Najlepiej wydane 8 złotych

DSCN8579W dawnych dobrych czasach, dokładnie 7 września 2012 zrobiłam zakupy za 20 złotych w mieszczącym się pod nami sklepie prowadzonym przez koleżankę. Na te zakupy złożyły się kurtka, spodnie, piżama z supermenem i dwie bodzianki dla naszego synka. Każda z tych rzeczy była super i każdej używa wciąż, ale chciałam skupić się na kurteczce, która ważyła tyle, że kosztowała 8 z tych 20 złotych i jest świetna.

Kurteczka jest zielona i ma bardzo fajne mankiety, które znajdują się na przedłużeniu z podszewki, co pozwala osłonić ręce maluszka przed chłodem. Kurteczka podszyta jest polarem i ma naszywkę w kształcie samolotu i drugą w kształcie gwiazdki. Niby jest zimowa, ale jednak cienka. Robione przez nas zdjęcia dowodzą, że co najmniej od 30 września kurteczkę stosowaliśmy.

Przed zimą starszy kuzyn podarował kurteczkę brązową, bardziej puchową i lepszej firmy, ale kurteczka brązowa była krótsza i nie miała takich mankietów osłaniających ręce. Synek w kurteczce zielonej przechodził całą zimę zakładając ją na bluzę z polaru. Nigdy nie zmarzł. DSCN1685

Obecnie nosi kurteczkę wieczorami gdy jest chłodno, czasem nie zakłada pod nią nic. Bardzo lubi to ubranko, bo jest zielone jak Lanos, który nazywa Lanią i który także bardzo lubi. Kurteczka sprawia wrażenie, że jeszcze przyszłej zimy posłuży. Chyba, że osiłek nam wyrośnie.

Jako, że kurteczka służyła nam całą zimę i całą wiosnę, to za każdą wizytą w Lidlu właśnie ją miał na sobie synek. A na blogu o Lidlu było niemało. Nie jest więc dużym zdziwieniem, że gdy Lidl wyprodukował w Bangladeszu (nie w Chinach!) spodenki dla dzieci marki Lupilu, uwzględnił Staszka i jego zapotrzebowanie na zieleń.

Niedawno dostaliśmy poniekąd w prezencie a poniekąd do przetestowania spodnie z Lidla dla synka i są  super, a wiem co mówię, bo to nie pierwsze nasze nowe. Spodnie regulują się w pasie gumeczkami, co jest istotne, DSCN7062bo wiemy od doświadczonych matek dzieci starszych, że nie każde spodenki tak mają. Te nadałyby się nawet dla grubasa, a wcale nie spadają z naszego osiłka. Ponadto, spodnie potraktowane pralką nie straciły nic a nic ze swego koloru. Kolor jest zaś granatowy, a nogawki wąskie, co wygląda lepiej od nogawek szerokich i wcale nie jest niewygodne. I nie przemokły na wilgotnej łące. I nie są za krótkie. I nie przecierają się na kolanach, a były prane naprawdę dużo razy. I pasują do synkowej lali, która także ubiera się na zielono-granatowo. Przedtem nie mieliśmy granatowych spodni (poza niezbyt ładnymi zimaczami po kuzynie) i nie pasował synek do lali. A co najistotniejsze, obszycia na spodniach są zielone, co wygląda bardzo ładnie i tym bardziej pasuje. Staszek uwielbia swój zielono-granatowy komplecik i ze spodniami rozstaje się tylko na czas prania. Jeszcze nigdy prezent ubrankowy nie był taki udany.  Paradoksalnie, gdyby nie kurteczka, spodnie nie stanowiłyby kompletu i zielone przeszycia nie byłyby w nich tak pożądane.

DSCN8584

DSCN8580

DSCN7043

Reklamy

Nie ma co płakać nad rozlanym browarkiem

DSCN6894Z racji niepracowania w niedzielę mamy jutro dzień wolny. W przeciwnym przypadku byśmy nie mieli, gdyż  owrzodzony Mąż pracujący 12 godzin* dziennie nakazy religijne respektuje. Z tytułu, że jest majówka, w mieście nie zachodzi coś takiego jak cisza nocna. Kiedy wyszliśmy o północy na krótki spacer usypiający tych, co nie spali, przyszło co niektórym z nas wdepnąć nawet w wymioty. Z racji nie najgorszej pogody tłumy wolą wymiotować na dworze aniżeli w łazience ekskluzywnego lokalu piwnego, w którym piją napoje. Zresztą napoje są wyskokowe i wyskakuje się po nich.

