Muchomor czerwony

DSCN6336Sprawy przedstawiają się tak, że każdy z nas dziś coś znalazł. Dobrą passę rozpoczął Mąż gdy krótko po ruszeniu spod domu przesiadał się na przednie siedzenie. Znalazł tam mianowicie moją czerwoną czapeczkę w groszki, wczorajszy szczęśliwy nabytek. Czapeczka się bardzo Mężowi spodobała i ją zawłaszczył twierdząc, że go wyraża. Wygląda w niej niczym muchomorek z dziecięcej bajki- coś w stylu ładny, ale nie dotykać. Mi pozostała więc czapka Małysza, której w sumie nie znoszę, ale sama ją kupiłam, więc nie wyrzucę*.

Byliśmy nad jarem Raduni, czyli w rezerwacie przyrody, do którego drogowskaz zamieszczono przy naszej stałej trasie. Był to pierwszy raz tam i byłoby fajnie, ale Staszek spał i nie można było ekspandować daleko, ale udało nam się odsunąć od samochodu na taką DSCN6148odległość, że spotkaliśmy śnieg. Śnieg był kwasem ponad miarę i nijak nie pasował do sandałków. Pojechaliśmy dalej delektując się tym, jak fajnie nie trzeba mrużyć oczu w tych brzydkich okularach przeciwsłonecznych pożyczonych naszemu kierowcy przez babcię. Gdy w pewnym momencie przyszło mi redukować prędkość dwukrotnie z powodu kuriozalnego ograniczenia, oczy me promieniami słonecznymi niezmęczone ujrzały bocianią parę i zatrzymałam się zupełnie, a Mąż sfocił i chyba na kłótni je przyłapał.

Jechaliśmy dalej, aż do Kościerzyny. Tam zaparkowaliśmy na odkrytym zaledwie 5 dni temu parkingu, który jest zupełnie ekstra i Mąż, nasz farciarz odnalazł swoje drugie wielkie znalezisko. Mianowicie ktoś (kwiaciarze, szkółkarze czy jak ich zwał) wywalił roślinki z doniczek i jedna z tych roślinek okazała się zupełnie zdatna. Pojechała oczywiście z nami. Przespacerowaliśmy się po mieście i wtedy do akcji włączył się Staszek, który na swej drodze spotkał różowe zgniecione pudełko i bardzo je sobie upodobał. DSCN6186Pudełko szło z nami aż do powrotu do auta. Była wtedy okazja, by pozbyć się śmiecia, ale my je zachowaliśmy, bo nigdy nie wiadomo kiedy się przyda. W mieście kupiliśmy dwa materiały na Stasie czapeczki, które jutro muszę uszyć, bo inaczej wpadnie nam tamta granatowa co to nijak na słońce się nie nadaje.

Przeparkowaliśmy na Lidl, w którym zaopatrzyliśmy się w duże zapasy mleka i cukru, gdyż wkrótce spodziewamy się gości, o których wiemy, że można ich żywić naleśnikami:) ** Kupiliśmy też banany i część z nas swoje banany od razu jadła. Mi przypadła zaszczytna rola osoby wyrzucającej skórki. Gdy skierowałam moje spostrzegawcze oczy w kierunku śmietnika, zobaczyłam to, co znaleźć miałam ja. Był to bardzo ładny obraz w złotej ramie.

Z powodu przepełnienia auta maksymalnie, musieliśmy zrezygnować DSCN6191z wycieczek po drodze i jechać prosto do domu. Na swej trasie spotkaliśmy biednego martwego liska, którego jakiś pacan nie potrafiący pogodzić dynamicznej jazdy z bezpieczeństwem na drodze przetrącił. Lisek wyglądał bardzo szlachetnie, miał cudną kitę i jeszcze otwarte oczka. Pierwszy raz widziałam liska z tak bliska.

W domu utknęliśmy na dłużej, gdyż po sąsiedzku stacjonowała rodzina i nie wypadało się nie pointegrować. Najbardziej integrował się Staszek. Staszek też macał się z zaschniętą ropuchą***.

