O rzut kamieniem

DSCN2973Spędziliśmy na wsi kolejny weekend. Zaczęliśmy go w sobotę późnym wieczorem po dniu spędzonym przez Męża na wytężonej pracy w pracy, zaś przeze mnie na próbach uśpienia Staszo, które spania odmówiło, w zasadzie po raz pierwszy w mojej matczynej karierze i to przy zachowaniu sprzyjających warunków. Innym odmawia gdy tylko inni próbują (zawsze, lecz z uwagi na rzadkie próby- rzadko), mi jednak nigdy jeszcze. Oczywiście nie zmarnowałam dnia na nieudane próby, lecz puściłam krnąbrnego syna przed telewizor, sama zajmując się Mocarstwem Marcina Wolskiego, gdyż należało mi się to jak psu micha.

W niedzielę, tuż po Mszy, czyli grubo po dwunastej (a byliśmy na Mszy wcześnie…) wyruszyliśmy z naszym przenośnym piknikiem do odległych o rzut kamieniem Juszek. Po drodze dogoniliśmy jełopa z Gdańska, który jechał przez las z prędkością niespełna 20 km/h i rozjuszał Cytrynnę, która siedziała mu na ogonie, a nawet na zderzaku. Nie zatrąbiła jednak bo jest pełna kultury, a on nie zjechał na bok, bo był jełopem. I tak przez całe 4 kilometry… Na tej łące co zawsze spotkaliśmy kozę i koźlę- te co zawsze. Koźlę przezDSCN2392 tydzień rozwinęło się tak, ze musiało już być przypięte do pachołka. Nikomu to jednak nie przeszkadzało. Synek i Mąż bawili się w najlepsze z mamą kozą i z małym koźlęciem, które ma już płeć i to koziołkową, a nie kozią. Synek zapodawał trawkę, a Mąż nadstawiał się koziołkowi do zabawy. Koziołek korzystał. Ja też chciałam mieć słit focie, ale zwierzątko poturbowało mi ramię lekko i ugryzło, też lekko, co zniechęciło mnie do pozowania.

Gdy zabawy znudziły się Cytrynnie dość, by nie chciała już tolerować tego, że inni bawią się dobrze, cała rodzina wyruszyła dalej. Pojechaliśmy na plażę nad jeziorem Strupino, gdzie bawiliśmy zeszłej soboty. Stały tam już 3 inne samochody i odbywał się nawet grill, więc objechaliśmy zawracajkę dookoła i odjechaliśmy stamtąd w poszukiwaniu dojazdu do plaży na przeciwległym brzegu, którą to plażę wypatrzyliśmy przez okno. DSCN2499Znaleźliśmy taki dojazd i rozpoczął się piknik. Syn chciał wejść do wody i dostał taką możliwość. Robił pod siebie niczym ptak, który wydala na bieżąco i to było urocze. Stolce zakopywaliśmy w lesie nieopodal, bo to jednak razi wzrok. Dziś zaś usłyszałam od bliskiej osoby, że powinniśmy mieć specjalne pieluchy do wody, bo „zanieczyszczamy jezioro sikami Staszka”. Piszę o tej fizjologii, gdyż był to istotny krok w drodze do postępu. Postęp nastąpił wczoraj, kiedy to synek postanowił sam nieprzymuszany zasiąść na nocniku i wydalić do niego kawałek marchewki. Ucieszyło go to niesamowicie i wiele razy jeszcze na nocnik wracał żeby polać ‚marchewkę’.  Radośnie próbował też nurzać stopy w nocniku i roznosić produkty po dywanach, ale matka była czujna i silna. Odkrył naturalną ludzką potrzebę oglądania własnego stolca i zapewne nie będzie go chciał już robić inaczej. Rozpoczyna się era oszczędzania pieluch (i lania gdzie popadnie). Dziecko będzie tańsze w utrzymaniu i DSCN3362można sobie zrobić drugie praktycznie nie zwiększając kosztów. Syn do tej pory od nocnika uciekał i żaden znawca go namówić nie mógł a dziś stało się to siłami natury*.

