O jaszczurkach i innych zielonych stworzeniach

DSCN2705Od trzech tygodni cierpię na strach przed niedzielą. Zaczyna się to zazwyczaj w niedzielę wraz z wystawieniem pierwszej nogi z łóżka i trwa aż do późnego popołudnia a czasem nawet średnio późnego wieczora*. Zważywszy, że pierwszą nogę z łóżka wystawiam dość wcześnie, przychodzi mi cierpieć przez wiele godzin. Prawdopodobną przyczyną cierpień jest strach przed własnym Mężem. Mąż jest owrzodziały, o czym dalej. Żeby Mężowi mogły przejść wrzody, musi się dużo relaksować na powietrzu. Ja osobiście najlepiej bym się relaksowała z książką Marcina Wolskiego na puchowych poduszkach i pod puchową kołderką, zakłębuszkowana jak to niegdyś bardzo sympatycznie określiła Lolinka. Ja preferuję optymalne nie za ciepłe ciepło  i słońca nie znoszę. Mąż potrzebuje słońca, nie musi nawet być ciepło. Pod wpływem słońca Mąż dostaje spida i gazuje. Istnieje nawet hipoteza, że Mąż jest jaszczurką. Odmienne wizje sposobów spędzania wolnego czasu generują u nas wiele konfliktów. Zawsze spędzamy czas po mężowsku, a moje grymaszenie tylko psuje atmosferę nie wpływając wcale a wcale na sytuację ogólną. Jestem jednak dobrą żoną i staram się grymasić po cichu, niezauważalnie. DSCN2514

Gdy przychodzi weekend, od samego świtu jestem żwawa. Wystawiwszy pierwszą nogę z łóżka, mam już na sobie pełen ekwipunek i gotowam odpalać silnik i ruszać na wycieczkę dokądkolwiek. No, przedtem napiłabym się W SPOKOJU herbaty, bo to mi koi żołądek i nerwy. Mamy jednak Stasio i ono, chociaż samo rusza widelcem, nie wyrychtuje się samo. W efekcie nie wypijam NIGDY herbatki w spokoju i żołądek nie bywa ukojony. Nerwom nie pomaga nawet niezawodna od pokoleń neospasmina. Mąż, który zaczyna się przygotowywać do wyjścia dopiero gdy ja ze Staszkiem już wyszłam, ma pretensje. Nie jestem w stanie sprostać jego wygórowanym wymaganiom i cierpię.

DSCN2396Z perspektywy Męża sprawy przedstawiają się zgoła inaczej. On pragnie wyzdrowieć i cały tydzień czeka na weekend w nadziei, że może tym razem się uda. Wcale nie zauważa, lub szybko zapomina, że co tydzień się udaje**. Nieśmiało bąka „ale słuchaj, trochę się spieszymy, bo właśnie jest mój jedyny wolny dzień w tygodniu… może mógłbym Ci pomóc?”. Wtenczas żona mówi coś w stylu „ależ oczywiście Mężu, przenoś proszę te rzeczy z jednego miejsca w drugie i z powrotem aż ja będę gotowa”. Półtorej godziny później, czując, że nie zrobił nic owocnego, Mąż w końcu wyrusza z domu wraz z resztą rodziny, do której zalicza się Staszek i żona, jakaś dziwnie niezadowolona. Jadą gdzieś. Mąż pyta i proponuje, co można zrobić,DSCN2693 by następnym razem poszło lepiej. Na ogół chodzi mu to, by wszystko było gotowe do wyruszenia dzień wcześniej.

Tu znów wracamy do żony. Jak mam przewinąć Staszka i zrobić mu picie dzień wcześniej? Nie wspomnę o zawiązaniu bucików. Staszek wyprowadzony w pośpiechu z domu jest niezadowolony i daje to odczuć innym. Co wrażliwsi odczują.

Dzisiaj mieliśmy niedzielę handlową, gdyż co roku tydzień przed świętami jakoś tak wypada, że DSCN2664jest handlowa. W związku z tym, że zapowiadano mrozy i pochmurności, nie byliśmy na wsi. Było jednak ciepło a słońce waliło prosto w umęczone gałki oczne i odbijało się od śniegu i waliło też odbite. Pojechaliśmy do mojej rodzinnej wioski, która tak naprawdę jest miastem. Staszek, zmęczony okazywaniem niezadowolenia, usnął w aucie. Lulał tak słodko, że zajechawszy na miejsce spaceru nie mieliśmy serca budzić maleństwa. Zostawiwszy mu elektroniczną nianię (model nokia 2710 ne+ nokia 6070 plus darmowe minuty i głośniczek), wymaszerowaliśmy sami. Nie było nas około 25 minut, przy czym cały czas słyszeliśmy spokojny oddech potomka i widzieliśmy go z daleka, jak poleguje w puszeczce zieloniutkiej. Gdy wróciliśmy, usłyszawszy gwar, nasza dzidziunia otworzyła swe śliczne niebieskie oczka. Zobaczyła, że jesteśmy i wszystko gra, a silnik nawet buczy i że jednak nikt nie zamierza opuścić auteczka, więc uspokojona usnęła dalej. Mężowi kojarzy się to z pewną sceną z Kilera.

DSCN2621Odwiedziliśmy mój panieński dom i podczas porządkowania notatek ze studiów wydobyłam kartkę z notatkami z ćwiczeń, na które spóźniłam się, ponieważ akurat umawiałam się na pierwszą randkę z moim aktualnym Mężem! Kartka trochę Męża ocuciła i przypomniała mu, że o żonę się dba w każdym stanie, że nie generuje się u żony lęków przed niedzielą i że kiedyś było romantycznie i w ogóle. Zostawiwszy Stasio jego babci, udaliśmy się na randkę. Była to pierwsza BEZTROSKA randka od mniej więcej roku. Byliśmy w lokalu, w którym byliśmy także 22 MARCA 2009 na jednej z naszych wówczas w miarę licznych randek. To takie romantyczne trafić do tego samego lokalu po równych 4 latach. Mieliśmy PRAWDZIWĄ randkę, taką z macaniem się po kolanach i udawaniem, że nie ma problemów. A do tego mieliśmy też randkę samochodową. Gdy byłam młoda i głupiutka, imponowały mi randki samochodowe, ale mój wybranek zdał egzamin na prawo jazdy dopiero po ślubie by uzyskać pewność, że nie wiążę się z nim dla randek samochodowych na jakie by mnie zabierał. Dziś to ja jestem kierowcą, zresztą coraz lepszym i mogę wybranków zabierać na randki samochodowe i ślizgać się na zakrętach (kocie łby potrafią zapewnić niezły ślizg). Na zakończenie randki Mąż kupił pamiątki, które sobie wybrałam. Jest wśród nich herbata czekoladowo-miętowa, dwie szklanki, puszeczka na herbatę oraz uwaga, uwaga: TERMOMETR DO HERBATY. Od dziś (od jutra raczej) będę wiedziała, ile stopni liczy sobie moja ulubiona temperatura herbaty.

