Salve magistra nostra!

Cytrynna jest już magistrą. Niepełną wprawdzie, bo nie ogłosiła tego na fejsbuku. Nie ma żadnych zdjęć okolicznościowych, ponieważ Mąż-nadworny fotograf pilnował śpiącego dziecka, gdy Cytrynna bladym świtem walczyła o swoje. Poprzednik, który bronił swego jeszcze przed wschodem słońca, a do tego był już magistrem, miał gorzej. Chyba chcieli mu odebrać tytuł, gdyż bronił go wyjątkowo długo. Poza tym przygotował ogromny plakat w kolorze i miniaturowe, równie kolorowe plakaty A4 dla całej komisji co by nie pisać po tablicy. Cytrynna nic nie przygotowała. Nauczyła się z grubsza 30 zagadnień. Opuściła jedno. Trafiła na 3 zupełnie przyjazne i jakoś tam wybrnęła z opresji. Najgorsze 3 lata zamknięte. Cytrynna nie była jeszcze żoną bez wiszącej nad nią magisterki. Czy będzie potrafiła?

Reklamy

Koniec udręki (kierowców)

Googlnęłam sobie „koniec udręki” i większość końców udręki dotyczy kierowców. Fakt ten oraz drugi fakt polegający na tym, że udręka się nie skończyła jednoznacznie dają do zrozumienia, że nie ma końca udręki dla niezmotoryzowanych.

Miało być błogo. Miałam teraz leżeć na leżąco i wystawiać wkrótce płaski brzuch ku sufitowi. Odczuwać ulgę i nic nie musieć. Oddychać unoszącą się w powietrzu beztroską. Ewentualnie spacerować z potomkiem, też jakaś forma błogości. Mniej błoga wprawdzie od nicnierobienia i od czytania „Profesora Wilczura”, ale niewątpliwie sielska.

Zamiast tego muszę pisać ten wpis, który ani trochę błogi nie będzie. Skończyłam pracę. Jest. Gotowa. Pospałam mało co, bo wkrótce po tym, jak ja się położyłam, Staszek zarządził poranek. Z tego to się absolutnie wszyscy cieszą, że dziecko takie regularne, coraz wcześniej zasypia i coraz wcześniej wstaje. Tak jak powinno się. A nie zwyrodnialce leniwe co by do ósmej spać chciały i dziecko braku dyscypliny uczą, siłą w łóżku przetrzymują. I jeszcze okna zasłaniają.

Ale nie odchodźmy zbyt od tematu. Napisałam. Użyłam całej kreatywności, którą miałam i nawet ją trochę utemperowałam, żeby nie było zbyt nieformalnie i wyciągnęłam całkiem własne wnioski. Osobisty Mąż zdziwił się, że ja byłam zdolna do TAKICH wniosków. Wyciągnięte wnioski przelałam na papier, a konkretnie to do pdfu. Nagrałam i płytę z wersją cyfrową, ale chyba się nie nagrała bo buczało i wysunąć się nie chciała. Wyruszyłam. Pobiegłam, pojechałam, poszłam, doszłam. Stanowiska drukujące są trzy. W tym tylko jedno drukuje z internetu. Było akurat zajęte przez gościa z laptopem czyli niezajęte, bo komputer wolnym był. Tylko miejsce zajął grubas jeden. Pytam go zatem, czy mogę, a on, że nie bo on drukuje. Czekam więc, a on sobie w tym swoim laptopie chyba dopiero pracę pisał. Minęło pół godziny z hakiem i dostał wydruk. Obejrzał, zatwierdził, zgasił laptop. A w ogóle napis tam głosi, że za blokowanie komputera w celach innych niż drukowanie płaci się złotówkę polską od każdej minuty. Stoi i czeka aż mu oprawią. Ewidentnie nie drukuje, nie bawi się już i laptopem, to ja wtedy grubasa pytam, czy już a widocznym było, że oczywiście, że już i moje pytanie miało go tylko przesunąć, bo i za mną kolejka się tworzyła chętnych drukować nie z nośnika, lecz z poczty. Na to grubas jak nie powie tonem jaśnie pana zwracającego się do swego sługi albo chociaż do głupka „nie, ponieważ muszę odebrać i zapłacić”. Do głowy przyszły mi soczyste wiązanki, których moje usta za nic by nie zamieniły na słowa, więc poszłam, aby usta nie musiały się borykać z niewymawialnymi słowami a oczy patrzeć. Poszłam do dziekanatu, który przez ten czas zdążył zamknąć swe podwoje na studentów. Ale mam Męża, który ma w dziekanacie lepsze układy aniżeli ja i Mąż ów zadzwonił i zapewnił panią, że przyniosę nieszczęsną pracę w poniedziałkowy poranek. Sprawa się bardzo uprościła, bo pod nieobecność bardzo ważnego kierownika katedry podpis na pracy złoży zwykły dziekan, czyli zrobi to już po zaniesieniu pracy, a ja zwolniona jestem z biegania między piętrami. Ale weekendu spokojnego nie będzie. Będę oglądać przyczynę swoich nieszczęść raz po raz i zastanawiać się, co by jeszcze poprawić, żeby zepsuć sobie potencjalnie błogie chwile.

