Dom uciech czyli jak Staszek został swoim własnym ojcem

DSCN9241

„Witajcie w moim domu uciech”

Wbrew temu, co sugeruje tytuł, nie przytoczę tu tej  sympatycznej historyjki. Rzecz będzie o Staszku i jego ojcu z osobna.

Staszek, jak wiadomo jest satyrem, jest rubaszny i rozchełstany. Jeśli chce, potrafi uprzykrzyć życie. Ostatnio chce. Oczywiście nikt nie ma do niego o to pretensji, bo jest malutki. A robi to tak: budzi się w nocy i nic nie chce. Utulony zasypia. Zasypiają utulacze. Pół godziny później budzi się znów z przemoczoną piżamą. Pieluchy jakimś cudem, nie przepełniając się, przelewają się. W nocy. Są sugestie, że gdyby miał nocnik, to by było inaczej. Nie ma nocnika, a jak sama nazwa wskazuje, nocnik jest na noc (noc-nic). Czasem jakoś śpi, a czasem śpi tylko do szóstej, kiedy to budzi się z zapełnienia kolejnej pieluchy. A NIKT go ani jakoś specjalnie nie futruje piciem w nocy, ani nawet na wieczór nie jest pojony ponad miarę. On po prostu zatrzymuje dzienny mocz na noc,  bo jest malutki i ma immunitet na takie rzeczy.

Staszek bywaDSCN3836 też dziczyzną. Biega zupełnie niechaotycznie po terenie (mieszkania) i wskakuje na fotele, kanapy, łóżka, po których następnie przemieszcza się z dzikim chichotem. Nierzadko staje sobie na samym brzegu i leci w tył, gdzie zawsze złapią go ręce matki. Może powinny raz nie złapać, to by się nauczył dyscypliny. Ale matka dzięki oscypkom prosto z Zakopanego przyniesionym dziś rano przez listonosza i przepuszczonym przez mikrowelkę ma werwę i jakoś znosi i bieganinę i stres. Na ogół matce udaje się nawet powalić ofiarę na kanapę zanim ta powinie nóżki i się zwali. Wówczas ofiara chichocze głośno i robi fikołki. Jest sympatycznie. Czasem w biegu pędzi na choinkę (stojącą na stole) by zerwać z niej ciasteczko. Staszek wie, że należy zjadając ciastko, móc je jednocześnie zachować. Ma na to sposób – nigdy nie je tego, co ma w ręce, jeśli do drugiej nie zapewni  sobie tego samego. No chyba, że to kanapka. Jednak wczoraj pobiegł na choinkę olewając czytającą mu na głos wpis na jakimś blogu matkę. Pobiegł i zanim niczego złego nie podejrzewająca matka dołączyła, choinka (duża, od blatu aż po sufit a mamyDSCN3877 dość wysokie mieszkanie) zamiast stać na stole, leżała w Stasim łóżeczku a na podłodze pałętało się mnóstwo spadłych ciastek i jakiś septyliard igieł. Misja ciastko wykonała się sama w nadpodziewanym wymiarze.

Staszek potrafi na dźwięk domofonu podejść do drzwi wejściowych i powiedzieć ‚ele’, co przypomina imię babci, która czasem przychodzi. Potrafi na pytanie o kotka pójść w miejsce, w którym ostatnio kotek był (np. pod kanapę w innym pokoju) i wskazać  kotka duplo leżakującego pod kanapą. Potrafi go też wskazać, gdy ów kotek znajduje się w pojemniku DSCN4386z klockami. Jest bystry i zadziwia. Gdy mowa o tym, że jest malutki, pokazuje, że jednak jest duży. W każdym domu podchodzi do szafki z łyżeczkami i stoi pod nią tak  długo wołając „a-a-a”, aż mu się łyżeczki nie poda. Nade wszystko jednak upodobał sobie słowo „tata”, co jest oczywiście zrozumiałe. W końcu cieszy się na tatę wracającego, w końcu to tata go usypia. Hipotezowaliśmy, że określenie tata jest tak często w użyciu, ponieważ jest określeniem czegoś fajnego jako takiego. Jest. Jest określeniem czegoś najfajniejszego dla niego. Staszek, gdy otoczenie mówi „Staszek”, odpowiada „tata” i pokazuje na siebie. Chyba więc myśli, że to on jest ojcem. Może myśli, że Stasio i tata to to samo? Na tej podstawie dąży do sypiania z matką. Ten dziwak Freud coś by o tym powiedział.

