Sara i Teodor

Cytrynna i Mąż obchodzili wczoraj ostatnią z szeregu Ważnych Rocznic występujących w tym roku. Przypomnę, że wszystkie dotyczą Pięciolecia, natomiast począwszy od 1 marca, każda data tego roku wypada w dokładnie taki sam dzień tygodnia, jak 5 lat temu. Ponadto również Wielkanoc wypadła w tym roku dokładnie tak samo jak przed pięciu laty, co, o ile nie zmieni się sposób jej wyznaczania, za naszego życia już się nie powtórzy. Wielkanoc jest tu istotnym punktem odniesienia, ponieważ od Wielkiej Środy wszystko się zaczęło.

 Ostatnią rocznicą było pięciolecie zaręczyn. Nie były one wprawdzie żadną niespodzianką dla Cytrynny, ponieważ wspólnie wybrano pierścionek i podjęto decyzję. Początkowo planowano uroczystość na półrocze (4.10), jednak atmosfera nie była dobra w owym dniu i ważne wydarzenie odwleczono. Ponieważ odwleczony dzień (również symboliczny) był sobotą, to starający się o rękę panny przybył do jej rodzinnej wioski. Zjadł obiad u jej babci (słynne ruskie pierogi babci Zosi, niedoścignione i z niczym nieporównywalne) i udali się razem do przyszłej teściowej po drodze kupując kwiaty, bo pomyśleli, że tak wypada. Kupione kwiaty spadły podczas zdejmowania butów i jednej z różyczek odpadł łepek, ale zaradna przyszła oblubienica zamontowała główkę z powrotem za pomocą rozprostowanego spinacza. W tym dniu powstał pamiątkowy talerz zaręczynowy, którym podzielili się po połówce rozłączając obie części aż do dnia Ślubu.

Niestety, mimo wczoraj występującej okrągłości rocznicy, nikt nie był skłonny umożliwić małżonkom jej obchodów. Dziadkowie swojego wnuka bardzo chcieli widzieć go na wsi, gdyż bardzo dokładnie wystrzygli trawnik i być może nawet wypolerowali ździebełka trawy, aby nie pokaleczyły maluszka. Do tego pogoda była taka jak nie bywa w październiku. Pojechała więc rodzina na wieś do dziadków z zamiarem pozostawienia utęsknionego stworzonka przodkom i udania się w miejsce odległe na symboliczne pierogi. Pomysł nie spotkał się z aplauzem, ponieważ dziadkowie liczyli, że pobędą razem a nie, że ich obecność zacznie się kojarzyć dziecku z nieobecnością rodziców.

Mimo początkowych sprzeciwów syn został, a rodzice odjechali. Symboliczne pierogi miały mieć miejsce w Węsiorach, gdzie zadzwoniono uprzednio celem upewnienia, że nie odbywa się tam żadne wesele. Najkrótsza droga do owych Węsiorów wiodła przez Płocice. Była to droga, którą wedle googli nie przejedzie samochód. Lanos jednak przejechał. Zresztą nie pierwszy raz i nie on jeden, mnóstwo grzybiarskich aut po drodze minięto. Nie godziłoby się nie zatrzymać w Płocicach. Był to pierwszy pobyt Cytrynny i Męża w tamtejszym zagajniku bez Stasia. Ktoś szczegółowo wysprzątał wszystkie grzyby, lecz oni mimo to zebrali 3 koźlaki i jednego prawdziwka. A było to już sobotnie popołudnie. Gdy odjeżdżali, na parkingu przy rynku głównym stał inny Lanos i czekał na swoją piknikującą rodzinę.

