W pogoni za czerwonym barszczem

Wczoraj dziecko zostało oddane dziadkom, a my z Mężem wyruszyliśmy naszym zielonym lanosem na Kaszuby. Cel nieokreślony, chodziło o pojechanie gdzieś, gdzie jeszcze nie byliśmy. Wcale niełatwe do osiągnięcia, bo w ciąży jeździliśmy mnóstwo. Już sama jazda była ogromną przyjemnością a dla mnie także odmianą, bo mogłam siedzieć na przednim siedzeniu zamiast, jak zwykle, towarzyszyć dziecku na tyłach, bo dziecka po prostu nie było. Przystanek pierwszy- Płocice. O tej porze roku puste i nijakie, bo tam jeździ się jesienią na koźlaki, ale dla nas bardzo sentymentalne. Przystanek drugi- Dziemiany. Zamierzaliśmy tam zjeść lody jak kiedyś, ale zarówno sklepy jak i miejscowa restauracja-nieczynne. Zrobiwszy kilka zdjęć, pomknęliśmy dalej, gdyż plan był napięty, a dzień krótki. Następna duża stacja- Bytów. Miasto reklamuje się zamkiem krzyżackim, toteż chcieliśmy go zobaczyć. Zamek okazał się jednak nieszczególny, mniejszy niż w Gniewie. Mieści się w nim muzeum, hotel, restauracja, stragany z pamiątkami i bibliotekamiejska. Zupełnie nic ciekawego. Chcieliśmy zjeść obiad w zamkowej restauracji, ale była zarezerwowana na komunie. Podobnie kilka kolejnych jadłodajni. W kilku kolejnych miejscowościach restauracje były z tych samych przyczyn niedostępne dla strudzonych podróżników, w Węsiorach zaproponowano nam poczęstunek na dworze, co bardzo by nam odpowiadało, ale okazało się, że barszczu w ogóle nie ma w menu. Ponieważ było już po 18 i groziło zamykanie rożnych potencjalnych lokali (jeden potencjalny w Kłobuczynie czynny jest do 19), skróciliśmy podroż i pojechaliśmy najkrótszą drogą do Kościerzyny. Miasto doskonale znane, ale ze względu na jego bliskość, nigdy nie korzystamy z tutejszej gastronomii. Pierwsza próba- Mamma Rosa na Rynku. Chyba już zamykali, bo nie powitali nas zbyt ciepło. Ale barszczu i tak nie było. Druga próba- Lemon Tree w ratuszu. Weszliśmy dość niepewnie, wszak nie wiadomo czy nie zamierzają zaraz zamknąć i pytamy o barszcz. Był- z kołdunami i bez. Zamawiamy zatem dwa z kołdunami nie patrząc w ogóle w menu. W celu czekania wzięliśmy menu i milo zaskoczyła nas cena, zaledwie 7 złotych. Po całym dniu poszukiwań zaakceptowaliśmy nawet dwukrotnie wyższą. Gdy przyniesiono nam barszcze, zamówiliśmy jeszcze krążki cebulowe jako „deser”, ale ja spróbowawszy barszczu, od razu wiedziałam, że będę chciała jeszcze jeden. Gdy jadłam mój drugi barszcz,Mężowi też zachciało się jeszcze i tak domawialiśmy po jednym dzieląc się każdym kolejnym aż dobiliśmy do pięciu. Śmiał się i kelner-barman i pani, której siostra barszcz gotuje i ktoś w kuchni po drugiej stronie telefonu, przez który kelner przekazywał zamówienia do realizacji. I moglibyśmy siedzieć tam co najmniej do zamknięcia i się zajadać, ale poczucie przyzwoitości(?) kazało nam na pięciu zakończyć. Był to najlepszy barszcz ever, lepszy niż wigilijny barszcz babci i lepszy niż jakikolwiek gdziekolwiek. I oczywiście lepszy od mojej nieudolnej zimą podjętej próby. Na koniec pojawiła się autorka tego opus magnum i obiecała, że jeśli wrócimy, da nam przepis. Własne nie smakuje tak dobrze jak podane, ale na pewno wrócimy i na pewno będę próbować.

Dziecko śpi, na mnie czeka Wolski  stopka do wszywania krytych zamków- podarek od Męża z okazji 20 maja. I niebieska sukienka, której dół muszę zmienić. Życie jest piękne

Reklamy

Sukienki, ach sukienki…

Zawsze, ale to zawsze, gdy właśnie chcę coś napisać, budzi się dziecko. Dziś się nie zbudzi, bo wyszło z domu. Może jedynie wrócić, jeśli będę się zbyt ociągać.

