Żona fizyczka

Nie, to nie że jest fizyczek i ma żonę, to żona jest najprawdziwszą fizyczką. Ja jestem tą żoną i tą fizyczką.
Bardzo jestem podjarana, bo miałam dziś kolokwium, a na pierwszym roku kolokwiami się jeszcze jara i podnieca. Pierwszy rok można w tramwajach rozpoznać po tym, że jedzie i analizuje oraz porównuje wyniki. Potem dochodzi do wypalenia materiału. Mi dane jest znów się podniecać jak pierwszorocznej a jednocześnie posiadać pewne zrozumienie matematyki, którego kiedyś nie posiadałam, a które znakomicie ułatwia życie.

Wczoraj po powrocie z Ikei i poskręcaniu lamp, nacieszywszy się światłem i jasnością, około północy zasiadłam do przeglądania zeszytu. Kiedyś, przed laty, każdy przedmiot miałam w osobnej koszulce, teraz wzorem mojego domowego naukowca mam jeden zeszyt do wszystkiego. I dużo kartek luzem. Okropny bałagan.

Kartki szły szybko. Fizyczek wyjaśnił mi równię pochyłą którą ktoś* kiedyś w liceum tak zamotał i skomplikował, że wydawała się być Wielką Tajemnicą Fizyki. Nie była. Podjął próby wtajemniczenia mnie w Rzecz Zupełnie Niezrozumiałą, bo momenty bezwładności. Godzina może nie sprzyjała a i fizyczek nie był już zbyt charyzmatyczny ani przekonujący, ale wspólnymi siłami zrobiliśmy kilka zadań, w jednym z nich dopasowaliśmy rozumowanie do odpowiedzi i to właśnie zadanie dziś na kolokwium mi się przytrafiło.

Z kolei w zestawie o rzucaniu ciał rozumiałam (nie umiałam na pamięć lecz rozumiałam!) każde zadanie oprócz jednego. Oznaczyłam je komentarzem „ble” i postanowiłam nie robić. Dziś w mojej grupie podyktowano właśnie to zadanie. O strzelaniu z moździerza w zbocze. Być może współczesne prawo chroni człowieka na tyle, że człowiek może podać się za pacyfistę i odmówić rozwiązywania takiego zadania. Ja jednak nie należę do zacnego grona pacyfistów i jakoś sobie to strzelanie w zbocze wyobraziłam. Mało tego, dobrze wyobraziłam sobie jak pociski polecą i gdzie spadną. Byłam z siebie bardzo zadowolona dopóki po oddaniu pracy nie zajrzałam do odpowiedzi. Odpowiedź była zupełnie inna od mojej. Moja nafaszerowana była tangensami, w odpowiedzi zaś znalazł się sinus różnicy.

Cały dzień przeżywałam, rozmyślałam, próbowałam podchodzić z rożnych stron, próbowałam przekształcać to, co już było, podstawiłam nawet przykładowe wartości kątów i wyszło, że moja odpowiedź nie tylko o przekształcenia się różni. Pytałam fizyczka i fizyczek twierdził jakobym dobrze rozumowała. W końcu potraktowałam różnicę tangensów formulą z Wikipedii i dostałam pożądany sinus różnicy oraz kilka innych rzeczy. Ogólnie moje znakomite rozwiązanie różni się od „prawidłowego” tylko o kwadrat w mianowniku, jest więc szansa, że albo odpowiedź się pomyliła, albo ja dostanę za to zadanie co najmniej 90% punktów.

Jestem bardzo ukontentowana, bo kiedyś odrzuciłam fizykę jako przedmiot, którego nie da się nauczyć bez pracy w domu, a teraz, po latach i na starość, coś już rozumiem, nawet więcej rozumiem niż nie rozumiem. Zakuć musiałam tylko jeden wzór. W tramwaju zupełnie nie oglądałam już notatek. Nawet dozwolonej ściągi z wzorami nie sporządziłam. Poszłam niemal bez stresu. Niemal bo jednak się stresowałam, że nie zdążę, musiałam wstać pół godziny wcześniej. Poszłam, zobaczyłam zadanie, którego nawet czytać nie chciałam i rozwiązałam je. Jestem fizyczką, żoną fizyka.

*Konkretnie tym kimś była pani Beata B., która przyszła nauczać w klasie drugiej i zabiła we mnie wszystkie ciepłe uczucia do fizyki, które w owym czasie żywiłam, a których nie zdołał w klasie trzeciej odbudować pan Józef Madeja, najlepszy fizyk jakiego znałam. I nad którymi to uczuciami pracował Mąż przez prawie 6 lat by wybuchły one dzisiaj całym wulkanem!