Jakby tego było mało, biblioteka, do której w drodze powrotnej udałam się po kolejnego Dołęgę-Mostowicza, upatrzonego jeszcze rano w internetowym katalogu, okazała się ten właśnie egzemplarz, upatrzony i zachciany, wypożyczyć komuś innemu na cały miesiąc! Mam wprawdzie jeszcze niemało „Profesora Wilczura” przed sobą oraz jakieś 70 cm innych książek, które czekały na dzień, w którym pozbędę się ciężaru i powrócę do świata żywych czytających książki ludzi, ale Dołęga, pisarz z pierwszej trójki, zasługuje na priorytet.

Całości dopełnia dziś spostrzeżony i dziś się otwierający pub-speluna z bardzo tanim piwem i pełną gamą innych trunków. NAPRZECIWKO!!!! Niby okna i tak od dawna się nie otwiera, ale i przez zamknięte dochodzą dźwięki niepożądane. Wysoce niepożądane. Starówka w końcu ożyła!

Od rzucenia Stasiej pieluchy w kogoś ratuje mnie świadomość, że nie dorzuciłabym i nie trafiła. Od depresji, załamania nerwowego, zwinięcia się w kulkę i sturlania po schodach ratuje mnie mający nastąpić o północy powrót Męża.

Jeżyk i gorączka

Właśnie przybyły mi 3 ładne strony zwiększające objętość mojej nieszczęsnej pracy magisterskiej. Zimno jest bardzo, dolega mi wszystko, czyli gorączka z dreszczami, ból gardła, mięśni, ucha, zatok i ogólnie głowy, karku i jeszcze mdłość. Wszelkie powody, by na dziś zakończyć pracę. Och, jakże chętnie bym spała jednym ciągiem wiele godzin. A jeszcze chętniej i bardziej długoterminowo tworzyłabym cuda, które widzę oczami wyobraźni z wspaniałych regularnie dodawanych do kolekcji materiałów. A trochę mniej chętnie i może długoterminowo, ale w terminie odległym, zajęłabym się dekupażem, bo wydaje mi się, że mogłabym to robić ze Stasio i byśmy się fajnie bawili.
Ale napisać chciałam przede wszystkim o jeżyku. Jeżyki są super i jeszcze jakoś żyją w tym mieście, chociaż lekko nie mają. Na poboczach dróg ostatnio widzieliśmy mnóstwo (ok 1szt/10km) martwych przedstawicieli gatunku, a wczoraj jeden zabłądził nad Motławę i biedny nie miał jak się wydostać, bo do najbliższej zieleni daleko i trzeba byłoby jeszcze przez bramę przejść, a brama akurat przynależała do lokalu gastronomicznego. Trzymał się muru, a każda próba wychylenia kończyła się zdjęciami z fleszem robionymi przez uhahanych turysto-kibiców. Na szczęście pojawiliśmy się my, którzy już jednego jeżyka mamy na zdjęciu i więcej dręczyć nie potrzebujemy i go uratowaliśmy. Ja dałam rękawiczki ze skóry, które noszę w kieszeni, gdy już mam kieszenie przy sobie, Piotr założywszy je, wziął zwierzątko i cały czas czując szybkie bicie jego jeżego serduszka zaniósł do najbliższej enklawy zieleni- w okolice nieczynnej toalety publicznej na ulicy Świętego Ducha. Tam jeżyk po chwili się odwinął z kulki i ruszył aklimatyzować się na nowym, względnie bezpiecznym terenie a my jeszcze przeżywaliśmy akcję.

3-miesięczne Stasio z jeżykiem z pluszu