Wykwintne danie wieloskładnikowe

DSCN7721Wczoraj, nie zrealizowawszy się przy maszynie, Cytrynna podjęła próbę realizacji w kuchni. Wzięła ekskluzywną książkę za 8,50, którą Staszek wynalazł na półce swojej babci i wybrała z niej przepis, który nęcił ją od dawna, a konkretnie od chwili, gdy Staszek zrzucając książkę z półki, otworzył ją na tymże. Przepis dotyczył kuskusu, który Cytrynna uwielbia ogólnie. Zawierał też jakieś 50 innych pozycji żywieniowych. Skimowanie treści całego składnikospisu przyprawiało o oczopląs, wyłowiła jednak Cytrynna co większe rzeczy i spisała na karteczkę. Zostawiła Stasio ze swoją mamą, która właśnie przyszła i pobiegła na pobliską halę targową, która właśnie się zamykała. Cudem zdobyła ostatnie pół kilo mięsa ze zmielonego indyka, które to stosuje jako mielone. Przepis mięsa wprawdzie nie zawierał, ale była to środa, a Cytrynna zawsze koło czwartku powinna mięso zjeść, co by jakoś przetrwać piątek, który jest jedynym dniem, w który ma na mięso ochotę. Wybiegłszy z wnętrza hali na stragany warzywne złowiła kilka nieprzychylnych spojrzeń od ekspedientów już zamykających, ale jakoś udało jej się trafić na stragan_jeszcze_czynny i tam poprosiła o paprykę, czosnek, cebulę, pora, zieleninę i mandarynki. Z zamykającej się hali poszła jeszcze do delikatesów, czyli z francuska- sklepu, w którym są frykasy. Nie zdobywszy żadnych frykasów, zapakowała do koszyka mrożoną marchewkę, kuskus i szczypiorek oraz słoiczek z „młotkowanym pieprzem z kolendrą” i saszetkę samej kolendry, DSCN7711której w swojej kuchni jeszcze nie miała przyjemności stosować.

 W domu nieco się zdruzgotała, bo wczytawszy się szczegółowiej w przepis, odkryła, że nie ma liści selera, że zieleninę robi się w kuskusierze bądź tez na parze, że czosnku powinno być ze dwa łebki, a nie jeden, że kminek się pojawił na liście w międzyczasie… Ogólnie przepis złożony z fajnych składników został tak skomplikowany, by go nie realizować. Cytrynna postanowiła zrobić po swojemu. Na szczęście miała w domu (ostatnią) puszkę pomidorów, która także w przepisie widniała, a która wcześniej się nie ujawniła. Ignorując przepis podjęła Cytrynna wyzwanie zutylizowania składników.

 DSCN7717

Oto procedura opisana skrótowo, co by osoby zainteresowane mogły ją powtórzyć bez łowienia treści z odmętów formy:

Cebulę jedną średnią zmielić w blenderze i na oliwie grzać. Zalać pomidorami z puszki i grzać dalej. Dodać mięso mielone (ok 300 g) i dusić. Przyprawić dwiema małymi łyżeczkami soli i jedną łyżeczką kolendry z pieprzem (względnie pół łyżeczką pieprzu i pół lub więcej łyżeczką kolendry, najlepiej mielonej lub młotkowanej). Zalać niecałą szklanką wody i przykryć.

 Umyć paprykę jedną normalną słodką, najlepiej czerwoną. Połowę zmielić w blenderze i dodać do duszonego, resztę pokroić i też dodać. Pół pora pokroić i umyć i dodać. Dusić. Gdyby parowało i gęstniało to nawadniać. Marchewkę mrożoną w ilości pożądanej ugotować i dodać.

 Zieleninę (pietruszka, koperek, szczypior) umyć i posiekać. 5-6 lub 3 ząbki czosnku posiekać, np. w blenderze i dodać na sam koniec. Około 200 gramów kuskusu przygotować tak jak się kuskus przygotowuje i wmieszać. Koniec.DSCN7646

 Kubki smakowe Cytrynny aż drżały z rozkoszy. Odkąd jej pamięć sięga, nie jadła czegoś tak dobrego. Wersja pierwsza była bardziej pieprzna (2 razy bardziej), ale też wspaniała. Wersja druga powstała później dla owrzodziałego Męża, którego kubki smakowe nie pracują i była łagodniejsza. Obie się sprawdziły. Obie podeszły i Staszkowi. Cytrynna je dziś cały dzień i wciąż jej mało. Mąż , którego kubki smakowe nie czują, że coś jest dobre, nie docenia, ale Cytrynna jest chwilowo zrealizowana. Dla Męża w posiłku jest za dużo smaku. Zdjęcie nie oddaje oczywiście istoty posiłku ani jego wspaniałości, bo zdjęcie powstało mimochodem nad trzecim talerzem kolacji, gdyż akurat się przypomniało.

 Cytrynna jest też zrealizowaną matką, która dba o swoje dziecko. Nie oddała go dziś ani przedwczoraj nigdzie ani na minutę i znosiła przez cały dzień dziecięcą nadpobudliwość. Dziecko nie pozwoliło matce na materacu na ziemi dospać i prędko wlazło na stół, co było oczywiście sygnałem do wstania. Ze stołu wskakiwało na parapet. Co chwilę pokazywało na wieżę widocznego przez okno kościoła Mariackiego i mówiło „bam” i matka starała się pilnować pełnych godzin, kiedy to otwierała okno, co by amator „bam-bam”, lepiej bam słyszał. Podzieliła się swoimi winogronkami z niewdzięcznikiem, który preferował zabawę durszlakiem i garnuszkiem zamiast jedzenia prozdrowotnych owoców. Z kolei amatorowi pluskania się w wannie napuściła wody do miski i postawiła na DSCN7708podłodze. On chlapał, a matka na bieżąco wycierała powstającą powódź. Umyła także włosy nieznoszącemu kąpieli rozkoszniakowi, który nie pachniał wcale rozkosznie. Zabrała go również do piwnicy, gdzie szła i pokazała mu piwnicę, której nie widział jeszcze. Z piwnicy zabrała go na pocztę, gdzie czekały na niego kapcie, których listonosz nie chciał przynieść do domu. Przyszły w samą porę, gdyż dotychczasowe kapcie pomoczyły się akurat chwilę wcześniej w łazience. Poszła z synem na szczyt klatki, gdzie przez okienko mógł podziwiać dach. Niedawno idąc obładowana obiecała mu że pójdą, więc poszli, bo nie była obładowana. Wygoglała także, że na wieżę Mariacką można będzie wchodzić dopiero w kwietniu. Wniosłaby go i dziś, taka była energetyczna po swoim kuskusie. Włączyła także dziecku telewizor na bajkę edukacyjną o samochodach Tonka, która była bardzo mądra i niosła taki przekaz, że jak się wysypie piach i zaleje wodą, to powstanie błoto, które zmniejsza tarcie. Żeby było edukacyjniej, zapodała telewidzowi wszystkie jego Tonki, sztuk 7. Jako idealna matka słusznie się nad sobą rozpływała.DSCN7712