Znamy eksperta od browarków, któremu raz pękło piwo w zamrażarce. Ekspert się wcale nie zmartwił, choć nie była to jego zamrażarka, gdyż po pierwsze piwo pękając nie wyrządziło ani jednej szkody, a po drugie zamarznięte piwo odzyskać łatwo. Jeśli więc spadnie Wam butelka z browarkiem na chodnik, użyjcie do zamrożenia przenośnej butelki ciekłego azotu. Inną metodą na odzyskanie browarka z powierzchni jest słomka z filtrem antypiaskowym.

Korzystając z niedzieli oraz zmuszeni brakiem ciszy nocnej i pragnący spać przyjechaliśmy na wieś. Wyjechaliśmy grubo po 19, gdyż niektórzy pracowali, inni spali a jeszcze inni szyli i o maływłos nie skończyli sukienki. Jazda o takiej porze pozwoliła nam ominąć korek i pierwszy raz w mojej karierze kierowniczki skręciłam w lewo na Hucisku od razu zamiast robić pętelkę prosto-prawo-prawo-prawo, którą do tej pory praktykowałam. Jazda o takiej porze przypominała jazdy sprzed wielu miesięcy, gdy o takiej porze jeździliśmy na wieś właśnie.

W Wyczechowie znaleźliśmy się tuż po 20, co tez było podobne do tradycji, bo zawsze przejeżdżaliśmy przez ową wioskę w ostatniej chwili albo spóźnieni. Ostatnia chwila jest przed dwudziestą, gdyż o tej godzinie zamykany jest przybytek zwany Gościńcem. Mają tam najlepsze kabanosy. Lepsze od zapasów, które wieźliśmy dziś.

Spóźnieni stukaliśmy w szybę, ale nikt nie otwierał. Robiłam błagalne miny i nie ustępowałam i wyszedł pan, spytać czego. Poprosiłam o dwa kabanosy. Pan odparł, że są, ale że kasa już zamknięta. Wówczas jednak pokazał się i Mąż ze Staszkiem i pana widok naszego kompletu przekonał. Odbyło się to w słowach „A skoro pan już tu jest, to proszę”. Sprzedano nam dwa kabanosy i mogliśmy jechać dalej. W Lidlu znaleźliśmy się na czas, bo krótko przed 21. Mogliśmy jeszcze zażyć sloł liwingu i kupić sobie ciastka na jutrzejszy piknik oraz lekkostrawne skrzydełka na jutrzejszy grill.

Ach, i można powiedzieć, że skoro wyjechaliśmy chociaż na niedzielę, to znaczy, że mamy majówkę. Nic bardziej mylnego. My majówkę dopiero chcemy mieć. W maju. Zeszłego maja** miałam szczęście patrzeć jak na majówkę pakował się sąsiad z dzieckiem, rowerkiem, grillem, lodówką przenośną i zwierzaczkiem i jak z tej majówki w strugach deszczu nadjechał. Podobne szczęście miał i Mąż, bo wołałam go do okna i razem zazdrościliśmy.

*Reszta to dojazdy lub sen.

**Zeszłego maja nie było NIC prócz pierwszego wpisu Cytrynny, gdyż Mąż właśnie drugiego szedł po raz pierwszy do nowej pracy, która to praca doprowadziła do klęski finansowej i zdrowotnej wespół z innymi czynnikami. Jako katalizator.  I odebrała nam majówkę. A rodzinom majówki się należą.

Lidl znaczy mama

DSCN1721Staszek do swego repertuaru słów użytych dodał dziś „lidlu”. Bywa w Lidlu. Wie, że Lidle są dobre i nawet kojarzy logo Lidla z osobą swojej mamy. Oglądając gazetkę mówi mama i pokazuje na logo. Wie to, ponieważ każda wycieczka tego lata i tej jesieni biegła przez Lidl, a w jedynym Lidlu, w którym nie było sympatycznie (tym w Warszawie), nie było go  z nami.