Reklamy

Przecież to jest u Borejków

zdjęcie wymarzonego mieszkania z googli

Staszek znów poszedł późno spać. Za późno by opłacało się rozpoczynać wieczór. Od wielu dni pragnę szyć i na pragnieniach poprzestaję. Maszyny nie ruszałam od początków września albo i dawniej. Moja potrzeba szycia narasta, bo ostatnio w jednej kupnej sukience kryty zamek poszedł. Poszedł czyli zepsuł się. Oczywiście naprawienie go jest na mojej chce-liście bardzo nisko. Sukienka była czarna (a czarnych mam kilka) i już i tak zużyta mocno, wolę poświecić czas na stworzenie czegoś nowego i bardziej fotogenicznego. Ale istotny element garderoby ubył.
Ponieważ nie wiadomo, jaki będzie przyszły tydzień, w zaprzyszłym mam kolokwia, w piątek będziemy mieli gości, a w sobotę musimy wyjechać, gdyż sobotnią nocą wracają rodzice i nie ma dla nas wszystkich miejsca na tych 50 metrach, to JUTRO muszę zacząć robić coś. Przypuszczam, że jak wysypię z szafy moje tkaniny, to Stasio się przyłączy do zabawy w ich ponowne składanie i/lub rozrzucanie.

Roosevelta 5 w Poznaniu, zdjęcie z wikipedii

Póki co prokrastynuję i spędzam czas na oglądaniu mieszkań w wymarzonej dzielnicy. Czerwiec przeżyłam tylko dzięki oglądaniu mieszkań, teraz być może niepotrzebnie sobie kreuję coś, co zaraz może paść, ale już widzę białe oszklone regały na książki, które w wysokich pokojach wcale nie przytłoczą. Już w myśli sprowadzam z panieńskiego pokoju półki na Stasie zabawki. Już wieszam piękne okazyjnie zdobyte zasłony w oknach. I ustawiam talerze w szafkach. Bo od niedawna mamy kilka swoich talerzy. Do tej pory nie mieliśmy, bo w szafach nie było dla nas miejsca, ale dwa i pół roku bez nabywania własnych talerzy dały w kość i od niedawna dopychamy do szaf swoje.

Z kolei Mąż nie spał dziś do świtu i jeszcze dłużej, jak to u niego bywa, gdy go spotykają niepewności i niesprawiedliwości. Wygląda na to, że cały zeszły rok pracował za darmo, w zamian za obietnicę zapłaty w tym roku, lecz zupełnie inni ludzie dowiedziawszy się, że jeszcze skądkolwiek dostaje pieniądze, obniżyli mu płacę o dokładnie tyle, aby sumarycznie miał nie więcej niż oni początkowo chcieli dać. Ale nie poddajemy się. Mi oglądanie mieszkań pomaga bardzo. Skądinąd komentarz Męża na widok skrinu z googli wyjaśnił mi, dlaczego to wykusz mnie tak podniecał zawsze i dlaczego zobaczywszy mieszkanie z wykuszem zapragnęłam go jak żadnego innego. Ponadto skrin z googli głoszący o chęci sprzedaży pochodzi z czerwca 2011, czyli jest szansa, że jeszcze przez jakiś czas nikt nam wymarzonego lokum nie sprzątnie sprzed nosa, skoro nie zrobił tego do tej pory,

A tymczasem synek zachwyca raz po raz. Wieczorem wprawdzie, tuż po zaśnięciu zaskowyczał i tradycyjnie zażądał powrotu do rodzicielskiego łoża, ale na pochwały zasłużył niezależnie od złych wrażeń, które zaserwował później. Otóż synek rano otworzywszy książkę o lokomotywie wziął do ręki wcale nie pod ręką leżącą lokomotywę drewnianą i ustawił ja na torach w książeczce namalowanych. Ponadto siedząc i pijąc na maminych kolanach natknął się na stojąca nieopodal miseczkę po lodach. Zaczął bawić się łyżeczką i w pewnym momencie ją oblizał, zasmakował w domowym sosie toffi i od tej chwili co raz to wkładał łyżeczkę do miseczki aby nabrała jeszcze trochę smaku i następnie ją oblizywał. Ponadto zdjął sobie z biurka pudełko z orzechami i otworzył je. Wyjął kilka, którymi się bawił i nie rozsypywał wszystkiego! Oprócz tego porwał listek papieru toaletowego i bawił się nim drąc na kawałki, spuszczając je na dywan, podnosząc i znów spuszczając niczym padający śnieg. Ponadto z magnesem trzymanym w ręce przeszedł przez szereg pomieszczeń u babci aby go przypiąć do lodówki. Dodatkowo podnosił puste butelki po wodzie mineralnej, których Mąż produkuje tuziny i wzorem mamy nosił je do kuchni i wpychał do kosza na parasole, który akurat w kuchni stoi i do którego mama je wpycha aby się po domu nie walały. Poza tym zamiatał podłogę papierem toaletowym również wzorem mamy, która czasem nadmiar zanieczyszczeń zamiata. I jeszcze właził mamie między spódnicę a podszewkę, która to spódnica była zwiewna i przezroczysta jak firanka. Niestety zaplamił spódnicę tłustymi łapkami, ale dopóki nie mam informacji o niespraniu się plam, to czynność akceptuję w pełni. A wczoraj to przywdział na jedną z nóżek kapeć babci dał radę w nim iść!

