Koniec udręki (kierowców)

Googlnęłam sobie „koniec udręki” i większość końców udręki dotyczy kierowców. Fakt ten oraz drugi fakt polegający na tym, że udręka się nie skończyła jednoznacznie dają do zrozumienia, że nie ma końca udręki dla niezmotoryzowanych.

Miało być błogo. Miałam teraz leżeć na leżąco i wystawiać wkrótce płaski brzuch ku sufitowi. Odczuwać ulgę i nic nie musieć. Oddychać unoszącą się w powietrzu beztroską. Ewentualnie spacerować z potomkiem, też jakaś forma błogości. Mniej błoga wprawdzie od nicnierobienia i od czytania „Profesora Wilczura”, ale niewątpliwie sielska.

Zamiast tego muszę pisać ten wpis, który ani trochę błogi nie będzie. Skończyłam pracę. Jest. Gotowa. Pospałam mało co, bo wkrótce po tym, jak ja się położyłam, Staszek zarządził poranek. Z tego to się absolutnie wszyscy cieszą, że dziecko takie regularne, coraz wcześniej zasypia i coraz wcześniej wstaje. Tak jak powinno się. A nie zwyrodnialce leniwe co by do ósmej spać chciały i dziecko braku dyscypliny uczą, siłą w łóżku przetrzymują. I jeszcze okna zasłaniają.

Ale nie odchodźmy zbyt od tematu. Napisałam. Użyłam całej kreatywności, którą miałam i nawet ją trochę utemperowałam, żeby nie było zbyt nieformalnie i wyciągnęłam całkiem własne wnioski. Osobisty Mąż zdziwił się, że ja byłam zdolna do TAKICH wniosków. Wyciągnięte wnioski przelałam na papier, a konkretnie to do pdfu. Nagrałam i płytę z wersją cyfrową, ale chyba się nie nagrała bo buczało i wysunąć się nie chciała. Wyruszyłam. Pobiegłam, pojechałam, poszłam, doszłam. Stanowiska drukujące są trzy. W tym tylko jedno drukuje z internetu. Było akurat zajęte przez gościa z laptopem czyli niezajęte, bo komputer wolnym był. Tylko miejsce zajął grubas jeden. Pytam go zatem, czy mogę, a on, że nie bo on drukuje. Czekam więc, a on sobie w tym swoim laptopie chyba dopiero pracę pisał. Minęło pół godziny z hakiem i dostał wydruk. Obejrzał, zatwierdził, zgasił laptop. A w ogóle napis tam głosi, że za blokowanie komputera w celach innych niż drukowanie płaci się złotówkę polską od każdej minuty. Stoi i czeka aż mu oprawią. Ewidentnie nie drukuje, nie bawi się już i laptopem, to ja wtedy grubasa pytam, czy już a widocznym było, że oczywiście, że już i moje pytanie miało go tylko przesunąć, bo i za mną kolejka się tworzyła chętnych drukować nie z nośnika, lecz z poczty. Na to grubas jak nie powie tonem jaśnie pana zwracającego się do swego sługi albo chociaż do głupka „nie, ponieważ muszę odebrać i zapłacić”. Do głowy przyszły mi soczyste wiązanki, których moje usta za nic by nie zamieniły na słowa, więc poszłam, aby usta nie musiały się borykać z niewymawialnymi słowami a oczy patrzeć. Poszłam do dziekanatu, który przez ten czas zdążył zamknąć swe podwoje na studentów. Ale mam Męża, który ma w dziekanacie lepsze układy aniżeli ja i Mąż ów zadzwonił i zapewnił panią, że przyniosę nieszczęsną pracę w poniedziałkowy poranek. Sprawa się bardzo uprościła, bo pod nieobecność bardzo ważnego kierownika katedry podpis na pracy złoży zwykły dziekan, czyli zrobi to już po zaniesieniu pracy, a ja zwolniona jestem z biegania między piętrami. Ale weekendu spokojnego nie będzie. Będę oglądać przyczynę swoich nieszczęść raz po raz i zastanawiać się, co by jeszcze poprawić, żeby zepsuć sobie potencjalnie błogie chwile.

Jakby tego było mało, biblioteka, do której w drodze powrotnej udałam się po kolejnego Dołęgę-Mostowicza, upatrzonego jeszcze rano w internetowym katalogu, okazała się ten właśnie egzemplarz, upatrzony i zachciany, wypożyczyć komuś innemu na cały miesiąc! Mam wprawdzie jeszcze niemało „Profesora Wilczura” przed sobą oraz jakieś 70 cm innych książek, które czekały na dzień, w którym pozbędę się ciężaru i powrócę do świata żywych czytających książki ludzi, ale Dołęga, pisarz z pierwszej trójki, zasługuje na priorytet.

Całości dopełnia dziś spostrzeżony i dziś się otwierający pub-speluna z bardzo tanim piwem i pełną gamą innych trunków. NAPRZECIWKO!!!! Niby okna i tak od dawna się nie otwiera, ale i przez zamknięte dochodzą dźwięki niepożądane. Wysoce niepożądane. Starówka w końcu ożyła!

Od rzucenia Stasiej pieluchy w kogoś ratuje mnie świadomość, że nie dorzuciłabym i nie trafiła. Od depresji, załamania nerwowego, zwinięcia się w kulkę i sturlania po schodach ratuje mnie mający nastąpić o północy powrót Męża.

