Łabędzie za pół ceny

Dzisiejszy dzień zaskoczył zupełnie nietypowo ładną pogodą, słońcem i ciepełkiem. Wystarczyło wyjrzeć przez od dawna niemyte okna, by stwierdzić, że to dzień wprost stworzony do karmienia kaczek. Niestety, ponieważ Mąż Cytrynny przedłożył jedzenie lodów nad pakowanie chleba dla kaczek, na Mszę udali się bez zapasu ptasiego pożywienia. A że chodzą na Mszę daleko i kanały, w których żyją kaczki, są równie daleko i w tym samym kierunku, przekreślono w ten sposób szanse na pozbycie się starego pieczywa i zaznanie rekreacji przy karmieniu. Kiedy jednak, po Mszy, podczas coniedzielnego spaceru i mijali kanał, okazało się, że jest on obsadzony przez najrozmaitsze ptactwo, w całej mnogości rodzajów. Były tam i kaczki, i mewy, i nawet łabędzie. A nad okolicą latały także wygłodniałe gołębie. Cytrynna, jako odważna i lekkomyślna jednocześnie, przeskoczyła barierkę, porwała dziecię w ramiona i ześlizgując się ze zbocza, łapiąc równowagę jedynie za pomocą witek wierzbowych, osunęła się nad brzeg kanału. Dziecko, podtrzymywane za maleńką rączkę, eksplorowało teren, aż do obojga podpłynęły łabędzie. Były to typowe wielkomiejskie łabędzie, rodzina 2+1. Łabędzie na wsiach mają więcej dzieci, Ojciec łabędzia prychał, fukał i parskał. Był ewidentnie zły, że ktoś zszedł nad kanał bez chleba dla nich. Staszek się zląkł, dostał spida i niemal sam wspiął się z powrotem na zbocze. Rodzice natomiast doznali olśnienia. Szybko stamtąd uciekli do pobliskiej piekarni. Wszak dla łabędzi i dla rekreacji można zrobić wyjątek i dokonać zakupu w niedzielę.

 W cukierni Mąż poprosił o chleb wskazując palcem bardzo duży biały i krojony w skrzyni z przeceną. Pani przestrzegła, że to wczorajszy, a on, zapewne sprawiając wrażenie bardzo biednego człowieka, ucieszył się, gdyż właśnie o taki chleb chodziło. Rodzina Cytrynny jeszcze nie kupowała przecenionego chleba dla siebie, gustują w bułeczkach, ale sam pomysł chleba wczorajszego w sytuacji, gdy prawie nigdy nie je się chleba w dniu jego zakupu, uważają za pyszny.

Wracali z przysłowiowymi duszami na ramieniu. Cytrynna bardzo liczyła na fotki, które zrobi swojemu synkowi, gdy ten będzie karmił ptactwo z ręki. Na zwykłe mewy i kaczki zawsze można liczyć, ale czy szlachetne długo-szyje łabędzie zaczekały? Czy zrozumiały, gdy Cytrynna im obiecywała, że wróci? Okazało się być gorzej niż najgorsze przypuszczenia. Na mostku ponad kanałem stała kobieta z dziewczęciem i karmiły wszystko. Karmiły bułką, a u ich stóp stała pełna torba! Dreszcz zimna przebiegł po plecach Cytrynny. Na szczęście nie taki diabeł straszny jak go malują, torba była po prostu pełna najróżniejszych zakupów zrobionych w niedzielę. A bułka, którą dzielono na cząstki, była bułką sobie od ust odjętą. Skończywszy tą jedną, odeszły.

Niewiele to jednak obeszło rodzinę Cytrynny. Kobieta i dziewczę odchodząc, uniknęły po prostu swojej klęski i porażki. Wszak cała rodzina zeszła nad kanał i postanowiła przyciągnąć ptactwo mnogością towaru i apetyczniejszym podawaniem go z bliska, a nie z góry. Pierwsze kromki posypały się kaczkom i białym mewom, ale tylko po to, by przyciągnąć miejscową atrakcję- łabędzią rodzinę. Cytrynna kładła się na trawie, żeby jej cień nie zasłaniał obiektywowi przedstawienia. Łabędzie okazały się skubać ręce, które je karmiły, więc marzenie Cytrynny o Staszku karmiącym ptaki padło. Zresztą i Staszek zawiódł. Początkowo stał pokornie w ramionach taty i patrzył, ale nie wykrzykiwał ani „och, ach”, ani nawet swojego „a-a-a”. Mało tego, zupełnie egoistycznie, nie doceniając rozgrywającego się wokół niego widowiska, pragnął jedynie zaspokojenia swoich potrzeb. I to wcale nie tych wyższych, duchowych, lecz potrzeb życiowych, zwykłej fizjologii! Zażądał aby i jemu dać kromkę do ust.

 Rodzice-łabędzie nie dbali wcale o pełny żołądek potomka, wręcz podbierając mu kąski. Potomek był do karmienia wdzięczniejszy, bo był grzeczny i nie kąsał tak mocno. Konkurencja z czasem powróciła i odciągnęła pomniejsze ptactwo w okolice mostku, a wyczerpawszy swoje zapasy, podeszła obserwować. Łabędzia rodzina nie opuszczała cytrynninej rodziny dopóki ta ostatnia miała chleb.

