Ozdoby choinkowe

DSCN8730Wczorajszy wieczór minął na wprawkach do ozdób. Nie wszystko idzie tak, jak bym chciała, ale mimo to sample wychodzą nam coraz lepiej. Część z nich po zamknięciu i przyszyciu sznureczka stanie się już ozdobami właściwymi. Mąż jest wybitnym twórcą szablonów, doskonale też wycina, jest niezrównany w wypychaniu. A dzisiaj zasiądzie do maszyny szyć choinki liniami prostymi. Joannka-Z zdradziła mi to, o czym nie pomyślałam, a mianowicie jak nadać choinkom kształt choinek. Jestem zdruzgotana niewpadnięciem na to sama, wszak jestem inżynierem.

Dziś zakupiłam nici czerwone i zielone. Przypomniało mi się też, że posiadam w niewyniesionej siatce ze starymi ubraniami mężowski t-shirt o barwie choinki, w sam raz na choinki. Z pawlacza wydobyłam pudełko z moim szkolnym cyrklem, prezentem od dziadka i powstał szablon równej gwiazdki. Również koła na medaliony nie będą od teraz odrysowywane od kubka stojącego akurat pod ręką lecz profesjonalnie. Dzisiejszego wieczorum ruszy nasza manufakturka:)

DSCN8734Moje myśli są zajęte ozdobami. Mam wprawdzie sukienkę w trakcie szycia, lecz trudno mi myśleć o niej, myślę o naszych samorobnych bombkach. Oglądam dziecięce książeczki o Świętach szukając inspiracji. Mąż w ramach kalendarza adwentowego otrzyma dziś moją świeżą zdobycz antykwariatową- książkę o szczytach choinkowych. Książka wprawdzie głosi, że Święta nie byłyby tym czym są bez pięknie ozdobionej choinki, z czym ja niekoniecznie się zgadzam, ale ozdoby są ładne i dużo bardziej oryginalne niż oglądane niedawno w najnowocześniejszej książce w Ąszonie. Wkrótce być może zaczniemy wytwarzać szczyty choinkowe. Na klatce ktoś powiesił jemiołę. Ja od siebie też dołożę jakąś klimatyczną dekorację. Po długim czasie wymieniono przepaloną żarówkę i jest świątecznie, radośnie, rodzinnie… nawet na klatce.

DSCN8742

DSCN8749

DSCN8748

Reklamy

Sielskie życie

DSCN8541Mijany na ulicy kiosk skusił wystawą. Na wystawie błyszczyło się i czerwieniło czasopismo o apetycznym tytule „Sielskie życie”. Czasopismo zdaje się oferować wszystko to, czego pragniemy, czyli sielskość i rodzinność, ale de facto promuje snobizm i wykorzystywanie funduszy, których się nie posiada na udawanie tego, czego się nie ma. My mamy 3-osobową rodzinę, dziecko lubiące lampki, Męża uwielbiającego lampki i mnie posiadającą Maszynę Do Szycia. Baza jest niezła. Na dziecko liczyć za bardzo nie można, ono co najwyżej podrze papierowy łańcuch albo rozsypie po okolicy wypełniacz do poduszek, ale można dziecku zapewniać łańcuchy do darcia i wypełniacz w workach do rozsypywania, a ono odpłaci się okrzykami zadowolenia.

 Robimy więc, co możemy by było świątecznie. Gromadzimy przyprawy do pierników i miody oraz blaszki, których 3 mieści się w piekarniku na raz. Z tychże składników pewnego wieczora, być może nawet dzisiejszego, powstaną 3 bochny piernika na pożarcie.DSCN8302

 Posiadany łańcuch papierowy własnej roboty o tradycji dwuletniej rozdarty przez dziecko na 3 nierówne części już zawisł. Część lampek też rozwiesiłam w miniony czwartek. Inne lampki upatrzono na sezonowym straganie z chińszczyzną świecącą. Wczoraj w sklepie papierniczym zakupiliśmy 100 arkuszy papieru kolorowego na nowy łańcuch. Niestety, zestaw kolorów, jaki sklep oferował, nie pozwala jeszcze rozpocząć prac. Wymagany jest jeszcze jakiś żywy kolor szósty. Ciekawostka: kupujemy klej. Pani mi pokazuje kleje do wyboru jakbym znała się na rzeczy. Ja, co bardzo podoba się Mężowi, DSCN8563zmuszona jestem powiedzieć: „nie znam się na tym, znałam się 10 lat temu”. To straszne jak starość uderza w człowieka nagle i z półobrotu. Pewnego dnia idzie człowiek do sklepu i nie zna się na klejach do papieru. W moich czasach był czerwony klej Henkela i on był najlepszy.