Synek kąpał się, jadł banany w wodzie i biszkopty na brzegu. Pozwalał ważkom lądować na swojej czuprynie. Uciekał w las porywając ojcowskie kapcie (tak! Mąż nosi klapki i to do skarpet! Jest bardziej polski niż Polak w sandałach i skarpetach!) i gubiąc je po drodze. W pewnym momencie zawołał z odległego jagodziska, bo pokłuł się w stópkę i nie mógł zrobić ni kroku. Zanurzony w wodzie zapomniał jednak, że nie mógł. Rozmawialiśmy ze sobą próbując wymienić jakąkolwiek wadę Cytrynny jako żony, gdy nagle zabrakło miejsca na kolejne zdjęcia DSCN2618w aparacie, a właśnie miał dojść do głosu Mąż sprawiający wrażenie, że ma coś do powiedzenia. Wówczas owa Cytrynna posłała swego Męża do auteczka, by z jej portfela wydobył zapewnioną na taki wypadek zapasową kartę pamięci. Nie trzeba dodawać, że światło dzienne żadnej wady nie usłyszało dzięki takiemu zabiegowi.

Myślałam, że spędzimy nad jeziorem dzień cały. Było rajsko i leniwie, ale w pewnym momencie Mąż zarządził odwrót. Odjechaliśmy drogą, która biegła do Wdzydz. Na drodze spotkaliśmy parę rowerzystów, którzy jechali w parze obiema jej stronami i laska, która jechała niewłaściwą ze stron, w ogóle nie kwapiła się do ustąpienia słusznego pierwszeństwa auteczku. Wymusiła zatrzymanie, po czym zsiadła ze swojego wehikułu i na bok drogi zeszła z komentarzem, żeby wolniej jechać. Cytrynna odparła jej o wiele słuszniej swoją racją. Z Wdzydz udaliśmy się do L. omijając dom szerokim łukiem. Syn usnął w auteczku i dał się przenieść na wózek, więc pozwolono mu spać dalej przez dwugodzinny spacer. Nie było jagód, lecz znaleźliśmy duże kurkowisko. W sam raz na jajecznicę. W sam raz dla owrzodziałych. DSCN2866Potem zaś udaliśmy się do Czarliny, gdzie niegdyś był pomost, na który lubiliśmy przyjeżdżać. Bardzo często, gdy wracaliśmy z Gdańska do domu, Mąż wiózł nas na ten pomost w ciemną noc mimo protestów swojej żony. Tym razem pomost nie nadawał się do wejścia wcale, był zwandalizowany totalnie. Nie załamaliśmy się mimo to i powędrowaliśmy na odległy o rzut kamieniem cypel, gdzie przycupnięto i kamieniami w wodę rzucano. Rzucał każdy. Ustalono pewne sprawiedliwe reguły wedle których kamieniem Cytrynny był zawsze ten, który poleciał dalej. Do zabawy włączył się i synek, którego kamienie jakimś cudem spadały z brzegu do wody ledwo tylko o ten brzeg hacząc.

Następnego dnia wyruszyliśmy nieco wcześniej. Pojechaliśmy do odległych o kilka rzutów kamieniami Płocic, gdzie dawno nas nie było. Zagajnik w Płocicach słynie z grzybów i tak było i tym razem. Zapełniliśmy kurkami pudełko od bułki, z którego trzeba było w tym celu bułkę wyjąć. DSCN2805Pojechaliśmy dalej, gdyż naszym celem był jar Wdy pod Płocicami. Od dawna planowaliśmy tamtędy pójść, ale zawsze albo ktoś spał albo komuś nie chciało się. Tym razem nie spał nikt, a ci, którym się nie chciało, zostali zahukani. Szliśmy, a ze ściółki zaczęły wyglądać do nas kolejne kurki. Przeznaczyliśmy dla nich różową czapeczkę. Nagle i niespodziewanie Mąż ujrzał prawdziwy duży grzyb będący borowikiem. Był to grzyb o kubaturce 6 litrów, gdyż mierzył 20 na 20 na 15 centymetrów. Wzięliśmy go z zamiarem zaszpanowania przed kimś, kto by docenił, lecz ogląd grzyba w domu przyniósł niepokojące niusy- grzyb zsiniał niczym typowy ‚szatan’, co połączone z jego wyglądem wskazuje, że prawdopodobnie był to borowik ceglastopory lub inna niewesoła odmiana. Z żalem odnieśliśmy go do lasu.