Nadszedł jednak wieczór i do dziecka przyszła z pracy babcia. Idealna matka wykorzystała sposobność, by udać się do Rossmanna na promocję pieluch bez majtającego się między nogami dziecka chcącego WSZYSTKO z półek, a zwłaszcza to, co rozpoznaje. Akurat dziś startowała promocja 10% rabatu na rzeczy dziecięce, dla którego to rabatu matka się sprzedała i upubliczniła swój adres domowy w ankiecie. Gdzieś wcześniej w telewizorze mignęło matce, że na pampersy trwa dodatkowa promocja 52,99 plus chusteczki za 1 złoty. Uwzględniając regularny rossmannowy rabat wychodziło nieziemsko tanio. Matka pochwyciła tyle pieluch ile uniosła, a jednocześnie tyle, ile było w sklepie. Było tego 6 paczek. Chusteczek już nie było. Potrącona paczkami i przeproszona pani ekspedientka wykładająca towar zaproponowała, że przyniesie chusteczki z magazynu i tak tez zrobiła. Zaoferowała też kolejne paczki pieluch i Cytrynna poprosiła jeszcze o dwie. Zapłaciwszy za swoje drobne zakupy skromne niecałe pińćset, skonstatowała, że nie poniesie. Skorzystała z uprzejmości pana ochroniarza, który przechował połowę zakupów i zaniosła pierwszą z połów do domu. Zaniosła i drugą. Syn może bezkarnie lać w pieluchy jeszcze przez 3 miesiące. Cytrynna jest taką dobrą matką.

Dom uciech czyli jak Staszek został swoim własnym ojcem

DSCN9241

„Witajcie w moim domu uciech”

Wbrew temu, co sugeruje tytuł, nie przytoczę tu tej  sympatycznej historyjki. Rzecz będzie o Staszku i jego ojcu z osobna.

Staszek, jak wiadomo jest satyrem, jest rubaszny i rozchełstany. Jeśli chce, potrafi uprzykrzyć życie. Ostatnio chce. Oczywiście nikt nie ma do niego o to pretensji, bo jest malutki. A robi to tak: budzi się w nocy i nic nie chce. Utulony zasypia. Zasypiają utulacze. Pół godziny później budzi się znów z przemoczoną piżamą. Pieluchy jakimś cudem, nie przepełniając się, przelewają się. W nocy. Są sugestie, że gdyby miał nocnik, to by było inaczej. Nie ma nocnika, a jak sama nazwa wskazuje, nocnik jest na noc (noc-nic). Czasem jakoś śpi, a czasem śpi tylko do szóstej, kiedy to budzi się z zapełnienia kolejnej pieluchy. A NIKT go ani jakoś specjalnie nie futruje piciem w nocy, ani nawet na wieczór nie jest pojony ponad miarę. On po prostu zatrzymuje dzienny mocz na noc,  bo jest malutki i ma immunitet na takie rzeczy.

Staszek bywaDSCN3836 też dziczyzną. Biega zupełnie niechaotycznie po terenie (mieszkania) i wskakuje na fotele, kanapy, łóżka, po których następnie przemieszcza się z dzikim chichotem. Nierzadko staje sobie na samym brzegu i leci w tył, gdzie zawsze złapią go ręce matki. Może powinny raz nie złapać, to by się nauczył dyscypliny. Ale matka dzięki oscypkom prosto z Zakopanego przyniesionym dziś rano przez listonosza i przepuszczonym przez mikrowelkę ma werwę i jakoś znosi i bieganinę i stres. Na ogół matce udaje się nawet powalić ofiarę na kanapę zanim ta powinie nóżki i się zwali. Wówczas ofiara chichocze głośno i robi fikołki. Jest sympatycznie. Czasem w biegu pędzi na choinkę (stojącą na stole) by zerwać z niej ciasteczko. Staszek wie, że należy zjadając ciastko, móc je jednocześnie zachować. Ma na to sposób – nigdy nie je tego, co ma w ręce, jeśli do drugiej nie zapewni  sobie tego samego. No chyba, że to kanapka. Jednak wczoraj pobiegł na choinkę olewając czytającą mu na głos wpis na jakimś blogu matkę. Pobiegł i zanim niczego złego nie podejrzewająca matka dołączyła, choinka (duża, od blatu aż po sufit a mamyDSCN3877 dość wysokie mieszkanie) zamiast stać na stole, leżała w Stasim łóżeczku a na podłodze pałętało się mnóstwo spadłych ciastek i jakiś septyliard igieł. Misja ciastko wykonała się sama w nadpodziewanym wymiarze.

Staszek potrafi na dźwięk domofonu podejść do drzwi wejściowych i powiedzieć ‚ele’, co przypomina imię babci, która czasem przychodzi. Potrafi na pytanie o kotka pójść w miejsce, w którym ostatnio kotek był (np. pod kanapę w innym pokoju) i wskazać  kotka duplo leżakującego pod kanapą. Potrafi go też wskazać, gdy ów kotek znajduje się w pojemniku DSCN4386z klockami. Jest bystry i zadziwia. Gdy mowa o tym, że jest malutki, pokazuje, że jednak jest duży. W każdym domu podchodzi do szafki z łyżeczkami i stoi pod nią tak  długo wołając „a-a-a”, aż mu się łyżeczki nie poda. Nade wszystko jednak upodobał sobie słowo „tata”, co jest oczywiście zrozumiałe. W końcu cieszy się na tatę wracającego, w końcu to tata go usypia. Hipotezowaliśmy, że określenie tata jest tak często w użyciu, ponieważ jest określeniem czegoś fajnego jako takiego. Jest. Jest określeniem czegoś najfajniejszego dla niego. Staszek, gdy otoczenie mówi „Staszek”, odpowiada „tata” i pokazuje na siebie. Chyba więc myśli, że to on jest ojcem. Może myśli, że Stasio i tata to to samo? Na tej podstawie dąży do sypiania z matką. Ten dziwak Freud coś by o tym powiedział.