Byliśmy dziś na całorodzinnym zwiedzaniu nowego Lidla, o otwarciu którego już wspominałam. Nowy Lidl znajduje się równo 2 km od naszego miejsca zamieszkania, czyli dokładnie tyle, ile potrzeba, by  zmarznąć po drodze i docenić ciepło lidlowe. Po drodze zajrzeliśmy również na miejskie targowisko, które jednak już się zwinęło. Po tej samej drodze kupiliśmy dla mnie płaszcz bardzo dobrej jakości, na którym będę uskuteczniać przeróbki krawieckie. Płaszcz jest w kolorze granatowym, czyli najbardziej pożądanym. Jego cena DSCN1696była niższa niż jakiegokolwiek przyzwoitego materiału z allegro, a jego jakość powala mnie samą, bo 90% płaszcza stanowi wełna z lamy, 10% wełna z merynosu, a podszewka jest tak miła w dotyku, jakby miała posłużyć za wyściółkę pudełka na koronę króla, gdy w naszym kraju zostanie przywrócona monarchia.

Rozważaliśmy pójście przed Lidlem na forty*, gdzie stada głodnych kaczek oczekiwały na ten suchy chleb, który wozimy w wózku, jednak miałam akurat taką kiepską czapeczkę, pod którą wwiewał mi wiatr i nie reflektowałam, więc pokonawszy dystans dzielący nas od Lidla, po prostu weszliśmy do niego.

Nowy gdański Lidl jest zupełnie nowoczesnym budynkiem nie przypominającym tych baraków, które niemiecki sklepikarz budował przed laty. Wózki także są zupełnie nowoczesne niczym w Lidlu na ulicy Uphagena DSCN1709otwartym w marcu tego roku. Wszedłszy, przesadziliśmy nasze spragnione napojów dziecko do wózka sklepowego, co by było bardziej z nami, a jego wózeczek z pewną dozą nieśmiałości pozostawiliśmy w kąciku przy wodach źródlanych tuz przy wejściu.

Sklep zaskoczył nas odmiennym od znanych nam- znawcom Lidlów-układem. Otóż przy wejściu nie było wcale pieczywa. Pieczywo umieszczono na samym końcu pierwszej alejki wejściowej. Było tez wyeksponowane bardzo ekskluzywnie w szafkach zamiast plastikowych korytek. Były warzywa różnych typów, ale musieliśmy je zignorować, bo mieliśmy tylko jeden plecak i tylko jedno, już nieco wypchane podwozie. Kupiliśmy tylko produkty pierwszej potrzeby jak powidła do pierników, batoniki zbożowe i tortille. Do koszy, oprócz towarów z bieżącego katalogu, rzucono także towary, które nie sprzedały się w Lidlach przez ostatnie miesiące, jak na przykład prostokątne miniforemki DSCN1693do bochenków z października. Towary stare przeceniono uczciwie i apetycznie. Pierwszy raz w Lidlu udało mi się odnaleźć między produktami fasolkę w puszce, która jest istotnym składnikiem mojej kuchni. Przekopaliśmy się także przez wiele palet puszek z pomidorami, ponieważ zależało mi na pomidorach krojonych (gehackte), a nie tylko obranych (geschälte). Jednak merchandiser z Lidla widocznie nie widział różnicy między germańskimi napisami i pomieszał oba rodzaje pomidorów na jednym stosie.

Włodarze nowego sklepu wygospodarowali także miejsce na całe stoisko z fajerwerkami. Niekoniecznie pasuje to do rodzinnego, spokojnego i slołliwingowego profilu niemieckiego sklepu, ale przyciąga także innych klientów i niby nie szkodzi społecznie, więc jest niby dobre.

Przeszedłszy do kas, ze zdziwieniem skonstatowaliśmy, że obok naszego wózka stanęły dwa kolejne. Prawdopodobnie zapoczątkowaliśmy dziś nowy zwyczaj tego Lidla polegający na parkowaniu wózków dziecięcych przy wodach. Lidl jest nowy i nie miał jeszcze takiego zwyczaju.

DSCN1676Poświecę też kilka zdań pewnemu sympatycznemu starszemu panu, który stał przy jakichś częściach samochodowych i pochłonęły go one tak bardzo, że nie reagował na podwójne ‚przepraszam’. Zareagował dopiero na trzecie ‚przepraszam’ połączone z lekkim szturchnięciem wózkiem. Wówczas nie przemieszczając się praktycznie wcale, rzekł „ja stoję bardzo blisko [kosza] i nikomu nie przeszkadzam”. Miejsca wózkowi w wąskim przejściu ustąpił dopiero jadący z naprzeciwka inny wózek, a pan jak stał, tak stał.