 Odwiedziliśmy pasmanterię i wydaliśmy małą fortunę na złote nici, złote sznurki, czerwoną koronkę, złotą taśmę ząbkowaną. Złotej muliny nie kupiliśmy tylko dlatego, że twierdzę iż gdzieś mam sprzed lat. Obym miała ją rzeczywiście. Mąż mówi, że najwyżej kupimy, ale serce pęka na myśl o wydawaniu kolejnej fortuny. Złote nici (12,90 zł/35m) są 41 razy droższe od nici niezłotych (4,50zł/500m). Wobec takiego faktu oraz drugiego faktu, że nić złota z wierzchu i nić niezłota od spodu się w szyciu maszynowym nie sprawdziły oraz w obliczu DSCN8567trzeciego faktu dotyczącego strat nici przy szyciu maszynowym pozostaje złotem zdobienie w sposób ręczny. Wypróbowałam jednak nić żółtą i ona świetnie się sprawdza w haftowaniu wzorków na czerwieni.

 Odwiedziliśmy sklep z tkaninami zwany lumpeksem i okazało się, że nikt nie zainteresował się tym, na ochłapy czego czekaliśmy cały tydzień. Przyszło nam więc nie przebierać w ochłapach, lecz dokonać wyboru spośród samych cymesów. Nie ograniczaliśmy się zbytnio. Do domu przynieśliśmy 4 kg przeważnie nowiutkich tkanin w świątecznych kolorach i wzorach oraz kilogram ozdób z ceramiki.

Co najważniejsze, otworzyłam niedawno uporządkowanąDSCN8560 szafę (szafę uporządkowałam niedawno, a otworzyłam wczoraj!) z zapasami własnymi i wydobyłam z niej wszystko czerwono-podobne i zielono-podobne. Z sobotnią pocztą (tak, poczta chodzi u nas w soboty, sama się zaskoczyłam i padłam) przyszło także 1,8 kg wypełniacza. Nie spodziewałam się, że to tak dużo, ponieważ sprzedawca twierdził, ze 0,9 kg starcza na 4 PODUSZECZKI. Paczka była zgrabną kulką, a po rozprzężeniu jej, nadymała się przekraczając dwukrotnie gabaryt dziecka.

 Plan jest by stworzyć nieskończone ilości szmacianych choinek, medalionów, gwiazdek i co tam jeszcze się da w rożnych kolorach z przewagą czerwieni tak, aby starczyło na dwie zapełnione do granic możliwości choinki dziecioodporne. Mam niemal pewność, że synek z chwilach złości lub zupełnie serdecznie ale z nieporadności wytłukłby nam bombki szklane, które posiadamy z połączenia tradycji dwóch rodów ukoronowanych jedynakami. A Święta nie są jednak DSCN8319od tego, by złościć się na dziecko.

Mamy więc sprzęt, mamy surowce, mamy zdesperowanego Męża z chęciami do czegokolwiek, który nawet by i do maszyny zasiadł, zwłaszcza gdy patrzy jakie to fajne. Chęci mam i ja. Na jakieś pomysły też powpadałam. Jest kilka problemów. Jeden to moje dwie lewe rączki, których efekty można zaobserwować na powstałych sampelkach. Jeden z widocznych sampelków miał być choinką! Drugi problem to brak energii wynikający z tego iż na dworze piździ i wieje chłodem! Trzeci, być może najpoważniejszy z problemów to to, że 6 grudnia obdarowano nas grą Carcassonne i to z trzema dodatkami oraz kompletem minidodatków i ona pochłania więcej wolnego czasu niż go mamy. Mam poważne obawy sądzić, że ten ostatni może okazać się barierą nie do przeskoczenia.

