Ursus znaczy niedźwiedź

DSCN5374Jako Cytrynna mam dużo obowiązków i mało praw, ale staram się nie narzekać. Mam w końcu blog Cytrynny, który uwielbiam. Już myślałam, że jestem wolna i po mało obfitującym we wpisy czerwcu potrafię się od wpisów powstrzymać, ale jednak nie potrafię. Przypomina mi o tym subtelnie i nie krępując mojej wolności Mąż, który komentuje stare wpisy jak gdyby nigdy nic i wywołuje chęć tworzenia nowych bez władczych sugestii, które przecież mógłby stosować.

Jednym z moich licznych obowiązków jest bycie szoferem Męża. W niedzielę byłam nawet szoferem Męża, Staszka i dwóch kumpli. Pierwszy raz wiozłam tyle chłopa i udało mi się nie popełnić ani jednego błędu, który by mnie zdyskredytował. Najgorzej wiozło się Męża, który zasiadł z tyłu pośrodku i uniemożliwiał wyprzedzanie, gdyż zasłaniał sobą całą szybę. Mimo zaplanowanego na rano wyjazdu, wyruszyliśmy o 13:30, gdyż kumple się grzebały. Mąż nie docenił wcale, że ja to jednak jestem szybka w kontraście. Przymknął na nich oko nie doceniając mnie! DSCN5357Kumple są fotografem i reżyserem, więc mojej nowej sukience, która wcale nie miała powstać*, dostała się mini-sesja i to taka, jakiej Mąż by nie zrobił, bo Mąż robi zdjęcia jak leci a ja muszę odrzucać najgorsze. Niestety, podczas drugiego zakładania celem miecia fajnych fot na rowerze wodnym w sukience poszedł zamek. Poszedł i już go nie ma. A był to drugi zamek, który miała,  bo pierwszy był zupełnie kiepski i za tani i się nie nadał.

Innym moim obowiązkiem jest zbieranie poziomek, gdy Mąż ma na to akurat ochotę. Akurat miał i akurat dopisała pogoda. Niebo chmurzyło się w poniedziałek przez dzień cały i groziło wyładowaniami, ale nie spadła ani kropla niczego. Przez bite dwie godziny zapełnialiśmy słoiki w okopach przy drodze. Nikt nie musiał martwic się o synka, gdyż on był z dziadkami i było mu dobrze. Potem wróciliśmy do domu i synek dostał obiad, po czym poszedł z nami na spacer by zasnąć. Buntował się bardzo, bo my oznaczamy atrakcje i zasypiać przy nas to strzał we własną stopę. Mimo to raczył przespać godzinę, podczas której pokłóciliśmy się śmiertelnie i pogodziliśmy warunkowo. DSCN5436Kłócimy się jak zwykle i jak każdy- o ulubione sposoby spędzania wolnego czasu. Wiem z autopsji prawie własnej, że jest to możliwa przyczyna rozpadów związków. Więc poświęcam się, bo związek ze mną jest fajny. Ale czasem dochodzi do przegięć. Po całym dniu zbierania poziomek i leżenia w rowie, z jedną tylko herbatą i to o poranku i to nieulubioną, bo ulubiona się skończyła, każe mi się iść na spacer a podczas tego spaceru omawiać, co będziemy robili dalej, by dzień był super. A wiadomo, że nie będzie super, bo niebo całe zachmurzone i na pewno lunie lada chwila! Tego było za wiele nawet dla kogoś tak skłonnego do poświęceń jak ja. Zatem zbuntowałam się i odmówiłam. Wówczas grożono mi tym co zwykle ostatnio. Mianowicie Mąż, który pracuje 70 godzin w tygodniu (!) i siedzi w zamknięciu cały tydzień chce mieć weekendy rozrywkowe, bo inaczej goni w piętkę i nie daje rady. A ja akurat lubię siedzieć w zamknięciu i lubię domatorstwo i kanapę i nawet film, a na pewno samodzielnie czytaną książkę. I sama mam co robić. Ale bym DSCN5521się poświęciła, bo wiadomo jaka jestem. Tyle, że on z całą pełnią chamstwa pyta co dalej i grozi, że dogoni piętkę. Już nawet zawracaliśmy do domu,  kiedy udało się jakimś przypadkiem jemu zrozumieć mnie i zaoferować konsensus. Zrozumiał i odkrył, że ja potrzebuję jedynie ciepła i czułości i że gdy zrezygnuje z chamstwa, to może mu być fajnie. Od tego czasu był milszy i daliśmy radę spędzić ze sobą resztę dnia i nawet popływać rowerem wodnym po jeziorze, bo w końcu się odrobinkę przejaśniło. Pływaliśmy dla odmiany sami, gdyż synek miał atrakcje zapewnione przez dziadków.