DSCN4392Ojciec: Stasiu, nie wiem, czy ci pozwolimy już spać.
Matka: Jak to?
Ojciec: Ktoś musi być leserem, a mamy trzy osoby. Jak Stasiu zaśnie, to ktoś z nas będzie musiał być leserem, a wtedy ten drugi sam nic  nie zrobi.

Pierwsze zdjęcie przedstawia oczywiście Stasia w roli właściciela domu uciech. Jak przystało na właściciela domu uciech, ubrany jest niechlujnie. Jest także brzuchaczem i trzyma w dłoni długopis do notowania numerów pokoi. Uśmiech oczywiście jest rubaszny. Kołnierz został postawiony ale nikt go nie zapiął. No i nie ma butów, bo w końcu jest „u siebie”. To jednak chyba tutaj różni się od ojca wyraźnie i sam musi to przyznać. Ojciec cały czas jest świadom, że nie jest u siebie.

Staszek wzywający łyżeczkę

Staszek wzywający łyżeczkę

Staszek skaczący z kanapy

Staszek skaczący z kanapy

 

Reklamy

Mam jeszcze twarz z poliraksy…

Jaka pogoda, taka aura. U nas wczoraj od rana było pochmurnie, lecz przedpołudnie przebiegło sucho. Stasio postanowiło zarwać noc i od trzeciej do czwartej urządzało takie rzeczy, że potem Mąż do ósmej nie spał. A trzeba Wam, drodzy czytelnicy, wiedzieć, że kładziemy się grubo po drugiej, gdyż ja piszę wieczorami bloga/szyję/sprzątam/czytam, a Mąż myśli*. Do własnego łóżeczka syneczek ostatnimi czasy zgadza się być przeniesiony tylko raz w ciągu nocy i to jest ten raz po głównym zaśnięciu. Później przy każdej próbie trafienia na miejsce podnosił się bunt, nawet drzemiący budził się aby protestować. W końcu zadowolił się prowizorycznie skonstruowanym, lecz profesjonalnym kojcem. Kojec składa się ze złożonej kanapy, na której Stasio zasypia uspokojone obecnością rodzica siedzącego na tejże. Kiedy jednak synek zaczyna rozpływać się w morfeuszowskich objęciach, można spokojnie odejść nie informując go o tym. Aby jednak można było odejść zupełnie spokojnie i nie zastanawiać się, czy mały obywatel nie spadnie, należy go obudować. W tym celu w luki między kanapą a ścianami trafiły koce, zaś cały brzeg łoża obstawiono krzesłami i zabezpieczono materacem tworząc klatkę. Fakt takiego obudowania o dziwo syneczka nie drażni. Cała nocna akcja była kolejnym etapem trwającej właśnie ofensywy zmierzającej do zamiany łóżek z ojcem. Nie jest lekko, ale nie przegrywamy.

Byliśmy u doktora, który odnalazł przyczynę mojego tycia i za grube pieniądze ją usunie. Do doktora musiałam udać się z Mężem, bo jestem taka cnotliwa, że bez wsparcia, akceptacji i samej obecności Męża się przed innym mężczyzną nie rozbiorę. Od niedawna w okolice doktora dojeżdża tramwaj, więc udaliśmy się tam tramwajem. Ja kupiłam sobie bilet całodobowy, gdyż miałam wieczorem jechać po krzesełko zakupione w zeszłym tygodniu na allegro. Wieczorem jednak nie pojechałam, bo pani się przypomniało, że zupełnie niezgodnie z umawianiem się dzień wcześniej, jej mąż sprzedał krzesełko niezależnie i to już kilka dni temu. Doktor stwierdził, że jestem gruba i powinnam się ruszać. Spytał, co najbardziej lubię robić i oboje z Mężem pomyśleliśmy, że leżeć, gdyż tego mam najmniej. Pozazdrościłam Lolince, która mi w komentarzu do poprzedniego posta napisała, że ma czas leżeć w ciągu dnia:) Mąż pociesza odnośnie tej niezawinionej tuszy, ale nie wiadomo, czy nie kpi. A gdybym ja była tucznikiem, to by mnie właśnie ubijano. Po wizycie u doktora pogrzaliśmy się w cieniu pobliskiego Lidla, gdzie grzały się również gołębie i Staszek gonił je. Staszek gonił je edukacyjnie. Była tez zerwana z postronka, przez nikogo nie napominana, bardzo agresywna dziewczynka w wieku późno-przedszkolnym, która goniła je złośliwie. Na szczęście się przewróciła. Staszek zachwycił mnie pokazując na dołek w trawniku i mówiąc najspokojniej w świecie „bam”. Zaczyna być komunikatywny! Od Męża zaś uzyskał przebaczenie za tę noc i tym razem, bo z gołębiami naprawdę fajnie się bawił. Żółta kartka jednak pozostaje. W samym Lidlu Mąż kupił żonie blachę do muffinków co by mogła je produkować. Ale jak tu produkować, jak się ma chudnąć?

