W cytrynny przyobleczona

DSCN9188Taka okazja, że dom na wsi stoi przez cały dzień pusty, ostatnio się nie zdarza. Taka okazja, że Mąż decyduje się nie pracować w sobotę też dawno nie miała miejsca. Tym razem musiał nie pracować, lecz odpoczywać, bo dwa ostatnie tygodnie robocze- 80-godzinny(!) i 50-godzinny wyczerpały go zupełnie i przyprawiły o gorączki. Dom na wsi stał dziś pusty, gdyż rodzice zajmowali się wygrywaniem regat. W związku z tymi okazjami… zostaliśmy w mieście. Pewna organizacja kościelna, do której zachęcili nas nasi goście, miała dziś wyjątkowo spotkanie formacyjne w naszym mieście i to niedaleko, zamiast w odległej Gdyni. Byliśmy, poszliśmy, zmokliśmy i zostawiliśmy swoje numery i adresy imejlowe i wkrótce będzie z nami utworzony krąg. Miło nam było bardzo, że nikt nie spytał, czy braliśmy ślub z powodu wpadki jak to na ogół się nas pyta*.DSCN9105

Mieliśmy też w planach noc w muzeum, gdyż dziś muzea tylko na nas czekają, ale zmoknięcie zniechęciło do opuszczania domów i oto mogę siedzieć i opisywać jak spędziliśmy uroczy rodzinny dzień przed spotkaniem, które nas w mieście zatrzymało.

Jak zwykle zaplanowanie dnia nie było możliwe. Dzień zaczął się rano od zerwania różańca przez Staszka, który tenże sobie na szyję założył zdobywszy uprzednio z wysoka. Były tez oślizgłe parówki, gdyż w pobliskim bomi źle je dla nas przechowano. Zamiast nieudanych parówek (dobrej jakości i drogich!) zjedliśmy bułeczki świeżo przez Męża przyniesione i ubrawszy się jak pasująca do siebie rodzina, poszliśmy na targowisko.

DSCN9525W drodze spotkała nas sukienka wyrażająca Cytrynnę. Sukienka w cytrynny! Zastanawialiśmy się nad nią przez cały spacer, gdyż kosztowała bardzo dużo, ale tłumaczył to fakt, że była zupełnie nowa i ometkowana. Na targowisku, mimo bardzo wczesnej pory, najlepsze stoiska już się zwijały. Samochód sprzedający bibeloty był prawie zapakowany. Zostały tylko 3 kartony a jeden z nich… musiał być nasz! Zawierał same misie. Stargowaliśmy ponad 20% i ponieśliśmy zdobycz! Zdobycz utrudniała spacer bardzo, a chcieliśmy jeszcze karmić nieodległe kaczki. W pośpiechu kupiliśmy pomidorki, rzodkiewkę i szczypior oraz jaja od pana, co to je z okolic wsi przywozi i zapewnia poczucie, że to lepsze jaja od innych i skierowaliśmy się do domu, gdyż blogerce bardzo ciążył karton (a i tak był lepszy od obładowanego wózka do popychania). Gdy mijaliśmy sklep z sukienką w cytrynny, sam Mąż naległ by wejść doń i sukienkę nabyć, choć kosztowała 28 złotych! Tym sposobem na nadchodzący dzień matki otrzymam od moich chłopców sukienkę, która mnie wyraża.

DSCN9213Kupiliśmy mięso na rosół i wtedy się okazało, że nie zdążymy na następny punkt planu, czyli rejs promem wodnym po kanałach miasta. Wówczas Mąż, niezrównany organizator zaproponował rejs Lanosem po ulicach miasta w kierunku morza. Mimo, że godzina odpłynięcia Lanosa nie była taka precyzyjna, jak to było w przypadku promu wodnego, udało nam się opuścić dom bez zbędnej zwłoki. Wciąż krążyła nad nami klątwa pani sprzedającej banany, która rzekła od niechcenia, że chyba zaraz będzie padać. Pojechaliśmy nad morze, spacerowaliśmy, rozmawialiśmy, jedliśmy, byliśmy na molo, tam mieliśmy piknik, zeszliśmy na plażę, pluskaliśmy się w wodzie wraz z łabędziami, synek doceniał i kontemplował piasek. Ja skakałam przez fale. Tłumy opalały swe bardziej lub mniej foremne ciałka. Niektórzy żłopali browarek. Inni nie. Mnie spiekło słońce pod kolor sukienki, która była oczywiście samoszyta i wczoraj w nocy kończona pośpiesznie. W pewnym momencie zaczęło się trochę chmurzyć. Wówczas poszliśmy spacerować poza plażę. Dospacerowaliśmy do Leclerca, który jest jedynym sklepem w mieście oferującym herbatkę Stasia (akurat dziś nie oferował) i ulubioną herbatkę Cytrynny (to są dwie różne herbatki). Zjedliśmy tam naleśniki w nowootwartym DSCN9236Malinowym Chruśniaku. Synek zdążył się wyspać i też jadł. Potem spacerowaliśmy z powrotem. Było uroczo. Były kucyki. Synek karmił jednego trawą, którą niósł mu z daleka. Synek specjalizuje się też w zrywaniu mleczy i wręczaniu ich rodzicom. Jest bardzo maślany, prawie tak jak Mąż. Ale obaj są jednocześnie twardzielami, którzy w nocy nie potrzebują kołderki, a w dzień sweterka. Koło 18 wsiadaliśmy do auteczka i pojechaliśmy na spotkanie, na którym synek był wzorowy, cichy, bawiący się i uroczy, jak nie całkiem on.