Jeszcze innym moim obowiązkiem jest obrabianie owoców do słoików. Poziomki trafiły do słoików dzisiaj przy walnej pomocy Męża, który wrócił wcześniej. Mąż wyparzył słoiki i odbierał zakręcone by ustawić je do góry denkami na ścierce. Miał tak mnóstwo pracy, że zmęczył się i poszedł spać. To, że ja nie śpię, spowodowane jest tym, że idę spać do synka, który tylko na to czeka i dzięki temu mogę teraz oto siedzieć w kuchni i dbać o blog Cytrynny.DSCN5600

Oprócz dbania o blog oglądam też mieszkania. Istnieje jedno fajne w całym mieście, ale jest na trzecim piętrze a to nie wiadomo, czy nie za wysoko i czy dam radę wszystkie dzieci wnieść. Nigdy nie mieszkałam tak wysoko. Jeszcze w zeszłym tygodniu istniało inne nie najgorsze i już prawie było nasze, ale poszło w cudze ręce, gdyż były to bogatsze ręce.

Pisałam już raz  o Ursusie, ale nie wiedziałam wówczas, jak bardzo bliskim stworzeniem Ursus jest. Otóż w niedzielę na poboczu leżało zwierzątko z pasiastym ogonem i znów musieliśmy się kłócić, a przynajmniej spierać, czy był to szop pracz, jak twierdziłam ja, czy może zwykły kot, jak to rację miał Mąż. Pasiasty ogon wskazywałby na szopa, ale zwierzątko było chude i zwykłe. Przy okazji czytania artykułu o szopie celem weryfikacji natknęliśmy się na informację, że szop jest ursusem  i że poniekąd jest misiem jako i ja jestę misię. Skądinąd szop jest bardzo interesujący i ma nawet kość prącia.

*Nie miała powstać, gdyż po pierwsze mam listę rzeczy do szycia wedle priorytetu i są na niej nie tylko sukienki i nie tylko dla mnie  a po drugie nie miałam na nią materiału. Materiał wpadł przypadkiem, a lista poszła wówczas się gonić. Za szycie poza harmonogramem spotkała mnie słuszna kara.

DSCN5696

DSCN5452

DSCN5529

Reklamy

Trzy foty i ze dwa akapity

DSCN5228Menedżer bloga zgłosił zapotrzebowanie na nowy wpis i określił jego specyfikację. Specyfikacja głosi, że mają być chociaż trzy foty i ze dwa akapity. Jest to jawna kpina z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze Cytrynna nie pisuje takich krótkich wpisów, a po drugie menedżer nabija się z Cytrynninego „ze dwa”. Cytrynna odkąd umie chodzić, co sobotę chadzała ze swoją mamą na targowisko (które z okazji soboty windowało ceny) po warzywa, papier toaletowy, masełko, banana lub dwa, słodycze do tuczenia dziecka, którym Cytrynna była… Mama Cytrynny pracowała jak dziki osioł od rana do wieczora i lubiła sobie w sobotę pójść po te warzywa, tak jak teść Cytrynny lubi sobie skosić trawnik. Kiedy kupowała warzywa, zawsze mówiła, że poprosi ze dwie cytryny i ze trzy pomidory. Oznaczało to, że jeśli dostanie 3 cytryny i 4 pomidory, to nie mniej chętnie za nie zapłaci, ale jednak preferuje 2 cytryny i 3 pomidory. Cytrynna osłuchana z taką mową dziś gdy kupuje warzywa zawsze prosi o ze dwie, z trzy, ze cztery i z pięć. Cud, że DSCN5172nie prosi o Z jedną („no da pani z jedną pomarańcz”). Ale Mąż nabija się z tego bezlitośnie.