Wyruszyliśmy w końcu na spacer i szliśmy aż doszliśmy przypadkiem, nieplanowanie zupełnie na polanę podmokłą. Rozłożyliśmy tam kurteczki, kamizelki i co kto miał i leżeliśmy na trawie jedząc ciastka z czekoladą z Lidla (one od razu były z czekoladą, nie musieliśmy DSCN6230do nich dodawać czekolady z Lidla) i pijąc iście wycieczkowy sok z marchwią, także z Lidla. Zaskakująco polegiwał z nami i Staszek, chociaż byliśmy daleko od drogi i gdyby chciał, to by mógł śmigać samopas. Wybrał jednak rodziców i mu się nie dziwię, bo ma naprawdę fajnych.

Po powrocie chłopcy wymoczyli nogi i już mieliśmy iść spać, gdy okazało się, że będą jeszcze frytki. Mąż robił frytki, a Staszek zajadał się kaszą gdyż powiedzieliśmy mu, żeby zjadł jak najwięcej kaszy zanim się zorientuje, że będą frytki i on to potraktował poważnie. Podczas pojadania zrobił tez rekonesans wśród misiów i wybrał sobie nowego wybrańca w kolorze musztardowym. Nam zaś pozostaje jeszcze dokładne sprawdzenie, czy któreś z nas nie ma gdzieś kleszcza. Podobno kleszcze czekały bardzo długo na wiosnę i są bardzo głodne.

DSCN6447

*Ponieważ wpis ślubny (z rocznicy ślubu) nie doszedł do skutku z powodu rozlanego kwasu, czytelnicy nie wiedzą, że wspaniałą czapeczkę Mąż dostał od żony na rocznicę ślubu. Miał kiedyś już taką i ją uwielbiał, a żona, choć Małysza lubi, czapeczki nie znosiła. Gdy jednak Mąż czapeczkę zgubił, żona na identyczną zapolowała. Przeszukała całą Polskę i jedną zdobyła.

**Goście nie muszą się martwić, ja nie umiem smażyć naleśników, więc nie grożą, ale za to jesteśmy z Mężem dobrym duetem w plackach ziemniaczanych.

***Ja też kiedyś miałam ropuchę. Nazywała się Jadzia i złapałam ją do słoika po ogórkach konserwowych kupionego specjalnie celem jej złapania. Trzymałam ją w wielkim słoju (1,7 litra) na balkonie na liściu kapusty i chyba z odrobiną wilgoci i nosiłam do szkoły przez kilka dni. Z czasem jednak Jadzia uschła i wtedy, na urodzinach mojej koleżanki, zrobiłyśmy jej sekcję na płycie chodnikowej za domem. Nie wspominam tego najlepiej, ale byłam jeszcze młoda i rozumek dopiero mi wyrastał.

DSCN6165

DSCN6172

DSCN6182

DSCN6340

DSCN6453

Reklamy

Przechodniu beknij sobie

DSCN7882Przyjechaliśmy na wieś i stopniowo rozgrzewamy dom z temperatury przeraźliwie niskiej do znośnej po to, by jutro odjechać. Już wczoraj wieczorem dałam znać, że mam zatoki i nie zamierzam ich wystawiać na mróz, bo będą chorsze. Mąż  z kolei zresponsował, że on nie zamierza zużywać weekendu na siedzenie w domu i jeśli ja nie zamierzam być całego dnia na podwórku, to on pójdzie sobie do pracy na dzień cały, bo ma co robić, a weekend służy do zwiększenia wydajności a nie do jej zmniejszenia. Wydajność można zwiększyć wykonując pracę lub regenerując siły na powietrDSCN7955zu. Zmniejsza się ją siedząc w domu i gnuśniejąc. Zasypialiśmy w atmosferze konfliktu, ale rano zbudzeni dzieckiem zgodnie wstaliśmy i znieśliśmy plecaczki do samochodu, gdyż bagażnik wypchany był nowymi komodami na klocuszki, samochód stal już pod oknami jak to w weekend tylko może, a pogoda była ładna i głupio nie jechać. Zanim osiągnięto zgodę Mąż przedstawił swoje roszczenia dotyczące planu dnia i okazało się, że są akceptowalne. Jechałam ładnie. Raz laska w małym samochodzie, co to jest tak mały, że nie widać go nawet w lusterkach, wjechała mi w martwy punkt, ale ja miałam refleks i Mąż ani pisnął. Jechałam tak ładnie, że nie zazrzędził ani razu i tylko w okolicach fotoradarów przypominał o ich istnieniu. Potem nawet  stwierdził, że się wyrobiłam. Albo rzeczywiście, albo ma wyrzuty sumienia po wczorajszych studentkach i dlatego jest taki miły.

