Okulary

Zupełnie o czym innym miałam zamiar pisać dziś wieczorem, ale sytuacja wymusiła zmiany. Naciskano na nas, żeby Mąż zrobił sobie drugie brylki- fotochromy, odkąd zmienił oprawki 3 lata temu. A szkoda, ze zmienił, bo patrzcie sami, jaki był słodki i anachroniczny, a jaki modny zrobił się po zmianie. Musiałam go na nowo zaakceptować.  Drugie miały być mu potrzebne w razie awarii (te poprzednie rozpadły się w punktach, w których były już lutowane i nie dało się tego naprawić!), nie może przecież zostać bez okularów, 3 lata temu został a ma niesymetryczne oczy i to źle. Babcia ma zaćmę i jaskrę, więc uważa te okulary z fotochromem za bardzo ważne. Babcia ma też „swoją” okulistkę, do której jedzie przez całe miasto, bo jest najlepsza i ma praktykę w szpitalu. Do tej swojej okulistki wnuka chce umówić od trzech lat właśnie, już przy robieniu poprzednich okularów chciała, żeby potwierdzić diagnozę. Ja akurat miałam talony na prawie darmowe badania w Vision Express, więc inny lekarz za złotówkę potwierdził ówczesną diagnozę i temat przycichł, ale co zimę (bo kierowca a śnieg i odblask) i co lato (bo lato i słońce) obie z mamą naciskały na fotochrom. Mąż potrzeby nie czuł. Przed pójściem do korporacji był na badaniu rutynowym, które stwierdziło, ze okulary obecne wciaz się nadają. Ale trafiła się okazja, moja mama miała zniżkę do VE w wysokości 159 na ramki i 99 na szkła. Można się też było za darmo przebadać bo korporacja dala ubezpieczenie w Medicoverze. Skorzystaliśmy. Babcia złowieszczyła, że ten lekarz na pewno nie ma praktyki szpitalnej, ale wrażenie na całej starszyźnie zrobiło to prywatne ubezpieczenie. „Och, jak on ma dobrze„, zachwycali się. Jeszcze tego samego dnia wybraliśmy tanie ramki , szkła miały być w ciągu tygodnia. Zwykłe kosztowałyby 300, fotochrom 600! 200 dawała korporacja w ramach socjału a 300 rodzice jako ze to oni naciskali na fotochrom, a tyle właśnie wynosiła różnica między wymuszonym fotochromem a zwykłymi. Nas bolało jedynie, że przez nasze ręce przechodzą takie pieniądze i to wcale niepotrzebnie. Mąż potem powie,  że on był okularom przeciwny od początku. Ale cóż, naciski nasilały się, musieliśmy.

Gdy przyszedł czas odbioru, Mąż chciał mieć mnie koniecznie przy sobie, wiec sam odbiór opóźnił się tydzień, bo nie pasowało. Zarozumiała blondyneczka dwojga nazwisk wyciąga okulary z szuflady i podaje, Mężowi źle, mówi że trzeba dogiąć, blondyneczka cały czas krzywo patrzy i mówi ze się nie dogina, bo osie, bo odległości, a Mężowi ewidentnie lewe oko źle leży, tj. szyba jest dalej oka niż w przypadku prawego. Po jakimś czasie powtarzania w kółko tego samego blondyneczka wzywa koleżankę, koleżanka bardziej otwarta, ale też nie rozumie w czym rzecz, mówi ze okulary dobre, proste. Po chwili Mąż dochodzi do wniosku, ze zagięcie to jedno, a sama szybka zła. Porównują z obecnym okularem i się okazuje ze z 1,5 na 0,5 zmieniono, pogłębiając jeszcze różnicę miedzy szybkami. Chcą zaoferować badanie u nich mające zweryfikować receptę, już proponują termin gdy wymyka im się, ze za pol ceny czyli 45 złotych. My dziękujemy, oni się naradzają i oferują za złotówkę. Bierzemy. Następnego dnia ich lekarz stwierdza, ze złe okulary, ze powinno być więcej i bez cylindra. Na razie nic z tym nie robimy. Mówimy w domu, ze może potwierdzilibyśmy nową receptę jeszcze u lekarza babci, mama i babcia napalają się na to strasznie, ale my mamy priorytety. Dzwonimy do Medicoveru.

