobnież krótkie opuszczenie naszego pojazdu dowiodło, ze ściółka przeczesana została szczegółowo. Tym niemniej na jednym spacerze zakończyć nie mogliśmy, bo aż nas rwało.

Późnym popołudniem, posileni rosołem załadowaliśmy się do auta i pojechaliśmy na krotki spacer. Celem było wczoraj odkryte Centrum Grzybiarza nazywane umownie Szludronem od nazwy pobliskiej wioseczki. Chcieliśmy sprawdzić, jak ono działa w warunkach sobotnich. Droga dojazdowa, wczoraj pięknie ubita, dziś była jednym wielkim błotem poprzedzielanym gdzieniegdzie bardzo głębokimi kałużami. Samo miejsce można powiedzieć, daje radę. Było mnóstwo śladów obecności poprzedników. Ale i dla nas ostało się kilka koźlaków- tych najładniejszych- jasnobeżowych zwanych książkowo pomarańczowożółtymi. Ponadto parę kurek. I na koniec niespodzianka- kilka cennych szlachetnych kani, którym poświęcę osobny wpis. Aby uniknąć powrotu rozrytą drogą, postanowiliśmy odbić w prawo, w kierunku pobliskiej Czarliny.

 Jadąc, odkryliśmy kolejny zagajnik doskonałej jakości, lecz przetrzebiony szczegółowo. Po 3 km czekała na nas tablica z informacją o ślepej uliczce. Potraktowaliśmy ją jako dobry kawał, jako że mapa głosiła zupełnie co innego. Mijaliśmy osiedle ludzkie aż tu nagle drogę przerwał wąziutki most, właściwie zielony mosteczek opatrzony zakazem wjazdu i na wypadek gdyby i on nie wystarczył, okłódkowany czymś w rodzaju blokad parkingowych. Widok samej Wdy wpływającej do jeziora Radolnego, choć urzekający, nie mógł wynagrodzić bezcelowej podróży. Stasio szczęśliwie spało i mogliśmy się deszczem i widokiem dłużej pocieszyć. Cieszenie to nie było wcale dobre, co jednak wiemy dopiero z perspektywy czasu, bo ja przypłaciłam to pogorszeniem stanu zdrowia, a Mąż podwójnie- jego gardło, rano jeszcze bliskie ozdrowienia, padło zupełnie a do tego wygarnia sobie sam głupotę i żałuje, oj jak żałuje.

 

 

 

Forma tortowa

23 września. Pierwszy dzień jesieni. Poza tym żadna szczególna data. Nikt ważny ani ciekawy nic ważnego ani ciekawego tego dnia nie odkrył, nie odbyła się żadna spektakularna bitwa, nikt znany się nie urodził ani nie umarł. Dla nas zaś ta data jest jakaś pechowa odkąd posiadamy auto. Z tej okazji powstanie tort akapitowy dla naszego zieloniutkiego Lanosa.

Rok 2010. Solidna podstawa tortu. Ze względu na obleganie terminów w urzędzie trzeba się było umówić z dużym wyprzedzeniem na rejestrację nowozakupionego auteczka. Tego akurat dnia Mąż miał mieć rozmowy kwalifikacyjne na intratny doktorat, więc termin wydawał się bezpieczny. Terminem aplikacji zaś był 20 września. W owym dniu rano odbyła się Mężowska obrona pracy stworzonej w tydzień, po niej skompletowaliśmy i posłaliśmy dokumenty, a następnie wsiedliśmy w pociąg do Krakowa, gdzie 2 dni później miał Mąż wygłosić referat wyjaśniający czym jest czas z punktu widzenia matematyki, albo czym nie jest. 21-ego o poranku w parku siedzieliśmy kontemplując jak mili i pomocni byli promotor, panie w dziekanacie, pan od praktyk i wiele innych osób, które do szybkiej obrony się przyczyniły i zastanawialiśmy się, co może nie wyjść. Podłączywszy się do sieci w akademiku dowiedzieliśmy się co. Otóż mimo terminu ogłoszonego na 20-ty, czyli teoretycznie do samej północy, komisja spotkała się z samego rana i nasza aplikacja doszła zbyt późno. W związku z tym odpadły czwartkowe rozmowy kwalifikacyjne i otworzyła się droga do Zakopanego. Jednak spotkanie w urzędzie pozostało. Doszło więc do dramatycznego, pierwszego w historii małżeństwa, rozdzielenia. Mąż odjechał z aparatem do Zakopanego a żona odjechała ekspresem do Gdańska. Jedynym pocieszeniem było, że zieloniutki dostał w urzędzie nowe czyste białe tablice z inicjałami swoich właścicieli i takimi samymi cyferkami jakie nosił wcześniej. Ale tabu zostało złamane. Małżeństwo spędziło dwie noce osobno. Był to pierwszy w historii związku 23. września, w którym nikt nie zrobił ani jednego zdjęcia.