Obowiązkowym przystankiem w zakupach z mamą była zawsze chemia- sklep miał gigantyczną kolejkę chętnych do nabycia mydełka i fajnego płynu do płukania. Wszystko to miało klimat, a mama zawsze ubolewała, że trzeba papier toaletowy nieść w sobotę i wszyscy to widzą (!) i że mieszkania nie posprzątało się przed weekendem i że tych zakupów się nie zrobiło (weekend służy do tego by sprzątać mieszkanie na weekend). Cytrynnie było to na rękę bo fajniej było pójść po warzywa i pomóc mamie dźwigać licząc, że skapnie jej przy okazji jakieś nowe ubranko. Wolała to dalece bardziej niż jakieś integracje rodzinne.

Dziś Cytrynna nosi papier toaletowy z rossmanna za rogiem i z tamtego się nabija, ale na integrację rodzinną jest skazana. Co weekend, a raczej co niedzielę DSCN4856MUSI wstać przed świtem i mieć od razu spakowany plecaczek i ruszać z kopyta bez poślizgu na jakąś wycieczkę. Wiecznie jest tłamszona i krytykowana przez swojego niezadowoleńca, który chce odpoczywać ‚aktywnie’.

W tym tygodniu przymusowy wyjazd na wieś nie odbył się w sobotni wieczór, gdyż biedna zestresowana miała swoją migrenę i cierpiała na nią samotnie, a synek w tym czasie skakał po stołach i sprawdzał wytrzymałość materiału, z którego jest zrobiony on sam. Wyjazd odbył się w niedzielę, a niedziela ma to do siebie, że najpierw jest Msza i zamiast rano, wyjazd odbył się w południe. Było to poniekąd dobre, gdyż gdańskie Msze są lepsze od Mszy na wsi.

W DSCN5086Kościerzynie synek zwymiotował, potem był kurczak z rożna i szybki wymarsz na wycieczkę do lasu. W lesie były jagody, gdyż to TEN weekend w roku, gdy się zaczynają i poziomki, które też mają teraz swój czas. Niestety było parno i nikomu nie chciało się za bardzo tych jagód zbierać, natomiast główne miejsce poziomkowe znajduje się przy drodze i Cytrynna jako typowa kwoka miała autentyczny stan lękowy na myśl o znalezieniu się tam ze Staszkiem- czy to śpiącym w wózku czy co gorsza obudzonym i ruchliwym. Zebrano więc śladowe ilości jagód i zbyt małe ilości poziomek by robić z nich dżem. Ponadto na niebie wisiała chmura burzowa i co chwila popuszczała, ale ostatecznie zerwała się gdy opuściliśmy zagajnik poziomkowy i pojechaliśmy do Juszek na kozę- przy kozie nas złapała.

Droga do Juszek także obfitowała w atrakcje. Cytrynna włączyła się do ruchu w prawo w ogóle się nie zatrzymując gdyż jechała żwawo a nadjeżdżający z lewej dostawczak był daleko. Jechała już chwilę drogą, gdy usłyszała chamskie w swym natężeniu potrąbywanie, więc czym prędzej zboczyła na pobocze. DSCN5037Wówczas dostawczak minął zielone auteczko a z okna pasażera wychylał się młodzik. Nie jechał zbyt szybko ten dostawczak, a we wsi stanął i kierowca podszedł do Cytrynny z bluzgami, twierdząc, że ona zrobiła głupio i na znaki powinna patrzeć, a on ledwo wyhamował i jeszcze ona dziecko wiezie a on się tak zdenerwował i że ten zjazd na pobocze to też niedobrze. Faktem jest, że na swej pace dostawczej wiózł drugie auto, a na przyczepie trzecie, ale drugim faktem jest, że on JĄ DOGONIŁ i WTEDY zatrąbił jak ktoś, kto po prostu nie lubi, gdy ktoś przed nim jedzie, a nie jak ktoś, komu zajechano drogę. Bo drogi nie zajechano.

Przez całą niedzielę próbowano sfocić uchahanego synka, ale on śmiał się tylko półgębkiem i lekko, jakby złośliwie, nawet wtedy, gdy rzucał kamienie do wody, a rzucał. Cytrynna miała czas do północy by zrobić taką uchachaną focię, która zgarnęłaby wózko-rower za 6000 z rossmannowego konkursu, ale ponieważ lepszej nie zrobiła, musiała posłać .