Znajdowanie pierwszych grzybów w lesie powoduje, że DSCN2708człowiek przestaje doceniać las i wpada w nałóg grzybiarza. Musieliśmy wybrać moment stopu i zawrócić by synek mógł usnąć. Zrezygnowaliśmy z odwiedzenia znajdującej się o rzut kamieniem Łubiany co by synka nie targać. Zjedliśmy pizzerki w mieście i odwiedziliśmy ulubione sklepy nic w nich nie znajdując. Kupiwszy kosz truskawek, odjechaliśmy przez las. Syn domagał się podawania mu czerwoniutkich owoców i chociaż było późno, ani myślał spać. Zatrzymaliśmy się nad jednym z „naszych” mostków i spotkaliśmy krowę. Krowy są nieco tchórzliwe i chociaż mają siłę pokonać każdego człowieka poza Ursusem, uciekają przed nim na ile postronek pozwala. Ja jestem zaklinaczem krów i mówię do nich zawsze miło o naszych czystych intencjach, ale one zdają się to ignorować. Tym razem jednak krowa mnie posłuchała, uwierzyła w nasze dobre zamiary, zaufała i pozwoliła synkowi dosiąść się na potrzeby słit foci.

Będąc blisko Juszek, podjechaliśmy do ‚naszych’ kóz. Synek ocierał się o mamę kozę lub pozwalał jej dźgać rogami swoje plecy. Mąż pozwalał młodemu koźlątku na wszystko. DSCN3392Gdy ja chciałam się pobawić, dołączył do mnie synek i wówczas o mało nie stracił oczka. Koźlę chciało się bawić, a on był taki malutki i nic nie kumał. Nie wiedział, że rogi należy od siebie odpychać. Ja wiedziałam, ale nie miałam żadnego pola manewru, gdyż synek włażąc na mnie, unieruchomił mi większość kończyn. Mogłam tylko gderać i zrzędzić. Mąż, który jest nieczuły na gderanie i zrzędzenie, zignorował moje okrzyki i kręcił sobie spokojnie film o małym nieszczęśliwszym Staszku, którego nie bawiła już zabawa i o koźlęciu, które nagle podbiło Stasie oczko… Historię o zupełnie legalnym przewróceniu się w lesie uwiarygodnia zdobyta później na schodach szrama na przeciwległym policzku.

Tak ubawionego synka zabraliśmy do domu, ofutrowawszy czym się dało i podawszy mleko, poszliśmy uśpić nad jezioro. Uśpiony synek spał a my czytaliśmy sobie naszych Marcinów Wolskich siedząc pod drzewem… Było mega. Osobiście uważam ów wieczór za najlepszy w całym wyjeździe.

*Uważam, że nie jest to nadużycie bardzo ładnego i wiele wyrażającego określenia, gdyż dotyczy naturalnego procesu w życiu dziecka. Pod oknem zaś mamy parasol lokalu gastronomicznego z identycznym hasłem i dotyczy on piwa, co jest już solidnym nadużyciem i razi mnie niesamowicie.

DSCN2659

DSCN3037

DSCN3072

DSCN3263

Reklamy

Kozia mama czyli satyriatis

DSCN0682Jak to zwykle bywa, pobyt na wsi był za fajny, by opisywać go na bieżąco, zaś powrót do miasta był tak skrajnie niefajny, że oblał powłoką kwasu całe wspomnienie wyjazdu i uniemożliwił rzetelne opisanie go. Tym razem rozeszło (rozpłynęło) się o mleko. Najpierw okazało się, że w puszce z mlekiem jest inna łyżeczka niż zawsze stosowane łyżeczki, co mogłoby wskazywać jakoby użyto tańszego mleka, które bezczelnie przesypano dla niepoznaki do puszki po najdroższym możliwym. Mało tego, główny zainteresowany odmówił wypicia wieczornego mleka (o wartości zwielokrotnionej przez dodanie acidolacu) kręcąc stanowczo główką i zaprzeczając czemu tylko się dało. Mleka odmawiał głośno i kategorycznie oraz długotrwale i nieugięcie. Nerwy wszystkich wiszą na włosku i gotowe zerwać się nagle. W niczym nie przypominał dziś synka zachwycającego, którym był przez ostatnich 5 dni. Bezmleczne zaśnięcie odbyło się na tyle późno, że nie została już ani chwila wieczora, a zamiar wczesnego położenia się został żywcem pogrzebany.DSCN1045