Spędziliśmy leniwe przedpołudnie w Kościerzynie jedząc pizzerki z salami i szwendając się. W najlepszym mieście świata ktoś życzliwy dał poradę zdrowotną (zdj. 1), którą Mąż i Staszek próbowali uskutecznić. Zaszliśmy do Lemon Tree na barszcz i on był ekstra. CDSCN7818hociaż regularnie powtarzam barszcz z przepisu, nie udaje mi się tego efektu osiągnąć. Pani Kasi było bardzo miło, gdy zamówiliśmy drugi. Zamawialibyśmy do oporu, ale czekały nas spacery za jasności, a i Staszek nie współpracował za dobrze. Przy pierwszym barszczu stanął tyłem do nas na skórzanej kanapie i gapił się w przestrzeń. Skwapliwie korzystaliśmy z chwili spokoju, chociaż jednocześnie niepokoiliśmy się bardzo. Przy drugim barszczu trochę pochopnie wyrwaliśmy go z osowienia i zaczął sprawiać trudności. Mogliśmy byli dać mu kilka minut więcej.

Wieś powitała nas śniegiem po kostki. Ktoś DSCN7938(ratrak, pług, jak zwał tak zwał) odśnieżył nam drogę zasypując cały podjazd. Żeby wejść na teren działki długonogi Achilles musiał przeskoczyć płot, wziąć z szopy łopatę i wytorować drogę do furtki oraz zrównać z ziemią jej bezpośrednią okolicę, bo nie latała ani wte ani wewte. Po zmianie pieluch ruszyliśmy dalej. Niedokładnie naprędce odśnieżone hałdy śniegu utrudniały zawrócenie. Koła utknęły w zaspie, Mąż spytany jak kręcić odparł: „tak tak tak tak i tak” wykonując jednocześnie ruch ręką jakby skreślał błędnie napisane słowo. Spytany o kolejność tych „taków” zaoferował, że może on zawróci. Ze dwa razy się tak oferował, ale ponieważ pod maską mamy setki konia ja jestem tak wyśmienita i mam tak dużo wyobraźni przestrzennej, to konie sobie poradziły ze śniegiem i pojechaliśmy do Juszek drogą przez las z głębokimi koleinami.  Staszek zaczął przysypiać i musieliśmy szybko wysiadać. Ale nie mogliśmy wysiąść, bo jechaliśmy. Znaleźliśmy inną drogę nad nasze Strupino i na szczęście ktoś tamtędy już jechał, więc była przejezdna. Szybko zabrakłoDSCN8051 miejsca na aparacie, bo ktoś zdjął tylko dwa foldery. Przeglądaliśmy, co można by usunąć. Był już nawet wyznaczony do usunięcia film sprzed trzech tygodni, w którym Staszek chodzi po błocie a ja nieświadoma, że to film mówię, żeby Mąż focił, to naszym znajomym z Warszawy wypadną gałki z orbit, że nie przyjechali na roztopy, ale Mąż stwierdził, że gdzieś była seria pięciu filmów i żebym spośród tamtych jeden usunęła. Staszek, który czekał na zrobienie fotki nurzając gołe łapy w śniegu się wówczas wkurzył i skończyło się na bezfociu i małej furii. Wróciliśmy do domu i Stasio usnęło otulone termoforami, a my zajęliśmy się tym, po co tu przyjechaliśmy, czyli segregowaniem klocków Lego, które kupiliśmy na Święta a myliśmy przez cały wyjazd ślubny i suszyliśmy przez całą ostatnią nieobecność. Złożyliśmy 3 nowe DSCN7994komody na klocuszki. Było wybornie, uroczo i rozkosznie. Mąż bardzo chwali sobie integrację sensoryczną poprzez klocki Lego. Z obudzonym Stasiem obejrzeliśmy film na diwidi*. Próbowaliśmy jeden film, ale nie dość, że miał napisy, to zacinał się. Zmieniliśmy na „Narzeczoną dla geniusza” i to jest od dziś mój ulubiony film. Oglądaliśmy go do końca trzymając Staszka siłą na dole i powyżej pory usypiania, bo ja odmówiłam zostawienia sobie części na śniadanie. Trzymany siłą Staszek zainteresował się suwakiem własnej bluzy i już kuma jak to działa.