Nowy Lidl jest bardzo sympatyczny i cieszymy się, że jest teraz tak blisko nas. Lidl ma również bardzo fajne siatki- różowe z motywem banana. Wzięliśmy dwie, chociaz nie potrzebowaliśmy ich. Ale skoro już wzięliśmy, to odciążyły one plecak oraz posłużyły do zbierania tych puszek z pomidorami, które co wybój wypadały z podwozia.

Na koniec, odbiegając od Lidlów, pobulwersuję się, również życzliwie i sympatycznie. Wspominałam wczoraj o naszym długim spacerze ze śpiącym dzieckiem. Dziecko miało rękawiczki na łapach jak nigdy. Obie. Wiem, ze cienkie rękawiczki stolec dają, bo sama od zawsze w ręce marznę i pamiętam, że jako dziecko nosiłam cienkie właśnie i że stolec dawały. Wczoraj ręce moje akurat zmarzły mimo dwóch warstw puchatych ocieplanych rękawiczek z polaru. Kiedy wróciliśmy do domu, dziadkowie zaraz pochwycili dziecko i zaczęli sprawdzać ciepłotę jego dłoni, DSCN1699które były zupełnie letnie i niezłe jak na niego. Dziadkowie zgodnie i demonstracyjnie rozcierali owe rączki, głośno martwili się jakie zimne, rozważali wzięcie ich pod ciepłą wodę, ale zrezygnowali, „bo by go bolało”. Wprost nie rzekli ni słowa do niby wyrodnych rodziców. Dziś babcia (czyli Staszkowa prababcia) powiedziała nam, że tata (czyli Staszkowy dziadek), który słynie z tego, że chrapie zanim jeszcze jego głowa opadnie na poduszkę i zasypia najsprawniej w całej rodzinie niby nie spal [całą noc], bo martwił się, że Stasie ręce po spacerze był całe sine. Generalnie tata jest dosyć trzeźwy jeśli chodzi o różne sprawy, a  babcia z kolei jest przekonana, że mimo upływu lat dobrze bajeruje. Ponadto hasło tata jest wytrychem i roztopi każde zatwardziałe serce. Tym razem babci się chyba wydawało, ze owym wytrychem zachęci nas do… no właśnie, do czego? do krótszych spacerów? A może liczyła, że Staszek, który wszystko rozumie, usłyszawszy, że ukochany dziadzia nie spał, zachęci się do rękawiczek? Podwójnych rękawiczek? Bardzo pociesznie. Zabawnie.

*Na właściwe forty chodzimy tylko i wyłącznie we wtorek po Wielkiejnocy, kaczki zaś karmimy w okolicach fortów.DSCN1670

DSCN1687

A w sobotę przy Sopocie…

DSCN8960Wraz ze spadnięciem śniegu spadło na nas ogromne nieszczęście. Dzieciaczek nasz, na razie jedyny, dostał napadu kaszlu. Kaszle i kaszle, chyba zaraz wykaszle sobie swoje maleńkie płucka. A przy tym BYWA taaaki gorący! Nie, sytuacja wcale nie jest taka prosta, bo nie śnieg przyniósł kaszel, lecz przywieźli go dziadkowie. Ponadto nie jest to napad kaszlu, lecz pokasływanie i nie bywa wcale gorący lecz krótkotrwale ciepły. Ja, jak przez całe jego maleńkie życie, obstawiam, że ząbkuje. Jednak starszyzna z wszystkich stron prześciga się w domysłach, a każdy domysł straszniejszy. Moja mama „tylko” przestrzega, że należy podać co prędzej syropek. Przedwczoraj należało go podać, żeby osuszyć kaszel, wczoraj– aby nie udusił się w nocy, dzisiaj zaś-aby nie doszło do zapalenia oskrzeli. DSCN8970Syropku nie podałam i nawet go nie kupiłam, bo zakupienie syropku byłoby zaakceptowaniem ewentualnej choroby, zatem jeśli potrzeba zajdzie, kupimy go choćby i w niedzielę. Wczoraj, gdy wyrabiałam sobie o kaszelku zdanie, trafiłam na jakieś forum o ziołolecznictwie, gdzie mistrz zielarstwa uważał, iż zapalenia są dobre, gdyż oczyszczają organizm i tylko przy zapaleniach organów uwięzionych w klatce lub w czaszce należy uważać. Uważamy zatem.