DSCN4392Ojciec: Stasiu, nie wiem, czy ci pozwolimy już spać.
Matka: Jak to?
Ojciec: Ktoś musi być leserem, a mamy trzy osoby. Jak Stasiu zaśnie, to ktoś z nas będzie musiał być leserem, a wtedy ten drugi sam nic  nie zrobi.

Pierwsze zdjęcie przedstawia oczywiście Stasia w roli właściciela domu uciech. Jak przystało na właściciela domu uciech, ubrany jest niechlujnie. Jest także brzuchaczem i trzyma w dłoni długopis do notowania numerów pokoi. Uśmiech oczywiście jest rubaszny. Kołnierz został postawiony ale nikt go nie zapiął. No i nie ma butów, bo w końcu jest „u siebie”. To jednak chyba tutaj różni się od ojca wyraźnie i sam musi to przyznać. Ojciec cały czas jest świadom, że nie jest u siebie.

Staszek wzywający łyżeczkę

Staszek wzywający łyżeczkę

Staszek skaczący z kanapy

Staszek skaczący z kanapy

 

Rodzic zaradny, rodzic niezaradny

DSCN1800Przeżyliśmy 3 doby gorączki naszego dziecka. Gorycz tego nieszczęścia osłodzona była pełnym wsparciem rodziców, którzy cierpieli jeszcze bardziej, pomagali kąpać, mierzyli temperatury raz po raz i to termometrem bezdotykowym, czołowym w postaci pistoletu. Termometr jest wadliwy i temperaturę wody mierzy jako tako, ale w ustawieniu ‚body’ już sobie nie radzi i wykrywa gorączki u każdego, z kim się zetknie. Tata na przykład cały czas walczył z temperaturą 37,9, ja jako chłodna i oziębła z natury miałam tylko 37,2, ale Stasiaczek to cały czas trzymał poziom i ciepło. Grzał pościel niczym piecyk a na urządzeniu pomiarowym efekty pomiarów nie spadały poniżej 39, trzymając się jednak na ogół w okolicy 40. Nie należy jednak wzdychać z ulgą na podstawie wiedzy o zawyżaniu, bo przyszedł i moment, że ledwo przytomne dziecko pozwoliło sobie załadować pod pachę termometr owulacyjny, a on to dopiero pokazał. Pokazał, że 40 i jeszcze, że 0,3 dalej. Całe 40,3!

Zaprosiliśmy Stasiaczka do własnego łóżka, bo nie jesteśmy wyrodni i trzeba było to udowodnić. Po dwóch dniach odmawiania zdecydował się z zaproszenia skorzystać. Potrącany, budził się i kwęczał, ale skoro nie jesteśmy wyrodni, to lepiej niech się go potrąca i niech kwęczy niż gdyby miał spać zupełnie SAM w TAKIM stanie. Pod koniec pierwszej doby gorączkowania zgodziliśmy się na wizytę pani doktor, która oczywiście nic nie wypatrzyła w buzi ani w płucku nie wysłuchała. Pani doktor kazała zbijać gorączki i pozwoliła w ramach zapłaty dzwonić do siebie w sprawie konsultacji. Dała też receptę na antybiotyk na wszelki wypadek. Nie potrafiła powiedzieć, co dolega rodzinnemu skarbowi. DSCN2936Na karteczce z notatnika wpisała wprawdzie, że infekcja wirusowa i twardo wykluczyła zęby. Być może miał Stasiaczek popularną 3-dniówkę, ale nie opryszczył się dziś. Bardzo możliwe, że jednak szły zęby, bo pod osłoną gorączki przybyło ich kilka. Możliwe również, że miał jakiś stan zapalny, bo jechało mu z buzi gangreną (no dobra, kiepskie określenie, nie miałam przyjemności wąchać gangreny, więc nie wiem). Jadł tylko banany, pił tylko mleko i przytulał się obficie. Dziadkom bardzo podobała się forma przytulająca, której praktycznie nie doświadczają na co dzień.

Pani doktor ostrzegła, że rodzina będzie zamierać i umierać wraz z dzieckiem. Ja umarłam, przyznaję. Ze zmęczenia umarłam. Bo wsparcie wsparciem, ale nie można było o czymkolwiek innym nawet pomyśleć, a od myślenia o gorączce i biegania z termometrem, od prac domowych niepoprzetykanych herbatkami i od posiłków zjadanych ukradkiem w pośpiechu to trudno mieć siły witalne. Dodam jeszcze, choć to nieco nieprzyjemne, że dziadkowie w swoich dobrych chęciach to nawet tutki z ibuprofenem do buzi nie wetknęli, wskutek czego te 40,3 wyskoczyło. Czuli, że dziecko jest ciepłe, ale nie mogli, po prostu nie mogli podać wbrew woli. A nas nie było, bo akurat na drugim końcu miasta umawialiśmy Męża na gastroskopię.

Przeżyliśmy jednak gorączki, przeżyliśmy 3 dni i przeżyliśmy dobre chęci. Stasiaczka jeszcze coś poswęduje, ale już sobie z tym radzi. Na dowód swego ozdrowienia udał się nawet do kuchni, ściągnął ostatni już kawałek piernika Lolinki na ziemię, rozwinął go z folii i spałaszował. Dowodem, że wcale nie chorował jest fakt, że wczoraj rano, wstawszy z łóżeczka sięgnął na pobliską choinkę i najnormalniej w świecie wyżarł kawałek ciasteczka.

Mąż z kolei korzysta z dobrodziejstw jakie daje mu lek na wrzody i siedzi w pracy. Jada tam domowe obiady, które żona daje mu w garnku na cały DSCN1776dzień a czasem na dwa dni. Nie ma go tam, gdzie i tak by się nie przydał, a za to ile robi! Jest jednym z tych szczęśliwych i wypoczętych dzieciatych ludzi, którzy się w pracy uśmiechają i chętnie zostają do 20. Dziś na przykład poszedł z kolegami z pracy na wyżerkę do pewnej galerii, w której są „normalne ceny”. Galeria nazywa się Zatoką Sztuki i jest nad morzem. Było dwóch kolegów, dwie żony, jedno dziecko i mój Mąż. Wszyscy wydali razem 319 złotych. Kolega z żoną jedli za 100, ale część tej kwoty była już napiwkiem. Kolega z żoną i niemowlaczkiem zjedli za 180 i dołożyli 20 złotych napiwku*. Reszta wydanej sumy to posiłek mojego oszczędnego Męża. Makaron posypany parmezanem. Mąż jest taki zaradny.