 Mąż bardzo chciał się udać do jakiegoś egzotycznego centrum handlowego na rekreację, gdyż w związku z niewyspaniem, nie był zdolny do pracy polegającej na myśleniu. Ponieważ uciekł nam tramwaj jadący na autobus przesiadkowy, poszliśmy pieszo do przystanku, z którego jechał inny autobus do innego centrum handlowego. Wybór był taki a nie inny, gdyż do wybranego CH można się było dostać na bilecie jednorazowym, a nie godzinnym (30 groszy taniej). Niestety wybór okazał się ogólnie zły. W drodze z przystanku przywitały nas wysokie schody bez podjazdu. Wnieśliśmy wózek obijając przy tym moje nogi. W odwiedzonym sklepie zoologicznym były króliczki. Stasio, które lubi zwierzątka odkąd odwiedziliśmy kilka koleżanek mających psy i koty, bardzo radośnie popiskiwał na widok nowych stworzeń. Tak radośnie, że aż klient sklepu zaglądając w nasz kącik zapytał, czy tu szczeniaczek jest. Dziecku się w międzyczasie przepełniła pielucha, toteż skierowaliśmy się do toalety przeznaczonej dla matek chcących przewinąć. Toaleta była ogólnie obleśna i odefekowana, ale największą niespodzianką okazał się być brak przewijaka. Widniały po nim (lub pod niego) tylko śruby w ścianie. Dla zwrócenia uwagi społeczeństwa na problem oraz komfortu dziecka zostało ono ułożone na stole gastronomicznym z główką na kurteczce własnej i przewinięte. Skandal obyczajowy! Nikogo to jednak nie obeszło. Prawdopodobnie takie rzeczy są tam na porządku dziennym, wszak cóż mogą począć rodzice dzieci, którzy pragną zmienić im pieluszki, a nie znajdują ustronnego schronu po temu?

Następnie Mężowi, który przysiadł na ławeczce spadła na palec kropla czegoś z cieknącego sufitu. Już miał oblizać myśląc, że to sok, gdy się zorientował. Kiedy ubieraliśmy kurteczki celem opuszczenia niefajnego miejsca, spotkaliśmy mało interesującego kolegę, który bardzo chciał gadać. Staszek przez chwilę pointeresował się ogromnymi samochodami wystawianymi na stoisku z nimi, a następnie umiejętnie zastymulowany, zawył krótko acz spektakularnie, co można było koledze wyjaśnić jako zmęczenie i wykorzystać jako pretekst do pożegnania. Nie było jak się wydostać, jeśli chciało się uniknąć schodów. Obeszliśmy cały parking i okolice i nie było zjazdu z centrum. Zjechaliśmy więc zjazdem dla zmotoryzowanych ryzykując życie własne i dziecka. Chcieliśmy wracać pieszo, ale mój przepełniony pęcherz (przypominam, ze toaleta nie zachęcała), mój brak szalika oraz poczucie winy z powodu braku rękawiczek u dziecka i jego niechęć do skorzystania z moich zdecydowały o przejściu przez szereg przejść dla pieszych celem osiągnięcia przystanku autobusowego. Akurat jeden autobus uciekł, na następny przyszło nam czekać kwadrans. W tym czasie lunął grad, a syn, któremu rozgrzewałam ręce, usnął.