W razie czego czeka na nas przychodnia weekendowa z konowałami (tak! dwa przypadki naszych chorób potwierdzają tę opinię!) gotowymi leczyć dziecko antybiotykiem. Również nic innego nie robi, tylko czeka pod telefonem cała książka telefoniczna trójmiejskich lekarzy gotowych na skinięcie palca odśnieżyć swoje auta i przypędzić do nas po dniówkę. Fucha jak się patrzy, bo czyż istnieje coś lepszego od wizyty u zdrowego wesołego dziecka i spanikowanej mamuśki, którą można albo DSCN8934tylko pocieszyć, że spanikowała, albo zapisać upragniony przez nią antybiotyk, by wiedziała, za co płaci? Ale to wszystko nic. Mamy drugą stronę rodziny, a ta to dopiero się boi. Boją się najgorszego. Co może być najgorsze? Najgorsze są oczywiście początki astmy. Astma właśnie tak SIĘ ZACZYNA. A gdy już zastartuje, to nic jej nie zatrzyma. Istnieje hipoteza, że straszliwy, odbywający się kilka razy w ciągu doby kaszel naszego dziecka jest kaszlem uczuleniowym i astmatycznym. Do tej pory zawsze zdrowe dziecko w końcu choruje! Triumf baterii nad człowiekiem! Bakterii, która nie istnieje.

Dopuszczalną przyczyną astmy u synka są nasze misie. Wszystkie misie mieszkają na wsi poza trzema malutkimi, psem od byłej niedoszłej dziewczyny i małpką, która mówi że kocha. Zmusiła nas do tej izolacji zacieśniająca się ciasność oraz oszustwo  ostatniego misia, który był zadomowiony. W Gdańsku rezyduje również Kubuś Puchatek od już-za-chwilę-matki-chrzestnej i na razie nigdzie się nie wybiera. Misiów rzekomo nie da się posprzątać, odkurzyć ani wyprać. Jednak nas na wsi nie było od dawna, a misie miejskie nie przyznają się do nosicielstwa astmy.

My dzisiaj uratowaliśmy siódemkę misiów. Właściwie szóstkę i jednego zająca. Jeden miś jest malutki i możemy mu zapewnić lokum. Jeden jest małym Kubusiem Puchatkiem bez futra i na jego przykładzie nauczę się szyć pluszaczki, bo z racji braku futra widać jego rysy. ZoDSCN8972staje zatem, gdyż nie mam chwilowo czasu na zabawę w eksperymenty pluszaczkowe. Pozostałej gromady nie możemy zatrzymać, bo mamy bardzo ciasno. Misie i zając wykąpały się w pralce i obecnie grzeją się w warunkach cieplarnianych. Jutro pójdą do księdza Piotra, który jest opiekunem misiów i rozdziela misie po domach. Mamy nadzieję, że ksiądz pokieruje misiami i zapewni im ciepłe domy na Święta. My je uratowaliśmy z sekąd handu, który prowadziła koleżanka. Dzisiaj zawiesiła działalność i przestała być sąsiadką, ograniczyła się tylko do bycia koleżanką. Oprócz uratowania misiów, jako pomocnicy w rozbiórce i pakowaniu sklepu, a jednocześnie najbliżsi sąsiedzi obłowiliśmy się w różne niepotrzebne jej rzeczy jak na przykład parasol, deska do prasowania, toster do donatów, okrągły stolik, pół kilograma cukru, śliczna biała zasłonka na sukienkę dla Cytrynny, gdy ta dojdzie do siebie po obecnie nękającej ją sukience, herbata, cudny zielony materiał na choinki w kolorze choinki i o fakturze modrzewiu, stojak na biżuterię, który moja mama dostanie na Święta oraz prawie pełna butelka Cifu.