Nikt już nie pamięta o tym, że zaledwie dobę temu było jeszcze fajnie. Nikt tego nie ma ochoty opisywać. A było fajnie. Byliśmy wszędzie i robiliśmy wszystko. Byliśmy nawet na jeziorze i spotkał nas tam sztorm i nie mieliśmy jak przypedałować rowerem wodnym do przystani. Pedałowali wszyscy na zmianę, lecz znosiło nas ciągle w to samo, odległe od celu miejsce. Dwie i pół godziny pedałowaliśmy, a każda minuta kosztowała. Najmłodsi zgubili czapeczkę i cofaliśmy się po nią. Istnieją naprawdę urocze zdjęcia z pedałowania Cytrynny i Staszka wraz, ale widać na nich całe nogi, gdyż wiatr zawiewał sukienką jak chciał, przez co urocze zdjęcia nie nadają się do publikacji (jako intymne, nóżki są jak najbardziej okej) i nie ma publicznego dowodu, że Cytrynna nierobem nie jest.

DSCN1142Byliśmy także w lesie i znaleźliśmy tam pierwszą tegoroczną kurkę. Myśleliśmy żeby podarować ją tacie do jajecznicy jako miły gest, ale znaleźliśmy dla kurki zastosowanie lepsze. Widzieliśmy też żmijkę żywą i raka martwego. Kąpaliśmy się w jeziorze i kąpała się też lala o szmacianym brzuszku, prezent synka w jego dniu. Macaliśmy się z krowami, które uciekały i cielakami, które uciekały mniej. Budziły nas ptaki, które są okropne, defekują na pozostawione przed domem na chwilę koce i na świeżo umyte auta oraz budzą o świcie, ale są sentymentalne, bo tak samo budziły dwa lata temu, a my lubimy sentymenty. W Juszkach spotkaliśmy ‚naszą’ kozę oraz jej młode, które doceniło cytrynniny urok i mając do wyboru skłonne karmić je zielskiem Stasio, gotową do zjedzenia lalę oraz sympatycznego maślanego Męża, nieodmiennie wybierało Cytrynnę, którą obskakiwało swymi kopytkami oraz drapało swymi rogami. Syn DSCN1455od kóz uczy się zwinności i skacze niczym górski okaz tego zwierzęcia między przodem a tyłem samochodu. Potrafi sam załadować się na swój fotel, gdy uzna, że czas na wycieczkę. Potrafi przejść płynnie na przód i rozregulować lusterka. To on jest podejrzany o zrobienie luzów na kierownicy. Chętnie włożyłby kluczyk do stacyjki i odjechał, ale przecież JESZCZE nie sięga do pedałów. Ogranicza się do wskazywania, gdzie kluczyk wkładać. Zawsze pierwszy widzi auteczko z daleka i biegnie do niego, klepie po masce mówiąc „lania” i wskazuje po kolei wszystkie dziurki na klucz. Istnieje hipoteza, że jako siedmiolatek będzie rwał laski na samochód ojca, którym będzie potajemnie jeździł:)

DSCN1596Byliśmy w najlepszym mieście świata na festynie z okazji dnia dziecka i synek zasiadł w aucie strażackim, ale nie docenił. Docenił za to balonik i miał. Macał psa, gonił kota, kopał piłkę i zdmuchiwał dmuchawce (strząsał tylko).

W lasach błądziliśmy i przynajmniej raz dziennie gubiliśmy samochód. Odkryliśmy nowe trasy i nowe miejsca, zarówno piknikowe jak i potencjalnie grzybiarskie. Odkryliśmy też ‚skrót’ z Juszek do Wdzydz. Jeśli następnym razem będziemy chcieli powitać we Wdzydzach gości, którzy skręcą na Juszki, będziemy mogli ich przynawigować, bo już umiemy. Odkryliśmy także trasę spacerową z Gołunia nad Strupino. Byliśmy na nieczynnym peronie w Olpuchu, który dobrze wspominamy.