Przyjechał autobus, wróciliśmy do domu. Zjedliśmy zdrowy obiad z postaci surówki z blendera (najlepszy zakup roku 2011), mocno przyprawionego kuskusu i dwóch patelni boczniaków. Mąż zabrał syna na krótki spacer. Złapał ich deszcz z gradem i śniegiem, który przeczekali w aptece. Wrócili jednak zabieleni i mokrzy. Syn również nadspodziewanie zadowolony. Nogi miał całe mokre a ja która przez całą nieobecność, zamiast napić się choć herbaty lub usiąść choć na chwilę, sprzątałam, nagle zaniemogłam. Rozgrzewającą kąpiel przygotował dziecku Mąż. Po kąpieli, w szamotaninie ciał, które nie chciały dać sobie założyć pieluchy, odstający od dawna paznokieć zafundowany mi przez Lanosa, oderwał się. Mogę więc, jak niegdyś Zbigniew Hołdys, zaśpiewać „mnie paznokieć z palca zszedł”. Mam też we wtorek egzamin. A do tego wszystkiego twarz z poliraksy, za którą każdy by się zabić dał.

*On naprawdę zajmuje się myśleniem. Ma taką pracę, że czasem parę godzin leży pozornie bezczynnie. Jest fizykiem! I po godzinach rozmyślań rzeczywiście ma efekty. Ma nawet już publikację z myślenia. Pozorne nicnierobienie wykorzystuje każdy, by przeszkodzić, zwłaszcza matka jego. Babcia, która sama miała naukowca, jako jedyna prócz żony rozumie. Żona rozumie, ale cierpi, że nie może sobie Kuby słuchać, a już na pewno nie głośno.

Atak odparty

Wczorajsza ofensywa samotnego partyzanta nie powiodła się. Zamierzał być nieugięty, pokrzykiwał, a nawet śmiał się. Wyraźnie manifestował swój bunt przy odkładaniu do łóżeczka, wstawał i zasypiać nie zamierzał, a było już po drugiej i rodzice też mieli ochotę się położyć. Już nawet rozważali, co jeśli zaśnie, ale zbudzi się ponownie i inne mało przyjemne możliwości. Matka nie zamierzała iść na zbyt miękką kanapę, nikt nie dopuszczał myśli o przeniesieniu frontu do rodzicielskiej sypialni i wpuszczeniu doń wojownika. Nikt też nie zamierzał przesiedzieć całej nocy nad syneczkiem skłonnym przysnąć na kanapie i budzącym się na każdą próbę przeniesienia do łóżeczka. Nie przekonywały go oklepane teksty matki, że we własnym łóżeczku będzie mu najlepiej na świecie. Kozaczył potężnie, ale w końcu okazał się być cienkim bolkiem*, który ugiął się pod pręgierzem ibuprofenu. Co będzie tej nocy?

*bolek piszemy małą literą, gdyż nie jest to imię królów polskich, którzy dosyć potężni byli, lecz sformułowanie określające rybę karpiowatą gatunku boleń, która już cienką może być i jako cienka nadaje się co najwyżej dla kota. Źródło tej informacji znajduje się  TU.

Nowa ofensywa

Syneczek zebrał siły, zgromadził posiłki, uśpił czujność i zaatakował. Tak jak niegdyś on sam i tak jak rodzice później, znów postanowił wykorzystać ich słabości. Odpuścił wiele bitew, ale postanowił nie oddać wojny. Wczoraj w nocy przypuścił atak na niczego nie spodziewających się. Cel był ogólnie znany- łóżko i czułe objęcia matki. Wytrawny obserwator mógłby spostrzec, że przygotowując się do ataku zaniedbał zjedzenia obiadu. Ale przecież nie raz odpuszczał obiad, a nocą szedł potulnie na swoje miejsce. Nie tym razem. Matka zamierzała tą konkretną noc przespać, bo akurat wykaraskiwała się z migreny w którą popadła na skutek stresujących okoliczności niezwiązanych z przesypianiem nocy ani jedzeniem obiadu. Ofiarą ataku padł więc ojciec. To on chodził, utulał, smarował zęby. Wszystko na nic. Rodzice jednak ramię w ramię bronili swojej fortecy przed szturmującym potomkiem. Oczywiście potyczkę przegrali, ale ocalili swój bastion. Matka poszła do dziecięcej sypialni i rozłożyła dla siebie i potomka znajdującą się tam kanapę, urządzenie o wyjątkowej miękkości, zdolne uszkodzić najzdrowszy nawet kręgosłup. Kręgosłup matki (w tej roli oczywiście Cytrynna) do najzdrowszych już od jakiegoś czasu nie należy. Skutki: dziecko smacznie zasnęło podtrzymywane za rękę i do 9:30 spało, ale matka wstała połamana i cały dzień się łamała.