*Obiad kolegi z żoną i dzieckiem oraz napiwkiem kosztował akurat tyle co gastroskopia wykonana prywatnie. Sam napiwek wyniósł tyle, ile zniżka na gastroskopię gdy opłaci się ją z 7-dniowym wyprzedzeniem.

Wypisz, wymaluj

DSCN8320Żyjemy w rodzinie żyjącej od lat w strachu przed grypą. Babcia co roku szczepi się przeciw grypie. Mama chowa pod poduszką homeopatyczny „lek” z wątroby kaczki. Trzeba uważać na grypę, unikać jej i bacznie wypatrywać objawów nadchodzenia, by w porę rozwiesić kaczo-wątrobiane zasłony i zatrzasnąć choróbsku drzwi przed nosem. My sobie po cichu kpimy z chorób, szczepionek i całego okołogrypowego biznesu. Spotka nas za to zasłużona kara.

Właściwie już spotkała. Zachorował nam synek, roczne zaledwie niemowlątko. Nic tego nie zapowiadało. Wyszedł z domu rano zupełnie zdrów, a po niedługim czasie wrócił zupełnie nieswój. Ledwo dychał i spać chciał bardzo. Wypisz, wymaluj grypa! Poszedł spać, lecz lulał niespokojnie, na brzuszku, cicho pojękując co i raz. Zbudził się szybko i patrzył na mnie swoimi maleńkimi oczkami pełnymi cierpienia, lecz nic nie powiedział. Patrzył tak i patrzył, a w ustach trzymał paluszek i po pewnym czasie lulnął znowu i lulał jeszcze trochę.

Gdy obudził się ostatecznie, wstał i dzielnie usiłował utrzymać pozycję pionową, lecz widać było, ile go to kosztuje. Ledwo pił, ledwo jadł i ledwo bawił się. W porze kolacji twardo odmówił kolacji, swoimi ulubionymi żurawinami częstując jedynie babcię. Na przyjście taty ledwo się ucieszył. Przy okazji wyszły na jaw niedopatrzenia do jakich doszło pod nieobecność matki- synek nabawił się odparzeń. Podczas smarowania odparzeń płakał tak rzewnie, że aż nos mu się oczyścił i mógł odetchnąć pełną piersią. Wieczór z wczesnego zrobił się późny i Lulątku zaczęło ocieplać się wszystko, co wcześniej ciepłym odczuwała jedynie matka. Skądinąd ta matka jakiś czas wcześniej zmierzyła temperaturę synka termometrem bezdotykowym i ów zanotował 40 stopni! Taki wynik z tego akurat termometru nie niepokoi tak jak powinien, gdyż ten termometr lubi zawyżać Stasiaczkom gorączki i już nie raz w podobny sposób straszył.

Zupełnie przerażeni stanem wnusia dziadkowie zupełnie niechętnie poszli, wymógłszy obietnicę, że rodzice nie zaniedbają ich wnusia. Wnusiowi zmierzono gorączki ponownie i znów zanotowano 40 stopni. Ojciec w tym czasie mógł poszczycić się 38,5 stopniami a matka zaledwie 37,7. Pod pachą synka jednak działy się niewiele niższe cuda i w ruch poszedł Ibufen. W samą porę, gdyż parę minut później wróciła martwiąca się babcia i mogła już obserwować pierwsze efekty działania leku. Synek wypił wodę słodzoną, wypił mleczko, po czym matka posmarowała zęby smarowidłem do zębów i wykryła przebicie się zaległej od dawna dwójki, prawdopodobnej przyczyny dzisiejszego ataku. Synek stygnie i grzeje rodzicom łóżko, ale wciąż co jakiś czas przypomina, że nie skończył. On się dopiero rozkręca. Jest słodki i rozkoszny, ale jeśli postanowi, że dziś nie śpimy, nie będziemy spali.

Przecież to jest u Borejków

zdjęcie wymarzonego mieszkania z googli

Staszek znów poszedł późno spać. Za późno by opłacało się rozpoczynać wieczór. Od wielu dni pragnę szyć i na pragnieniach poprzestaję. Maszyny nie ruszałam od początków września albo i dawniej. Moja potrzeba szycia narasta, bo ostatnio w jednej kupnej sukience kryty zamek poszedł. Poszedł czyli zepsuł się. Oczywiście naprawienie go jest na mojej chce-liście bardzo nisko. Sukienka była czarna (a czarnych mam kilka) i już i tak zużyta mocno, wolę poświecić czas na stworzenie czegoś nowego i bardziej fotogenicznego. Ale istotny element garderoby ubył.
Ponieważ nie wiadomo, jaki będzie przyszły tydzień, w zaprzyszłym mam kolokwia, w piątek będziemy mieli gości, a w sobotę musimy wyjechać, gdyż sobotnią nocą wracają rodzice i nie ma dla nas wszystkich miejsca na tych 50 metrach, to JUTRO muszę zacząć robić coś. Przypuszczam, że jak wysypię z szafy moje tkaniny, to Stasio się przyłączy do zabawy w ich ponowne składanie i/lub rozrzucanie.

Roosevelta 5 w Poznaniu, zdjęcie z wikipedii

Póki co prokrastynuję i spędzam czas na oglądaniu mieszkań w wymarzonej dzielnicy. Czerwiec przeżyłam tylko dzięki oglądaniu mieszkań, teraz być może niepotrzebnie sobie kreuję coś, co zaraz może paść, ale już widzę białe oszklone regały na książki, które w wysokich pokojach wcale nie przytłoczą. Już w myśli sprowadzam z panieńskiego pokoju półki na Stasie zabawki. Już wieszam piękne okazyjnie zdobyte zasłony w oknach. I ustawiam talerze w szafkach. Bo od niedawna mamy kilka swoich talerzy. Do tej pory nie mieliśmy, bo w szafach nie było dla nas miejsca, ale dwa i pół roku bez nabywania własnych talerzy dały w kość i od niedawna dopychamy do szaf swoje.