Muszę jednak pozostawić drogich czytelników z pewnym niedosytem informacji o naszym sielskim życiu, gdyż noc jest krótka, a nie dość, że mamy kuriozalne ilości klocuszków do rozsegregowania, to jeszcze chcemy się oddać odśnieżaniu, bo to wywołuje endorfiny i tak spędzaliśmy podroż poślubną, więc wiadomo.

*Film był tak naprawdę na fałcede i trzeba było w połowie zmienić płytkę. Gdybyśmy byli w kinie studyjnym, to byłby na dyskietkach i je trzeba byłoby zmieniać co 10 sekund. Stąd nazwa- studyjne, bo to studenci zmieniają te dyskietki.

   DSCN8124

DSCN8123

DSCN8010

Jak co roku w chałupie…

DSCN1339Cytrynna i Mąż jadą jutro jak co roku od sześciu lat świętować swoją rocznicę ślubu. Trzecią. Stasio (czterolatek, urodzony w 2011) zostaje w domu na całe dwie noce. Jak to się stało, że jeżdżą od tylu lat? Zawsze w lutym była sesja, a po sesji było wolne. Tuz przed pobraniem się, gdy uwspólniono pamiątki, odkryto, że jeszcze przed ślubem wybierano właśnie 9.02 na podróż. Dowodem w sprawie były bilety pks. Naturalnym więc było jechać w podróż poślubną zaraz po ślubie, jednak nie dało się pojechać w dniu ślubu, bo nocą nie jeździ nic, a ewentualny odwoziciel też nie powinien nocą wracać w zimie. Z kolei nikt by nie chciał odwoziciela na noc poślubną zatrzymywać w domu. Podróż poślubna odbyła się więc nazajutrz i potrwała aż do sesji poprawkowej, czyli całe 4 dni.

W roku kolejnym DSCN8961podróż miała dla wyrównania statystyk odbyć się 8 lutego, ale wówczas akumulator (l. 12) odmówił posłuszeństwa. Odbyła się więc klasycznie, w dniu rocznicy. A jeszcze dzień później wracano do miasta po klocuszki, którymi miano się wówczas zajmować, a o których się okazało, że jednak nie ma ich tam gdzie być miały. Było to pierwsze wspólne podejście do klocuszków i Mąż nierzadko opowiadał jakie to miał zestawy, pokazywał w katalogach i ogólnie jarał się. Znaleziony na wsi kartonik jednak zdawał się przemawiać: „chyba poniosła Cię fantazja, chłopcze!”. Z Gdańska przywieziono jednak solidne porcje klocków Lego, które uwiarygodniły fantastyczne historyjki Męża. Korzystając z kilku minut pobytu w mieście i dostępu do internetu odkupiono wówczas Optimus, który właśnie spadał po górce, na której się sprzedał i zarobiono, gdyż były to czasy korzystnej giełdy. Wracając z owej rocznicy w walentynki wykonano dryft stulecia, który 9022008nauczył Męża ostrożności w lesie zimą.

W roku kolejnym nie trzeba byłoby jechać na wyjazd ślubny, bo tam aktualnie mieszkano, ale przez trzy dni w tygodniu pracowano w mieście (po 12 godzin). Te trzy dni wystarczyły domowi by zamarzł. Rocznica polegała na bieganiu między piwnicą a Staszkiem w łózku i zabawianiem tego żywego oraz przywracaniem do życia zamarzniętego. 90209Po odzyskaniu wody w kranie rozparcelowano zestaw 10193 (Medieval Market) sprowadzony okazyjnie z USA za pośrednictwem Polameru wraz z innymi fajnymi skonsolidowanymi w jednej paczce rzeczami z Hameryki.

Wszystkie te wyjazdy, tak różne od siebie łączy to, że małżeństwo, nawet jako nie-małżeństwo, maluje się, gdyż szczęśliwie udaje się mieć rocznicę w karnawale. Za przypomnienie o makijażach dziękuję Lolince.

Jutro Staszek zostaje w domu. Jutro pierwszy raz małżeństwo jedzie we DWÓCH. Przed ślubem towarzyszyła im babcia, po ślubie odwieźli ich rodzice (dojazd tam obecnie już NIE istnieje, a nie mieli swojego zieloniutkiego), zaś od 2011 w różnych formach jeździł z nimi Staszek. Jadą we DWÓCH! I prowadzi Cytrynna.