Sądząc po statystykach wejść, ludzie nadal znajdują kanie. To dobrze!

Mam jeszcze twarz z poliraksy…

Jaka pogoda, taka aura. U nas wczoraj od rana było pochmurnie, lecz przedpołudnie przebiegło sucho. Stasio postanowiło zarwać noc i od trzeciej do czwartej urządzało takie rzeczy, że potem Mąż do ósmej nie spał. A trzeba Wam, drodzy czytelnicy, wiedzieć, że kładziemy się grubo po drugiej, gdyż ja piszę wieczorami bloga/szyję/sprzątam/czytam, a Mąż myśli*. Do własnego łóżeczka syneczek ostatnimi czasy zgadza się być przeniesiony tylko raz w ciągu nocy i to jest ten raz po głównym zaśnięciu. Później przy każdej próbie trafienia na miejsce podnosił się bunt, nawet drzemiący budził się aby protestować. W końcu zadowolił się prowizorycznie skonstruowanym, lecz profesjonalnym kojcem. Kojec składa się ze złożonej kanapy, na której Stasio zasypia uspokojone obecnością rodzica siedzącego na tejże. Kiedy jednak synek zaczyna rozpływać się w morfeuszowskich objęciach, można spokojnie odejść nie informując go o tym. Aby jednak można było odejść zupełnie spokojnie i nie zastanawiać się, czy mały obywatel nie spadnie, należy go obudować. W tym celu w luki między kanapą a ścianami trafiły koce, zaś cały brzeg łoża obstawiono krzesłami i zabezpieczono materacem tworząc klatkę. Fakt takiego obudowania o dziwo syneczka nie drażni. Cała nocna akcja była kolejnym etapem trwającej właśnie ofensywy zmierzającej do zamiany łóżek z ojcem. Nie jest lekko, ale nie przegrywamy.

Byliśmy u doktora, który odnalazł przyczynę mojego tycia i za grube pieniądze ją usunie. Do doktora musiałam udać się z Mężem, bo jestem taka cnotliwa, że bez wsparcia, akceptacji i samej obecności Męża się przed innym mężczyzną nie rozbiorę. Od niedawna w okolice doktora dojeżdża tramwaj, więc udaliśmy się tam tramwajem. Ja kupiłam sobie bilet całodobowy, gdyż miałam wieczorem jechać po krzesełko zakupione w zeszłym tygodniu na allegro. Wieczorem jednak nie pojechałam, bo pani się przypomniało, że zupełnie niezgodnie z umawianiem się dzień wcześniej, jej mąż sprzedał krzesełko niezależnie i to już kilka dni temu. Doktor stwierdził, że jestem gruba i powinnam się ruszać. Spytał, co najbardziej lubię robić i oboje z Mężem pomyśleliśmy, że leżeć, gdyż tego mam najmniej. Pozazdrościłam Lolince, która mi w komentarzu do poprzedniego posta napisała, że ma czas leżeć w ciągu dnia:) Mąż pociesza odnośnie tej niezawinionej tuszy, ale nie wiadomo, czy nie kpi. A gdybym ja była tucznikiem, to by mnie właśnie ubijano. Po wizycie u doktora pogrzaliśmy się w cieniu pobliskiego Lidla, gdzie grzały się również gołębie i Staszek gonił je. Staszek gonił je edukacyjnie. Była tez zerwana z postronka, przez nikogo nie napominana, bardzo agresywna dziewczynka w wieku późno-przedszkolnym, która goniła je złośliwie. Na szczęście się przewróciła. Staszek zachwycił mnie pokazując na dołek w trawniku i mówiąc najspokojniej w świecie „bam”. Zaczyna być komunikatywny! Od Męża zaś uzyskał przebaczenie za tę noc i tym razem, bo z gołębiami naprawdę fajnie się bawił. Żółta kartka jednak pozostaje. W samym Lidlu Mąż kupił żonie blachę do muffinków co by mogła je produkować. Ale jak tu produkować, jak się ma chudnąć?