Dziecko odpuściło dziś kolejny obiad, a zasnęło tuż po 22. Odniesione do siebie, po chwili zawyło wymuszając jeszcze kilka chwil pobytu w rodzicielskim łożu. W ciągu tych kilku chwil jęczało i szamotało się przyjmując najdziwniejsze pozycje. Uspokoiwszy się, poszło znów do siebie. Tam zbiera siły, czeka na pogaszenie świateł, da nawet czas na zaśnięcie. Tej nocy nastąpi kolejny atak. Tym razem obie strony są tego świadome. Kto wygra? Kto ulegnie? Czy obędzie się bez ofiar?

Kiedy dziecko przesypia noc

Cytrynna i Mąż do niedawna mieli poważny problem z dzieckiem. Dziecko dążyło do rozbicia ich małżeństwa poprzez zmuszanie chcących pospać rodziców do brania jego czyli dziecka do wspólnego łóżka a następnie gadało, wierciło się i kopało, co z kolei zmierzało do przepędzenia ojca z owego łóżka. Po odejściu ojca dziecko się uspokajało i dawało matce pospać. Rodzice frustrowali się okrutnie, bo pobudka z wymuszeniem przejścia potrafiła być i o świcie i tuż po rodzicielskim zaśnięciu. Czas sprzyjał małemu wojownikowi, bo matka kończyła swoją magisterkę i na zarwane noce sobie pozwolić nie mogła, a matka ma tak, że zbudzona tuż po zaśnięciu, nie zasypia. Ojciec ma jeszcze gorzej. Bo dla niego wystarczy samo ryzyko zbudzenia. Był z tym nawet u psychiatry, ale ten mu nie pomógł. Wyleczyła go Żona swoją Miłością przez duże M. Ale podatność została. W efekcie osiągało dziecię wszystkie swoje cele a nawet więcej, bo w końcu pozwolono mu po prostu spać z matką od początku nocy.

Niedawno jednak ostatnia z magisterek została oddana do dziekanatu i rodzice uznali, że zaryzykują kilka nieprzespanych nocy i dadzą dziecku szansę spania w jego własnej sypialni. Dla ułatwienia wyjechali na wieś i własną sypialnię zaimprowizowali dziecku w sypialni jego babci po prostu przenosząc łóżeczko. Kolejnym ułatwieniem była nieduża gorączka odzębowa zwiększająca senność maluszka. Łóżeczko wiejskie jest najtańszym łóżeczkiem z ikei, ma jednak wypasiony materac z lateksu. Dziecko spało jak aniołek. 3 noce i to z deszczem bębniącym w okno dachowe. Cytrynna i Mąż wrócili do miasta i kolejną noc udało się dziecku przespać również w jego własnym wyrku. Łóżeczko miejskie jest wypasione, bo ma 4 wyjmowane szczebelki i schowek na pościel, ale za to materac ma najtańszy, dodany gratis do łóżeczka, z gryki pianki i kokosa, ale dał syn radę. Następnie znów udało im się pobyć kilka nocy w domu i z jednym małym wyjątkiem (kiedy przyjechali dziadkowie i syn wrócił ze swoim łóżeczkiem do sypialni rodziców) dziecko znów dobrze spało. Musieli jednak przenieść się na stałe do miasta. Rozważali przywiezienie fajnego materaca ze sobą, ale byłoby to zbyt symboliczne pożegnanie z domem, więc nie przywieźli. Mimo niedogodności, dziecko jednak śpi. Budzi się wprawdzie dwa duże razy- raz przed ich pójściem spać a drugi o świcie i pije wtedy, ale zaspokojone daje pospać do dziewiątej o ile nie ma zbyt pełnej pieluchy. Zapobiega się temu zmieniając ją w nocy. Oczywiście kwęka, czasem i kwili, ale dopóki nie płacze głośno i rzęsiście ani nie wrzeszczy wściekle, rodzice w ogóle nie zaglądają. Aby zapobiec przeziębieniom wskutek odkrycia się, dziecko pod piżamkę dostaje bodziankę. W popiersie zawsze ciepło. A piżamka jest zwykłym pajacem, więc i stopy nie bywają gołe. Matka jest spokojna. Matka tyle nocy zarwała, że już rozróżnia dobiegające dźwięki i wie, na które tony należy reagować. W szafie leży wprawdzie śpiwór na nóżki, ale rodzice nie zrobią tego dziecku, niech się rusza póki młode. Rodzice nazywają to dawanie spać radzeniem sobie. Syn Cytrynny i Męża radzi sobie. Jest dzielny. Nie woła bez potrzeby. Ma wprawdzie bardzo trudno, bo musi się uporać sam ze sobą. A trzeba wiedzieć, że jego charakter jest nawet dla ludzi o tak niewyrobionym szacunku dla cnót jak on trudny do wytrzymania.

