Pachta z płachty

DSCN2434Wzorem naszych warszawskich przyjaciół udaliśmy się wczoraj na małżeńską randkę. Nie byłaby to małżeńska randka, ale synek został na przedpołudnie w domu, bo MIAŁO padać. Padało przez 5 minut i lekko, ale co został, to nasze. Nie byliśmy w Paryżu, Nieparyżu ani gdzie indziej. Nie opuściliśmy miasta. Poszliśmy na Stogi i poczuliśmy się naprawdę światowo. Zwłaszcza, że przechodziliśmy po mostach nad rzekami jak w najróżniejszych europejskich stolycach. Byliśmy też w parku z kasztanami, który był iście krakowski. Droga dalsza była także krakowska, bo przypominała drogę do M1 w Krakowie. A apropos M1, to kiedy stamtąd wracaliśmy, to Mąż  zapomniał wsiąść do tramwaju, bo akurat wyrzucał butelkę po Fancie i nie pomyślał, że ja w tym czasie wsiądę i odjadę. A ja wsiadłam i do tego skasowałam bilety i poszły się zmarnować, bo musiałam na następnym przystanku wysiąść. Było także nieco warszawsko w samych Stogach, przypominało klasyczne osiedle w dużym mieście, na przykład Chomiczówkę w Warszawie. A Chomiczówka nazywa się najładniej na świecie. Odkąd mam telefon, w którym mogę mieć dzwonki z muzyki, to właście Chomiczówkę mam za dzwonek.
DSCN2356
Droga na Stogi cała była obstawiona licznymi panami policjantami, którzy dbali o bezpieczeństwo nasze oraz biegnących w maratonie murzynów, gdyż równo z nami biegł maraton z murzynami. Gdyby nie oni, nie byłoby bezpiecznie, gdyż droga na Stogi wiedzie przez takie okolice, gdzie jest lepiej chodzić z nożem. Moim nieskromnym zdaniem nasze Stogi i prowadząca do nich Przeróbka to odpowiednik warszawskiej Pragi, a wiem co mówię, bo byłam raz na koncercie na Pradze i po koncercie, o 23 przeszłam się po okolicy przez chwilę i tak się bałam, że musiałam szybko zwiewać do hostelu Praga, w którym nocleg był tani a dla studenta jeszcze za pół ceny.

Sama wędrówka była poniekąd sentymentalna, gdyż rok temu dokładnie 17 sierpnia pokonaliśmy ciut krótszą trasę w tym samym kierunku w towarzystwie synka. Wczoraj zatem trzymaliśmy się tych samych stron ulicy jak to mamy w zwyczaju i wspominaliśmy. Tak się złożyło, że akurat wyznaczona nam przez sentyment strona ulicy przebiegała obok ogródków działkowych, a zza płotu wystawały jeżyny. Mąż jest przeciwny nadmiernemu podbieraniu z nieswojego podwórka (niewielkie ilości dopuszcza jako analog łuskania kłosów w szabat) i usiłował mnie powstrzymać, ale w końcu narażałam się na kolce, a owoce wystawały, więc tym narażaniem płaciłam za to co wystawało, prawda? I mimo iż usiłował zapobiec zbiorowi, nie chciał zrezygnować z jedzenia! Trafiliśmy także na otwartą DSCN2643bramę wejściową na teren ogródków i to dopiero była gratka. Weszliśmy i delektowaliśmy się klimatem gdyż dziadkowie obojga stron mieli kiedyś działki i działki są wspomnieniem dzieciństwa jak mało co. Nie korzystaliśmy jednak z owoców na terenie, bo to już nielegal. Żeby się stamtąd wydostać bez zawracania i ponownego pokonywania całego pokonanego odcinka wychodziliśmy przez płot z zadarciem kiecki, ale nie ma z tego zdjęcia tylko film, a polityka bloga Cytrynny nie przewiduje publikowania filmów, zwłaszcza takich z zadarta kiecką.