Misie, podobnie jak wiele innych rzeczy, z niezrozumiałych dla nas przyczyn miały iść na śmietnik. 604048_346501658781623_609919854_nZ przyczyn oczywistych nie mogliśmy na to pozwolić. Koleżanka miała tez pieska, do którego Stasio chodził niemal codziennie na co najmniej chwilę. Pieska zachowała sobie. Teraz już nie będziemy mieli miejsca, w które można pójść na herbatę, jako przerywnik w czymkolwiek, czy chociażby zostawić Stasio na czas zbierania rozsypanych pod klatką marchewek i winogron, bo i takie coś się przytrafiło. Teraz po takie atrakcje trzeba będzie jechać autobusem, a wyprawy wiadomo- trudniej zorganizować niż wyjście pod dom z możliwością powrotu w każdej chwili. Dobrze chociaż, że ja mam zniżkę studencką, a Staszek jedzie za darmoszkę.

W dniu dzisiejszym udało się nam również pójść na rynek-targowisko przed jego zamknięciem. Kupiliśmy tam jajka prawdziwe od pana co zawsze oraz landszaft i tandetę. Nie wiem, które jest landszaftem, a które tandetą, ale nabyliśmy lampki w słodziacznym kolorze różowym oraz gwiazdę betlejemską w postaci kawałka kartonu z lampkami migającymi. Mamy w tym stylu już gwiazdę 8-ramienną i uważamy ten rodzaj ozdoby za bardzo atrakcyjny dla oka.

Wyprawa na targowisko DSCN8939wykazała jeszcze jeden powód do radości. Mianowicie już za 5 dni tuz obok targowiska, w odległości dokładnie 2 km od naszej aktualnej bazy i w odległości 2,1 km od świeżo upatrzonego przez nas mieszkania ma się otworzyć Lidl. A wiadomo, że Lidle są super. Nasze nowoupatrzone mieszkanie jest wprawdzie bez wykusza, ale za to ma dwa balkony i jest w wieżowcu. Nasi znajomi z Warszawy maja balkon i też mieszkają w wieżowcu i mogą tam mieć króliczka. My też mieliśmy mieć króliczka, ale nie dość, że nie mamy na razie na niego miejsca, to jeszcze nam nie pozwolono, a poza tym sprzątnięto nam go sprzed nosa. O!

Na tym zakończę ten atrakcyjny dla oka i ucha wpis, gdyż przed nami jeszcze wiele robótek ręcznych w pokoju i w kuchni. Jutro gościmy wielu gości i chcemy ich obdarować handmejdami oraz nakarmić własnymi wypiekami.

Sloł liwing

Jesteśmy w domu czyli na wsi. Przyjechaliśmy na dwie noce i w nadziei na grzyby. Sąsiad miał wczoraj pełne wiadra z tych okolic właśnie. Staszo dziś cały dzień marudziło, oczko ropieć przestało, ale marudność niesamowita dziecię ogarnęła. Zataczało się niczym pijak i po każdym zatoczeniu rzewnie wyło, bo łkaniem tego nazwać się nie da. Apetyt zerowy, ale na to akurat nerwy mam stalowe, dopóki dziecko pije. A pije. Trochę mniej, ale wystarczająco. Więcej, niż pić dostaje gdy nie pod moją opieką przebywa. W samochodzie dziecko ożyło i odżyło. Liczyłam, że zaśnie, a nie zasnęło, nic to jednak, bo spało wcześniej. Rozpoczęła się nasza dwudniowa przygoda ze sloł liwingiem. Oczywiście jutro nieliczne i z samego rana jedynie się odbywające Msze oraz chęć wyprzedzenia innych grzybiarzy w dzikim pędzie po pełne kosze zmusza nas do pewnych ustępstw, ale jednak ogólnie zamierzamy się nie spieszyć. Pierwszy raz od lat nie przyjechały z nami żadne książki do magisterki, sam wyjazd choć krótki, ma charakter stricte nienaukowy. Ja to zamierzam sprzątać, bo już poprzednim pobytem dużo ogarnęłam i są szanse na efekty, a ja lubię gdy są efekty. Mam już na sobie tutejszą piżamę, którą od dłuuugiego czasu noszę tylko i wyłącznie tutaj. Mąż opracowuje scenariusz na mającą się wkrótce odbyć sesję RPG swoich marzeń. Staszo śpi w swoim łóżeczku. Raz już próbowało wymusić przejście do dużego łóżka, krzykiem oczywiście, ale mama po raz pierwszy nie była miękka, a chyba mu tez bardzo nie zależało, bo niemal nie oponował wracając do łóżeczka. Zresztą tutejsze łóżeczko jest dużo wygodniejsze od gdańskiego. Nie ma co się oszukiwać, i tak wiadomo kto w czyim łóżku skończy.