Mąż współczesny

Oni naradzają się kilka dni i zapraszają na badanie mające zweryfikować błąd ich lekarza przez innego ich lekarza. Badanie to odbyło się dziś rano. Pierwsze badanie wykazało znaczną różnicę, wiec pani doktor zakropiła, zbadała komputerowo, pomiar bliższy przepisanemu, zakropiła ponownie, kazała odczekać, zbadała trzeci raz i wynik był już bardzo bliski przepisanemu. Zabrali nowe okulary do zbadania mocy i będą się naradzać. W razie czego i tak czeka nas  ponowne badanie. Nadmienię, że to dzisiejsze kosztowało Męża cały dzień pracy na politechnice, bo zakropienie, mimo obiecanego efektu dwugodzinnego, jeszcze wieczorem nie pozwalało czytać.

Babcia bardzo się emocjonuje tematem i pyta, po co szedł Mąż na to dzisiejsze badanie zamiast do jej lekarki, nie straciłby całego dnia i już miał zapisane okulary. Tak się babcia emocjonuje, że dzwoniła już kilka razy i temat drążyła. Mam nadzieje, że Mąż prześpi noc mimo wieczornego poruszenia.

Reklamy

Kura domowa się realizuje

Wczoraj przez nasz dom (ani dom, ani nasz- mieszkanie rodziców) przeszła fala gości, jakiej nie było u nas jeszcze nigdy czyli 12 osób. Aż krzeseł brakło i Mąż wraz z A. szedł po dodatkowe do babci.

Po porannej wizycie u promotora spotkałam swojego Męża, który, odkąd jest stłamszony zwolnieniem, towarzyszy chętnie. Dobrze, że towarzyszył, bo w Lidlu chcieliśmy płacić kartą banku zwracającego 3% za zakupy spożywcze, a tam jak zwykle- „to nie jest pani karta”. Nie jest. Nie mam swojej karty, bo konto należy do Męża. Jaki seksizm! Co gorsza, moje przedślubne konto zostało uwspólnione. Nie mam nic swojego. Sama po maturze pracowałam na kasie w hipermarkecie (i nie wspominam tego najlepiej). W owych czasach  nakazywano pracownikom sprawdzać, czy płeć osoby płacącej zgadza się z płcią właściciela karty. Jest to jedyny sposób na sprawdzenie, czy karta nie została skradziona bez oglądania dowodu tożsamości, co z kolei naruszałoby nietykalność osobistą, intymność i anonimowość, a może jeszcze coś. Skądinąd ani złodziej nie szedłby płacić kartą, która mogłaby go łatwo wkopać (nieswojej płci) a i osoba poszkodowana zaraz zastrzegłaby kartę, więc kuriozalne jest to mocno i Mąż chce mi napisać upoważnienie do korzystania z karty. Zastanawiamy się także, czy w przypadku kart zbliżeniowych ktoś sprawdza płeć konsumenta, bo przecież tym bardziej powinien (nie ma przecież potwierdzenia w postaci kodu).