Rok 2011. Gruba warstwa kremu śmietankowego. Sam środek sezonu grzybowego. Udało się więc małżeństwo wraz ze świeżo urodzonym synem do niedawno odkrytego Centrum Grzybiarza w Płocicach. Kompleks ów składa się z rynku- dużej łąki z miejscami do wypoczynku oraz placem zabaw, na której rosną gdzieniegdzie drzewa i gdzie odpowiednio wcześnie przybyły grzybiarz zawsze znajdzie prawdziwka. Albo i kilka. Kolejnym obiektem jest zagajnik brzozowy z dobrą ściółką, sosnami, brzozami, zawsze pełen koźlaków, „czerwonych łebków” a także kurek. Dodatkowe położenie nad jeziorem sprawia, że grzyby mają odpowiedni do wzrostu mikroklimat. O górkę wyżej znajduje się lasek sosnowo-brzozowy stanowiący dopełnienie grzybiarskiego kosza. Po drodze zaś do samych Płocic spostrzeżono przy drodze ogromną kanię, która jako pierwsza zasiliła zbiór z tego dnia. Mąż z poświęceniem położył się w mrowisku aby żona mogła nakręcić film o zrywaniu szlachetnej kani. Jednak aparat nie zaskoczył, zanim mrówki się ujawniły. Gdy małżeństwo plus syn dojechało na miejsce, okazało się, że są spóźnieni znacznie. Na rynku stał autokar, a na ławkach siedzieli emeryci z Gdańska i wypoczywali po udanym grzybobraniu! Małżeństwo, przekonawszy się, że grzyby wymiecione, prędko załadowało dziecię i wózek i popędziło szukać miejsca nieodwiedzonego. Trzymali się prawej strony, ale gdzieśtam odbili raz na lewo, co okazało się być zgubne. Jechali i przez karczowisko, ale nie miało to żadnego wpływu na zawartość koszyka. Nigdzie nic. W końcu z lasu wytoczyli się na odkrytą przestrzeń a oczom ich ukazał się drewniany mostek na rzece. Dla obojga oczywistym było, ze zatrzymają się. Niestety akurat żona karmiła i na tym odcinku prowadził Mąż, kierowca nadzwyczaj porządny. Mimo, że droga wyglądała na nieuczęszczaną a i oni zamierzali zatrzymać się tylko na chwilkę, Mąż zjechał na lewe pobocze. Była to najgorsza decyzja tego dnia. Już wysiadając zauważyli, że stoją w bagnie, lecz mimo to wysiedli. Pogrążyli się wtedy niesamowicie. Wsiadłszy po chwili, ruszyć się już nie mogli. Lewe przednie koło zanurzyło się do połowy, a napęd szlachetnego zielonego rumaka dotyczy przednich kół właśnie. Koła buksowały, silnik rzęził ostatkiem sił i w ogóle. Kalosze na przebranie miała tylko żona, która z kolei była zbyt słaba po niedawnym porodzie, by wypchnąć ponadtonowego Lanosa z bagna, w którym tkwił. Próbowała więc żona wsteczny i gaz do dechy a Mąż popychał brudząc swe zgrabne nogi, lecz równie bezskutecznie. Rozłożyli zatem wózek, załadowali niemowlę i poszli spacerować w stronę zabudowań, aby poznać lokalizację swą i móc wezwać tatę słynącego z wożenia linki holowniczej w bagażniku i posiadania haka, też holowniczego. Zanim pojawił się tata w asyście swej żony, rodzina zdążyła nieco powiększyć zbiór grzybów. Dziecię zaś smacznie spało zamiast napić się mleka na zapas, co również było elementem prowadzącym do zguby. Rodzice nie mogli trafić, gdyż z Płocic kierowali się cały czas na prawo. Małżonkowie wyruszyli im naprzeciw pieszo. W międzyczasie rodzice dzwonili, że wylądowali nawet nad jakimś mostem nad rzeką, ale nie było tam auteczka. Podczas długiej wędrówki naprzeciw rodzicom natrafiono na jeszcze jedną tego dnia cenną kanię. Spotkawszy w końcu rodziców, którzy zdecydowali się czekać w Płocicach, udali się wszyscy do Lanosa. Tata nie używał biegów wyższych niż 2 i nie jechał szybciej niż stary rower, gdyż bał się, że jego mało szlachetne, pozbawione duszy i charakteru auto marki francuz, zrobione w poprzednim wieku i długie jak to kombiacze długie bywają utknie na jakimś wyboju. Co wybój komentował nieżyczliwie drogi, jakimi podróżuje małżeństwo. Dojechawszy na miejsce, zawrócił, zaczepił się o Lanos swoim francuzem, odesłał żonę do wsi co by się zorientowała i podłączył linę do tyłu szlachetnego Lanosa. Lanos jest przygotowany na takie wpadki i miejsce na podłączenie liny ma właśnie na tyle. A może wyraża, że ma w tyle fakt, iż ktoś miałby go ciągnąć? W końcu jest szlachetny i dumny. Mąż siedział w auteczku i gazował na wstecznym, teść siedział w swoim i gazował do przodu aby udźwignąć Lanos a żona kręciła filmy o tym. Francuz gasł raz po raz i rzeczywistą stawała się groźba, że padnie mu akumulator. Teść próbował i tyłem jechać, lecz niespodziewanie zaczęła pękać lina holownicza. Zmieniono taktykę i spróbowano pod trefne koło podetknąć deskę drewnianą znalezioną nieopodal. Nadziei dużych nie było, lecz oto nagle ku uldze wszystkich nadjechała ciągnikiem matka Polka, która się dobrze zorientowała we wsi. Sprowadzony przez nią pan traktorzysta wiedział co i jak i miał łańcuch zamiast feralnej liny. Mąż, który akurat robił jakieś zdjęcia, zdał aparat żonie i wsiadł do zieloniutkiego. Już miało rozpocząć się widowiskowe widowisko, kiedy postanowiło obudzić się Stasio i niecierpiącym zwłoki krzykiem zawołało o mleko. W efekcie nie powstało żadne zdjęcie upamiętniające triumfalny wyjazd z bagna. Osłodą tego dnia były już tylko szlachetne smażone kanie i jeden jeszcze szlachetniejszy rydz.