*Oczywiście pytanie jest zawsze zawoalowane i owinięte w bawełnę i dzieli się na dwa pytania niezależne: kiedy braliście ślub oraz ile ma dziecko. Pozdrawiam tu Maurycego, który goszcząc nas przy swoim stole, też zadał identyczny zestaw pytań:D

DSCN9059

Chowamy księdza

Ale mam długiego!

Ale mam długiego!

DSCN9382

Tajemniczy ogród

Tajemniczy ogród

DSCN9433

DSCN9450

DSCN9265

Reklamy

Fotostory o jeziorze

W ostatnią sobotę, która to sobota stanowiła większość naszych tegorocznych wakacji, odwiedziliśmy dom. Było upalnie, gorąco i nieznośnie. Niestety również sucho, przez co grzyby nie obrodziły. W niedzielę było mokro, za to nie było ogólnej pogody wycieczkowej, więc późno-sobotnio-wieczorna konieczność powrotu do Gdańska okazała się nie tak straszna jak się w sobotę malowała. Wracaliśmy już podczas burzy, ale byliśmy w puszce Faradaya, więc nic nam nie groziło, powiedział mój fizyk. Podpytywany o otwarte okna nieco się zmieszał, ale żaden piorun kulisty nie wpadł, więc czyja by ta puszka nie była, bezpieczeństwo zapewniła. A tak się składa, że głównym właścicielem zielonej puszeczki jestem ja, a nie żaden Faraday.

W sobotę po zaliczeniu naszych zagajników i zebraniu kilku kurek oraz rytualnych już zakupach w kościerskim Lidlu, który jest taki sielski, miły i wakacyjny jak to tylko Lidle bywają, udaliśmy się do Lipusza na poszukiwanie jeziora. Wybór taki, bo w Lipuszu jeszcześmy nie byli. Jeziora gołym okiem nie było widać, spytaliśmy jakiegoś tubylca i nakazał cofnąć się do wioski, potem „w lewo przy młynie i w prawo za torami”. Młyna nie było widać, ale za torami skręciliśmy w prawo i jechaliśmy, jechaliśmy, aż niczego nieświadomi wytoczyliśmy się na drogę główną, co o mało nie skończyło się źle. Zawróciwszy z powrotem do wioski spytaliśmy innego tubylca i tak samo nakazał jechać za młynem w lewo, około półtora kilometra i będzie jezioro. Jechaliśmy, jechaliśmy, żadnego młyna na horyzoncie, a upał dawał się we znaki. Po jakichś 15 kilometrach znaleźliśmy inne jezioro. Zjedliśmy tam lody, ciastka francuskie, wypłukaliśmy ręce i nogi aż ja wpadłam na szalony pomysł pokazania dziecku wody. Dziecko, rozpieszczone zbyt ciepłymi kąpielami, wcale nie krzyczało więc zachęcona obnażyłam do pieluchy i pozwoliłam zanurzyć się. Były i kąpiele błotne i bicze wodne. Pielucha namokła, ale szacunek do współplażujących nie pozwolił obnażyć Stasia. W samochodzie znalazła się nawet płachta z bawełny do okrycia wychodzącego z wody. Schłodzeni i zadowoleni wróciliśmy do domu odnajdując po drodze młyn w centrum wsi. Przez las drogą zupełnie nieuczęszczaną goniła nas jakaś audica. Ja się bałam, strach był zatrzymać się na opuszczonym parkingu i dać się wyprzedzić, bo a nuż by nie wyprzedziła albo zastawiła dalej drogę. Zwiewaliśmy terenowym Lanosem 70km/h po wybojach a ona za nami, ale potem odbiła i mogłam odetchnąć. w domu wypiłam gorącą herbatę (tak! mimo upału ja muszę!) a następnie wyposażeni w stroje kąpielowe dla siebie i ręcznik dla Stasio pojechaliśmy nad Strupino. Wybór był dobry, bo w naszej wsi nad jeziorem stało ze 20 aut, a w naszym miejscu nad Strupinem nie było nikogo. Miejsce jest nasze, bo już dwa razy z różnych kierunków trafiliśmy w ten sam punkt przez przypadek. Miejsce rozpoznajemy po powalonym przez bobra drzewie. Jako miejsce plażowe dopiero debiutowało, ale debiut wypadł wyśmienicie. Woda była znośna, a na głębokości Stasia to i ciepła. Stasio znalazło jakiś kijek i się nim zabawiało. Ja bardzo chciałam się już kapać, ale Piotr, który się Stasiem zajął co chwile pozował do coraz to lepszych fotek i ja kilkanaście razy wychodziłam z wody odkładać aparat, aż w końcu sobie darowałam fotki. Na mojej głębokości woda nie była już taka fajna, ale dało się przepłynąć.

Potem były Wdzydze. We Wdzydzach dosyć podłe frytki i talarki. Ucieszyłam się, że nie zamówiłam pieroga z kurką, bo bym pewnie żałowała.  Potem Mąż podjechał a ja popchałam wózek nad wdzydzkie jezioro, gdzie grano kiepskie szanty. Stasio wypił mleko i złapał parę komarów na swe łydki a potem pojechaliśmy do domu na chwilę i do Gdańska.

Jestem bardzo zadowolona ze Stasia i jeziora. Trochę go poprzemieszczaliśmy po powierzchni wody. I nawet stąpał po dnie i w ogóle aż miło było na niego patrzeć jak się cieszył. A po powrocie zrobił się jakiś bardziej przymilny, tulący się, uśmiechnięty.