Z kolei Mąż nie spał dziś do świtu i jeszcze dłużej, jak to u niego bywa, gdy go spotykają niepewności i niesprawiedliwości. Wygląda na to, że cały zeszły rok pracował za darmo, w zamian za obietnicę zapłaty w tym roku, lecz zupełnie inni ludzie dowiedziawszy się, że jeszcze skądkolwiek dostaje pieniądze, obniżyli mu płacę o dokładnie tyle, aby sumarycznie miał nie więcej niż oni początkowo chcieli dać. Ale nie poddajemy się. Mi oglądanie mieszkań pomaga bardzo. Skądinąd komentarz Męża na widok skrinu z googli wyjaśnił mi, dlaczego to wykusz mnie tak podniecał zawsze i dlaczego zobaczywszy mieszkanie z wykuszem zapragnęłam go jak żadnego innego. Ponadto skrin z googli głoszący o chęci sprzedaży pochodzi z czerwca 2011, czyli jest szansa, że jeszcze przez jakiś czas nikt nam wymarzonego lokum nie sprzątnie sprzed nosa, skoro nie zrobił tego do tej pory,

A tymczasem synek zachwyca raz po raz. Wieczorem wprawdzie, tuż po zaśnięciu zaskowyczał i tradycyjnie zażądał powrotu do rodzicielskiego łoża, ale na pochwały zasłużył niezależnie od złych wrażeń, które zaserwował później. Otóż synek rano otworzywszy książkę o lokomotywie wziął do ręki wcale nie pod ręką leżącą lokomotywę drewnianą i ustawił ja na torach w książeczce namalowanych. Ponadto siedząc i pijąc na maminych kolanach natknął się na stojąca nieopodal miseczkę po lodach. Zaczął bawić się łyżeczką i w pewnym momencie ją oblizał, zasmakował w domowym sosie toffi i od tej chwili co raz to wkładał łyżeczkę do miseczki aby nabrała jeszcze trochę smaku i następnie ją oblizywał. Ponadto zdjął sobie z biurka pudełko z orzechami i otworzył je. Wyjął kilka, którymi się bawił i nie rozsypywał wszystkiego! Oprócz tego porwał listek papieru toaletowego i bawił się nim drąc na kawałki, spuszczając je na dywan, podnosząc i znów spuszczając niczym padający śnieg. Ponadto z magnesem trzymanym w ręce przeszedł przez szereg pomieszczeń u babci aby go przypiąć do lodówki. Dodatkowo podnosił puste butelki po wodzie mineralnej, których Mąż produkuje tuziny i wzorem mamy nosił je do kuchni i wpychał do kosza na parasole, który akurat w kuchni stoi i do którego mama je wpycha aby się po domu nie walały. Poza tym zamiatał podłogę papierem toaletowym również wzorem mamy, która czasem nadmiar zanieczyszczeń zamiata. I jeszcze właził mamie między spódnicę a podszewkę, która to spódnica była zwiewna i przezroczysta jak firanka. Niestety zaplamił spódnicę tłustymi łapkami, ale dopóki nie mam informacji o niespraniu się plam, to czynność akceptuję w pełni. A wczoraj to przywdział na jedną z nóżek kapeć babci dał radę w nim iść!

Sądząc po statystykach wejść, ludzie nadal znajdują kanie. To dobrze!

Słodziaczek, warchlaczek, amorek

Zdumiewający jest fenomen Staszka. Jak na fenomen przystało. Fenomen powinien zdumiewać. Każde dziecko jest oczywiście fenomenem w sensie definicji z SJP  jako coś niezwykłego. Bo o uzdolnieniach trudno mówić. Staszek na przykład uparcie nie chce liczyć, chociaż ojciec jego podobno w wieku 4 miesięcy(!) liczył do trzech, siedmiu, lub dziewięciu.  Świadkowie nie mogą dojść do ładu, tak ich to wówczas wytrąciło*. Nawet jeśli tylko do trzech, to jest to już osiągniecie, bo ze Staszkiem w tym wieku nie było kontaktu.

Ale fenomen Staszka polega na tym, że wszyscy go lubią. Lubią go wszyscy nasi znajomi. Lubią go wszelkie panie woźne i panie w punktach ksero, które zawsze go poczęstują  jakimś ciasteczkiem. Lubią go panowie z terenów budowy, którym się przygląda. Lubi go Marcin, z którym Mąż pracuje. Lubią go spawacze w pociągach, którymi się przemieszcza. Lubią go panie w monopolu, do którego chodzimy po bułki. Lubią go panie w lumpeksach, w których się ubieramy. Lubią go także panie w zusie(!). Lubią go również studentki, które na miano pań jeszcze muszą zapracować. Reasumując: grupy społeczne, które lubią Staszka to Marcin, robotnicy i panie.

Mało tego, Staszek także lubi wszystkich. Już latem zaobserwowaliśmy, że Staszek szczerzy się do każdego, czyj wzrok ma nadzieję napotkać. Szczerzy się więc w środkach komunikacji i gdzie tylko popadnie. Zostawiony raz u sąsiadki-koleżanki, bo matka musiała zbierać marchewki i winogrona z rozerwanej siatki, zamiast tęsknić i się dziwić, z miejsca się ucieszył i bawił.Odkąd chodzi, to idzie także wszędzie.

Pojawia się więc taki Staszek na politechnice i z miejsca zostaje obwołany nowym studentem. Potrafi nawet sam wejść do otwartej pełnej dziewczyn sali i zrobić tam furorę. Idzie Staszek z ojcem przez politechnikę i słyszą „niezłe ciacho”. Żaden nie wie, o którym z nich to. Każdy myśli, ze o nim. Tylko matka wie, że tak naprawdę laski mówiły niewinnie „jaki słodki”, a chłopy sobie nadinterpretowały. Idzie Staszek z ojcem do pracy (raz) lub z matką do ojca do pracy i zostaje okrzyknięty nowym pracownikiem. Przygląda się Staszek jak ciężarówka, która przywiozła pusty kontener na odpady z budowy podmienia pełny na ten przywieziony pusty. Potrafi patrzeć naprawdę długo. Zresztą i w domu ma dużo książeczek na ten temat. I ogólnie motoryzacja go kręci, więc po pewnym czasie pan z budowy zagaduje, że  Staszek rośnie na budowlańca. Idzie Staszek do doktora profesji kobiecej i aby nie płakał porzucony (bo chociaż ufny, to jednak się nie porzuca w poczekalni) wchodzi z rodzicami do gabinetu. Doktor od razu wie, że oto przygląda mu się przyszły ginekolog. Albo co poniedziałek udaje się Staszek z rodzicami na pitcę do lokalu Telepitca, który w poniedziałki organizuje intratne promocje. Staszek wie, że najlepiej jest wejść za ladę i stamtąd eksplorować. Kim więc może zostać, jeśli nie nowym pitcerem? Może wzbudzić nawet tyle sympatii, że pani obsługująca wyszedłszy do sklepu po przekąskę przyniesie mu nader atrakcyjnego batonika kinder delice. Ciekawi tylko Stasią matkę, czy gdyby wszedł Stasio między panów meneli, to równie dobrze by się przyjął? A czy wszedłszy między wrony, zakrakałby?