 Podczas dzisiejszej rozmowy Męża z kolegą z pracy, którego dziecko jest starsze kilka miesięcy wyszło na jaw, że tamto dziecko sobie nie radzi i śpi z rodzicami. Tym razem może więc Cytrynna pochwalić się małym wprawdzie, ale sukcesem rodzicielsko-wychowawczym.

Dlaczego jest to sukces? Jakim prawem Cytrynnna go sobie uzurpuje? Dlatego, że Cytrynna i Mąż, wbrew woli i zaleceniom stronników, wyprowadzili dziecko do jego własnej sypialni, w której zapewnili mu, znów wbrew zaleceniom cichą muzykę, małe światełko i samotność. Stronnicy uważali, że wszelkie kwęki wynikają z potrzeby bliskości i należy dziecku bliskość zapewniać. Stronnicy uważali również, że kwęki są potrzebne i rodzic powinien się cieszyć kiedy jest budzony kwękiem, po którym nie może zasnąć, bo nie śpiąc ma możliwość rozmyślać o dziecku i patrzeć na nie. I słuchać go. Natomiast dziecko kwęczące sobie w najlepsze przez sen i bezinteresownie budzące to najczystszy zachwyt. Cytrynna i Mąż byli tez kiedyś u pediatry i mimochodem spytali o spanie. Lekarka, kobieta okrutna i egoistyczna, osoba na poziomie Cytrynny i Męża, powiedziała, że swoje, dorosłe obecnie dzieci, wynosiła z pokoju już po miesiącu. Zaleciła dziecku izolatkę, choćby miał to być przedpokój lub kuchnia. Bulwersujące, nieludzkie! Sprzeczne z całym rodzicielstwem bliskości i kangurowaniem! A jakże skuteczne.

Koniec udręki (kierowców)

Googlnęłam sobie „koniec udręki” i większość końców udręki dotyczy kierowców. Fakt ten oraz drugi fakt polegający na tym, że udręka się nie skończyła jednoznacznie dają do zrozumienia, że nie ma końca udręki dla niezmotoryzowanych.

Miało być błogo. Miałam teraz leżeć na leżąco i wystawiać wkrótce płaski brzuch ku sufitowi. Odczuwać ulgę i nic nie musieć. Oddychać unoszącą się w powietrzu beztroską. Ewentualnie spacerować z potomkiem, też jakaś forma błogości. Mniej błoga wprawdzie od nicnierobienia i od czytania „Profesora Wilczura”, ale niewątpliwie sielska.

Zamiast tego muszę pisać ten wpis, który ani trochę błogi nie będzie. Skończyłam pracę. Jest. Gotowa. Pospałam mało co, bo wkrótce po tym, jak ja się położyłam, Staszek zarządził poranek. Z tego to się absolutnie wszyscy cieszą, że dziecko takie regularne, coraz wcześniej zasypia i coraz wcześniej wstaje. Tak jak powinno się. A nie zwyrodnialce leniwe co by do ósmej spać chciały i dziecko braku dyscypliny uczą, siłą w łóżku przetrzymują. I jeszcze okna zasłaniają.