Reklamy

Mąż biznesmen

filozof- przewoźnik

Mąż bardzo chciał, by opisać jego unikatowy pomysł na biznes. A nuż komuś się przyda, zbije na tym fortunę i będzie musiał zapłacić autorom pomysłu.

Za tydzień wybieramy się do Bardzo Dużego Miasta. Jeszcze nic na to nie wskazuje, do zrobienia przedtem mnóstwo i jeszcze poinformowanie w domu, że zabieramy dziecko w brud, smród i chłód zamiast do lekarza na szczepienie. Mąż pojedzie na pewno, bo go wysyłają. Ja pojadę, jeżeli pokonam niemoc i skończę to, co mnie zabija oraz jeżeli pojedzie Stasio. Ze względu na Stasio wzięlibyśmy auteczko, bo dziecko generuje mniej więcej dwa plecaki i wózek oraz torbę z żarciem niezależnie od długości wyjazdu. Pociągiem jechać i od dworca się przemieszczać to masakra. Zwłaszcza, że do tak dużego miasta jeżdżą głównie ekspresy, a tańsze pociągi wloką się i jeszcze nie można wybrać dogodnej godziny. Auteczko to nawet na jednym tankowaniu gazu do pełna ma szansę dojechać. I można stawać na popas i eksplorować przydrożne lasy i pikniki mieć po drodze. Auteczko jest bezkonkurencyjne. I nawet ja bym mogła na prostej poprowadzić trochę, ale to taka luźna dywagacja. Ja nie muszę prowadzić i nawet wolę być pasażerem oglądającym swe lico w lusterku.

Niestety, auteczko ma swoje wymagania jak dziecko. I o auteczko należy martwić się. Bo dziecko można zawsze wepchnąć pod wspólną kołdrę i ani zmarznie, ani wypadnie. A auteczko potrzebuje bezpiecznego azylu, którego mu się tak łatwo nie zapewni. I właśnie- znalazłam nocleg w atrakcyjnej cenie z łazienką do podmywania Stasiego zadu w pewnym hostelu dającym zniżki studentom, jednak mapy googlowe pokazują, ze dzielnica nie prezentuje się zachęcająco dla zostawionych przy ulicy auteczek. A hostel nie wygląda na posiadający parking. Poszło zapytanie, lecz brak odzewu. Opinii zadowolonych bywalców także brak. Hostel ma taką zaletę, ze wystawiłby fakturę, a jednemu z nas przysługuje zwrot. Znalazłam również mieszkanie do wynajęcia w bardzo zachęcającej cenie i to z dwoma pokojami. Dziecię miałoby swoje lokum i nawet robiąc ogólną pobudkę w nocy, nikomu nie przeszkodziłoby i rodziców nie zawstydziło. Mieszkanie jest daleko od centrum i trzeba dojeżdżać dwoma środkami komunikacji, ale jest przy TEJ SAMEJ ulicy, przy której mieszkałam kiedyś odwiedzając duże miasto z koleżanką 6 lat temu(!). Napisałam zapytanie do właściciela o parking dla auteczka, ale nie wiem czy dziwaczny portal wysłał to. Jednak Zakopane ze swoimi cenami jak z poprzedniej epoki stwarza dużo większe możliwości i bardziej zachęca do przyjeżdżania, do przedłużania pobytu i w ogóle do wszystkiego. Duże miasto odstrasza cenami już na wstępie.
I tu właśnie pojawia się pomysł na biznes. Duże miasto ma rozbudowaną sieć komunikacji. Dużo dużo lepszą od naszej i nawet ma bilety okresowe inne od miesięcznych i dobowych (u nas tylko taki wybór), bo 3-dniowe. Nie znalazłam tygodniowego, ale dwa trzydniowe powinny sprawę załatwić. Cena ulgowego na 3 dni też do przełknięcia, bo 12 złotych. O ile pani w dziekanacie nie wyrwie mi legitymacji z torebki przy oddawaniu pracy, bo w przeciwnym przypadku nie będę mogła poruszać się inaczej, niż pieszo. Ale zaliczyliśmy precedens- Mąż musiał oddać dopiero po obronie, to i ja może…
Opowiedziałam Mężowi o wynikach inwestygacji w temacie bilety. Mąż się zastanowił i pyta, czy na okaziciela. Zadowolona odpowiadam, że owszem. Mąż już się miał ucieszyć, kiedy doszedł do wniosku, że jednak nas to nie urządza- co innego, gdyby było nas trzech samodzielnych. Myśl tę rozwinęłam ja, tłamsząc jednocześnie Męża, bo wykorzystanie trzech osób i dwóch biletów wyglądałoby tak, że osoba A jedzie na dwa bilety z osobą B, dojechawszy na miejsce, zabiera drugi bilet i wraca po osobę C. Niezrażony Mąż jednak zaproponował (uwaga, to tu padnie ten pomysł), że jeśli ktoś ma taką pracę, którą może wykonywać w autobusie (np. filozof), to mógłby tym autobusem jeździć z dodatkowym biletem okresowym na okaziciela i wsiadającym proponować przejazd za pól ceny pod swoimi skrzydłami. Jakby interes szedł, to mógłby nabyć 5 biletów okresowych. Zawsze wiedziałam, że Mąż ma smykałkę do interesów. Otóż taki filozof stałby się przewoźnikiem. A nawet nie musiałby filozofować, mógłby utrzymać się z bycia przewoźnikiem. I chyba na taki pomysł wpadł już niejeden zakład komunikacji. Tyle że zamiast kilku biletów, kupują jeden autobus i przewożą:)