Po Lidlu z pełnymi plecaczkami (ja) i obładowani siatkami (Mąż) przeszliśmy na pobliski rynek. Rynek w dzień targowy to nasze odkrycie ostatniego miesiąca. Odkryliśmy jeden na spacerze z synkiem. Ceny są mocno konkurencyjne w stosunku do cen z hali targowej, która jest czynna codziennie i która jest tak blisko domu i do tego umiejscowiona jest na gdańskiej starówce i nastawiona na zyski z turystów. Wczorajszy rynek był ciasny, zatłoczony i bardzo kojarzył mi się z dzieciństwem, kiedy to dziadek mnie na podobny zabierał. I uwaga, kupiliśmy jajka po 20 groszy za sztukę! Gdy opowiedziałam o nich mamie, stwierdziła, że na pewno fermowe. Skąd by nie pochodziły (napis głosił, że są gospodarskie, a w pobliskim sklepie spożywczym jajka kosztują 4 razy więcej i są fermowe po prostu), do ciasta nadały się idealnie. Nabyliśmy też ogromne truskawki, wielkości morel, które początkowo (przed omyciem ich z błota, na dworze i po drodze) były słodkie, potem zaś (po umyciu, w domu) okazały się być kwaśne. I maliny do ciasta zaplanowanego na wieczór- 6 złotych za duży pojemnik, wobec 12 za takowy przy hali targowej! Z malinami wszystko było w porządku i po drodze i w domu. Ciężar plecaka wymusił poprzestanie na tych zakupach, ale w piątek mam plany zakupić hurtowe ilości żółtej fasolki ubóstwianej przez Męża, bo jestem taaaka gospodarna a taniej samemu pomrozić oraz morel, których cena (6 zł) też powala w porównaniu z cenami z hali (10-12 zł). Z morel trzy lata temu usmażyłam dodając miód, cukier trzcinowy i cynamon najlepszy dżem świata. Były go tylko 3 słoiczki a jeden podarowałam jeszcze mamie. W 2010 była powódź i ceny tych owoców wzrosły kilkakrotnie, czyniąc je niedostępnymi jako produkt na dżem. A w ogóle to nie wiem jak mogliśmy żyć w nieświadomości i płacić za owoce i warzywa jak za zboże przez te lata.
Wróciwszy do domu, prędko ubiłam co trzeba na biszkopt czekoladowy i zaczęłam go piec. W międzyczasie topiłam czekoladę i biłam śmietanę na mus czekoladowy. Potem biłam śmietanę na krem do tortu malinowego autorskiego. Miałam doskonały pomysł żeby zmodyfikować przepis na tiramisu o maliny i zastąpić amaretto czekoladą w biszkopcie, ale dla dobrej konsystencji dodałam dużo serka mascarpone i było zbyt serowe moim eksperckim zdaniem. Sam biszkopt chciałam polać wódką malinową, ale niechęć do wódki sprawiła, że dałam jej tylko śladowe ilości i był zbyt suchy w porównaniu z biszkoptem z tiramisu i całość nie rozpływała się w ustach, ale goście rozpływali się, więc efekt osiągnęłam. Na ogół inni mają lepsze zdanie o moich tworach niż ja sama. Całość udekorowałam ładnie, a ładne podanie, to połowa sukcesu. Dobrze, że była N., która tort kroiła, bo ja moimi lewymi rączkami nie dałabym rady. Jeszcze nigdy nie kroiłam tortu. Zawsze mam to szczęście, że jest ktoś sprawniejszy. Chociaż musu zrobiłam podwójną porcję (na 16 osób), podzielona na 14 pucharków wyglądała skromnie, więc tuż przed podaniem położyłam na nim lody, bitą śmietanę, truskawkę, maliny i biszkopcik. Wyglądało prawie profesjonalnie. Sama nie jadłam, bo podawałam, ale podobno zadziwiającym uczuciem było, że lód nagle przestawał być zimny.  O 16, gdy wszystko było gotowe, zabrałam Stasia na spacer, aby babcie odpoczęły i uśpiłam go na tym spacerze. Wróciwszy, przygotowałam szybki obiad dla Męża (ulubiona ostatnio fasolka i jajka sadzone, które uwielbiamy razem, ale nie te za 20 groszy). Przenieśliśmy łóżeczko i zaczęli się schodzić wszyscy.

A  dziś  jest rocznica bitwy pod Kłuszynem, polecam  więc piosenkę Elektrycznych Gitar. Kuba Sienkiewicz jest najbardziej cenionym przez nas twórcą, a a płyta Historia jest najlepszą płytą z naszego płytozbioru, o przepraszam, płytoteki,nie ma słowa płytozbiór.