Następnie przyszło nam zmienić stronę ulicy, gdyż to po tej drugiej zaczynały się lepsze działki, wzdłuz których szliśmy rok wcześniej. I tam to dopiero były jeżyny. Gigantyczne krzewy uginające się pod ciężarem dojrzałych owoców, wszystko za płotem (na zewnątrz) DSCN2626i do tego na opuszczonej obrabowanej działce, gdzie altana stała otworem i nikt nie uprzątnął wyważonych na oścież drzwi! Tu nawet Mąż, który na co dzień jest taki praworządny się ugiął i przynajmniej nie krytykował mojego zbierania. Jednak żeby zebrać trzeba było wejść do rowu a ja miałam sandałki. Mąż miał buty trakingowe, czyli do przejść! Ponadto jeżynowe gałęzie wplątywały mi się we włosy, a Mąż ma krótkie i nic by mu się nie wplątało. W dodatku jeszcze kolce wbijały mi się w palce, a Mąż to nie ma czucia w palcach. I na deserek, najlepsze owoce rosły najwyżej, a ja jestem przecież taka malutka. A jednak to ja zbierałam. Zebrałam tylko 3 garście, po czym mnie odciągnięto. Gdybym wiedziała, że tak będzie, to bym się nażarła podczas zbioru. Owoce naszej pachty z braku laku umieściliśmy w płachcie z polarka mężowego i z tej płachty wyjadaliśmy po jednej na postojach.

DSCN2556Szliśmy odpoczywając aż doszliśmy do siedlisk ludzkich. Tam kupiliśmy wałówkę w sklepie otwartym, w tym chipsy z myślą o mnie, bo diabetyk wiadomo. Godzinę później, gdy przyszło do otwarcia chipsów, okazało się, że są przeterminwane, ale w drodze powrotnej oddaliśmy je bez problemu i tylko szkoda, bo chipsa nie było. Skazani byliśmy więc głównie na jeżyny z płachty. I tak wędrowaliśmy aż do morza. Ja jeszcze nigdy nie byłam nad morzem w Stogach. Ani w Stogach w ogóle. I nie wiedziałam co to ten Pasanil, do którego jadą wszystkie tramwaje. Teraz wiem już wszystko. Okazało się, że plaża w Stogach to zupełnie pełnoprawny ośrodek kultury nadmorskiej z goframi za 6,50! (te z frużeliną…), dopisanymi zerami do cen sprzętu wodnego, automatami do gier i wszystkim, czego człowiek potrzebuje do relaksu, czyli „tamponami, prezerwatywami, tabletkami, itp”. Jest tam też ośrodek wypoczynkowy oferujący kompleksową obsługę, włącznie z wrzucaniem twoich foteczek na fejsbuka i filmików na jutuba. I kucyki. I króliczek, który swoją postacią ma zachęcić do datków na inne króliczki. Króliczek jest takim samy stworzeniem jak Cytrynna, Mąż i Lanos, bo nie ma wcale pobratymców, lecz pobratyŃców!*

DSCN2438Wróciliśmy uśpić synka, gdy nadszedł czas po temu. Zjedliśmy niespiesznie obiad i czas było wędrować na Mszę. Nie było jednak Mszy w Bazylice Mariackiej, co uznaliśmy za dobrą monetę, bo ja osobiście nie lubię za dużych kościołów. Spakowaliśmy się na wyprawę, przygotowaliśmy posiłki i poszliśmy pół godziny później na Mszę do Brygidy, która jest naszą wymarzoną parafią. A stamtąd podreptaliśmy na pociąg skm do Sopotu i za jedyne 1,86 złotego za trzech udaliśmy się do Sopotu pociągiem niczym biedota chociaż moglibyśmy samochodem jak burżuje. Lubimy jednak wieść żywot ludzi oszczędnych. Jechały z nami dwie zakonnice, które do Trójmiasta przyjechały na wakacje. Jedna była imienniczką synka, a druga miała tatę o takim jak synek imieniu. Siostry, choć już niemłode, zapałały chęcią posiąścia takiego chłopca jak nasz synek. Synek jadł banan i pozwalał siostrze nieimienniczce animować swoją lalą.

Ludzie nie rozumieją, jak chłopiec może bawić się lalą. Niedawno i my nie rozumieliśmy widząc słit focie chłopców chustujących lale i karmiących je piersiami, ale akurat nasz synek jest okej, bo on swoją lalę gnoi. Siostry jednak wyraziły nadzieję, że synek ma lalę, bo chce mieć siostrę.