DSCN2794Jeśli chodzi o Lanos, to ostatnio jest jakiś dziwny. Przełącza się na gaz bardzo szybko, co akurat jest bardzo ekonomiczne. Często też gaśnie przy gwałtownym hamowaniu (mimo stosowania sprzęgła, chodzi o hamowanie z wysokiego biegu). Nie gasłby często, ale często zdarzają się jełopy na drogach, które blokują cały pas by skręcić w lewo (a nie zawsze starcza pobocza na wymijanie) oraz jeszcze gorsze jełopy, które celem skręcenia w prawo się zatrzymują, po czym wrzucają jedynkę i dopiero ruszają. Jeszcze gorsi są tacy, co siadają na zderzaku gdy ja mam akurat ruszyć pod stromą górkę po lodzie (ale z takimi to ja sobie radzę i to bez dydaktycznego cofania z impetem).  Innym dziwactwem Lanosa jest, że aż do osiągnięcia czwartego biegu bardzo głośno pracuje. Nie wiem czy pracował tak wcześniej, czy od niedawna, bo dopiero od niedawna wsłuchuję się w niego ze zrozumieniem. Ale fakt ten jest dla mnie bardo krepujący przy ruszaniu, bo gdy ruszam z gazem z mojego zawsze-prawego pasa, to zwracam na siebie uwagę innego rodzaju niż bym chciała. Czuje się jak kierowca golfa trójki. Przy okazji pozdrawiam kierowców volkswagenów. Ponadto praktycznie bez naciskania pedała gazu spokojnie rozwija nasze auteczko prędkość 80 km/h i nie wiem, czy ten kompleks objawów świadczy o wzroście czy o spadku jego auteczkowej formy.DSCN2505

*Kiedyś na niedzielę chorował zawsze Staszek i miał podobne objawy- on akurat robił WSZYSTKO, by nie dopuścić do wyjścia z domu przed zaakceptowaną przez niego odpowiednio późną porą. Odpowiednio późno było wtedy, gdy wszystkie Msze we wsi już odprawiono, czyli w południe.

**Mąż twierdzi, że owszem- pamięta, że było dobrze, ale roszczeniowiec jeden jest przekonany, że przy odrobinie żoninej dobrej woli mogłoby być znacznie lepiej.

Reklamy

O moich dzieciach

DSCN1278Cytrynna jest poniekąd matką wielu dzieci. Nie jest matką wynalazku ani matką chrzestną, ale jest matką wielu innych.

Jej podstawowym dzieckiem, jedynym o pełnoprawnym statusie dziecka jest Stasio, czterolatek, który jeszcze nigdy nie chorował, a teraz właśnie choruje i nikt sobie z nim nie radzi. Cytrynna polazła rano na laborkę z chemii sprawdzać przewodnictwo roztworów, a w tym czasie wyleniały Mąż wezwał posiłki, bo mu się nie chciało. Nie chciało mu się stręczyć posiłków dziecku ani zapodawać antybiotyku. Nic mu się nie chciało i wezwał posiłki, po czym sam się zmył na swoje zajęcia ze student(k)ami. O posiłkach tu prawie nic nie będzie, bo szkoda czasu, miejsca i nerwów. Cytrynnę posiłki kosztowały więcej nerwów niż była sobie w stanie wyobrazić, że posiada. Dziecko przeżyło dzień wyłącznie dzięki laborce z fizyki, której nie było, dzięki czemu mogła Cytrynna wrócić do domu 3 godziny wcześniej i się zająć. Ona to dopiero podała butelkę z antybiotykiem, której nie podał nikt inny i się zajęła doprowadzając do poprawy stanu. DSCN8618Walny udział w poprawie stanu miały inhalacje. Cytrynna jest z siebie jako matki zadowolona, a jeszcze bardziej ją cieszy gdy synek pokazuje innym jak dobrą ma matkę, na przykład kładąc się posłusznie na przewijanie, podczas gdy nikt inny przez półtorej godziny nie dał rady przewinąć. Ogólnie wiadomo, że Staszek jest rozkoszny i wzbudza uczucia. Nie zawsze są to uczucia pierwszego sortu, zwłaszcza gdy wspina się po krześle na biurko po to, by strącić bezpiecznie i wysoko postawiony słoik z miodem czy też jak dziś, przypadkiem upuścić słoik z kluseczkami, które ze słoika wyjadał, ale jest malutki i jeszcze chory i mu wolno.

Drugim dzieckiem Cytrynny, o najdłuższym stażu, jest Miś_Co_Zawsze. Dostała go od dziadka, gdy zaczynała chodzić. A zaczynała późno, bo podczas cesarki wyciągali ją za nóżkę i zwichnęli i miała trudniej. Miś zawsze towarzyszył, a kilkanaście lat temu wrócił do łask i na piedestał i zawsze miał swoją poduszeczkę. Gdy Cytrynna i Mąż w oczekiwaniu na Stasio wyprowadzali się na wieś, Miś wyjechał z nimi i od tamtego czasu tam mieszka, bo tu by DSCN1786się nie uchował. Jest prawdziwym trociniakiem, ani trochę dziecioodpornym.

Trzecim dzieckiem Cytrynny jest Lanos. Ten ze wszystkich dzieci sprawia najmniej problemów i stosunek ilości problemów do pomocności jest tu najkorzystniejszy. Lanos nic nie zrobi sam, ale dobrze poprowadzony, powiezie dokąd się zechce. Na przykład obwiezie po aptekach nocnych albo do lasu albo na randkę samochodową albo do Lidla albo nad morze albo… Wszędzie powiezie chyba, że akurat jełopy zamkną drogę i nie oznakują tego jak wczorajszej nocy się przytrafiło w centrum miasta, ale wtedy za to zawróci bez problemów. O Lanosa nikt nie dba, nikt go nie odśnieża poza potrzebą ani nie poleruje mu szybek. DSCN9433Raz kiedyś kolega pomalował zderzaki, ale już poodpryskiwały. Cytrynna zbiera punkty na kartę tankującą, a ponieważ te punkty nic warte nie są, to zamierza za nie na wiosnę wywoskować Lanos co by błyszczał. Jest to kuriozalne, bo zaraz się przykurzy w lesie, ale zasłużył sobie.