Wtedy DSCN5249odezwały się kłopoty z internetem. Pomarańczowy armator internetu jest bardzo słaby jeśli chodzi o dostarczanie internetu na wsi. Mimo że mamy kilka klas wyższy modem niż mieliśmy gdy mieszkaliśmy na wsi na stałe, internet jest turbo wolny i nie radzi sobie z utrzymywaniem sesji. O 23 więc okazało się, że zdjęcia posłać nie można. Próby trwały 20 minut, potem podjęto próby przed domem, ale i one nie zadziałały. Wówczas to bojąca się ciemności Cytrynna poprosiła swojego bohatera, by ją wywiózł auteczkiem z dolinki na górkę, co też zrobił, ale i to nie pomogło. Czas gonił i jedynym rozsądnym czynem było popędzenie przed siebie do miasta. Jechali przez noc bez dokumentu ni telefonu, ale na szczęście cel osiągnęli, a do tego było romantycznie i spontanicznie. Przy okazji bohater miał szansę poprowadzić auteczko i poczuć się męsko.

Poniedziałek zaczął się fatalnie i było coraz gorzej. Najmłodsi nie chcieli jeść, kobiety narzekały, słońce waliło… Tylko Mąż był nieskazitelny („to prawda”, powiedział usłyszawszy szkic wpisu). Po chwili załamania przypieczętowanej kleszczem w mężowskim udzie, zadecydowano o pozostaniu aż do wtorkowego świtu i porannym żwawym odjeździe, który tym razem, po raz pierwszy odkąd synek nie ssie mleka, udał się.

DSCN5255Wykradziony czas wykorzystano wyśmienicie. Było słuchanie Kazika, którego słucha się zawsze na urodzinach Męża. Był i obiad na pomoście nad Strupinem, i koza raz jeszcze (tym razem do syta dla nas i dla niej- zjadła Cytrynnine włosy!), i spacer po lesie i gra w UNO, która także odbyła się po raz pierwszy odkąd synek jest po tej stronie brzucha! Potem sklep, bo zabrakło masełka. Ze sklepu wyszedł synek za rękę z panem, taki jest ufny. Nie był to jednak zły pan. Pan, w dodatku imiennik synka, jest strażakiem i pokazał synkowi wóz i akcesoria, ale on (synek) jest tak malutki, że nie skumał i beczał. A był to fajny wóz i fajne akcesoria. Niejedna Cytrynna chętnie by se w takim zrobiła sesję do bloga o sukienkach. Inny pan, co to zna babcię, zagadnął, czy mamy już dwoje dzieci, co było obrazą, bo przecież Cytrynna gruba nie jest. Może ma odrobinę brzuszka, ale w ciąży była i wie jaki to brzuszek i takiego nie ma z pewnością.

Potem znów spacer, znów kąpiel w jeziorze. SynekDSCN5272 poczuł chłód i matka z pełnym poświęceniem oddała mu swoją różową kurteczkę, a on odwdzięczył się tym, że wyglądał w niej apetycznie i twarzowo. Potem widzieliśmy zające i to 3 na raz. Zające są bardzo wdzięczne i też  mają białe pupy. Sarnę z kolei widzieliśmy w niedzielę i wyczuliśmy ją długo wcześniej, gdyż na łące unosił się zapach mokrego zwierza.

Weekend zakończył się we wtorek rano, po przyjechaniu do miasta, gdy synek zwymiotował obficie na siebie i fotelik i zrobił ohaftanki śmierdzące. Zdejmowanie poszycia z fotelika to jest coś naprawdę paskudnego, a czyszczenie fotelika pod poszyciem jest jeszcze gorsze. A przecież dzieci często haftają w auteczkach i to jest takie niefajne, że producenci fotelików tego nie zaplanowali. Inna rzecz, że haftanki się pojawiły w ten weekend pierwszy raz i świadczą o tym, że synek-niemowa nam dojrzewa i ma już chorobę lokomocyjną.

DSCN5182

DSCN5281

DSCN4920

DSCN4927
Follow my blog with Bloglovin

Kura domowa się realizuje

Wczoraj przez nasz dom (ani dom, ani nasz- mieszkanie rodziców) przeszła fala gości, jakiej nie było u nas jeszcze nigdy czyli 12 osób. Aż krzeseł brakło i Mąż wraz z A. szedł po dodatkowe do babci.