Raz tylko był kwas, gdy podczas integracji z panią i dziewczynką, Staszek przyodziany w swoją puchatą kurteczkę dla półtoraroczniaka, pod którą w razie mrozu zmieści się 7 sweterków, został podsumowany „fajny, grubawy”.

*Świadkiem był jeden lekarz i dużo innych świadków. Obecność lekarza, jak obecność notariusza, uwiarygodnia wydarzenie.

Mam jeszcze twarz z poliraksy…

Jaka pogoda, taka aura. U nas wczoraj od rana było pochmurnie, lecz przedpołudnie przebiegło sucho. Stasio postanowiło zarwać noc i od trzeciej do czwartej urządzało takie rzeczy, że potem Mąż do ósmej nie spał. A trzeba Wam, drodzy czytelnicy, wiedzieć, że kładziemy się grubo po drugiej, gdyż ja piszę wieczorami bloga/szyję/sprzątam/czytam, a Mąż myśli*. Do własnego łóżeczka syneczek ostatnimi czasy zgadza się być przeniesiony tylko raz w ciągu nocy i to jest ten raz po głównym zaśnięciu. Później przy każdej próbie trafienia na miejsce podnosił się bunt, nawet drzemiący budził się aby protestować. W końcu zadowolił się prowizorycznie skonstruowanym, lecz profesjonalnym kojcem. Kojec składa się ze złożonej kanapy, na której Stasio zasypia uspokojone obecnością rodzica siedzącego na tejże. Kiedy jednak synek zaczyna rozpływać się w morfeuszowskich objęciach, można spokojnie odejść nie informując go o tym. Aby jednak można było odejść zupełnie spokojnie i nie zastanawiać się, czy mały obywatel nie spadnie, należy go obudować. W tym celu w luki między kanapą a ścianami trafiły koce, zaś cały brzeg łoża obstawiono krzesłami i zabezpieczono materacem tworząc klatkę. Fakt takiego obudowania o dziwo syneczka nie drażni. Cała nocna akcja była kolejnym etapem trwającej właśnie ofensywy zmierzającej do zamiany łóżek z ojcem. Nie jest lekko, ale nie przegrywamy.

Byliśmy u doktora, który odnalazł przyczynę mojego tycia i za grube pieniądze ją usunie. Do doktora musiałam udać się z Mężem, bo jestem taka cnotliwa, że bez wsparcia, akceptacji i samej obecności Męża się przed innym mężczyzną nie rozbiorę. Od niedawna w okolice doktora dojeżdża tramwaj, więc udaliśmy się tam tramwajem. Ja kupiłam sobie bilet całodobowy, gdyż miałam wieczorem jechać po krzesełko zakupione w zeszłym tygodniu na allegro. Wieczorem jednak nie pojechałam, bo pani się przypomniało, że zupełnie niezgodnie z umawianiem się dzień wcześniej, jej mąż sprzedał krzesełko niezależnie i to już kilka dni temu. Doktor stwierdził, że jestem gruba i powinnam się ruszać. Spytał, co najbardziej lubię robić i oboje z Mężem pomyśleliśmy, że leżeć, gdyż tego mam najmniej. Pozazdrościłam Lolince, która mi w komentarzu do poprzedniego posta napisała, że ma czas leżeć w ciągu dnia:) Mąż pociesza odnośnie tej niezawinionej tuszy, ale nie wiadomo, czy nie kpi. A gdybym ja była tucznikiem, to by mnie właśnie ubijano. Po wizycie u doktora pogrzaliśmy się w cieniu pobliskiego Lidla, gdzie grzały się również gołębie i Staszek gonił je. Staszek gonił je edukacyjnie. Była tez zerwana z postronka, przez nikogo nie napominana, bardzo agresywna dziewczynka w wieku późno-przedszkolnym, która goniła je złośliwie. Na szczęście się przewróciła. Staszek zachwycił mnie pokazując na dołek w trawniku i mówiąc najspokojniej w świecie „bam”. Zaczyna być komunikatywny! Od Męża zaś uzyskał przebaczenie za tę noc i tym razem, bo z gołębiami naprawdę fajnie się bawił. Żółta kartka jednak pozostaje. W samym Lidlu Mąż kupił żonie blachę do muffinków co by mogła je produkować. Ale jak tu produkować, jak się ma chudnąć?

 Mąż bardzo chciał się udać do jakiegoś egzotycznego centrum handlowego na rekreację, gdyż w związku z niewyspaniem, nie był zdolny do pracy polegającej na myśleniu. Ponieważ uciekł nam tramwaj jadący na autobus przesiadkowy, poszliśmy pieszo do przystanku, z którego jechał inny autobus do innego centrum handlowego. Wybór był taki a nie inny, gdyż do wybranego CH można się było dostać na bilecie jednorazowym, a nie godzinnym (30 groszy taniej). Niestety wybór okazał się ogólnie zły. W drodze z przystanku przywitały nas wysokie schody bez podjazdu. Wnieśliśmy wózek obijając przy tym moje nogi. W odwiedzonym sklepie zoologicznym były króliczki. Stasio, które lubi zwierzątka odkąd odwiedziliśmy kilka koleżanek mających psy i koty, bardzo radośnie popiskiwał na widok nowych stworzeń. Tak radośnie, że aż klient sklepu zaglądając w nasz kącik zapytał, czy tu szczeniaczek jest. Dziecku się w międzyczasie przepełniła pielucha, toteż skierowaliśmy się do toalety przeznaczonej dla matek chcących przewinąć. Toaleta była ogólnie obleśna i odefekowana, ale największą niespodzianką okazał się być brak przewijaka. Widniały po nim (lub pod niego) tylko śruby w ścianie. Dla zwrócenia uwagi społeczeństwa na problem oraz komfortu dziecka zostało ono ułożone na stole gastronomicznym z główką na kurteczce własnej i przewinięte. Skandal obyczajowy! Nikogo to jednak nie obeszło. Prawdopodobnie takie rzeczy są tam na porządku dziennym, wszak cóż mogą począć rodzice dzieci, którzy pragną zmienić im pieluszki, a nie znajdują ustronnego schronu po temu?