Kolejnym dzieckiem Cytrynny jest jej blog Cytrynny na wordpressie. Blog daje dużo radości i pozwala opisywać perypetie z pozostałymi dziećmi w rolach głównych. Powstał wiele lat temu na jakieś potrzeby, lecz nikt nic nie publikował aż pewnego majowego dnia roku 2012 Cytrynna stwierdziła, że zacznie swoje szycie od bloga o szyciu. Pierwszy wpis nie był jednak o szyciu, nie były i kolejne i z czasem Cytrynnie się spodobało pisanie bloga w takiej formie, w jakiej zaistniał i nawet już szyć specjalnie nie musiała. Zresztą i nie miała kiedy. Zazdrościła jednak po cichu tym, którzy mieli blogi na blogspocie i niedawno dojrzała do posiąścia własnego bloga na blogspocie, DSCN9063który byłby blogiem o szyciu. Blogspot nie jest taki fajny jak wordpress, ale ma taaaki gadżet, że Cytrynna MUSIAŁA go mieć. Gadżetem tym jest lista oglądanych blogów w kolejności aktualizacji. Charakter bloga Cytrynny nie zmieni się ani o jotę i jak coś na maszynie powstanie, to i tu zawita, ale narastające pragnienie posiadania bloga na blogspocie narosło do tego stopnia, że nie szło go już dusić. Na razie nowy blog jest pusty, ale za to ma wtyczkę lajkową do fejsbuka. Od wkrótce Cytrynna będzie miała dwa blogi, co podwaja jej liczbę tego typu „dzieci”.

Ostatnim dzieckiem Cytrynny, wcale nie najmniej ważnym, za to najbardziej absorbującym i najbardziej kłopotliwym oraz najmniej na status dziecka zasługującym, jest jej Mąż. Jak wszyscy wytrwali czytelnicy wiedzą, ma wrzody, z powodu których rości sobie prawa do całodobowej opieki. Pielęgnuje te wrzody od bardzo dawna, bo są świetne do roszczeń. Zupełnie różni się tu od dziecka, na którym wrzód goi się jak na psie. Na Mężu wrzód kwitnie, co stopniowo przestaje dziwić, bo nastała nam wiosna, a wrzody słyną z kwitnienia na wiosnę. Mąż jest wykładowcą i naucza studentki programowania. Dzisiaj na przykład szedł na zajęcia, lecz zapomniał, że to on je prowadzi i w efekcie zapomniał wziąć DSCN9488klucz. Jako istota przyrodolubna zaproponował student(k)om co by urządzić zajęcia na powietrzu, a zaproponował to słowami „chodźmy na trawkę” , co studenci podchwycili. Grupa studentek, zawierająca także garstkę studentów śmiała się z mężowskich dowcipów i on jest bardzo szczęśliwy. Prowadzenie zajęć go bardzo cieszy i satysfakcjonuje. W liceum i na studiach zawsze śmiano się wtedy, kiedy on chciał, a jak rok temu próbował tego samego z doktorantami, to nie podchwycili oni jego poczucia humoru i już się obawiał, że stracił je. Nie, nie stracił. Po prostu jest wciąż młody duchem jak wkraczające właśnie w dorosłość pokolenie studentów.  DSCN6251Ponadto Mąż narzeka na ból gardła co by nie być mniej odbanym od dziecka prawowitego. Kolejnym faktem o Mężu jest, że przynosi swój pracowniczy zeszyt do domu by rysowano mu misie na marginesach. Mąż zapomina, gdzie rzucił spodnie, a rzuca gdzie popadnie i wtedy bierze z szafy nowe. Inaczej rzecz ma się ze swetrem- ten trudno z niego ściągnąć do prania. Z tymi spodniami to też dziwne, że znajduje spodnie w szafie, bo ostatnio podarł kilka par o Staszka lub przypadkiem. Mąż zmusza Cytrynnę do studiowania. Oficjalnie uzasadnia to tak,  że chce aby miała jakiekolwiek szanse na rynku pracy, gdy przyjdzie jej nań wkroczyć. Naprawdę chce żeby się rozwijała i była fizyczką, a najlepiej żeby się zrealizowała na doktoracie z fizyki. Ponadto Mąż jest najwierniejszym z fanów Małysza i był nawet na benefisie z ciężarną żoną i zapuszczonymi wąsami, ale to inna historia. Chciał też na ostatnie skoki jechać Lanosem do Planicy lub na przedostatnie lecieć do Lahti i wynajmować auto w kraju północnym, ale na szczęście nie było dla niego drugiego kierowcy, bo Cytrynna nie lubi zimy, ale już googlała trasę, gdyż była gotowa się poświęcić. DSCN2791Gdyby Małysz kończył skakać dziś, to Cytrynna jest już kierowniczką. Od niepamiętnych czasów Mąż miał czapeczkę Małysza, ale ją zgubił tej jesieni. Cytrynna nie znosiła tej czapeczki ze względów estetycznych, ale skoro Mąż uwielbiał, to z podziemi wytrzasnęła mu na rocznicę ślubu identyczną. Mąż lubi skoki ogólnie, bo kojarzą mu się z Małyszem. Tak bardzo lubi, że gdy dziś po 22 zadzwonił telefon z informacjami o mistrzostwie świata Kamila Stocha, to zamiast się zbulwersować na telefonującego, który mógł zbudzić śpiące dziecko, ucieszył się!

Cytrynna ma w planach też inne dzieci: wymarzone mieszkanie, jeżyka i dziecko(a) pełnoprawne, najlepiej płci żeńskiej, co by sukienki szyć nie tylko sobie. I ma nadzieję na dobrą kolejność powyższych.

DSCN0046

Reisefieber

DSCN4010Jestem prawdziwą kierowniczką. Prowadzę auta po drogach. Średnio co trzy dni gdzieś jadę i prowadzę pojazdy. Ale od jutra zwiększam częstotliwość i dopiero będę jeździć.

Zaczęło się od zeszłosobotniego zawiezienia Lanosa na przegląd. We wtorek go przywiozłam z licznymi zawracaniami i tankowaniem po drodze. Minęły kolejne trzy dni i zwiększyliśmy ryzyko ładując dodatkowe dziecko na tylne siedzenie. Kolejnym etapem zwiększania trudności był sam cel podróży. Był to cel oddalony o pełne 32 kilometry ruchliwą drogą. Tą samą drogą, którą w dniu zakupu auta nie pozwolono jechać naszemu przyjacielowi z nami, bo podobno jeździ się tam 90 km/h. Ale ruchliwość drogi implikuje jej dobry stan, nawet w zimowych warunkach. Chociaż na tej właśnie drodze w kwietniu urwało nam koło, ale zimą to co innego.

Jechałam więc i wiozłam całą swoją rodzinę. Żeby mimo wszystko nie było za łatwo to jechałam na konkretną godzinę. Deadlinem była 18:30, a wiadomo, że wyjazd ze starówki w godzinie szczytu nie należy do łatwych. Miałam więc naprawdę trudne zadanie.