Sloł liwing

Jesteśmy w domu czyli na wsi. Przyjechaliśmy na dwie noce i w nadziei na grzyby. Sąsiad miał wczoraj pełne wiadra z tych okolic właśnie. Staszo dziś cały dzień marudziło, oczko ropieć przestało, ale marudność niesamowita dziecię ogarnęła. Zataczało się niczym pijak i po każdym zatoczeniu rzewnie wyło, bo łkaniem tego nazwać się nie da. Apetyt zerowy, ale na to akurat nerwy mam stalowe, dopóki dziecko pije. A pije. Trochę mniej, ale wystarczająco. Więcej, niż pić dostaje gdy nie pod moją opieką przebywa. W samochodzie dziecko ożyło i odżyło. Liczyłam, że zaśnie, a nie zasnęło, nic to jednak, bo spało wcześniej. Rozpoczęła się nasza dwudniowa przygoda ze sloł liwingiem. Oczywiście jutro nieliczne i z samego rana jedynie się odbywające Msze oraz chęć wyprzedzenia innych grzybiarzy w dzikim pędzie po pełne kosze zmusza nas do pewnych ustępstw, ale jednak ogólnie zamierzamy się nie spieszyć. Pierwszy raz od lat nie przyjechały z nami żadne książki do magisterki, sam wyjazd choć krótki, ma charakter stricte nienaukowy. Ja to zamierzam sprzątać, bo już poprzednim pobytem dużo ogarnęłam i są szanse na efekty, a ja lubię gdy są efekty. Mam już na sobie tutejszą piżamę, którą od dłuuugiego czasu noszę tylko i wyłącznie tutaj. Mąż opracowuje scenariusz na mającą się wkrótce odbyć sesję RPG swoich marzeń. Staszo śpi w swoim łóżeczku. Raz już próbowało wymusić przejście do dużego łóżka, krzykiem oczywiście, ale mama po raz pierwszy nie była miękka, a chyba mu tez bardzo nie zależało, bo niemal nie oponował wracając do łóżeczka. Zresztą tutejsze łóżeczko jest dużo wygodniejsze od gdańskiego. Nie ma co się oszukiwać, i tak wiadomo kto w czyim łóżku skończy.

 Najlepiej sloł liwing prowadzić w Lidlu. Sobotni wieczór jest ku temu idealny. Lidl jest pustawy, wszak wszyscy zrobili zakupy przed południem w największym tłoku lub odłożyli na niedzielę, by ja właściwie święcić. Nieliczni tylko przybywają po trunki na wieczór. W Lidlu jest wszystko, co potrzeba. Są wrzosy na sadzonki, jest pieczywo typu bułki, jest ser gorgonzola, są ciastka amerykańskie z czekoladą, które może jeść już i domagające się frykasów Stasio. Są ziemniaki- do wyboru w workach lub na sztuki. Samodzielnie wybierając można wybrać te lepiej się nadające na frytki, a do tego jest taniej. Jest śmietana do jutro_zebranych maślaczków. Są chipsy najróżniejszych struktur i smaków, nawet takie w kształcie misia. Są oczywiście soki typu kubuś. I maślanka. I banany dla niemających apetytu niemowlaków. I słoiki dla leniwych lub rekreujących się matek. I znicze, ale to akurat nam nie było dziś potrzebne. I woda_z_Lidla, dla uzależnionych od wody, najlepsza w smaku ze wszystkich znanych wód, mineralne konkurująca z Cisowianką, lepsza od Pomorzanki i przy okazji najatrakcyjniejsza cenowo. I już słodycze bożonarodzeniowe. W zeszłym roku zaskoczyły nas 4 października, w tym roku są jeszcze wcześniej. Mąż był łaskaw nawet kupić mi keks z marcepanem, który smakiem wprawdzie nie powala, ale smakuje Świętami. Nie śmiałam już prosić o pierniki norymberskie, które smakują nocnym jedzeniem podczas nocnych karmień Stasi. (Mężu, gdybyś to czytał przed poniedziałkiem, to będziesz wiedział jak mnie ucieszyć). Wracając do Lidla, nie zapomniano i o atrakcjach dla najmłodszych. Wózek jak to wózek, jeździ i ma miejsce na berbecia. Jest i karton, z którego maluch nie wyjdzie sam choćby poskoczył. A żeby sloł liwing z Lidla rodem był naprawdę sloł, to pracuje tylko jedna kasa. Nikomu to jednak nie przeszkadza, bo nikt się nigdzie nie spieszy!

 Posilona lidlową bułeczką Stasiunia nabrała humoru i przyjechawszy pod dom zakręciła się niczym rasowa gospodyni. Doglądała, jak rodzice nosili tobołki i zakupy, wymachiwała pogrzebaczem, testowała zmiotkę i trochę też szufelkę. W końcu zabrała się za zupełnie ręczne wywalanie popiołu z kominka, który sama otworzyła. W tym jednym miejscu po paru minutach matka zainterweniowała, umyła łapki i kominek zamknęła, a popiół zmiotła. Dziecko odmówiło kolacji, ale wypiło większość mleka, po czym wcale nie miało zamiaru spać, lecz odbierało bodźce. Chichrało się jak przysłowiowa pensjonarka i kombinowało, czy lepiej wydłubać matce nos, czy wydrapać oczy. W końcu matka swoim schrypiałym głosem opowiedziała krnąbrnemu synkowi najnudniejszą historię jaką udało jej się skompilować i to go zmogło.