Jestem bardzo szczęśliwa, bo po wielu tygodniach nie robienia tego, zajrzałam na allegro żeby sprawdzić, czy Marcin Wolski napisał coś nowego i okazało się, że w sprzedaży są aż dwa nowe dzieła wielkiego pisarza. Od razu dodałam je do Wikipedii i tym razem nie zapomniałam się przedtem zalogować. My z Mężem pana Marcina bardzo cenimy, spośród polskich pisarzy najbardziej, obok Marcina Ciszewskiego (ten jest najlepszy, tylko najmniej na razie płodny jako pisarz) i Łysiaka (tego bardziej ceni Mąż). Kiedyś ceniliśmy też panią Musierowicz, ale ona od 3 i pół roku nie chce wydać nowej książki i zwodzi czytelników oraz usunęła formularz kontaktowy ze swojej strony tuż przed tym, zanim zachciałam jej wytknąć znalezione błędy.
Wracając do Wolskiego, poznawszy prawie wszystkie jego dzieła, mogę stwierdzić, że są motywy, które sobie szczególnie upodobał i możesz oczekiwać, że z książce, po którą właśnie sięgasz, znajdziesz jeden z tychże (np. pamięć genetyczna). Teściowi się nie podoba, bo jest katolsko i przewidywalnie, moja mama też nie wpada w zachwyt, bo woli Elfrydy Jelinki i Izabely Alendy(!), ale my z Mężem Wolskiego uwielbiamy i kupujemy w ciemno.

Najładniejszy Materiał Świata

Kolejnym, obok nowych Wolskich, źródłem mojej radości jest Najładniejszy Materiał Świata, z którego uszyte są cudowne zasłonki. Mam go mnóstwo, bo aż dwa komplety zasłonek. Oba zakupy dokonały się w zeszłym tygodniu i czynią mnie przeszczęśliwą ilekroć na nie spoglądam. Od jednych już nawet odprułam taśmy marszczące, ale zanim zasłonki staną się sukienkami, minie jeszcze trochę czasu, bo przedtem muszę:

1) wychować dziecko
2) napisać pracę magisterską
3) uszyć kilka sukienek z tanich jednokolorowych zasłonek, które wzmocnią moje morale oraz dadzą mi wyobrażenie co jak leży i jaki dół będzie najdoskonalszy.

Punkt trzeci pewnie wykona się szybciej od drugiego, a wszystkie opóźni o wieczność pierwszy. Albo nie wytrzymam i pewnego dnia skroję z Najładniejszego Materiału Świata sukienkę bez uprzedniego testowania.

Niedorobiona sukienka w tulipany

Sukienka w tulipany

Bo brak cierpliwości jest tym, co mi utrudnia zarówno szycie jak i w ogóle życie. Pierwszym, co uszyłam i na czym uczyłam się mojej nowej maszyny, była sukienka w tulipany z wykroju z Burdy 11/2007, model 125. Materiał gęsto tkany i igła maszyny czasami wypychała nitki osnowy (tak to się nazywa?) na wierzch. Skroiłam rozmiar 42, bo taki odpowiadał mojemu ówczesnemu biustowi karmiącemu. Uważam, że materiał jest śliczny, nawet jako tako wszyłam zamek kryty mimo, że był to pierwszy raz a ja nie miałam specjalnej stopki, ale zabrakło mi entuzjazmu już nawet do podszycia rękawów. Sukienka ma za duży dekolt jak na moje standardy. Rozważałam podniesienie jej w ramionach, wtedy dekolt byłby dobry, nawet ubytek na długości bym przełknęła, ale podniesienie talii odbiera cały kształt sukienki. Nie ma zapasów nigdzie, bo materiału było ledwo co. Zatem chyba musi zostać taka z dekoltem. Musi?

Moje drugie dzieło-na-ukończeniu to ciemnoniebieska sukienka z płótna bawełnianego nabytego okazyjnie w pewną sobotę jako materiał ćwiczebny. Było tego ponad dwa metry, więc w sam raz. Góra pochodzi z Burdy 3/2011 i jest moim zdaniem pięknie odszyta. Dół układałam sama. Są dwie kontrafałdy na środku i po 4 z przodu a 3 z tyłu mniejsze fałdki skierowane na zewnątrz. Wolałabym kontrafałdy po prostu, ale „w sam raz” materiału to niestety w sam raz a nie na kontrafałdy:)  Na razie góra i dół są tylko sfastrygowane, będę jeszcze skracać górę, bo tu z kolei jest za długa.

niebieska sukienka przód

niebieska sukienka przód

niebieska sukienka tył

niebieska sukienka tył