O 17:00 przyprowadziłam samochód pod dom. O 17:30 wyrwaliśmy dziecko z drzemki i zapakowaliśmy do auta. Ruszyłam. Widok przez zmarznięte szyby żaden, bo podczas przyprowadzania nachuchałam i zdążyło zamarznąć. Co by nie skręcać w lewo na Hucisku* pojechałam prosto. Potem 3 razy w prawo i już byłam na dobrej drodze- zupełnie jakbym jednak skręciła w lewo. Nasza matka chrzestna mi powiedziała, że na tej trasie nie muszę zmieniać pasów, więc trzymałam się prawego. Bardzo sobie cenię, że kobieta potrafi zrozumieć awersję do zmiany pasa, której żaden mężczyzna zrozumieć nie potrafił. Autobusy, do wyprzedzenia których nie jestem zbyt kompetentna póki co, grzecznie zjeżdżały na przystanki a ja jechałam i jechałam. Gdzieś w połowie drogi zupełnie bezczelnie do ruchu włączył się TIR. Nigdy bym go nie wpuściła przed siebie, ale on nie pytał, włączył się na siłę. Droga ma to do siebie, że chociaż jest prosta, to co chwilę są światła żeby piesi szli. TIR całym sobą zasłaniał widoki na światła, ale mało tego- on jechał 30 na godzinę! Żółwił się i ślamazarzył a ja nie wiedziałam jaki bieg wrzucać, bo Lanos wszystkie biegi ma do dużych prędkości. Nie lubi małych prędkości i gaśnie przy nich, a przecież  na jedynce nie pojadę. Czułam się zupełnie jak tata w lesie, który to tata w tym lesie nie przekracza 30-tki i DSCN4022nie używa biegów ponad dwójkę. Ale z czasem i TIR się do 60-tki rozpędził i mogłam używać niektórych innych biegów wsłuchując się w szum zieloniutkiego silnika i próbując gawędzić z Mężem co by dobrych nawyków nabierać i umieć gadać podczas prowadzenia. Zajechaliśmy w samą porę co do minuty, ale okazało się, że nie idzie zajechać pod blok dentystki, do której podróżowaliśmy. W blokowisku wszędzie zakazy i jednokierunkówki a za mną ustawił się już jakiś niecierpliwy trąbiciel i potrąbywał. Mąż wysiadł w pospiechu, a ja pojechałam dalej licząc na zawracajkę. Płonna była moja nadzieja. Skręciłam w drogę pierwszą lepszą licząc z kolei na pętlę i objazd, ale spotkały mnie tylko kolejne zakazy wjazdu. W końcu wmanewrowałam się w jakiś szeroko wyglądający parking. On tylko stwarzał pozory. Próbowałam wykorzystać dwa ukośnie położone i wolne miejsca parkingowe do zawrócenia, ale nie szło. Gruba warstwa śniegu pod kołami leżała. Otworzyłam drzwi żeby się wychylić i patrzeć, czy nie jadę tyłem prosto w audicę i wydawało się, że jestem idealnie skierowana by się wparkować tyłem w wolne miejsce obok niej, ale w tym czasie ktoś zatrąbił. Serce podskoczyło oczywiście do gardła. Okazało się jednak, że to tylko ja i całe skierowanie poszło się gonić. Wychylałam się i patrzyłam znów i znów ktoś zatrąbił, ale nikogo oczywiście tam nie było. Mimo trudności jednak dałam radę i zawróciłam na jakieś siedemdziesiąt! Ale zawsze. Staszek z tylnego siedzenia patrzył zaciekawiony i nic nie mówił cicho mi kibicując i  odezwał się krzepiąco dopiero gdy mi się udało!DSCN4018

Wyjechałam i pojechałam. Pod rodzinny blok w blokowisku. Miejsc oczywiście nie było i ja brnęłam coraz głębiej w to blokowisko, aż na samym końcu za wszystkimi okazało się świecić pustką jedno małe wąskie na skarpie. Śnieg nie ułatwiał zadania.  Wjechałam i okazało się, że nie mogę wjechać do końca, że moja prawa krawędź znajduje się niebezpiecznie blisko sąsiada, że skarpa, że ciasno, że źle, że blokuję mu wyjazd a sama ledwo drzwi mogę uchylić. Wtedy się okazało, że wykopany w pospiechu Mąż zostawił mi jednak telefon, wbrew moim podejrzeniom, że tego nie zrobił. Wysiadłam, obfociłam swoje ciotowate parkowanie i zadzwoniłam do mamy. Mama przyszła i powiedziała, że mogę cofać jeszcze całe półtora metra. Cofnęłam i to był strzał w dziesiątkę. Dzięki cofnięciu wjechałam w to samo ciasne i skarpowate miejsce po  mistrzowsku. Potem jeszcze facet stojący z tyłu prostopadle do mnie wyjechał i mój wyjazd to był już pikuś. Niestety w chwili wyjazdu znalazł się już przy mnie Mąż i po dwóch panicznych okrzykach hamujących mnie tuż przy słupku sam zasiadł za kierownicę  i podjął pierwszą tego dnia, ale jakże skuteczną próbę stłamszenia.

parkowanie profesjonalne

parkowanie profesjonalne

Odwiedziliśmy też dziadków i w powrotną drogę wyruszyliśmy tuz przed 22. Droga była już pusta i mogłam „grzać” 60-tką. Teoretycznie jadąc 60-tką można pokonać dystans 30 kilometrów w 30 minut. Zajęło nam to o wiele dłużej. Wprawdzie prawie wszystkie światła się zieleniły, ale siedzenie pasażera zajmował ktoś spanikowany, komu nie dość że 70-tka nie pasowała, to co chwilę sprawdzał, czy znam aktualnie panujące ograniczenie, sugerował zwalnianie, pytał czy aby nie za szybko i tłamsił, tłamsił, tłamsił. Sugerowałam niewdzięcznikowi, żeby sobie wysiadł i poszukał innego środka transportu, albo chociaż zamienił się miejscami, ale on nic sobie z tego nie robił, tylko dalej tłamsił. W pewnym momencie oskarżył mnie nawet o dwukrotne przekroczenie dozwolonej prędkości, chociaż licznik wskazywał zaledwie 60. Owszem, było tam 30, faktycznie 30. Ale ton dopuszczalnego obciążenia na wiadukcie.

Pojechałam i przyjechałam ani razu się nie denerwując, nawet gdy silnik mi zgasł, co jednak dwa razy nastąpiło, ale z Mężem jak z dzieckiem- musi dorosnąć, by docenić wkładane w siebie wysiłki.

*Hucisko jest badziewne, ma za małą wyspę i jak tramwaj staje, to blokuje albo mój wjazd, albo mój zjazd ze skrzyżowania, a zawsze staje, bo pokonuje skrzyżowanie na dwa etapy świetlne, a nerwusy trąbią a inne tramwaje jadą, bo jak nie skręcają, to se mogą. I sama to kiedyś wymyśliłam, że tak można. Nie opatentowałam wprawdzie, ale chyba i tak bym na tym nie zbiła kokosów.