Sampelki niewydarzone

Sampelki niewydarzone

Sample choinka

Sample choinka

DSCN8551

Hippoterapia

W sobotę w ramach terapii rodzinnej udaliśmy się do zoo. Zoo jest czynne do 15, wchodzić można do 14, a nam udało się być na miejscu już przed 13 (wszak mieliśmy bardzo daleko). Szliśmy długo pieszo, aż natknęliśmy się na bramę z napisem, że jest wejściem. Weszliśmy. Było lekko błotniście i ani jednej kasy. Znaczy były jakieś budy co mogły udawać kasy w sezonie i już po cichu miałam nadzieję, że poza sezonem można oglądać za darmo. Szliśmy, były jakieś flemingi i bydło węgierskie stepowe, co uznaliśmy za zachętę i szliśmy dalej naprzód szukając kas. Spotkaliśmy ochroniarza i spytaliśmy go o kasy spodziewając się, że powie, iż teraz wstęp wolny, ale on się tylko zdziwił jak myśmy weszli i niemal za uszy złapał i do kas zawlókł narzekając na kierownictwo, na otwartą bramę i co raz to powtarzając jak to dobrze że nikogo nie spotkaliśmy, bo mielibyśmy kłopoty (akurat!).

flemingi

 Kiedy doszliśmy do kas (jedna buda), które były naprawdę daleko (za inną bramą), była już 13:35 i ledwo wkroczyliśmy do zoo na świeżo nabytych biletach, po piętach zadeptał nam posterunkowy gajowy leśniczy zoolog, który szedł piorunem, wkrótce nas wyprzedził i pozaganiał zwierzynę do klatek, chociaż do zamknięcia było mnóstwo czasu. Tym sposobem nie zobaczyliśmy saren, które jeszcze gdy nie mieliśmy biletów, biegały swobodnie. Słoń to w ogóle był schowany. Udało nam się zajrzeć do hipcia, który miał własny domek, nieco śmierdzący i bardzo gorący. Zdążyliśmy na żyrafy, które zamykano o 14:30. Były tez jakieś hienopodobne wilki, jeden kuc z daleka i ogólnie mało co. Sam Staszek wcale a wcale się zwierzątkami nie podniecał, bardziej bawił go liść klonowy podniesiony z ziemi oraz suchary ze świeżego chleba kupione po drodze. W żyrafiarni Staszek podzielił się nawet sucharem z chłopcem, który jednak nie docenił.

Kiedy już myśleliśmy, że zobaczyliśmy wszystko, Mężowi się przypomniało, że kiedyś zwiedzał taką część zoo, gdzie były małpy i misie. Poszliśmy i znaleźliśmy ową ukrytą połowę. Oznakowania były marne i ktoś, kto nie pamiętał, że małpy, to by wyszedł.

Małe zoo z króliczkami było oczywiście zamknięte, samica rysia spała, samiec chodził dookoła, gdzieś jakiś żbik się kręcił, aż nagle ucieszyłam się. W oddali pod drzewem bieliło się coś atrakcyjnego, co zapowiadało się naprawdę super- obiekt do sfotografowania nie przez pręty ani przez odbijającą wszystko lub wręcz zaparowaną  szybę, obiekt na żywo i to niebagatelny, bo pingwin! A przecież wiadomo, że pingwiny są fajne.  Zaraz pociągnęłam chłopów za sobą i niemal pobiegłam pod owo drzewo ciesząc się, że mimo późnych godzin i braku sezonu coś jednak zobaczymy. Należy jeszcze usprawiedliwić Męża, który jak cielę za mną poszedł. On myślał, że jaram się stojącą nieco dalej klatką, w której coś było i tylko nie rozumiał, co ja na żywo widzę. Jakieś 10 metrów od celu zobaczyłam, zrozumiałam i zawiodłam się srogo. Bielący się pingwin okazał się być workiem wypełnionym liśćmi. Wyobrażacie sobie taki zawód?

przecież to pingwiny!

Dalej nie było wcale lepiej, wielbłądy były, ale nie zainteresowały dziecka, mi zaczęły przesiąkać buty i marznąć stopy (moje buty właściwe właśnie podlegają reklamacji), synowi zachciało się spać, zaczął zapadać zmrok a tygrys chodził w tę i z powrotem nie pozwalając sobie zrobić nierozmazanego zdjęcia. W sąsiedniej klatce miały być misie. Bardzo liczyłam na kilka odmian misiów- chociażby misie puchate, misie troskliwe, może też misie domowe. Ale nie, napis w języku obcym ogłosił, że miś jest jeden i to brązowy (brown bear), więc nic wyszukanego. Ale jakby tego było mało, nawet brązowego misia nie było. Wołałam go, ale nie pojawiał się. Może spał, jednak nie było widać potencjalnego miejsca, w którym miałby spać. Nie było misia. Niczego nie było.