DSCN2638W Sopocie poszliśmy na zdrowe kanapki do Subwaya. Mąż miał ochotę na inne rzeczy, ale czekanie na inne rzeczy byłoby zbyt długie. Widzieliśmy też morze w ciemnościach, nie weszliśmy na molo, gdyż pobierano za to opłatę. Ominęliśmy szerokiem łukiem imprezę na plaży gdzie było door selekszyn. Gdy wracaliśmy pociągiem do domu (jak biedota) okazało się, że synek umie się śmiać na polecenie, umie dmuchać w gwizdek, umie mlaskać, a wysiadłszy z pociągu pokazał też, że rozpoznaje kibel (toi toi) i nazwał kibel kiblem. Jest uroczy.

*Synek nie ma pobratyŃców, bo zamierza mieć braci i co najmniej jedną siostrę. Ma jednak pobratymców, czyli kuzynów. My sobie pobratyŃcow wymyśliliśmy**, bo jesteśmy jedynakami i Lanos też jest jeden.

**Mąż, gdy usłyszał, że pobratyŃców sobie wymyśliliśmy, bardzo się zasmucił. To straszne być samiutkim na świecie!

DSCN2485

Grzy-bobranie

Niektórzy zarzucają mi, że jestem na permanentnych grzybach, a wcale nie jestem. I w ogóle w tym roku prawie nie mamy grzybów, bo Stasio już nie jest ssakiem, którego można nakarmić w samochodzie po drodze, tylko trzeba podać wszystkim śniadanie i wygrzebać się i na ogół dojeżdżamy na miejsce po fakcie, czyli tuż po czyimś grzybobraniu. Nasze sekretne miejsca się rozsławiły i nie da się zupełnie nigdzie być pierwszym. Pewno i bezrobocie wzrosło od zeszłego roku i stąd nawet w dzień powszedni ktoś miał czas nas uprzedzić. Dlatego przewartościowaliśmy swoje piramidy potrzeb i staramy się głównie dobrze spędzać czas. Nałóg jednak jest nałogiem i zawsze nas podświadomie ciągnie w najgorsze odludzia w nadziei, że jednak, a nuż, być może ktoś nie dotarł.

Ostatnim razem właśnie tak jechaliśmy bardzo wąską drogą, co do której nie było pewności, że się nagle nie skończy, gdy się nagle skończyła. Nie było to jednak zwykłe zaniknięcie drogi, jakie się drogom zdarza w lasach, lecz kłoda rzucona wędrowcowi pod nogi. Całkiem niemała kłoda. Ponieważ droga była masakrycznie wąska, po jednej stronie miała skarpę (w górę) a po drugiej zbocze (w dół), to o zawracaniu nie mogło być nawet mowy. Ja, jak pierwsza naiwna, już myślałam, że może wielkie drzewo uda nam się z drogi usunąć, lecz fizyk powiedział, że ono jest mniej więcej 10 razy cięższe niż rzecz podnaszalna. Całość wyglądała podejrzanie, niczym atak zbójców na dyliżans, względnie pociąg a z oddali dobiegały jakieś męskie krzyki uwiarygodniające straszliwą hipotezę, strach więc swoimi wielkimi oczami w nasze zaglądał. Odrobinę się uspokoiliśmy wyśledziwszy, że to nie ludzka ręka powaliła drzewo, lecz bobrzy ząb. Robota była bardzo precyzyjna, lecz chyba twórca nie miał złych zamiarów. Bobry wszak słyną z powalania drzew w pożądanych przez siebie kierunkach celem budowania tam. Mąż, jako nasz główny kierowca podjął rękawicę rzuconą nam przez zębate zwierzątka i ocalił nas wszystkich. Mianowicie cofnął Lanos kilka metrów z użyciem biegu wstecznego do miejsca, w którym skarpa boczna była nieco niższą, po czym rozpoczął zawracanie na tak zwane „5”. W tym przypadku oczywiście na pięciu się nie skończyło. Próbowałam liczyć i przypuszczam, że to było „na 17”, ale mogę się mylić. Byłoby oczywiście na mniej, ale tchórzliwa żona, która podpowiadała, ile można się cofnąć, zawsze krzyczała „stop” zanim cofanie się rozpoczęło.