Rok 2012. Dzisiaj. Spodziewano się malinki mającej ozdobić tort. Miał być to pierwszy bezproblemowy 23 września. Konieczność przejażdżki wydawała się być oczywista. Wróciwszy z Mszy, przebrawszy Stasio w ciepłą kurteczkę i dodatkowe rajtuzki udano się do auteczka. Na cel podróży wybrano Westerplatte, które niegdyś było miejscem pierwszej przejażdżki Lanosa z nowymi państwem. W planach była też i twierdza Wisłoujście którą małżeństwo widziało raz pobieżnie podczas wycieczki tramwajem wodnym. Tuż za rogiem żona przesiadła się z tyłu na przód i pojechali. Były objazdy, było fajnie. Stasio mówiło „bamba” na każde widziane reflektory sygnalizacji świetlnej. Potem Stasio zasnęło, a Lanos dogalopował do parkingu. Pierwszy kwas. Parking okazał się być strzeżony i płatny. 6 złotych za godzinę. Jeszcze przed wjazdem skrupulatna parkingowa spisała sobie dane zieloniutkiego, ale pasażerowie wjechali tylko po to by zawrócić. Westerplatte wcale nie jest fajne. Chodziło o przejażdżkę. Popędzili więc na Wisłoujście. Już prawie byli na miejscu, już wjeżdżali w las i witali się z gąską, już widzieli grzyby na poboczach, gdy drugi kwas- prom kursujący z Wisłoujścia do Nowego Portu nie kursuje już w weekendy. Ale nic to. Znaleźli jakieś ustronne miejsce na odpoczynek dla zielonego rumaka i wysiedli. Żona ostrożnie chciała zatrzasnąć drzwi aby nie obudzić śpiącego dziecięcia. Maliny bywają kwaśne, lecz w tym momencie stało się jasne, że to nie malina wyląduje na szczycie lanosowego tortu, lecz jeżyna i w dodatku niedojrzała. Albo kiwi i to też takie nadpsute. Nie wiedzieć czemu zieloniutki otworzył paszczę i zacisnął zębiska swe na żoninym palcu. Ponieważ zieloniutki nie jest gadżeciarzem i nie dba o takie bibeloty jak centralny zamek, to zatrzaśnięte na małym palcu zębiska (drzwi) pozostały na nim zatrzaśnięte dłuższą chwilę, zanim Mąż obiegł auteczko celem otwarcia paszczy. Tym sposobem palec żony ma teraz taki sam kolor jak cała lanosowa cera. Niestety nie odpadł ani nie okazał się być złamany, więc żona nie dostała nawet statusu niepełnosprawnej i nie została zwolniona z przygotowania tortu akapitowego. A ponieważ w torcie akapitowym okazało się być za dużo kremu, musiała przygotować jeszcze jeden tort- foteczkowy.  Jedyne czego nie zrobiła, to dziecka nie wykąpała.

Tort foteczkowy z maliną, dzieło nieżywiącej urazy Cytrynny