DSCN1395

DSCN7376

DSCN7345

DSCN6246

DSCN1477

Błoto pośniegowe

DSCN1093Zakończyliśmy właśnie dwudniowy pobyt na wsi. Stasiaczek wyleczył się całkowicie z tego kaszlu, którego nie miał. Pobyliśmy z rodzicami, postresowaliśmy się w nocy, gdy synek budził cały dom informując, że zaraz się zleje. Od najmłodszych swoich dni zawsze wiedział kiedy się zleje i ostrzegał o tym z kilkuminutowym wyprzedzeniem. Mimo najstaranniejszego na świecie zakładania pieluch nie potrafię tego wyeliminować. Teraz wróciliśmy do domu, który tymczasowo mamy w Gdańsku. Siedzimy pod naszą choinką i delektujemy się jej piernikowym zapachem. Jesteśmy bliscy przesunięcia pory snu z piątej na drugą, ale nie jest to jeszcze stabilne.

Mąż, wśród całej sterty drobiazgów, znalazł po choinkę takiego oto hendmejda, zaczętego dwa lata temu i w większości zrobionego ręcznie a jedynie wykończonego maszyną niedawno, bo zabrakło mi entuzjazmu przy wszywaniu koronki i hendmejd leżał i czekał na okazję. DSCN1597

Znalazł też sporo książek, aDSCN1579 książki stanowią dla nas nie lada problem, gdyż nie mamy już na nie miejsca. Głównym kosztem książki jest miejsce na jej przechowywanie. Książki leżakują w szafach za swetrami, w szafkach i na regałach oraz na półkach wiszących i nad nimi. Zajmują wszystkie pawlacze, mają swoją półkę mojego projektu i niemal w całości mojego wykonania pod biurkiem, niektóre musiały nawet trafić do pawlacza w łazience. Niektóre znalazły schron u babci, inne obciążają slaby drewniany strop na wsi. Wiele nie przyjechało jeszcze z panieńskiego pokoju. Książki mają gorzej i ciaśniej niż my. Dzisiaj zapadła decyzja o odesłaniu kolekcji książek gazety wyborczej  na wieś i zrobieniu za swetrami miejsca na coś bardziej potrzebującego. Z kolei cenne miejsce pod biurkiem zajęły aktualnie nieprzebrane ilości klocuszków w ilości 38,5 kg kupione za bezcen i zupełnie dobre jeśli chodzi o ich wybór i stan. Coś wspaniałego, ale nie do przebrania przed emeryturą ani do ogarnięcia.

DSCN0840Z powodu pewnego kwasu, który rozlał się 25-ego o poranku właściwe Święta zaczęły się u nas dopiero pod wieczór. W efekcie czynności i podróże zaplanowane na ten dzień przesunęły się o całą dobę. 26-ego w moim rodzinnym mieście przyszło nam jeść obiad, który jeść mieliśmy dzień wcześniej. Pogoda jeszcze dopisywała i chłopcy wybrali się na spacer. Starszy chłopiec wypuścił młodszego na błoto pośniegowe i zadowolony był, że młodszy w błocie taplał się. Wrócili obaj ubłoceni i zadowoleni, a ja jako matka odkryłam wówczas, że błoto pośniegowe jest tym, czym jest błoto pośniegowe gdy ze śniegu przemienia się w błoto. Ubranka synka i jego obuwie cuchły psią kupą! Starszy chłopiec tłumaczył się, że nie pomyślał iż ktoś może nie sprzątać po psie. DSCN0591

W czwartek pogoda nie dopisała i nieco padało, ale nie przeszkodziło nam to w zostawieniu Stasiaczka bardzo szczęśliwym dziadkom i pojechaniu do Kościerzyny, która jest najlepszym miastem świata. Każde miasto powinno być budowane na planie Kościerzyny. Korzystając z braku wózka, który stanowi pewne ograniczenie jeśli chodzi o wchodzenie do sklepów, weszliśmy do każdego sklepu. Z Kościerzyny przywiozłam sobie również jedyną słuszną herbatę, która jest tylko w Kościerzynie, w Leklerku (to z kolei daleko i nie po drodze) oraz bywa u Piotra i Pawła, ale drogo.