Inna nasza przygoda z bobrami dotyczy pluszanek. Kiedyś przypadkiem natrafiliśmy na maskotkę bobra podpisaną jak rysunek głosi. My nie ogłosiliśmy, że taką pluszanke posiadamy, lecz oferowaliśmy w okolicy chętnym, że pozwolimy im pogłaskać naszego włochatego bobra. Bulwersowali się wszyscy równo, a my do dziś się głowimy, co było tego przyczyną.

Dziś natomiast, po tym jak zawiozłam nas rozrytą drogą za Szludron i zobaczyliśmy że czubajki nie wyrosły ni odrobinę, a następnie przywiozłam z powrotem (nie, Mąż nie jest dżentelmenem pozwalającym żonie poprowadzić stary samochód przez las w niedzielę, po prostu wykorzystał chorobę swoją by skwapliwie zrzec się obowiązku), uznaliśmy, że jest za wcześnie na koniec spaceru. Pogoda dopisywała, to znaczy akurat nie padało. Pojechaliśmy na tak zwane bobry, czyli w okolice Wdy. Nikt tam nigdy bobra nie widział, drzew pociętych też nie ma, ale są żeremia, czyli bobry pewnie też, tylko schowane. Rok temu w tej okolicy znaleźliśmy jeden rydz, a rydz jest najlepszym grzybem, jaki znam i do tego megarzadkim, więc nadzieje pokładałam duże w odwiedzeniu owej okolicy. Zapakowano Stasio w wózek, dziecko trzymało nieodłączną Tonke w prawej łapce. Poszliśmy. Mąż poprowadził nas przez mostek, którego nigdy nie przekraczaliśmy. Twierdził, że z pewnością wkrótce będzie kolejny mostek powrotny. Początkowo szliśmy brzegiem rzeki i spotkaliśmy wielodzietną rodzinę łabędzi, które kontemplowaliśmy całkiem długo i nawet wszyscy. Były też i wspomniane żeremia czy tamy. Następnie szliśmy przez kartoflisko już zaorane. Wózek odmawiał posłuszeństwa i nastąpił podział ról- dziecko szło na rękach a wózek jechał pusty za sprawą drugiego rodzica. Zebraliśmy 50 ziemniaków na pamiątkę przejścia przez wyeksploatowane kartoflisko, ale zostawiliśmy ich jeszcze wiele- na pewno po nas przyjdą biedniejsi, to wezmą i te zupełnie małe. Widoczne jest tu nawiązanie do łuskania kłosów w szabat (Mt 12,1-14). Jednak tych ziemniaczków to nie było jak spożyć po drodze. ie trzeba też i było brać aż 50, jednak czynność ta była silnie uzależniająca.

Z czasem łąka stała się zupełnie nieprzejezdna i przewodnik trzeźwo i na czas odnalazł drogę biegnącą w las, w górę a od rzeki odbiegającą. Ja przeżyłam chwilę grozy gdy widziałam ze owa stroma droga się kończy a jeszcze nie ujrzałam poprzecznej drogi gruntowej. Droga gruntowa to było coś. W końcu wózek zaczął jechać jako tako. Dziecko dostawało po kawałeczku bułki z masłem i pokrzykiwało zachęcająco. Znaną prawdą jest że wózek jedzie cicho, a stoi głośno. Z poboczy pokrzykiwały do nas raźno kurki i nawet dwa borowiki szatańskie, zdrowe i jędrne, lecz wiadomo. Po ponad godzinie od opuszczenia kartofliska, zmarznięci, lekko zmoczeni, bo chwilami padało, dotarliśmy do mostu na Wdzie, przy którym się raz Stasio tego lata kąpało. Ulga niewyobrażalna. Momentalnie zaburzona z chwilą zauważenia, że nie ma Tonki! Znów posiał gdzieś. Wyrzucił! Nie szanuje! A niby taka ulubiona. Rozważano rozdzielenie się, ale tego stanowczo odmówił Mąż, chciał wracać po zabawkę wszyscy razem, ale tu z kolei ja uznałam, że najpierw czym prędzej do auta a potem autem po Tonkę wszyscy wraz. Do auta szliśmy prawie 45 minut i to po równej drodze. Całą tą drogę żałowaliśmy, że nie zatrzymujemy stopa i że jedna osoba nie jedzie po samochód, ale mamy przykre doświadczenia z niechcącymi się zatrzymać kierowcami, więc i nie próbujemy. Ostatecznie nie wróciliśmy po Tonkę, spróbujemy szczęścia jutro.