Wpis o Chłopcu

Mąż z bukietem koniczyny 4-listnej

Chciałam machnąć szybki wpis, tak dla utrzymania się w dyscyplinie robienia czegoś, jakiejś stymulacji intelektualnej i w ogóle. I pytam Męża o czym ma być wpis (mam listę tematów, które chciałabym poruszyć, ale nie wszystkie są pilne), a Mąż mówi, że o chłopcu. Piszę zatem o moim Chłopcu. Mąż ma 26 lat i jest najlepszy na świecie. Jest najlepszym mężem, ojcem, kierowcą. Jest nieco zarozumiały, ale przecież słusznie. Niedawno miał urodziny i one tez były super, bo był chory i byliśmy razem całe dnie. Zawsze chciał być fizykiem, bo ciekawi go wszystko, zwłaszcza jak działa świat. Skończył informatykę dla chleba i od tego czasu chałturzy, bo się nieszczęśnik zakochał i chciał żenić i jeszcze mieć żonę w domu. Raz mógł się dostać na intratny doktorat z fizyki, ale nie wyszło mimo wielu sprzyjających cudów, bo aplikację wysłał wieczorem a komisja spotkała się rano w dniu jego obrony. Termin określony był dniem, nie godziną. Ale to było półtora roku temu. Mąż lubi maliny, chipsy, kebab i frytki, ale tych trzech ostatnich nie może jeść, bo siadł mu żołądek z nadmiaru. Co wieczór musi się podchmielić, żeby dobrze spać, ale nie jest alkoholikiem, pije napar z szyszki chmielu, który śmierdzi gorzej niż samo piwsko. Ma (Mąż, nie napar) bardzo wspierającą żonę, z którą nawet chałtury niestraszne. Od niedawna ma też syna, który nie zasypia przed jego powrotem i całe wieczory mówi „tatata-ta”. A zupełnie świeżo to jest przybity, bo zwolnili go z korporacji, która nie dawała szczęścia, ale płaciła. Teraz jest doktorantem bez stypendium i czeka na rozwój sytuacji. Pojękuje i narzeka, ale wie, że będzie dobrze, bo nie raz przekonał się, że Opatrzność upodobała sobie szczególnie jego rodzinę. Ponadto  ma okropny kaszel, niebieskie oczy, okulary źle przepisane przez konowała i długie nogi, których zazdrości mu własna żona. Jeśli chodzi o ową żonę, to wspólnie oczekują na skok temperatury, pierwszy w nowym właściwym już cyklu poporodowym. W trzecim i czwartym dniu skoku temperatury okazały się być niższe niż w pierwszym i drugim.

Jeżyk i gorączka

Właśnie przybyły mi 3 ładne strony zwiększające objętość mojej nieszczęsnej pracy magisterskiej. Zimno jest bardzo, dolega mi wszystko, czyli gorączka z dreszczami, ból gardła, mięśni, ucha, zatok i ogólnie głowy, karku i jeszcze mdłość. Wszelkie powody, by na dziś zakończyć pracę. Och, jakże chętnie bym spała jednym ciągiem wiele godzin. A jeszcze chętniej i bardziej długoterminowo tworzyłabym cuda, które widzę oczami wyobraźni z wspaniałych regularnie dodawanych do kolekcji materiałów. A trochę mniej chętnie i może długoterminowo, ale w terminie odległym, zajęłabym się dekupażem, bo wydaje mi się, że mogłabym to robić ze Stasio i byśmy się fajnie bawili.
Ale napisać chciałam przede wszystkim o jeżyku. Jeżyki są super i jeszcze jakoś żyją w tym mieście, chociaż lekko nie mają. Na poboczach dróg ostatnio widzieliśmy mnóstwo (ok 1szt/10km) martwych przedstawicieli gatunku, a wczoraj jeden zabłądził nad Motławę i biedny nie miał jak się wydostać, bo do najbliższej zieleni daleko i trzeba byłoby jeszcze przez bramę przejść, a brama akurat przynależała do lokalu gastronomicznego. Trzymał się muru, a każda próba wychylenia kończyła się zdjęciami z fleszem robionymi przez uhahanych turysto-kibiców. Na szczęście pojawiliśmy się my, którzy już jednego jeżyka mamy na zdjęciu i więcej dręczyć nie potrzebujemy i go uratowaliśmy. Ja dałam rękawiczki ze skóry, które noszę w kieszeni, gdy już mam kieszenie przy sobie, Piotr założywszy je, wziął zwierzątko i cały czas czując szybkie bicie jego jeżego serduszka zaniósł do najbliższej enklawy zieleni- w okolice nieczynnej toalety publicznej na ulicy Świętego Ducha. Tam jeżyk po chwili się odwinął z kulki i ruszył aklimatyzować się na nowym, względnie bezpiecznym terenie a my jeszcze przeżywaliśmy akcję.