Ale nie odchodźmy zbyt od tematu. Napisałam. Użyłam całej kreatywności, którą miałam i nawet ją trochę utemperowałam, żeby nie było zbyt nieformalnie i wyciągnęłam całkiem własne wnioski. Osobisty Mąż zdziwił się, że ja byłam zdolna do TAKICH wniosków. Wyciągnięte wnioski przelałam na papier, a konkretnie to do pdfu. Nagrałam i płytę z wersją cyfrową, ale chyba się nie nagrała bo buczało i wysunąć się nie chciała. Wyruszyłam. Pobiegłam, pojechałam, poszłam, doszłam. Stanowiska drukujące są trzy. W tym tylko jedno drukuje z internetu. Było akurat zajęte przez gościa z laptopem czyli niezajęte, bo komputer wolnym był. Tylko miejsce zajął grubas jeden. Pytam go zatem, czy mogę, a on, że nie bo on drukuje. Czekam więc, a on sobie w tym swoim laptopie chyba dopiero pracę pisał. Minęło pół godziny z hakiem i dostał wydruk. Obejrzał, zatwierdził, zgasił laptop. A w ogóle napis tam głosi, że za blokowanie komputera w celach innych niż drukowanie płaci się złotówkę polską od każdej minuty. Stoi i czeka aż mu oprawią. Ewidentnie nie drukuje, nie bawi się już i laptopem, to ja wtedy grubasa pytam, czy już a widocznym było, że oczywiście, że już i moje pytanie miało go tylko przesunąć, bo i za mną kolejka się tworzyła chętnych drukować nie z nośnika, lecz z poczty. Na to grubas jak nie powie tonem jaśnie pana zwracającego się do swego sługi albo chociaż do głupka „nie, ponieważ muszę odebrać i zapłacić”. Do głowy przyszły mi soczyste wiązanki, których moje usta za nic by nie zamieniły na słowa, więc poszłam, aby usta nie musiały się borykać z niewymawialnymi słowami a oczy patrzeć. Poszłam do dziekanatu, który przez ten czas zdążył zamknąć swe podwoje na studentów. Ale mam Męża, który ma w dziekanacie lepsze układy aniżeli ja i Mąż ów zadzwonił i zapewnił panią, że przyniosę nieszczęsną pracę w poniedziałkowy poranek. Sprawa się bardzo uprościła, bo pod nieobecność bardzo ważnego kierownika katedry podpis na pracy złoży zwykły dziekan, czyli zrobi to już po zaniesieniu pracy, a ja zwolniona jestem z biegania między piętrami. Ale weekendu spokojnego nie będzie. Będę oglądać przyczynę swoich nieszczęść raz po raz i zastanawiać się, co by jeszcze poprawić, żeby zepsuć sobie potencjalnie błogie chwile.

Jakby tego było mało, biblioteka, do której w drodze powrotnej udałam się po kolejnego Dołęgę-Mostowicza, upatrzonego jeszcze rano w internetowym katalogu, okazała się ten właśnie egzemplarz, upatrzony i zachciany, wypożyczyć komuś innemu na cały miesiąc! Mam wprawdzie jeszcze niemało „Profesora Wilczura” przed sobą oraz jakieś 70 cm innych książek, które czekały na dzień, w którym pozbędę się ciężaru i powrócę do świata żywych czytających książki ludzi, ale Dołęga, pisarz z pierwszej trójki, zasługuje na priorytet.

Całości dopełnia dziś spostrzeżony i dziś się otwierający pub-speluna z bardzo tanim piwem i pełną gamą innych trunków. NAPRZECIWKO!!!! Niby okna i tak od dawna się nie otwiera, ale i przez zamknięte dochodzą dźwięki niepożądane. Wysoce niepożądane. Starówka w końcu ożyła!

Od rzucenia Stasiej pieluchy w kogoś ratuje mnie świadomość, że nie dorzuciłabym i nie trafiła. Od depresji, załamania nerwowego, zwinięcia się w kulkę i sturlania po schodach ratuje mnie mający nastąpić o północy powrót Męża.