Następnie Mężowi, który przysiadł na ławeczce spadła na palec kropla czegoś z cieknącego sufitu. Już miał oblizać myśląc, że to sok, gdy się zorientował. Kiedy ubieraliśmy kurteczki celem opuszczenia niefajnego miejsca, spotkaliśmy mało interesującego kolegę, który bardzo chciał gadać. Staszek przez chwilę pointeresował się ogromnymi samochodami wystawianymi na stoisku z nimi, a następnie umiejętnie zastymulowany, zawył krótko acz spektakularnie, co można było koledze wyjaśnić jako zmęczenie i wykorzystać jako pretekst do pożegnania. Nie było jak się wydostać, jeśli chciało się uniknąć schodów. Obeszliśmy cały parking i okolice i nie było zjazdu z centrum. Zjechaliśmy więc zjazdem dla zmotoryzowanych ryzykując życie własne i dziecka. Chcieliśmy wracać pieszo, ale mój przepełniony pęcherz (przypominam, ze toaleta nie zachęcała), mój brak szalika oraz poczucie winy z powodu braku rękawiczek u dziecka i jego niechęć do skorzystania z moich zdecydowały o przejściu przez szereg przejść dla pieszych celem osiągnięcia przystanku autobusowego. Akurat jeden autobus uciekł, na następny przyszło nam czekać kwadrans. W tym czasie lunął grad, a syn, któremu rozgrzewałam ręce, usnął.

Przyjechał autobus, wróciliśmy do domu. Zjedliśmy zdrowy obiad z postaci surówki z blendera (najlepszy zakup roku 2011), mocno przyprawionego kuskusu i dwóch patelni boczniaków. Mąż zabrał syna na krótki spacer. Złapał ich deszcz z gradem i śniegiem, który przeczekali w aptece. Wrócili jednak zabieleni i mokrzy. Syn również nadspodziewanie zadowolony. Nogi miał całe mokre a ja która przez całą nieobecność, zamiast napić się choć herbaty lub usiąść choć na chwilę, sprzątałam, nagle zaniemogłam. Rozgrzewającą kąpiel przygotował dziecku Mąż. Po kąpieli, w szamotaninie ciał, które nie chciały dać sobie założyć pieluchy, odstający od dawna paznokieć zafundowany mi przez Lanosa, oderwał się. Mogę więc, jak niegdyś Zbigniew Hołdys, zaśpiewać „mnie paznokieć z palca zszedł”. Mam też we wtorek egzamin. A do tego wszystkiego twarz z poliraksy, za którą każdy by się zabić dał.

*On naprawdę zajmuje się myśleniem. Ma taką pracę, że czasem parę godzin leży pozornie bezczynnie. Jest fizykiem! I po godzinach rozmyślań rzeczywiście ma efekty. Ma nawet już publikację z myślenia. Pozorne nicnierobienie wykorzystuje każdy, by przeszkodzić, zwłaszcza matka jego. Babcia, która sama miała naukowca, jako jedyna prócz żony rozumie. Żona rozumie, ale cierpi, że nie może sobie Kuby słuchać, a już na pewno nie głośno.

Atak odparty

Wczorajsza ofensywa samotnego partyzanta nie powiodła się. Zamierzał być nieugięty, pokrzykiwał, a nawet śmiał się. Wyraźnie manifestował swój bunt przy odkładaniu do łóżeczka, wstawał i zasypiać nie zamierzał, a było już po drugiej i rodzice też mieli ochotę się położyć. Już nawet rozważali, co jeśli zaśnie, ale zbudzi się ponownie i inne mało przyjemne możliwości. Matka nie zamierzała iść na zbyt miękką kanapę, nikt nie dopuszczał myśli o przeniesieniu frontu do rodzicielskiej sypialni i wpuszczeniu doń wojownika. Nikt też nie zamierzał przesiedzieć całej nocy nad syneczkiem skłonnym przysnąć na kanapie i budzącym się na każdą próbę przeniesienia do łóżeczka. Nie przekonywały go oklepane teksty matki, że we własnym łóżeczku będzie mu najlepiej na świecie. Kozaczył potężnie, ale w końcu okazał się być cienkim bolkiem*, który ugiął się pod pręgierzem ibuprofenu. Co będzie tej nocy?

*bolek piszemy małą literą, gdyż nie jest to imię królów polskich, którzy dosyć potężni byli, lecz sformułowanie określające rybę karpiowatą gatunku boleń, która już cienką może być i jako cienka nadaje się co najwyżej dla kota. Źródło tej informacji znajduje się  TU.

Nowa ofensywa

Syneczek zebrał siły, zgromadził posiłki, uśpił czujność i zaatakował. Tak jak niegdyś on sam i tak jak rodzice później, znów postanowił wykorzystać ich słabości. Odpuścił wiele bitew, ale postanowił nie oddać wojny. Wczoraj w nocy przypuścił atak na niczego nie spodziewających się. Cel był ogólnie znany- łóżko i czułe objęcia matki. Wytrawny obserwator mógłby spostrzec, że przygotowując się do ataku zaniedbał zjedzenia obiadu. Ale przecież nie raz odpuszczał obiad, a nocą szedł potulnie na swoje miejsce. Nie tym razem. Matka zamierzała tą konkretną noc przespać, bo akurat wykaraskiwała się z migreny w którą popadła na skutek stresujących okoliczności niezwiązanych z przesypianiem nocy ani jedzeniem obiadu. Ofiarą ataku padł więc ojciec. To on chodził, utulał, smarował zęby. Wszystko na nic. Rodzice jednak ramię w ramię bronili swojej fortecy przed szturmującym potomkiem. Oczywiście potyczkę przegrali, ale ocalili swój bastion. Matka poszła do dziecięcej sypialni i rozłożyła dla siebie i potomka znajdującą się tam kanapę, urządzenie o wyjątkowej miękkości, zdolne uszkodzić najzdrowszy nawet kręgosłup. Kręgosłup matki (w tej roli oczywiście Cytrynna) do najzdrowszych już od jakiegoś czasu nie należy. Skutki: dziecko smacznie zasnęło podtrzymywane za rękę i do 9:30 spało, ale matka wstała połamana i cały dzień się łamała.

Dziecko odpuściło dziś kolejny obiad, a zasnęło tuż po 22. Odniesione do siebie, po chwili zawyło wymuszając jeszcze kilka chwil pobytu w rodzicielskim łożu. W ciągu tych kilku chwil jęczało i szamotało się przyjmując najdziwniejsze pozycje. Uspokoiwszy się, poszło znów do siebie. Tam zbiera siły, czeka na pogaszenie świateł, da nawet czas na zaśnięcie. Tej nocy nastąpi kolejny atak. Tym razem obie strony są tego świadome. Kto wygra? Kto ulegnie? Czy obędzie się bez ofiar?