Kolejnym przystankiem były Bałachy, maleńka wioseczka ze sklepem, w którym kiedyś w czerwcu kupili sobie ogórki małosolne. Tym razem zakupiono sugusy, cukierki przez oboje kojarzone z dzieciństwem oraz sok marchwiowy, bez którego nie odbyła się jeszcze żadna wycieczka. Następnie Lanos pomknął przez Lipusz, drogą którą swego czasu cała rodzina jechała w poszukiwaniu jeziora. Droga jest o tyle interesująca, że jest naprawdę wąska i co jakiś czas na poboczach znajdują się zatoki/wybrzuszenia do mijanek. W końcu, po naprawdę wielu kilometrach, prawie u celu, dotarli do Sulęczyna. W lewo znajdował się Bytów (22 km), w prawo zaś Kartuzy, jedna z trzech stolic Kaszub (33 km)*. Cytrynnie, która na tej wycieczce była pilotem i miała doświadczenie z 20 maja w pilotowaniu na tej trasie, zaświtało, że należy pojechać w lewo. Był to oczywiście wysiłek większy niż włączyć się do ruchu w prawo. Po około 12 km okazało się, że wysiłku tego dokonano na próżno, bo zmieniła się już gmina i zaczęło zanosić się na to, że Węsiory jednak znajdowały się w przeciwnym kierunku od obranego. Potwierdził ten fakt GPS z telefonu. Strata jednak żadna, bo nikomu nie zależało konkretnie na Węsiorach, a zaledwie 10 km przed nimi był Bytów, inne słynne kaszubskie miasto, raz już odwiedzone. Nadłożoną drogę wynagrodziły również spektakularne widoki złotej jesieni (naprawdę złotej) oraz samo góropodobne ukształtowanie terenu. Cytrynna użyła przeglądarki w telefonie i znalazła restaurację godną uwagi, bo oferującą w menu barszcz czerwony. Początkowo małżeństwo zamierzało zaparkować pod Biedronką, bo lubi parkować pod marketami i odszukawszy cel, dojść do niego pieszo, jednak pod Biedronką już czyhał parkingowy, który sczytał ich numer rejestracyjny swoim automatem do tego służącym. Szybko odpalono więc silnik i opuszczono niegościnny parking. W pobliżu znajdowały się darmowe miejsca parkingowe z miłą scenerią i miłym towarzystwem (srebrzysty Lanos). Wybrana Restauracja Młyn również znajdowała się nadspodziewanie blisko. Chociaż barszcz był niezły, atmosfera nie zachęcała. Na koniec próbowano naciągnąć Cytrynnę i Męża na dwukrotnie wyższy rachunek. Szukali dalej lokalu oferującego pierogi. Mijana pierogarnia miała być oazą i wymarzonym celem, ale okazała się być nieczynna. Pospacerowawszy trochę, zupełnie przypadkiem trafili na niemal magicznie nazywającą się ulice Zaułek Drozdowy, w której znajdował się kolejny lokal z internetu, klub Jaś Kowalski. Miejsce bardzo przyjemne, barszcz porównywalny z poprzednim, czyli dobry, ale daleki od tego kościerskiego. Zaś na pierogi czekali niemożliwie długo- tak długo, że się zdążyli nasycić i przeszła im ochota na deser (Mąż zjadł czekajki w obu lokalach). Ostatnim przystankiem w bytowskiej randce był Lidl, czyli najbardziej sielskie miejsce (w Lidlach prawie zawsze jest super, nawet w nielubianym Gdańsku, a zawiódł do tej pory tylko Lidl w Warszawie). Zapełniono bagażnik wodami i popędzono do synka. Mgły już opadały i widoczność była żadna, Lanos ma światła przeciwmgłowe tylko z tyłu, ale doskonały kierowca pokonał trudności. Synka zaniedbano i nie podano mu kolacji, a gdy przybyli rodzice, jeść już nie chciał. Bardzo zmęczony, zasnął zaraz po zajęciu miejsca w samochodzie. Cytrynnie i Mężowi rodzice podarowali 5 rydzów, w tym jednego robaczywego. Rydz to jednak coś tak szlachetnego, że i robaczywego się zjada ze smakiem.

Po powrocie do Gdańska, synka przeniesiono do wózka i zabrano na drug etap randki. Otworzył oczka, lecz tylko na chwilę. Do Lokalu Pierwszego wjeżdżali już ze śpiącym. Lokal Pierwszy serwuje najlepszą szarlotkę w mieście (Cytrynna jeszcze takiej nie potrafi), a ponadto jest lokalem od zupełnie pierwszej i wielu kolejnych randek. W międzyczasie zmienił lokalizację, ale zachował swój klimat. Sprzedaje wprawdzie również piwsko, ale w chyba dość wygórowanej cenie 9zl/500 ml, co jednak nie zniechęca amatorów tegoż. Cytrynna zamierzała swoją szarlotkę popić białą czekoladą, ale nie mieli w magazynie. Opuściwszy Lokal Pierwszy, udali się wszyscy we troje do Lokalu Drugiego, który mieści się w miejscu dawnego Lokalu Pierwszego. Stasio spało smacznie, muzyka była cicha i bardzo retro, co sprzyjało spaniu. Mąż nasycił się czekoladą wypitą w Lokalu Pierwszym, Cytrynna jednak, obejrzawszy tamtejszą szarlotkę w gablocie, zdecydowała się na sernik dyniowy. Z uwagi na chłód, spacer, który później nastąpił, był krótki.

 Nikt nie miał już spustu na rydze, zostały więc na niedzielę jako przedłużenie świętowania. Cytrynna obdarowała Męża figurką z serii Lovable Teddies przedstawiającą zaręczyny Sary i Teodora, on natomiast dał jej jedną z brakujących do kompletności płyt Ulubionego Zespołu.

*Według Cytrynny, mającej zresztą kartuskie korzenie, Kartuzy są prawdziwą stolicą Kaszub. Kościerzyna, chociaż jest najlepszym miastem świata, i do tego ma w herbie misiaczka, do tego tytułu nawet nie aspiruje, jednak duże kaszubskie imprezy odbywają się w Gdańsku, który mianem stolicy Kaszub nierzadko jest określany. Tu też mieści się biuro zarządu, a wiadomo, że to o wszystkim przesądza. Zaś mieszkańcy najbardziej północnych krańców Polski stolicą Kaszub nazywają swoje główne miasto, czyli Puck. Z kolei historia  mówi jakoby stolicą Kaszub miało być Wejherowo (skąd pochodziła Cytrynny niedoszła rywalka w wyścigu po serce Męża, w przedbiegach pokonana).