Po porannej wizycie u promotora spotkałam swojego Męża, który, odkąd jest stłamszony zwolnieniem, towarzyszy chętnie. Dobrze, że towarzyszył, bo w Lidlu chcieliśmy płacić kartą banku zwracającego 3% za zakupy spożywcze, a tam jak zwykle- „to nie jest pani karta”. Nie jest. Nie mam swojej karty, bo konto należy do Męża. Jaki seksizm! Co gorsza, moje przedślubne konto zostało uwspólnione. Nie mam nic swojego. Sama po maturze pracowałam na kasie w hipermarkecie (i nie wspominam tego najlepiej). W owych czasach  nakazywano pracownikom sprawdzać, czy płeć osoby płacącej zgadza się z płcią właściciela karty. Jest to jedyny sposób na sprawdzenie, czy karta nie została skradziona bez oglądania dowodu tożsamości, co z kolei naruszałoby nietykalność osobistą, intymność i anonimowość, a może jeszcze coś. Skądinąd ani złodziej nie szedłby płacić kartą, która mogłaby go łatwo wkopać (nieswojej płci) a i osoba poszkodowana zaraz zastrzegłaby kartę, więc kuriozalne jest to mocno i Mąż chce mi napisać upoważnienie do korzystania z karty. Zastanawiamy się także, czy w przypadku kart zbliżeniowych ktoś sprawdza płeć konsumenta, bo przecież tym bardziej powinien (nie ma przecież potwierdzenia w postaci kodu).

Po Lidlu z pełnymi plecaczkami (ja) i obładowani siatkami (Mąż) przeszliśmy na pobliski rynek. Rynek w dzień targowy to nasze odkrycie ostatniego miesiąca. Odkryliśmy jeden na spacerze z synkiem. Ceny są mocno konkurencyjne w stosunku do cen z hali targowej, która jest czynna codziennie i która jest tak blisko domu i do tego umiejscowiona jest na gdańskiej starówce i nastawiona na zyski z turystów. Wczorajszy rynek był ciasny, zatłoczony i bardzo kojarzył mi się z dzieciństwem, kiedy to dziadek mnie na podobny zabierał. I uwaga, kupiliśmy jajka po 20 groszy za sztukę! Gdy opowiedziałam o nich mamie, stwierdziła, że na pewno fermowe. Skąd by nie pochodziły (napis głosił, że są gospodarskie, a w pobliskim sklepie spożywczym jajka kosztują 4 razy więcej i są fermowe po prostu), do ciasta nadały się idealnie. Nabyliśmy też ogromne truskawki, wielkości morel, które początkowo (przed omyciem ich z błota, na dworze i po drodze) były słodkie, potem zaś (po umyciu, w domu) okazały się być kwaśne. I maliny do ciasta zaplanowanego na wieczór- 6 złotych za duży pojemnik, wobec 12 za takowy przy hali targowej! Z malinami wszystko było w porządku i po drodze i w domu. Ciężar plecaka wymusił poprzestanie na tych zakupach, ale w piątek mam plany zakupić hurtowe ilości żółtej fasolki ubóstwianej przez Męża, bo jestem taaaka gospodarna a taniej samemu pomrozić oraz morel, których cena (6 zł) też powala w porównaniu z cenami z hali (10-12 zł). Z morel trzy lata temu usmażyłam dodając miód, cukier trzcinowy i cynamon najlepszy dżem świata. Były go tylko 3 słoiczki a jeden podarowałam jeszcze mamie. W 2010 była powódź i ceny tych owoców wzrosły kilkakrotnie, czyniąc je niedostępnymi jako produkt na dżem. A w ogóle to nie wiem jak mogliśmy żyć w nieświadomości i płacić za owoce i warzywa jak za zboże przez te lata.
Wróciwszy do domu, prędko ubiłam co trzeba na biszkopt czekoladowy i zaczęłam go piec. W międzyczasie topiłam czekoladę i biłam śmietanę na mus czekoladowy. Potem biłam śmietanę na krem do tortu malinowego autorskiego. Miałam doskonały pomysł żeby zmodyfikować przepis na tiramisu o maliny i zastąpić amaretto czekoladą w biszkopcie, ale dla dobrej konsystencji dodałam dużo serka mascarpone i było zbyt serowe moim eksperckim zdaniem. Sam biszkopt chciałam polać wódką malinową, ale niechęć do wódki sprawiła, że dałam jej tylko śladowe ilości i był zbyt suchy w porównaniu z biszkoptem z tiramisu i całość nie rozpływała się w ustach, ale goście rozpływali się, więc efekt osiągnęłam. Na ogół inni mają lepsze zdanie o moich tworach niż ja sama. Całość udekorowałam ładnie, a ładne podanie, to połowa sukcesu. Dobrze, że była N., która tort kroiła, bo ja moimi lewymi rączkami nie dałabym rady. Jeszcze nigdy nie kroiłam tortu. Zawsze mam to szczęście, że jest ktoś sprawniejszy. Chociaż musu zrobiłam podwójną porcję (na 16 osób), podzielona na 14 pucharków wyglądała skromnie, więc tuż przed podaniem położyłam na nim lody, bitą śmietanę, truskawkę, maliny i biszkopcik. Wyglądało prawie profesjonalnie. Sama nie jadłam, bo podawałam, ale podobno zadziwiającym uczuciem było, że lód nagle przestawał być zimny.  O 16, gdy wszystko było gotowe, zabrałam Stasia na spacer, aby babcie odpoczęły i uśpiłam go na tym spacerze. Wróciwszy, przygotowałam szybki obiad dla Męża (ulubiona ostatnio fasolka i jajka sadzone, które uwielbiamy razem, ale nie te za 20 groszy). Przenieśliśmy łóżeczko i zaczęli się schodzić wszyscy.