Synek nauczył się zamykać w samochodzie od środka i wie, że oraz DSCN2109jak się otworzyć. Otworzyć potrafi sobie także i banana. Zgubiliśmy tylko jedną skarpetkę. A odkurzanie zasypanego czipsami auteczka wzbogaciło nas o 5 złotych w trzech monetach oraz poszukiwaną przez całą zimę skrobaczkę do szyb (w marcu kupiliśmy zapas skrobaczek żeby na przyszłą zimę już mieć) oraz dawno temu zagubioną baterię numer dwa do aparatu. Mieliśmy wchodzić na ambonę (też sentymentalną), ale była mokra i śliska a w kaloszach nikt nie był dość pełnosprawny, by jeszcze dziecko asekurować lub wnosić. Obiecaliśmy więc synkowi paśnik i dotrzymaliśmy słowa. Porównywaliśmy Ice Tea Liptona i Ice Tea Siti z Lidla na korzyść tej ostatniej. Karmiliśmy synka słoikami. Przez długi czas wybieraliśmy pizzę i żadna nam nie pasowała, aż odkryliśmy ostatnią pozycję w menu- pizzę z 5 wybranymi składnikami i wyboru dokonaliśmy w try miga. Kupiliśmy sobie drewniane misie jakich jeszcze nie mieliśmy (za 6 złotych wiadomo gdzie). Nosiliśmy sukienki (akurat tylko Cytrynna) lub DSCN1947koszulki pasujące do dziecięcych czapek (to z kolei tylko Mąż). Pożyczaliśmy mamine sweterki przemoczonym synom. Mąż wynalazł czapeczkę różową taką jaką żona już miała i która pobrudziła się smarem podczas wymiany kół. Teraz tą zasmarowaną może mieć Mąż i ona jest męska a Cytrynna może mieć czapeczkę bez smaru i mogą do siebie pasować jak jeszcze nigdy. Żonie udało się po kawałku, kradnąc czas wycieczkom i ze snu rwąc przeczytać najnowszego Prezydenta von Dyzmę. Na wycieczkach tez przeżyliśmy, chociaż to akurat duże pole do konfliktów, bo Mąż wolałby być aktywny, a żona wolałaby długo leżeć. Mąż pozwala żonie rozbijać piknik kilka razy dziennie i polegiwać wśród ciastek czekoladowych i butelek z napojami, byle daleko od domu.

DSCN2056

DSCN0767

DSCN0967

DSCN0983

DSCN0997 DSCN1019 DSCN1021 DSCN1032

O Staszce, kaszce, kozie i upartej kozie

DSCN6938Staszek zaczął dzień od Mszy, a Mszę postanowił spędzić za żywopłotem u proboszcza. Domagał się też konia zza płotu, ale bezskutecznie. Nie było lekko. Być może spędziłby ją godnie, gdyby nie poleciał na laskę. Laska była typową „zmanierowaną wytapetowaną damą z syndromami megalomana”. Miała może 4 lata, a może i nie i biegała w tę i we w tę wzdłuż kościoła czyli schodami, odgięta w tył i wyniosła. Rzucała oczkiem na Staszka, a on pragnął. Nie wiadomo czego pragnął, ale byłby przeszczęśliwy, gdyby choć na chwilę przyjęła od niego misia. Ona jednak przebiegała blisko, tak by się otrzeć, lecz jednocześnie daleko, delektując się, że maluszek nie pokonuje schodów tak sprawnie i nie biegnie tak szybko. I że to on jest tym, któremu zależy. Niemądra koza z mlekiem pod nosem! Mam zadatki na paskudną teściową dla swojej synowej, ale tamtej panienki bym stanowczo nie chciała widywać pod swym dachem ani u boku swego syna. Na szczęście Staszek akurat ma narzeczoną z dobrego domu.