Mąż stworzeniem pociesznym

DSCN3657Spędziliśmy uroczy wieczór z naszym najlepszym znajomym, piekąc sernik na jutrzejsze jeszcze bardziej urocze spotkanie pochrzcielne. Ponieważ nasz najlepszy znajomy zapomniał potrzebnych karteczek, jechaliśmy z nim wraz po owe wioząc zupełnie nielegalnie Stasio bez fotelika. Wieźlibyśmy z fotelikiem, ale fotelik został w naszym zieloniutkim samochodzie, który dziś osobiście zawiozłam na przegląd i zostawiłam. Pan mistrz z zakładu przeglądarskiego dzwonił, że auteczko przeszło przegląd brawurowo– w końcu jest Lanosem, jednak nie było kiedy go odebrać.

Zupełnie rano z kolei to ja wstałam i poszłam zaliczać zaliczenie, które zaliczyłam na piękną kanciastą czwóreczkę. Po zaliczeniu zaliczenia pomaszerowałam do Lidla i przydźwigałam stamtąd 18,8 kg pokarmów na jutro i na zapasy. Nie myślałam, że to będzie tyle ważyć, gdy zapełniałam wózek samymi potrzebnymi rzeczami. O dziewiątej byłam już w domu po wszystkim i z zakupami. Wtedy to wybraliśmy się na moją brawurową jazdę bez widoczności, bo przymarzły wycieraczki. Doskonale radziłam sobie ze zmienianiem pasa na lewy i wkrótce będę prawdziwym kierowcą, którego nie da się stłamsić tak łatwo jak do tej pory.

Wracając jednak do wieczoru, to odwiedziliśmy DSCN3530naszego najlepszego znajomego w jego domu i jego rodzice, a dziadkowie chrzestni naszego synka, bardzo się ucieszyli na Stasio. Chcieli mu nawet pozwolić stłuc jedną bombkę na szczęście, ale ale na szczęście nie był zainteresowany demolką. Po krótkiej wizycie udaliśmy się wszyscy wraz do parafii na katechezę, która była ekstra. W tych okolicznościach poznaliśmy także proboszcza parafii, w której chrzcimy syna i ostatniego z księży tej parafii, którego jeszcze nie znaliśmy i wszyscy oni są ekstra. Brygida jest aktualnie najlepszą parafią w Gdańsku i dołożymy wszelkich starań żeby w nieodległej przyszłości zamieszkać na jej terenie, zwłaszcza, że mieszkanie, które nam się podoba, leży tam właśnie.

DSCN3609Z kolei Stasiaczek wieczorny bardzo się cieszył z wujka i coraz to przynosił jakieś zabawki do kuchni oraz skwapliwie korzystał z tego, ze nikt nie kontrolował, gdy ogołacał choinkę z ciasteczek i igieł. Ostatnie wieczorne ciasteczko omal nie skończyło się dramatycznie, bo synek postanowił połknąć igłę choinkową. Nie poinformował o tym za bardzo, tylko co kilka minut zapłakiwał i gryzł się w prawą łapkę. Był to zły (błędny) objaw. Posmarowaliśmy mu łapkę kremem najlepszym na wypadek, gdyby się był oparzył, choć piekarnik nie parzy, bo sprawdzam często. Posmarowano mu również dziąsełka kremem do gastroskopii na wypadek, gdyby to one mu dokuczały. Poprawa nie następowała, a chłopczyk się zacieplił i warchlaczek powarkiwał, a Mąż nie dawał żonie skończyć wrzucać warzyw do barszczu. Taki to Mąż. Już już wzywano na pomoc butelkę ibuprofenu, gdy na szczęście sprawne palce matki rozpoznały sytuację, a jej zimna krew ją uratowała, jak zwykle.DSCN3680

Nie każdą sytuację da się jednak uratować. Ratować nie trzeba było sernika, który chyba się udał*. Bezproblemowo zapowiada się dochodzący właśnie barszcz. Ufam że i przeszkód nie będzie podczas szybkiego szycia aksamitnych ocieplanych spodenek, które jeszcze mnie czeka. Nie do uratowania wydawało się ciasto na pierogi. Zrobiłam wspaniały farsz z szynki i warzyw rosołowych. Mąż miał TYLKO odmierzyć pół kilo mąki i zagnieść ciasto według przepisu. Odmierzył… proszek był dziwnie sypki i dziwnie biały… Okazało się, ze skorzystał ze stojącej na wierzchu, bo dodawanej do sernika, mąki ziemniaczanej. Teraz dzielnie lepi pierogi z dziwnego ciasta… A ja już nie wiem, co jeszcze można uratować i czy można… 20 godzin na nogach wypełnione opieką nad stworzeniem małym oraz stworzeniem kłopotliwym (w tej roli ex aequo obaj) to jest jednak trochę ponad moje możliwości.

*jednak trzeba było ratować, bo Ktoś stwierdził, że w kuchni nie ma miejsca i wyniósł ciepłe jeszcze ciasto do pokoju, a następnie postawił je na łóżku. Tragedia z pupą w roli głównej minęła nas zaledwie o cale.

DSCN3670

DSCN3491

DSCN3508

DSCN3550

DSCN3554

Sara i Teodor

Cytrynna i Mąż obchodzili wczoraj ostatnią z szeregu Ważnych Rocznic występujących w tym roku. Przypomnę, że wszystkie dotyczą Pięciolecia, natomiast począwszy od 1 marca, każda data tego roku wypada w dokładnie taki sam dzień tygodnia, jak 5 lat temu. Ponadto również Wielkanoc wypadła w tym roku dokładnie tak samo jak przed pięciu laty, co, o ile nie zmieni się sposób jej wyznaczania, za naszego życia już się nie powtórzy. Wielkanoc jest tu istotnym punktem odniesienia, ponieważ od Wielkiej Środy wszystko się zaczęło.

 Ostatnią rocznicą było pięciolecie zaręczyn. Nie były one wprawdzie żadną niespodzianką dla Cytrynny, ponieważ wspólnie wybrano pierścionek i podjęto decyzję. Początkowo planowano uroczystość na półrocze (4.10), jednak atmosfera nie była dobra w owym dniu i ważne wydarzenie odwleczono. Ponieważ odwleczony dzień (również symboliczny) był sobotą, to starający się o rękę panny przybył do jej rodzinnej wioski. Zjadł obiad u jej babci (słynne ruskie pierogi babci Zosi, niedoścignione i z niczym nieporównywalne) i udali się razem do przyszłej teściowej po drodze kupując kwiaty, bo pomyśleli, że tak wypada. Kupione kwiaty spadły podczas zdejmowania butów i jednej z różyczek odpadł łepek, ale zaradna przyszła oblubienica zamontowała główkę z powrotem za pomocą rozprostowanego spinacza. W tym dniu powstał pamiątkowy talerz zaręczynowy, którym podzielili się po połówce rozłączając obie części aż do dnia Ślubu.