 Mąż bardzo chciał się udać do jakiegoś egzotycznego centrum handlowego na rekreację, gdyż w związku z niewyspaniem, nie był zdolny do pracy polegającej na myśleniu. Ponieważ uciekł nam tramwaj jadący na autobus przesiadkowy, poszliśmy pieszo do przystanku, z którego jechał inny autobus do innego centrum handlowego. Wybór był taki a nie inny, gdyż do wybranego CH można się było dostać na bilecie jednorazowym, a nie godzinnym (30 groszy taniej). Niestety wybór okazał się ogólnie zły. W drodze z przystanku przywitały nas wysokie schody bez podjazdu. Wnieśliśmy wózek obijając przy tym moje nogi. W odwiedzonym sklepie zoologicznym były króliczki. Stasio, które lubi zwierzątka odkąd odwiedziliśmy kilka koleżanek mających psy i koty, bardzo radośnie popiskiwał na widok nowych stworzeń. Tak radośnie, że aż klient sklepu zaglądając w nasz kącik zapytał, czy tu szczeniaczek jest. Dziecku się w międzyczasie przepełniła pielucha, toteż skierowaliśmy się do toalety przeznaczonej dla matek chcących przewinąć. Toaleta była ogólnie obleśna i odefekowana, ale największą niespodzianką okazał się być brak przewijaka. Widniały po nim (lub pod niego) tylko śruby w ścianie. Dla zwrócenia uwagi społeczeństwa na problem oraz komfortu dziecka zostało ono ułożone na stole gastronomicznym z główką na kurteczce własnej i przewinięte. Skandal obyczajowy! Nikogo to jednak nie obeszło. Prawdopodobnie takie rzeczy są tam na porządku dziennym, wszak cóż mogą począć rodzice dzieci, którzy pragną zmienić im pieluszki, a nie znajdują ustronnego schronu po temu?

Następnie Mężowi, który przysiadł na ławeczce spadła na palec kropla czegoś z cieknącego sufitu. Już miał oblizać myśląc, że to sok, gdy się zorientował. Kiedy ubieraliśmy kurteczki celem opuszczenia niefajnego miejsca, spotkaliśmy mało interesującego kolegę, który bardzo chciał gadać. Staszek przez chwilę pointeresował się ogromnymi samochodami wystawianymi na stoisku z nimi, a następnie umiejętnie zastymulowany, zawył krótko acz spektakularnie, co można było koledze wyjaśnić jako zmęczenie i wykorzystać jako pretekst do pożegnania. Nie było jak się wydostać, jeśli chciało się uniknąć schodów. Obeszliśmy cały parking i okolice i nie było zjazdu z centrum. Zjechaliśmy więc zjazdem dla zmotoryzowanych ryzykując życie własne i dziecka. Chcieliśmy wracać pieszo, ale mój przepełniony pęcherz (przypominam, ze toaleta nie zachęcała), mój brak szalika oraz poczucie winy z powodu braku rękawiczek u dziecka i jego niechęć do skorzystania z moich zdecydowały o przejściu przez szereg przejść dla pieszych celem osiągnięcia przystanku autobusowego. Akurat jeden autobus uciekł, na następny przyszło nam czekać kwadrans. W tym czasie lunął grad, a syn, któremu rozgrzewałam ręce, usnął.

Przyjechał autobus, wróciliśmy do domu. Zjedliśmy zdrowy obiad z postaci surówki z blendera (najlepszy zakup roku 2011), mocno przyprawionego kuskusu i dwóch patelni boczniaków. Mąż zabrał syna na krótki spacer. Złapał ich deszcz z gradem i śniegiem, który przeczekali w aptece. Wrócili jednak zabieleni i mokrzy. Syn również nadspodziewanie zadowolony. Nogi miał całe mokre a ja która przez całą nieobecność, zamiast napić się choć herbaty lub usiąść choć na chwilę, sprzątałam, nagle zaniemogłam. Rozgrzewającą kąpiel przygotował dziecku Mąż. Po kąpieli, w szamotaninie ciał, które nie chciały dać sobie założyć pieluchy, odstający od dawna paznokieć zafundowany mi przez Lanosa, oderwał się. Mogę więc, jak niegdyś Zbigniew Hołdys, zaśpiewać „mnie paznokieć z palca zszedł”. Mam też we wtorek egzamin. A do tego wszystkiego twarz z poliraksy, za którą każdy by się zabić dał.

*On naprawdę zajmuje się myśleniem. Ma taką pracę, że czasem parę godzin leży pozornie bezczynnie. Jest fizykiem! I po godzinach rozmyślań rzeczywiście ma efekty. Ma nawet już publikację z myślenia. Pozorne nicnierobienie wykorzystuje każdy, by przeszkodzić, zwłaszcza matka jego. Babcia, która sama miała naukowca, jako jedyna prócz żony rozumie. Żona rozumie, ale cierpi, że nie może sobie Kuby słuchać, a już na pewno nie głośno.