3-miesięczne Stasio z jeżykiem z pluszu

W pogoni za czerwonym barszczem

Wczoraj dziecko zostało oddane dziadkom, a my z Mężem wyruszyliśmy naszym zielonym lanosem na Kaszuby. Cel nieokreślony, chodziło o pojechanie gdzieś, gdzie jeszcze nie byliśmy. Wcale niełatwe do osiągnięcia, bo w ciąży jeździliśmy mnóstwo. Już sama jazda była ogromną przyjemnością a dla mnie także odmianą, bo mogłam siedzieć na przednim siedzeniu zamiast, jak zwykle, towarzyszyć dziecku na tyłach, bo dziecka po prostu nie było. Przystanek pierwszy- Płocice. O tej porze roku puste i nijakie, bo tam jeździ się jesienią na koźlaki, ale dla nas bardzo sentymentalne. Przystanek drugi- Dziemiany. Zamierzaliśmy tam zjeść lody jak kiedyś, ale zarówno sklepy jak i miejscowa restauracja-nieczynne. Zrobiwszy kilka zdjęć, pomknęliśmy dalej, gdyż plan był napięty, a dzień krótki. Następna duża stacja- Bytów. Miasto reklamuje się zamkiem krzyżackim, toteż chcieliśmy go zobaczyć. Zamek okazał się jednak nieszczególny, mniejszy niż w Gniewie. Mieści się w nim muzeum, hotel, restauracja, stragany z pamiątkami i bibliotekamiejska. Zupełnie nic ciekawego. Chcieliśmy zjeść obiad w zamkowej restauracji, ale była zarezerwowana na komunie. Podobnie kilka kolejnych jadłodajni. W kilku kolejnych miejscowościach restauracje były z tych samych przyczyn niedostępne dla strudzonych podróżników, w Węsiorach zaproponowano nam poczęstunek na dworze, co bardzo by nam odpowiadało, ale okazało się, że barszczu w ogóle nie ma w menu. Ponieważ było już po 18 i groziło zamykanie rożnych potencjalnych lokali (jeden potencjalny w Kłobuczynie czynny jest do 19), skróciliśmy podroż i pojechaliśmy najkrótszą drogą do Kościerzyny. Miasto doskonale znane, ale ze względu na jego bliskość, nigdy nie korzystamy z tutejszej gastronomii. Pierwsza próba- Mamma Rosa na Rynku. Chyba już zamykali, bo nie powitali nas zbyt ciepło. Ale barszczu i tak nie było. Druga próba- Lemon Tree w ratuszu. Weszliśmy dość niepewnie, wszak nie wiadomo czy nie zamierzają zaraz zamknąć i pytamy o barszcz. Był- z kołdunami i bez. Zamawiamy zatem dwa z kołdunami nie patrząc w ogóle w menu. W celu czekania wzięliśmy menu i milo zaskoczyła nas cena, zaledwie 7 złotych. Po całym dniu poszukiwań zaakceptowaliśmy nawet dwukrotnie wyższą. Gdy przyniesiono nam barszcze, zamówiliśmy jeszcze krążki cebulowe jako „deser”, ale ja spróbowawszy barszczu, od razu wiedziałam, że będę chciała jeszcze jeden. Gdy jadłam mój drugi barszcz,Mężowi też zachciało się jeszcze i tak domawialiśmy po jednym dzieląc się każdym kolejnym aż dobiliśmy do pięciu. Śmiał się i kelner-barman i pani, której siostra barszcz gotuje i ktoś w kuchni po drugiej stronie telefonu, przez który kelner przekazywał zamówienia do realizacji. I moglibyśmy siedzieć tam co najmniej do zamknięcia i się zajadać, ale poczucie przyzwoitości(?) kazało nam na pięciu zakończyć. Był to najlepszy barszcz ever, lepszy niż wigilijny barszcz babci i lepszy niż jakikolwiek gdziekolwiek. I oczywiście lepszy od mojej nieudolnej zimą podjętej próby. Na koniec pojawiła się autorka tego opus magnum i obiecała, że jeśli wrócimy, da nam przepis. Własne nie smakuje tak dobrze jak podane, ale na pewno wrócimy i na pewno będę próbować.

Dziecko śpi, na mnie czeka Wolski  stopka do wszywania krytych zamków- podarek od Męża z okazji 20 maja. I niebieska sukienka, której dół muszę zmienić. Życie jest piękne

Sukienki, ach sukienki…

Zawsze, ale to zawsze, gdy właśnie chcę coś napisać, budzi się dziecko. Dziś się nie zbudzi, bo wyszło z domu. Może jedynie wrócić, jeśli będę się zbyt ociągać.