Niestety, mimo wczoraj występującej okrągłości rocznicy, nikt nie był skłonny umożliwić małżonkom jej obchodów. Dziadkowie swojego wnuka bardzo chcieli widzieć go na wsi, gdyż bardzo dokładnie wystrzygli trawnik i być może nawet wypolerowali ździebełka trawy, aby nie pokaleczyły maluszka. Do tego pogoda była taka jak nie bywa w październiku. Pojechała więc rodzina na wieś do dziadków z zamiarem pozostawienia utęsknionego stworzonka przodkom i udania się w miejsce odległe na symboliczne pierogi. Pomysł nie spotkał się z aplauzem, ponieważ dziadkowie liczyli, że pobędą razem a nie, że ich obecność zacznie się kojarzyć dziecku z nieobecnością rodziców.

Mimo początkowych sprzeciwów syn został, a rodzice odjechali. Symboliczne pierogi miały mieć miejsce w Węsiorach, gdzie zadzwoniono uprzednio celem upewnienia, że nie odbywa się tam żadne wesele. Najkrótsza droga do owych Węsiorów wiodła przez Płocice. Była to droga, którą wedle googli nie przejedzie samochód. Lanos jednak przejechał. Zresztą nie pierwszy raz i nie on jeden, mnóstwo grzybiarskich aut po drodze minięto. Nie godziłoby się nie zatrzymać w Płocicach. Był to pierwszy pobyt Cytrynny i Męża w tamtejszym zagajniku bez Stasia. Ktoś szczegółowo wysprzątał wszystkie grzyby, lecz oni mimo to zebrali 3 koźlaki i jednego prawdziwka. A było to już sobotnie popołudnie. Gdy odjeżdżali, na parkingu przy rynku głównym stał inny Lanos i czekał na swoją piknikującą rodzinę.

Kolejnym przystankiem były Bałachy, maleńka wioseczka ze sklepem, w którym kiedyś w czerwcu kupili sobie ogórki małosolne. Tym razem zakupiono sugusy, cukierki przez oboje kojarzone z dzieciństwem oraz sok marchwiowy, bez którego nie odbyła się jeszcze żadna wycieczka. Następnie Lanos pomknął przez Lipusz, drogą którą swego czasu cała rodzina jechała w poszukiwaniu jeziora. Droga jest o tyle interesująca, że jest naprawdę wąska i co jakiś czas na poboczach znajdują się zatoki/wybrzuszenia do mijanek. W końcu, po naprawdę wielu kilometrach, prawie u celu, dotarli do Sulęczyna. W lewo znajdował się Bytów (22 km), w prawo zaś Kartuzy, jedna z trzech stolic Kaszub (33 km)*. Cytrynnie, która na tej wycieczce była pilotem i miała doświadczenie z 20 maja w pilotowaniu na tej trasie, zaświtało, że należy pojechać w lewo. Był to oczywiście wysiłek większy niż włączyć się do ruchu w prawo. Po około 12 km okazało się, że wysiłku tego dokonano na próżno, bo zmieniła się już gmina i zaczęło zanosić się na to, że Węsiory jednak znajdowały się w przeciwnym kierunku od obranego. Potwierdził ten fakt GPS z telefonu. Strata jednak żadna, bo nikomu nie zależało konkretnie na Węsiorach, a zaledwie 10 km przed nimi był Bytów, inne słynne kaszubskie miasto, raz już odwiedzone. Nadłożoną drogę wynagrodziły również spektakularne widoki złotej jesieni (naprawdę złotej) oraz samo góropodobne ukształtowanie terenu. Cytrynna użyła przeglądarki w telefonie i znalazła restaurację godną uwagi, bo oferującą w menu barszcz czerwony. Początkowo małżeństwo zamierzało zaparkować pod Biedronką, bo lubi parkować pod marketami i odszukawszy cel, dojść do niego pieszo, jednak pod Biedronką już czyhał parkingowy, który sczytał ich numer rejestracyjny swoim automatem do tego służącym. Szybko odpalono więc silnik i opuszczono niegościnny parking. W pobliżu znajdowały się darmowe miejsca parkingowe z miłą scenerią i miłym towarzystwem (srebrzysty Lanos). Wybrana Restauracja Młyn również znajdowała się nadspodziewanie blisko. Chociaż barszcz był niezły, atmosfera nie zachęcała. Na koniec próbowano naciągnąć Cytrynnę i Męża na dwukrotnie wyższy rachunek. Szukali dalej lokalu oferującego pierogi. Mijana pierogarnia miała być oazą i wymarzonym celem, ale okazała się być nieczynna. Pospacerowawszy trochę, zupełnie przypadkiem trafili na niemal magicznie nazywającą się ulice Zaułek Drozdowy, w której znajdował się kolejny lokal z internetu, klub Jaś Kowalski. Miejsce bardzo przyjemne, barszcz porównywalny z poprzednim, czyli dobry, ale daleki od tego kościerskiego. Zaś na pierogi czekali niemożliwie długo- tak długo, że się zdążyli nasycić i przeszła im ochota na deser (Mąż zjadł czekajki w obu lokalach). Ostatnim przystankiem w bytowskiej randce był Lidl, czyli najbardziej sielskie miejsce (w Lidlach prawie zawsze jest super, nawet w nielubianym Gdańsku, a zawiódł do tej pory tylko Lidl w Warszawie). Zapełniono bagażnik wodami i popędzono do synka. Mgły już opadały i widoczność była żadna, Lanos ma światła przeciwmgłowe tylko z tyłu, ale doskonały kierowca pokonał trudności. Synka zaniedbano i nie podano mu kolacji, a gdy przybyli rodzice, jeść już nie chciał. Bardzo zmęczony, zasnął zaraz po zajęciu miejsca w samochodzie. Cytrynnie i Mężowi rodzice podarowali 5 rydzów, w tym jednego robaczywego. Rydz to jednak coś tak szlachetnego, że i robaczywego się zjada ze smakiem.

Po powrocie do Gdańska, synka przeniesiono do wózka i zabrano na drug etap randki. Otworzył oczka, lecz tylko na chwilę. Do Lokalu Pierwszego wjeżdżali już ze śpiącym. Lokal Pierwszy serwuje najlepszą szarlotkę w mieście (Cytrynna jeszcze takiej nie potrafi), a ponadto jest lokalem od zupełnie pierwszej i wielu kolejnych randek. W międzyczasie zmienił lokalizację, ale zachował swój klimat. Sprzedaje wprawdzie również piwsko, ale w chyba dość wygórowanej cenie 9zl/500 ml, co jednak nie zniechęca amatorów tegoż. Cytrynna zamierzała swoją szarlotkę popić białą czekoladą, ale nie mieli w magazynie. Opuściwszy Lokal Pierwszy, udali się wszyscy we troje do Lokalu Drugiego, który mieści się w miejscu dawnego Lokalu Pierwszego. Stasio spało smacznie, muzyka była cicha i bardzo retro, co sprzyjało spaniu. Mąż nasycił się czekoladą wypitą w Lokalu Pierwszym, Cytrynna jednak, obejrzawszy tamtejszą szarlotkę w gablocie, zdecydowała się na sernik dyniowy. Z uwagi na chłód, spacer, który później nastąpił, był krótki.