Reklamy

Fotostory o jeziorze

W ostatnią sobotę, która to sobota stanowiła większość naszych tegorocznych wakacji, odwiedziliśmy dom. Było upalnie, gorąco i nieznośnie. Niestety również sucho, przez co grzyby nie obrodziły. W niedzielę było mokro, za to nie było ogólnej pogody wycieczkowej, więc późno-sobotnio-wieczorna konieczność powrotu do Gdańska okazała się nie tak straszna jak się w sobotę malowała. Wracaliśmy już podczas burzy, ale byliśmy w puszce Faradaya, więc nic nam nie groziło, powiedział mój fizyk. Podpytywany o otwarte okna nieco się zmieszał, ale żaden piorun kulisty nie wpadł, więc czyja by ta puszka nie była, bezpieczeństwo zapewniła. A tak się składa, że głównym właścicielem zielonej puszeczki jestem ja, a nie żaden Faraday.

W sobotę po zaliczeniu naszych zagajników i zebraniu kilku kurek oraz rytualnych już zakupach w kościerskim Lidlu, który jest taki sielski, miły i wakacyjny jak to tylko Lidle bywają, udaliśmy się do Lipusza na poszukiwanie jeziora. Wybór taki, bo w Lipuszu jeszcześmy nie byli. Jeziora gołym okiem nie było widać, spytaliśmy jakiegoś tubylca i nakazał cofnąć się do wioski, potem „w lewo przy młynie i w prawo za torami”. Młyna nie było widać, ale za torami skręciliśmy w prawo i jechaliśmy, jechaliśmy, aż niczego nieświadomi wytoczyliśmy się na drogę główną, co o mało nie skończyło się źle. Zawróciwszy z powrotem do wioski spytaliśmy innego tubylca i tak samo nakazał jechać za młynem w lewo, około półtora kilometra i będzie jezioro. Jechaliśmy, jechaliśmy, żadnego młyna na horyzoncie, a upał dawał się we znaki. Po jakichś 15 kilometrach znaleźliśmy inne jezioro. Zjedliśmy tam lody, ciastka francuskie, wypłukaliśmy ręce i nogi aż ja wpadłam na szalony pomysł pokazania dziecku wody. Dziecko, rozpieszczone zbyt ciepłymi kąpielami, wcale nie krzyczało więc zachęcona obnażyłam do pieluchy i pozwoliłam zanurzyć się. Były i kąpiele błotne i bicze wodne. Pielucha namokła, ale szacunek do współplażujących nie pozwolił obnażyć Stasia. W samochodzie znalazła się nawet płachta z bawełny do okrycia wychodzącego z wody. Schłodzeni i zadowoleni wróciliśmy do domu odnajdując po drodze młyn w centrum wsi. Przez las drogą zupełnie nieuczęszczaną goniła nas jakaś audica. Ja się bałam, strach był zatrzymać się na opuszczonym parkingu i dać się wyprzedzić, bo a nuż by nie wyprzedziła albo zastawiła dalej drogę. Zwiewaliśmy terenowym Lanosem 70km/h po wybojach a ona za nami, ale potem odbiła i mogłam odetchnąć. w domu wypiłam gorącą herbatę (tak! mimo upału ja muszę!) a następnie wyposażeni w stroje kąpielowe dla siebie i ręcznik dla Stasio pojechaliśmy nad Strupino. Wybór był dobry, bo w naszej wsi nad jeziorem stało ze 20 aut, a w naszym miejscu nad Strupinem nie było nikogo. Miejsce jest nasze, bo już dwa razy z różnych kierunków trafiliśmy w ten sam punkt przez przypadek. Miejsce rozpoznajemy po powalonym przez bobra drzewie. Jako miejsce plażowe dopiero debiutowało, ale debiut wypadł wyśmienicie. Woda była znośna, a na głębokości Stasia to i ciepła. Stasio znalazło jakiś kijek i się nim zabawiało. Ja bardzo chciałam się już kapać, ale Piotr, który się Stasiem zajął co chwile pozował do coraz to lepszych fotek i ja kilkanaście razy wychodziłam z wody odkładać aparat, aż w końcu sobie darowałam fotki. Na mojej głębokości woda nie była już taka fajna, ale dało się przepłynąć.

Potem były Wdzydze. We Wdzydzach dosyć podłe frytki i talarki. Ucieszyłam się, że nie zamówiłam pieroga z kurką, bo bym pewnie żałowała.  Potem Mąż podjechał a ja popchałam wózek nad wdzydzkie jezioro, gdzie grano kiepskie szanty. Stasio wypił mleko i złapał parę komarów na swe łydki a potem pojechaliśmy do domu na chwilę i do Gdańska.

Jestem bardzo zadowolona ze Stasia i jeziora. Trochę go poprzemieszczaliśmy po powierzchni wody. I nawet stąpał po dnie i w ogóle aż miło było na niego patrzeć jak się cieszył. A po powrocie zrobił się jakiś bardziej przymilny, tulący się, uśmiechnięty.