W dniu dzisiejszym odbyła się seria spacerów wykorzystujących lekki tylko przymrozek i świetliste słońce. Stasiaczek, jak to on, zawiódł matczyneDSCN1053 oczekiwania co do wypuszczenia go na łono natury i krótko po wyruszeniu zasnął. Tym samym korzystał z dobrodziejstw świeżego powietrza nie stresując się, że ktoś mu wcisnął rękawiczki na łapki, a jednocześnie zorganizował sobie dzień tak, by mieć dwie drzemki dzielące dzień na trzy równe części. Mistrz! No ale wstał już o ósmej wypuszczając sobie strumień moczu na brzuch!

Rozwinęliśmy także swoje rozgrywki w Carcassonne. Stopniowo wprowadzamy reguły z poszczególnych dodatków i potrafimy nawet walczyć przeciwko sobie o miasto. Kluczem do radości z rozgrywki wzbogaconej o konkurencję jest niesumowanie punktów podczas gry, lecz zapisywanie ich tak, by nie było widać, do ilu się sumują.

Brodacz (w tej roli Mąż) osiągnął już apogeum tego, co mógł osiągnąć w kwestii zarostu. Uparcie odmawia ogolenia się przed nowym rokiem, kłaki sterczą mu na boki i przypomina świętego Mikołaja, a trochę też sąsiada ze wsi. Ani to ładne, ani apetyczne.

DSCN1121

DSCN1079

Supertata

Jak obwieszcza plotek.pl, Borys Szyc to supertata. Chciałam niniejszym złożyć oświadczenie, że Staszek, synek, którego podobieństwa do mnie nikt nie odmówi, a którego powiłam 12 sierpnia 2011 w Kościerzynie, na co są świadkowie, nie pochodzi w żadnej linii od Borysa Szyca, jest zaś synem mojego SuperMęża,  na razie jedynym.

Fotostory o poziomce

W zeszłą sobotę stanął nam w polu Lanos i zostawiwszy go, ruszyliśmy z wózkiem w 4 kilometrową podróż do domu. Inna szczęśliwa rzecz, że to pole, w którym zepsuł się, było 200 metrów od warsztatu. W podróży do domu okazało się, że w przydrożnym rowie pełno jest poziomek. Nie mogliśmy się nimi najeść, bo dziecko głodne i gorączkujące jechało w wózku. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że gorączka jest z ząbkowania i ja się martwiłam. W międzyczasie rodzina powiedziała nam, gdzie są jagody, więc w niedzielę, zaraz po Mszy i bez obiadu zapakowawszy mleko, termosy, pieluszki, chusteczki, ciuszki na zmianę i chipsy dla siebie oraz puste słoiki w ilości hurtowej ruszyliśmy na długą pieszą wycieczkę trasą sentymentalną, którą pokonywaliśmy w sierpniu 2007, oboje z gorączką, bez sprawnej komórki i bez wody a Mąż nawet z kleszczem w udzie. W planie były jagody, jagody, jagody oraz poziomki. Po litrze jagód jagody znudziły się a zaczął się las poziomkowy. Stasio po mleku spało, potem nie spało, ale zbieranie poziomek akceptowało. Cwaniaczek zjadł liście dębowe, które dostał do zabawy, więc w przydrożnym rowie zwrócił je, dał się przebrać i czerpał radość z przydrożnego rowu,  ja sprzątałam wózek po wymiotach, a Mąż zbierał poziomki, których już wówczas mieliśmy litr, ale trafiło się takie poletko, że grzechem byłoby przejść obok niego obojętnie. Efekt- słoik 0,7 litrowy na dodatek. Owoce zagotowane czekały w lodówce na poniedziałek, który miał przynieść cukier żelujący oraz truskawki na rozmnożenie poziomek, gdyż straciły one na objętości boleśnie. W jedynych dwóch sklepach w naszej wsi tego dnia truskawek nie było, ale na szczęście po południu przeszedłszy w deszczu owe 4 kilometry odebraliśmy naszego zieloniutkiego i mogliśmy sprowadzić truskawki z nieodległej Kościerzyny. Mimo godziny 19 pan z samochodu sprzedawał truskawki na koszyki. Uśpiwszy Stasio dokonaliśmy reszty, truskawki miksując a następnie dodając do nich całe poziomki. Wyszło 1,5 słoika jagód oraz 9,5 słoika truskawko-poziomek, które są ekstra. Uf, z tego wpisu o mało nie przypaliła mi się kaszka na jutrzejsze śniadanie dziecka. Ale jednak nie, dobrze jest, a będzie jeszcze lepiej.