 Najlepiej sloł liwing prowadzić w Lidlu. Sobotni wieczór jest ku temu idealny. Lidl jest pustawy, wszak wszyscy zrobili zakupy przed południem w największym tłoku lub odłożyli na niedzielę, by ja właściwie święcić. Nieliczni tylko przybywają po trunki na wieczór. W Lidlu jest wszystko, co potrzeba. Są wrzosy na sadzonki, jest pieczywo typu bułki, jest ser gorgonzola, są ciastka amerykańskie z czekoladą, które może jeść już i domagające się frykasów Stasio. Są ziemniaki- do wyboru w workach lub na sztuki. Samodzielnie wybierając można wybrać te lepiej się nadające na frytki, a do tego jest taniej. Jest śmietana do jutro_zebranych maślaczków. Są chipsy najróżniejszych struktur i smaków, nawet takie w kształcie misia. Są oczywiście soki typu kubuś. I maślanka. I banany dla niemających apetytu niemowlaków. I słoiki dla leniwych lub rekreujących się matek. I znicze, ale to akurat nam nie było dziś potrzebne. I woda_z_Lidla, dla uzależnionych od wody, najlepsza w smaku ze wszystkich znanych wód, mineralne konkurująca z Cisowianką, lepsza od Pomorzanki i przy okazji najatrakcyjniejsza cenowo. I już słodycze bożonarodzeniowe. W zeszłym roku zaskoczyły nas 4 października, w tym roku są jeszcze wcześniej. Mąż był łaskaw nawet kupić mi keks z marcepanem, który smakiem wprawdzie nie powala, ale smakuje Świętami. Nie śmiałam już prosić o pierniki norymberskie, które smakują nocnym jedzeniem podczas nocnych karmień Stasi. (Mężu, gdybyś to czytał przed poniedziałkiem, to będziesz wiedział jak mnie ucieszyć). Wracając do Lidla, nie zapomniano i o atrakcjach dla najmłodszych. Wózek jak to wózek, jeździ i ma miejsce na berbecia. Jest i karton, z którego maluch nie wyjdzie sam choćby poskoczył. A żeby sloł liwing z Lidla rodem był naprawdę sloł, to pracuje tylko jedna kasa. Nikomu to jednak nie przeszkadza, bo nikt się nigdzie nie spieszy!

 Posilona lidlową bułeczką Stasiunia nabrała humoru i przyjechawszy pod dom zakręciła się niczym rasowa gospodyni. Doglądała, jak rodzice nosili tobołki i zakupy, wymachiwała pogrzebaczem, testowała zmiotkę i trochę też szufelkę. W końcu zabrała się za zupełnie ręczne wywalanie popiołu z kominka, który sama otworzyła. W tym jednym miejscu po paru minutach matka zainterweniowała, umyła łapki i kominek zamknęła, a popiół zmiotła. Dziecko odmówiło kolacji, ale wypiło większość mleka, po czym wcale nie miało zamiaru spać, lecz odbierało bodźce. Chichrało się jak przysłowiowa pensjonarka i kombinowało, czy lepiej wydłubać matce nos, czy wydrapać oczy. W końcu matka swoim schrypiałym głosem opowiedziała krnąbrnemu synkowi najnudniejszą historię jaką udało jej się skompilować i to go zmogło.

Fotostory o jeziorze

W ostatnią sobotę, która to sobota stanowiła większość naszych tegorocznych wakacji, odwiedziliśmy dom. Było upalnie, gorąco i nieznośnie. Niestety również sucho, przez co grzyby nie obrodziły. W niedzielę było mokro, za to nie było ogólnej pogody wycieczkowej, więc późno-sobotnio-wieczorna konieczność powrotu do Gdańska okazała się nie tak straszna jak się w sobotę malowała. Wracaliśmy już podczas burzy, ale byliśmy w puszce Faradaya, więc nic nam nie groziło, powiedział mój fizyk. Podpytywany o otwarte okna nieco się zmieszał, ale żaden piorun kulisty nie wpadł, więc czyja by ta puszka nie była, bezpieczeństwo zapewniła. A tak się składa, że głównym właścicielem zielonej puszeczki jestem ja, a nie żaden Faraday.