Byliśmy na wycieczce-pikniku w Juszkach. Spotkaliśmy naszą kozę zeszłoroczną, ale zza płotu. Koza ma koźlę i Staszek był zadowolony. I domagał się. Były i kury i to nie na dachu. Na szczęście też i nie w sieni. Trafiliśmy nad jezioro z tego wpisu. Leżeliśmy i jedliśmy kabanosy. Było cudnie. Niektórzy zaczęli grzebać w ziemi i wtedy inni rtzeźwo wyciągnęli z podwozia wózkowego wiaderko i łopatkę DSCN7013oraz grabelki. Dało to zajęcie najmłodszym z nas na wiele minut. Aż zaniemogli na jakimś grubszym patyku. Wówczas zwrócili się o pomoc do matki a zobaczywszy jak jej dobrze idzie, podawali łopatkę z prośbą o napełnienie, po czym zsypywali jej zawartość do wiaderka i ponownie podawali pustą. Gdy piknik dobiegł końca, syn zasnął. Dał się przenieść do auta i spał dalej. Zajechawszy pod dom, przynieśliśmy Eldorado Fortress na trawnik celem budowy i czuwaliśmy nad spokojnym snem maluszka. Eldorado Fortress, podobnie jak Black Seas Barracuda pójdzie wkrótce pod młotek. Przyszedł czas, że maluszek zbudził się, skorzystał z niezapiętych pasów i rozejrzał. Tak ucieszył go widok rodziców zza tylnej szyby oraz ogólnodostępne wnętrze auta, że nie zauważył, że ci rodzice robili coś bez niego. Następnie odbył się grill i syn podbierał ogryzione skrzydełka matce zamiast czerpać z wyselekcjonowanych kąsków. W międzyczasie odbyło się też przekładanie pasów w foteliku dzidziusiowym na najwyższą pozycję, gdyż dzidziuś ma już swoje gabaryty. Była to jedna z najbardziej skomplikowanych i niewdzięcznych czynności ever. Po grillu odbył się spacer, podczas DSCN6976którego zadzwonił ojciec chrzestny proponować matce, że jutro zajmie się Staszkiem przez dwie godziny, co by ona sobie szyła. Jak już wielokrotnie pisałam, ojciec chrzestny (ostatnio przyniósł lody czekoladowo-miętowe!) jest wspaniały. Po spacerze syn odmówił kaszki ryżowej. Zawsze odmawia. Od szóstego miesiąca życia odmawia, a stręczono mu ją wówczas bardzo, co by może raczył choć jedną noc przespać. Kaszka syna była bananowa, co może mu się kojarzyć z wapnem i chorobą, ale mieliśmy jeszcze tylko kaszkę 5 owoców ważną do kwietnia 2013. Gdy sypnęłam kaszką 5 owoców na wodę, wyskoczył z niej obrzydliwy czarny skaczący karaluch! W kaszce dla dzidziusia jeszcze ważnej był! Kaszce, którą ja się miesiącami żywiłam. Ważnej jeszcze! Skakał!

DSCN6994Wracać przyszło nam we mgle, ale i tak wróciliśmy najszybciej w historii naszych powrotów, bo dogadałam się z Mężem, że zwolnię tylko przy fotoradarach, a przez pozostałe wsie przejadę 70 na godzinę. Miałam plan w razie spotkania z panem władzą uśmiechnąć się miło i opowiedzieć o chorym Mężu, śpiącym dziecku i ciężkim życiu kierowniczki, ale jedyny pan władza stał dopiero w Żukowie, przez które z powodu mgły ślamazarzyłam się zaledwie 60-tką. Mgła była gdzieniegdzie okropna i nagle w tej okropnej mgle (ale grubo za Żukowem) w lusterku wstecznym ujrzałam parę świateł żółtych a nad nimi parę migających świateł niebieskich i już dostałam palpitacji, już pomyślałam brzydko o panach władzach i już zwolniłam, gdy okazało się, że żaden pan władza, lecz karetka. Lanos odetchnął dopiero w mieście, gdy dało mu się rozwinąć prędkość 100 nie budząc podejrzeń siedzącego nieopodal Męża i tą wspaniałą pielęgnującą silnik prędkością wziąć kilka ciężarówek.

DSCN6974

DSCN6975

DSCN6984

DSCN6988

DSCN7037

DSCN7043

DSCN7120

DSCN7151

St