 Nikt nie miał już spustu na rydze, zostały więc na niedzielę jako przedłużenie świętowania. Cytrynna obdarowała Męża figurką z serii Lovable Teddies przedstawiającą zaręczyny Sary i Teodora, on natomiast dał jej jedną z brakujących do kompletności płyt Ulubionego Zespołu.

*Według Cytrynny, mającej zresztą kartuskie korzenie, Kartuzy są prawdziwą stolicą Kaszub. Kościerzyna, chociaż jest najlepszym miastem świata, i do tego ma w herbie misiaczka, do tego tytułu nawet nie aspiruje, jednak duże kaszubskie imprezy odbywają się w Gdańsku, który mianem stolicy Kaszub nierzadko jest określany. Tu też mieści się biuro zarządu, a wiadomo, że to o wszystkim przesądza. Zaś mieszkańcy najbardziej północnych krańców Polski stolicą Kaszub nazywają swoje główne miasto, czyli Puck. Z kolei historia  mówi jakoby stolicą Kaszub miało być Wejherowo (skąd pochodziła Cytrynny niedoszła rywalka w wyścigu po serce Męża, w przedbiegach pokonana).

Przywiązanie dziecka do samochodu

Nie wstaliśmy dziś o świcie. Mogłam wstać obudzona Stasim kaszlem i zrobić nam śniadanie. Leżałam jednak czekając aż zasnę ponownie i doczekałam się. Wstaliśmy o 9, wyjechaliśmy z domu po 10 tym samym mówiąc „Adios pełny koszyku”. Oczywiście wcale tak nie powiedzieliśmy. Niczym hazardzista po przegraniu fortuny łudziliśmy się, że będziemy w Płocicach pierwsi. Jak nietrudno się domyślić, ktoś nas ubiegł. Ale tamtejszy dolny zagajnik jest i tak cudowny, chodzenie po nim budzi wspomnienia zeszłorocznych samo-napełniających się koszyków.

Stasio nie skorzystał z możliwości chodzenia po całym lesie. Zamiast tego swoim zwyczajem chodził wokół Lanosa. Sprawdzał, czy wszystkie drzwi są zamknięte i głaskał obłe kształty Zielonego (widoczna na zdjęciu Tonka nie jest tą ulubioną, Cytrynna nie kręci i nie mataczy, lecz na bieżąco opisuje prawdę). Stasio bardzo lubi Lanos. Przypuszczam, że czuje się bezpiecznie w jego obecności, a po cichu sądzę jeszcze, że być może uważa go za trzeciego i to równoprawnego rodzica.

Przechodząc go górnego lasku musieliśmy przerwać tą motoryzacyjną pępowinę dwóch Zielonych. Stasio posadzone na mchu szybko odnalazło się w nowej sytuacji i zaczęło rwać maleńkie grzybki z gatunku trujaczki. Jego zmoczenie spodni dało sygnał do odjazdu. W koszu było wszystkiego 6 prawdziwków i koźlaczków.

Popędziliśmy na benzyniarnię po gaz celem napełnienia jednego z garbów naszego dromadera, tfu baktriana (drugi garb poi się benzyną). Baktrian brzmi jak nazwa jakiegoś leku. Z benzyniarni blisko było do Lipusza, gdzie odnaleźliśmy jezioro, którego nie zdołaliśmy odnaleźć w lipcu. Dziś wystarczyło mieć mapę. Jezioro okazało się być super, ale ja marzłam, gdyż mój polar był mokry, albowiem w auteczku leżał obok butelki wody mineralnej, która dyfundowała przez plastik na zewnątrz. Gdybyśmy nad tym jeziorem znaleźli się przed świtem, nasze kosze z pewnością napełniłyby się rydzami, gdyż było to prorydzowe miejsce. Nic jednak, gdyż tata znalazł dwa wschodzące cuda na działce.

Z Lipusza postanowiliśmy wracać przez znaną w całym kraju Łubianę. Odważyłam się zaproponować Mężowi odwiedzenie słynnych zakładów porcelanowych i propozycja moja została przyjęta. Odnalazłam nawet na aparacie zdjęcie zrobione w salonie Lolinki i zawierające jej serwis kawowy i pomyślałam, że moglibyśmy jej sprawić na przykład drugą cukiernicę do kompletu, ale w szumnie nazwanym „salonie sprzedaży” nie odnalazłam tego wzorku. Odnalazłam za to 12 wspaniałych talerzy w średniej cenie 2,25, których właścicielka zostałam. Aż kwiczę z zachwytu, takie są cudne.

A co z naszymi czubajkami? Są czubajkami, jak było to wiadome, ale 2 dni w lodówce zupełnie je zdewaluowały i nawet nas już nie pociągają. My mamy coś lepszego. Mamy prawdziwą K-A-N-I-Ę. Jest doskonała. Ma odpowiedni pierścień, burą nóżkę (muchomor sromotnikowy ma białą) i, co najważniejsze, pachnie kanią. Osobiście przełaziłam przez płot aby ją zdobyć. No nie płot, tylko dwubarierkę i to nie prywatną, lecz ośrodka wypoczynkowego. Żeby nie było zbyt kolorowo, w domowej butli z gazem skończył się gaz i kania nie miała jak trafić na patelnię.

 

 

 

OC potrafi dopiec

Poszukiwanie najtańszego OC spędza sen z powiek kierowcom, każdemu kierowcy co najmniej raz w roku. Chyba, że jest bogaty. My, no cóż, bogaci jedynie duchowo jesteśmy, ach.

5 lat temu, gdy jako świeżo upieczony kierowca chciałam kupić sobie samochód, zwróciłam się do dziadka z prośbą o współwłaścicielstwo, co by tańsze OC mieć. Dziadek oczywiście odmówił w obawie o swoje zniżki a na domiar złego stłamsił i zahukał. Bardzo miło jednak wspominam pewną próbę zakupu Skody Felicji latem roku 2009, kiedy to pojechało nas 5 ekspertów na ogląd- przyszły Mąż, przyszły teść, P. oraz jego tata-mechanik. Niestety moja rodzina wówczas również postanowiła mnie stłamsić doszczętnie grożąc horrendalnymi kosztami utrzymania auteczka oraz same Felicje zniesławiając. Czas mijał, przyszły Mąż stał się Mężem, jednocześnie skończyła się praca, którą wówczas wykonywałam a oszczędności rozeszły się na pościele i wystawne małżeńskie życie. Marzenia o własnych 4 kółkach musiały schować się. Zwłaszcza, że Mąż nie posiadał prawa jazdy i kolejne egzaminy starały się nas przekonać, że nie będzie go miał. Nie poddawał się jednak, bo prawo jazdy było ostatnią z 52 cech Wymarzonego (lista nastoletniej Cytrynny), której mu brakowało. Wspierałam go dzielnie i na każdy egzamin z nim jechałam. Zdał jednak za 9. razem, tym jednym, na którym mu nie towarzyszyłam. Otworzyło nam to drogę do zakupu wspólnego już auta. Tym bardziej upragnionego, że chcieliśmy bywać na wsi, a komunikacja jest tam FA-TAL-NA! Ostatni autobus w okresie pozawakacyjnym odjeżdża o 15:45. Chadzaliśmy zatem i pieszo z plecaczkami i siatkami sadzonek do sadzenia cale 12 km o suchych pyskach. Ale dość już rzewnych historyjek. Rodzice P. mieli z czasem dość jeżdżenia z nami na oglądy badziewi jako eksperci i zaproponowali nam jeden z ogierów ze swojej stajni- ten lepszy (stosunek ceny do jakości), a my wzięliśmy. Wszyscy odetchnęli z ulgą, bo w końcu braliśmy od znajomych, a auto to albo z salonu, albo od znajomych. Przez to branie od znajomych do dziś nie mamy radia (ciągle go szukają), ale bez radia też da się żyć, o ile toleruje się mój śpiew:)