Jestem bardzo szczęśliwa, bo po wielu tygodniach nie robienia tego, zajrzałam na allegro żeby sprawdzić, czy Marcin Wolski napisał coś nowego i okazało się, że w sprzedaży są aż dwa nowe dzieła wielkiego pisarza. Od razu dodałam je do Wikipedii i tym razem nie zapomniałam się przedtem zalogować. My z Mężem pana Marcina bardzo cenimy, spośród polskich pisarzy najbardziej, obok Marcina Ciszewskiego (ten jest najlepszy, tylko najmniej na razie płodny jako pisarz) i Łysiaka (tego bardziej ceni Mąż). Kiedyś ceniliśmy też panią Musierowicz, ale ona od 3 i pół roku nie chce wydać nowej książki i zwodzi czytelników oraz usunęła formularz kontaktowy ze swojej strony tuż przed tym, zanim zachciałam jej wytknąć znalezione błędy.
Wracając do Wolskiego, poznawszy prawie wszystkie jego dzieła, mogę stwierdzić, że są motywy, które sobie szczególnie upodobał i możesz oczekiwać, że z książce, po którą właśnie sięgasz, znajdziesz jeden z tychże (np. pamięć genetyczna). Teściowi się nie podoba, bo jest katolsko i przewidywalnie, moja mama też nie wpada w zachwyt, bo woli Elfrydy Jelinki i Izabely Alendy(!), ale my z Mężem Wolskiego uwielbiamy i kupujemy w ciemno.

Najładniejszy Materiał Świata

Kolejnym, obok nowych Wolskich, źródłem mojej radości jest Najładniejszy Materiał Świata, z którego uszyte są cudowne zasłonki. Mam go mnóstwo, bo aż dwa komplety zasłonek. Oba zakupy dokonały się w zeszłym tygodniu i czynią mnie przeszczęśliwą ilekroć na nie spoglądam. Od jednych już nawet odprułam taśmy marszczące, ale zanim zasłonki staną się sukienkami, minie jeszcze trochę czasu, bo przedtem muszę:

1) wychować dziecko
2) napisać pracę magisterską
3) uszyć kilka sukienek z tanich jednokolorowych zasłonek, które wzmocnią moje morale oraz dadzą mi wyobrażenie co jak leży i jaki dół będzie najdoskonalszy.

Punkt trzeci pewnie wykona się szybciej od drugiego, a wszystkie opóźni o wieczność pierwszy. Albo nie wytrzymam i pewnego dnia skroję z Najładniejszego Materiału Świata sukienkę bez uprzedniego testowania.

Niedorobiona sukienka w tulipany

Sukienka w tulipany

Bo brak cierpliwości jest tym, co mi utrudnia zarówno szycie jak i w ogóle życie. Pierwszym, co uszyłam i na czym uczyłam się mojej nowej maszyny, była sukienka w tulipany z wykroju z Burdy 11/2007, model 125. Materiał gęsto tkany i igła maszyny czasami wypychała nitki osnowy (tak to się nazywa?) na wierzch. Skroiłam rozmiar 42, bo taki odpowiadał mojemu ówczesnemu biustowi karmiącemu. Uważam, że materiał jest śliczny, nawet jako tako wszyłam zamek kryty mimo, że był to pierwszy raz a ja nie miałam specjalnej stopki, ale zabrakło mi entuzjazmu już nawet do podszycia rękawów. Sukienka ma za duży dekolt jak na moje standardy. Rozważałam podniesienie jej w ramionach, wtedy dekolt byłby dobry, nawet ubytek na długości bym przełknęła, ale podniesienie talii odbiera cały kształt sukienki. Nie ma zapasów nigdzie, bo materiału było ledwo co. Zatem chyba musi zostać taka z dekoltem. Musi?

Moje drugie dzieło-na-ukończeniu to ciemnoniebieska sukienka z płótna bawełnianego nabytego okazyjnie w pewną sobotę jako materiał ćwiczebny. Było tego ponad dwa metry, więc w sam raz. Góra pochodzi z Burdy 3/2011 i jest moim zdaniem pięknie odszyta. Dół układałam sama. Są dwie kontrafałdy na środku i po 4 z przodu a 3 z tyłu mniejsze fałdki skierowane na zewnątrz. Wolałabym kontrafałdy po prostu, ale „w sam raz” materiału to niestety w sam raz a nie na kontrafałdy:)  Na razie góra i dół są tylko sfastrygowane, będę jeszcze skracać górę, bo tu z kolei jest za długa.

niebieska sukienka przód

niebieska sukienka przód

niebieska sukienka tył

niebieska sukienka tył