Synek w końcu zasnął a my złapaliśmy autobus i pojechaliśmy do centrum handlowego naświetlać się. Synek się obudził i zlał. Akurat miał na sobie spodnie z kappahla, w których się zlewa ilekroć je ubierze. Zastanawiałam się, czy jest w ich kroju coś, co mogłoby luzować pieluchę albo co. Mąż jednak twierdzi, ze po prostu lubię te spodnie i zakładam mu je na większe wyjścia, a większe wyjścia to do siebie mają, że nie ma gdzie przewinąć i pielucha nie puszcza, lecz przepełnia się. No ale dlaczego tylko te spodnie i każde ich ubranie?

Skądinąd w zoo w domku z ptakami i aligatorami był przewijak, zupełnie nieintymnie i  na widoku, a nie w żadnym kiblu. Z kolei w centrum handlowym na piętrze była toaleta dla niepełnosprawnych, nieczynna i z przyciskiem wezwania ochrony celem otwarcia. Na wysokości mojego ramienia ten przycisk był. Na parterze zaś była toaleta bez niczego, charakteryzująca się niezłym sztynksem. Była tabliczka ze świeżo podpisaną kontrolą czystości. Jeśli pani kontrolująca chciałaby takie zapachy w domu wdychać, to ja naprawdę podziwiam.

W niedzielę wstaliśmy za późno by zdążyć na 11:30 na Mszę. Wokół nas pełno jest kościołów z Mszami o najróżniejszych porach, ale my ulubiliśmy sobie kapucynów, a oni między 11:30 a 19:00 odpoczywają. Nafutrowawszy więc dziecko parówkami wyruszyliśmy do centrum handlowego, w którym miał się odbywać swapping ubraniowy. Sam swapping nas wcale a wcale nie interesuje, ale byłby jakimś happeningiem, a happeningów teraz Mąż potrzebuje by wrócić do zdrowia. Niestety mi, jako organizatorowi wyprawy, pomyliły się daty i trafiliśmy na nic, bo laski wymieniły się ciuchami dzień wcześniej. Poszliśmy więc dalej, gdyż okolica, w której się znaleźliśmy to istne zagłębie sklepowe. Był więc Leruła Merlę z ozdobami świątecznymi i licznymi lampami oraz wannami i bidetami. Bardzo interesująco się oglądało. Właśnie tam postanowiliśmy, że sami zrobimy dużo ozdób na Święta. Udaliśmy się też do sklepu dla dzieci, w którym był atrakcyjny samojezdny pociąg na szynach, ale tam nie było fajnie, gdyż właśnie zamykali i przepędzili. Poszliśmy i do Mediamarketu, w którym trwał zakupowy szał, bo Mediamarket się wyprzedaje i przenosi na drugą stronę ulicy. Weszliśmy i na chwilę do Kastoramy, ale tu z kolei odezwały się zbolałe po dwóch dniach łażenia plecy oraz rozsądek, gdyż należało dać się dziecku zdrzemnąć przed Mszą i obiad zjeść. Byliśmy już bliscy złamania tabu i zrobienia zakupów żarówkowych mimo niedzieli, ale udało się pokusę pokonać*.

Za najlepszą atrakcję weekendu uchodzi jednak Komfort z dywanami odwiedzony gdzieś pomiędzy Leruła a Mediamarketem. Oba chłopy chodziły, macały i świetnie się bawiły. Mniejszy szedł za większym i dotykał wszystkiego tego, co dotknął większy a do czego mniejszy sięgał. Większy zaś zakasał rękawy i całą powierzchnią przedramienia chłonął wrażenia dotykowo-wykładzinowe. Mniejszy również chował się i biegał, a żaden rodzic nie musiał martwić się ni uważać, bo dywanu to nawet Staszek nie zniszczy.

zdjęcie ze strony AMW

Kapucyni jak zwykle nie zawiedli. Zrobili happening z Marynarką Wojenną ubraną w stroje Marynarki Wojennej i Msza była wojskowa i bardzo uroczysta.

Zaraz będziemy piekli ciasteczka kruche z kardamonem w nowych blaszkach, a jutro jedziemy do Ikei po stojak Trogsta do żarówek światła dziennego, które również jutro przyjadą. Mając własne dobre oświetlenie nie będziemy musieli co wieczór jeździć do centrów handlowych i oddamy się masowej produkcji ozdób świątecznych, których nie stłucze ciekawskie dziecko.

*Zasadniczo zakupów w niedzielę nie robimy, ale konieczność doświetlania Męża zmusiła nas do odwiedzenia centrów handlowych a o mało nie zmusiła i do zrobienia w nich zakupu.