Zakupione auto (był wrzesień) miało opłacone OC do maja i to taaakie tanie OC, zadzwoniliśmy jednak do AVIVY z powiadomieniem o zmianie właścicieli i okazało się, że dla naszych parametrów należy dopłacić jakieś 2000 złotych. Poszukaliśmy prędko innego ubezpieczyciela i znaleźliśmy AXĘ za około 900 złotych. Tak nas to ucieszyło, że w pierwszym roku kupiliśmy sobie jeszcze NW i jakieś holowanie. Jeździliśmy, było fajnie, przyszedł drugi rok. Porażka totalna. W głupiej rozmowie z konsultantem, w dodatku nagrywanej, powiedziałam, że autem będzie też jeździł Mąż, kierowca teoretycznie niedoświadczony, który de facto był naszym jedynym kierowcą. Skalkulowali to sobie i się ucieszyli, bo oznaczało to dopłatę. Nijak nie dało się z tego potem wycofać. Żeby jakoś się wypłacić zrezygnowaliśmy z holowania i z NW i zostaliśmy w nieszczęsnej AXie.

Przyszedł styczeń. Mroźny śliski dzień, w którym odwoziłam Męża na autobus do Gdańska i musiałam sama wrócić. Wówczas byłam już nieco odtłamszonym kierowcą. Pech chciał, że w tylny zderzak wjechał mi naciągacz. Byłam sfrustrowana pożegnaniem z Mężem i spieszyłam się do głodnego dziecka piersią żywionego, a tu taki dziad. Stary mercedes, zdezelowany i zardzewiały, grill popękany, a on mi tu wjeżdża i mówi,że ja się w niego cofnęłam, że mu zderzak zwisa a i lampa cofnęła się. Grozi policją i chce skromnych 300 złotych niby. Ja, ufna w uczciwość aparatu sprawiedliwości, mówię „wzywaj pan”. Tyle, że ja byłam zestresowana, on wygadany i jeszcze przez telefon na policji wymógł zgodę na opuszczenie blokowanej przez nas drogi i zjazd na parking, co usunęło dowody jego zbrodni. Policja stwierdziła, że nasz zderzak jest porysowany (w końcu jeździmy po lesie) i jakieś zdarzenie było. Przyznali, że lampa owszem na pewno nie pochodzi z TEGO zdarzenia, ale oni nie są od stwierdzenia co pochodzi, tylko od stwierdzenia czy coś było, a samochodem pana zajmie się rzeczoznawca. Obojgu nam kazali dmuchać, jemu dali numer mojej polisy a mi mandat. 250 złotych! Przyjęłam go z dumą, a ubezpieczycielowi napisałam prawdę. Okazuje się jednak, że przyjęcie mandatu było przyznaniem się do winy i żadne pisanie prawdy nic nie pomogło. Naciągacz swoje dostał. AXA jako kompletnie kiepska firma nawet o wypłacie nie powiadomiła, tylko teraz przysłała kuriozalnie wysoką propozycję (1500 złotych).

Oczywistym jest, że z AXĄ się żegnamy. Już szukaliśmy alternatywny. Słuszną alternatywą wydawało się usunąć mnie z właścicielstwa. Najmniej skomplikowane prawnie wydawało się przekazać moje udziały mojej mamie, która w dodatku mieszka w małym mieście, a to sprzyja tańszym składkom OC. Okazuje się jednak, że mimo, iż rzekomą stłuczkę miałam ja, zniżki tracimy podobno oboje. Zatem inne pozornie słuszne wyjście to przekazać całość auteczka któremuś z rodziców. I tu znów nie może to być moja mama, bo nie będziemy wtedy mogli trzymać auteczka pod domem, gdyż nie będzie ono tu zameldowane. Zostaje któreś z rodziców Męża. Znów odpada tata, bo ma 60% zniżek, a my mu ich stracić nie możemy (tata jest dobry i pozwala, ale my jesteśmy lepsi i nie możemy przyjąć). Jedyną opcją wydawała się być mężowska mama, kierowca doświadczony, ale od jakiegoś czasu bierny, lecz z uwagi na tą bierność, nie lubią jej kalkulatory składek OC. Wychodzi na to, że my z naszym doświadczeniem rocznej bezszkodowości i ostatniej szkody jesteśmy lepszą partią do rozgrywki z ubezpieczycielami. Znaleźliśmy zatem najtańsze, bardzo drogie ale jednak za mniej niż 900 zł, OC w pewnej firmie należącej do pewnej grupy, która stronę ma ponurą niczym ewakuacja miasta czy coś równie dramatycznego. Ale OC jak to OC, nie ważne gdzie, ważne za ile. Plus jest taki, że nie wychodzimy na wszystkim gorzej niż zwykle, a po raz kolejny pozwalamy sobie na luksus uczciwości i niecwaniaczenia. Bolesny, ale luksus.  Przy okazji wyszło na jaw, że w tekście „Mezokracji” nie padają słowa „rzeczywistość jak OC potrafi dopiec”, lecz  „jak ocet”.  Octu nigdy nie próbowałam, bo jego zapach mnie odstręcza, a OC dopieka już po raz trzeci i przyznaję, że potrafi.

Prawo ubezpieczeniowe jest źle napisane i pełne luk, fora prawne prześcigają się w podawaniu sprzeczności. Prawdopodobnie jest tak, że szkody jednego z właścicieli przechodzą na obu, ale zniżki oczywiście już nie. Jakiś admin zawsze zaprzeczy czemukolwiek. Zniżki za płeć też nie przechodzą. Przechodzi tylko to, co może obciążyć. Paradoksalnie ja jako kierowczyni od lat pięciu a ze szkodą jestem atrakcyjniejsza od Męża, kierowcy bezszkodowego, doświadczonego lecz z dwuletnim stażem prawa jazdy. Przed lustrem jestem, to przyznaję, ale żeby w kalkulatorze składek?!