W sobotę po zaliczeniu naszych zagajników i zebraniu kilku kurek oraz rytualnych już zakupach w kościerskim Lidlu, który jest taki sielski, miły i wakacyjny jak to tylko Lidle bywają, udaliśmy się do Lipusza na poszukiwanie jeziora. Wybór taki, bo w Lipuszu jeszcześmy nie byli. Jeziora gołym okiem nie było widać, spytaliśmy jakiegoś tubylca i nakazał cofnąć się do wioski, potem „w lewo przy młynie i w prawo za torami”. Młyna nie było widać, ale za torami skręciliśmy w prawo i jechaliśmy, jechaliśmy, aż niczego nieświadomi wytoczyliśmy się na drogę główną, co o mało nie skończyło się źle. Zawróciwszy z powrotem do wioski spytaliśmy innego tubylca i tak samo nakazał jechać za młynem w lewo, około półtora kilometra i będzie jezioro. Jechaliśmy, jechaliśmy, żadnego młyna na horyzoncie, a upał dawał się we znaki. Po jakichś 15 kilometrach znaleźliśmy inne jezioro. Zjedliśmy tam lody, ciastka francuskie, wypłukaliśmy ręce i nogi aż ja wpadłam na szalony pomysł pokazania dziecku wody. Dziecko, rozpieszczone zbyt ciepłymi kąpielami, wcale nie krzyczało więc zachęcona obnażyłam do pieluchy i pozwoliłam zanurzyć się. Były i kąpiele błotne i bicze wodne. Pielucha namokła, ale szacunek do współplażujących nie pozwolił obnażyć Stasia. W samochodzie znalazła się nawet płachta z bawełny do okrycia wychodzącego z wody. Schłodzeni i zadowoleni wróciliśmy do domu odnajdując po drodze młyn w centrum wsi. Przez las drogą zupełnie nieuczęszczaną goniła nas jakaś audica. Ja się bałam, strach był zatrzymać się na opuszczonym parkingu i dać się wyprzedzić, bo a nuż by nie wyprzedziła albo zastawiła dalej drogę. Zwiewaliśmy terenowym Lanosem 70km/h po wybojach a ona za nami, ale potem odbiła i mogłam odetchnąć. w domu wypiłam gorącą herbatę (tak! mimo upału ja muszę!) a następnie wyposażeni w stroje kąpielowe dla siebie i ręcznik dla Stasio pojechaliśmy nad Strupino. Wybór był dobry, bo w naszej wsi nad jeziorem stało ze 20 aut, a w naszym miejscu nad Strupinem nie było nikogo. Miejsce jest nasze, bo już dwa razy z różnych kierunków trafiliśmy w ten sam punkt przez przypadek. Miejsce rozpoznajemy po powalonym przez bobra drzewie. Jako miejsce plażowe dopiero debiutowało, ale debiut wypadł wyśmienicie. Woda była znośna, a na głębokości Stasia to i ciepła. Stasio znalazło jakiś kijek i się nim zabawiało. Ja bardzo chciałam się już kapać, ale Piotr, który się Stasiem zajął co chwile pozował do coraz to lepszych fotek i ja kilkanaście razy wychodziłam z wody odkładać aparat, aż w końcu sobie darowałam fotki. Na mojej głębokości woda nie była już taka fajna, ale dało się przepłynąć.

Potem były Wdzydze. We Wdzydzach dosyć podłe frytki i talarki. Ucieszyłam się, że nie zamówiłam pieroga z kurką, bo bym pewnie żałowała.  Potem Mąż podjechał a ja popchałam wózek nad wdzydzkie jezioro, gdzie grano kiepskie szanty. Stasio wypił mleko i złapał parę komarów na swe łydki a potem pojechaliśmy do domu na chwilę i do Gdańska.

Jestem bardzo zadowolona ze Stasia i jeziora. Trochę go poprzemieszczaliśmy po powierzchni wody. I nawet stąpał po dnie i w ogóle aż miło było na niego patrzeć jak się cieszył. A po powrocie zrobił się jakiś bardziej przymilny, tulący się, uśmiechnięty.