Przyganiał Stach kotu – fotostory

Cytrynna poszła dziś na zajęcia. Mąż w tym czasie miał wiele alternatyw polegających na zajmowaniu się dzieckiem. Mógł być z tym dzieckiem sam- w domu lub na spacerze, mógł iść z nim do babci, która stęskniona oczekiwała, a mógł też zabrać dziecko do Sopotu, gdzie chciał się udać na konsultacje dotyczące swojego aktualnego zadania. Wybrał to ostatnie. W związku z oprowiantowaniem i opieluchowaniem dziecka Cytrynna została przetrzymana w domu aż się spóźniła na zajęcia (nic nie tracąc, bo całość się bardzo powoli rozkręca), po czym wyszli wszyscy razem.

Niestety, nie ma możliwości zakupu biletów na skm gdy jest się osobą z wózkiem. Wspominała już kiedyś o tym Cytrynna, teraz problem ten napotkał Mąż. Główna kasa biletowa jest w tunelu, do którego prowadzą mocno strome schody. Od wielu miesięcy nie działa winda. Jest tam też zjazd, ale nie dość, że mocno stromy, to i obsiadnięty przez kokoszki handlarki oraz innych bywalców dworców. Drugą opcją jest kasa biletowa naziemna, ale jak wiadomo, nie da się do niej wjechać wózkiem. Nikt też dziecka nie zostawi z wózkiem przed budynkiem, bo wiadomo- porwania dla okupu albo dla bogatych niemieckich rodzin. Realnym zagrożeniem jest także przydybanie pozostawionego na chwilę przychówku przez straż miejską, a w następstwie natychmiastowe odebranie dziecka rodzicom z nieodwracalnymi konsekwencjami i horrendalne koszty procesów sądowych zakończonych w najlepszym wypadku przyznaniem grzywny. Nie zostawi się też pustego wózka, bo chociaż używany i niedrogi, to każdy członek rodziny jest do niego na swój sposób przywiązany. A bywalcy dworców tylko czyhają na taki doskonały transporter dla swoich puszek i innych wynalezisk. Zostaje zatem opcja ostatnia- zakup biletu w biletomacie. Opcja niestety niewykonalna dzisiaj, gdyż biletomat, zupełnie wbrew sobie, skłonny był dziś przyjąć tylko odliczoną gotówkę, a do takiej brakowało Mężowi JEDNEGO grosza. O opcji zakupu u przewoźnika nawet nie wspominam, bo to niegodziwość straszna żeby za wypisanie biletu płacić prawie dwa razy więcej niż sam bilet kosztuje. Kiedy się biedak szamotał z automatem, pociąg do Sopotu odjechał. Nie pozostało więc samotnemu ojcu nic innego jak udać się do owej zbyt wąskiej kasy i poprosić 3-osobową obsługę tejże o pomoc. Pan ochroniarz, zwany przez nieobeznanego w kasowej hierarchii Męża stróżem, popilnował dziecka, a w tym czasie dwie panie sprzedały mu bilety.

Bohaterowie opowieści z czasem doczekali się następnego pociągu, pojechali nim do Sopotu, wysiedli i poszli do celu. Cel mieści się w tak zwanym górnym Sopocie, czyli dzielnicy willowej, w której każdy chciałby mieszkać, ale mało kogo stać. Jest tam zielono, a o tej porze roku jesiennie, więc maleństwo skorzystało z wolności i zbierało liście, chodziło przy murkach, przysiadało na chodniku aż nagle zobaczyło kota. Z kotem się do tej pory nie macało. Tym razem nie było matki, która mogłaby mieć jakieś obiekcje ani żadnego innego opiekuna, który miałby PEŁNO obiekcji. Możliwy przebieg sytuacji był zatem jeden- pod czułym okiem taty dziecko mogło pogonić kotu kota. Zaczęło się niewinnie, czyli kot niczego nie podejrzewał i nie uciekał. Młody człowiek macał, ale z czasem się i kotu przebrała miarka i zaczął zwiewać. Wtedy każdą próbę złapania Stasio organizowało oburącz, co kilkakrotnie skończyło się rzuceniem na kota lub nawet lądowaniem w pustej już przestrzeni po kocie. Kot miał tą przewagę, że znał teren, więc w końcu uciekł, wydawałoby się skutecznie, bo przez płot. Miał w sobie jednak coś z panienki, która chciałaby, ale się boi i zza tego płotu dawał się jeszcze pomacać, a gdy został dziecięcymi głaskami zaspokojony, odszedł. Nie docenił przeciwnika. Przeciwnik, chociaż na nogach trzyma się od niedawna, a drzwi rzadko otwiera (na ogół przy nich staje i woła „a-a-a” i jeśli nie ma przeciwskazań, to ktoś otwiera je za niego), bez problemu znalazł furtkę a wypatrzywszy przez nią swój łup, otworzył sobie wrota i dziarskim krokiem wkroczył na posesję, na której schronienia szukał czworonóg (tak, zrozumiał związki przyczynowo-skutkowe i nacisnął klamkę! sam!). Zwierzę nagrodziło maluszka za ten czyn, po czym obaj wyszli z posesji na teren publiczny i tam prawdopodobnie się rozstali, bo fotorelacja dostarczona Cytrynnie się kończy.

W pociągu relacji powrotnej chłopczyka zabawiała pani, która poczęstowała go głodnym kawałkiem „Stachu, kury na dachu” oraz drugim, nie tak znanym „kokoszka w sieni, Stachu się żeni”. Natomiast w domu dziecko mało co zjadłszy i wypłakawszy swój bunt, raczyło zasnąć. Przebudziło się po jakimś czasie i po posmarowaniu wychodzących w sposób chaotyczny zębów (mamy 3 dwójki i jedną czwórkę-po tej stronie, po której dwójki nie ma), westchnąwszy jeszcze kilka razy w tonie „co ja z wami mam”, zasnęło ponownie. Cytrynna obawiała się nawet, czy aby to, co trawi synka, to zęby, a nie przypadkiem toksoplazmoza, bo Mężowi po fakcie przypomniało się, że kot był trochę kaprawy i miał wygryziony kark. Zresztą kot, który nie ucieka, to musi być kaprawy. Przypomniało mu się też, że butelka, z której dziecię potem piło, spadała w piasek. W kwestii toksoplazmozy Cytrynna jest dobrej myśli, ale w kwestii zostawiania dziecka Mężowi na wyłączność, ma trochę obaw, które rozwieje właśnie zostawiając dziecko Mężowi!