A  dziś  jest rocznica bitwy pod Kłuszynem, polecam  więc piosenkę Elektrycznych Gitar. Kuba Sienkiewicz jest najbardziej cenionym przez nas twórcą, a a płyta Historia jest najlepszą płytą z naszego płytozbioru, o przepraszam, płytoteki,nie ma słowa płytozbiór.

Fotostory o poziomce

W zeszłą sobotę stanął nam w polu Lanos i zostawiwszy go, ruszyliśmy z wózkiem w 4 kilometrową podróż do domu. Inna szczęśliwa rzecz, że to pole, w którym zepsuł się, było 200 metrów od warsztatu. W podróży do domu okazało się, że w przydrożnym rowie pełno jest poziomek. Nie mogliśmy się nimi najeść, bo dziecko głodne i gorączkujące jechało w wózku. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że gorączka jest z ząbkowania i ja się martwiłam. W międzyczasie rodzina powiedziała nam, gdzie są jagody, więc w niedzielę, zaraz po Mszy i bez obiadu zapakowawszy mleko, termosy, pieluszki, chusteczki, ciuszki na zmianę i chipsy dla siebie oraz puste słoiki w ilości hurtowej ruszyliśmy na długą pieszą wycieczkę trasą sentymentalną, którą pokonywaliśmy w sierpniu 2007, oboje z gorączką, bez sprawnej komórki i bez wody a Mąż nawet z kleszczem w udzie. W planie były jagody, jagody, jagody oraz poziomki. Po litrze jagód jagody znudziły się a zaczął się las poziomkowy. Stasio po mleku spało, potem nie spało, ale zbieranie poziomek akceptowało. Cwaniaczek zjadł liście dębowe, które dostał do zabawy, więc w przydrożnym rowie zwrócił je, dał się przebrać i czerpał radość z przydrożnego rowu,  ja sprzątałam wózek po wymiotach, a Mąż zbierał poziomki, których już wówczas mieliśmy litr, ale trafiło się takie poletko, że grzechem byłoby przejść obok niego obojętnie. Efekt- słoik 0,7 litrowy na dodatek. Owoce zagotowane czekały w lodówce na poniedziałek, który miał przynieść cukier żelujący oraz truskawki na rozmnożenie poziomek, gdyż straciły one na objętości boleśnie. W jedynych dwóch sklepach w naszej wsi tego dnia truskawek nie było, ale na szczęście po południu przeszedłszy w deszczu owe 4 kilometry odebraliśmy naszego zieloniutkiego i mogliśmy sprowadzić truskawki z nieodległej Kościerzyny. Mimo godziny 19 pan z samochodu sprzedawał truskawki na koszyki. Uśpiwszy Stasio dokonaliśmy reszty, truskawki miksując a następnie dodając do nich całe poziomki. Wyszło 1,5 słoika jagód oraz 9,5 słoika truskawko-poziomek, które są ekstra. Uf, z tego wpisu o mało nie przypaliła mi się kaszka na jutrzejsze śniadanie dziecka. Ale jednak nie, dobrze jest, a będzie jeszcze lepiej.