Radia to on słucha tylko w pogodę

2011 4Jeśli przyszło Wam kiedyś jechać do Gdańska pociągiem*, to pewnie z niecierpliwością gapiliście się w okno wypatrując kiedy wolno toczący się pociąg wjedzie na stację. Wszak wiadomo, każdymi drzwiami z pociągu zdążą wysiąść tylko pierwsze trzy osoby, a jak tu walczyć o pierwszeństwo przy drzwiach, kiedy pupa chciałaby jeszcze posiedzieć a bagaże nawet poleżeć**. Ale nawet stojąc przy drzwiach i niecierpliwie szarpiąc klamkę w oczekiwaniu na wjazd pociągu na stację, na pewno zauważyliście, że na przedmieściach centrum (czyli już za Orunią), po prawej stronie, pociąg mija forty. Są to dwie kwadratowe górki tarasowe. Takie małe piramidy. Całą moją młodość wjeżdżałam do Gdańska zaczytana w książce, ale jakoś moje gałki wyczuwały ten moment i uciekały na bok, by spojrzeć. Podobnież było na studiach- wówczas wjeżdżałam 2010 1do Gdańska codziennie. Codziennie widywałam młodzież na tej górce i marzyłam, że JAK BĘDĘ MIAŁA CHŁOPAKA W GDAŃSKU***, to pójdę z nim na forty.

Nie dziwota więc, że gdy zarwałam sobie chłopa w dużym mieście, to pierwszym miejscem na drugą randkę były właśnie forty. Był rok 2007 i wtorek po Wielkanocy (zarwałam go w Wielką Środę). Coś mi świta, ze padało, ale nie jestem pewna. Tego dnia nikt nie zrobił zdjęcia upamiętniającego pójście na forty, bo ja, która miałam w torebci aparat, nie wiedziałam że mogę się z nim tak afiszować przed nowo zarwanym chłopem i nie zrobiłam tego.

2008 3Ponieważ  bardzo szybko się umówiłam z tym nowym chłopem, że weźmiemy wspólny ślub, to warto było zadbać o rytuały takie jak chodzenie w to konkretne miejsce tylko w ten dzień roku. Czas leciał także bardzo szybko i już chwilę później przyszła druga Wielkanoc. Po Wielkanocy nastał i wtorek i poszliśmy na forty po raz drugi. Byłam w cienkim płaszczyku i trochę zmarzłam, ale on był w głupawej kurteczce i jeszcze głupszej czapce, więc miał gorzej. Zrobiliśmy dużo zdjęć i było romantycznie. Potem poszliśmy do Sphinxa, a on do dziś mówi, że go wtedy naciągnęłam na lazanię. Sam wymownie nic nie jadł. Przyszliśmy do niego do domu i powiedział do swojego ojca: „tatusiu wydałem taty pieniądze na Oleńkę”. Każda inna rozsądna by go wtedy rzuciła, ale ja nie mogłam, bo nosiłam już jego… pierścionek. Poza tym ktoś musiał go uratować.

Czas mijał, a on popełniał jeden fo pas za drugim, ale takich chamstw jak tamto już nie walił. Gdy za trzecim razem poszliśmy na forty, było ciepło, a mnie następnego dnia czekało kolokwium z równań różniczkowych.

Czwarte 2011 2pójście było pierwszym pójściem małżeńskim. Wiało jak na Uralu i zmarzliśmy. Potem się grzaliśmy w położonej na 16 piętrze restauracji Panorama z widokami na całe miasto, gdzie krótko wcześniej posprzątała pewna celebrytka sprzątająca w restauracjach. Później wybraliśmy się do outletu odzieżowego autobusem jeżdżącym raz na godzinę, ale akurat zamknięto outlet w powodu awarii (koparka z pobliskiej budowy popsuła prąd ).

W roku 2011 specjalnie na ten dzień wracaliśmy z rodzinnych świąt na wsi. Było upalnie. Teraz bym doceniła tę pogodę. Wówczas mój brzuch i ja ledwo znosiliśmy ukrop i żar w samochodzie. Ponieważ był to wtorek, w Kościerzynie panował korek jak to na straganie w dzień targowy. Za miastem mojemu Gapciowi się przypomniało, że nie ma kluczy do Gdańska ni dokumentów i wracaliśmy… przez korek. Pojechaliśmy, przyjechaliśmy, wyschliśmy i poszliśmy. Byłam brzuchatką, ale jeszcze żwawą. Po fortach  udaliśmy się do Wojtka na klocuszki i zapełniliśmy 4 puszki.

W roku 2012 towarzyszył nam synek Lulaczek. Za dnia zajęła się nim babcia i korzystaliśmy z gastronomii oraz kinematografii,  a na doroczny spacer udaliśmy się dopiero wieczorem i ściemniało się niemiło. Zdjęcia wychodziły coraz gorzej. Wróciliśmy pospiesznie a tym, kto nawalił, byłam oczywiście ja, gdyż to mnie nie podobały się zapadające ciemności. Zresztą usunięto ławeczki ze szczytu i czuliśmy2009 3 niesmak. A należy czytelnikom wiedzieć, że układ dni tygodnia i samej Wielkanocy w roku 2012 był identyczny jak w 2007, co się już nie zdarzy za naszego życia.

Wczoraj poszliśmy w nasze miejsce po raz siódmy. Szliśmy z synkiem, lecz znów ja nie pomyślałam o kombinezonie na śnieg. Wyszliśmy z opóźnieniem, bo rano padało śniegiem. Synkowi słońce waliło w gałki i prawie drzemał. Dzierżył misia, ale miś mu spadał. Ja przypadkiem miałam dla siebie dwie czapki i to mnie uratowało od przewiania. Synek wypuszczony z wózka z miejsca wyczaił wszystkie naruszenia bezpieczeństwa-chodził po okratowanej nieszczelnie studni, a potem chodził przy krawędzi zbocza, a potem pobiegł i niezłapany na czas zasiadł w śniegu mocząc zadek i neruszki. Tym sposobem ogłosił koniec spaceru. Nie dość, że wcisnął się komuś na randkę na trzeciego, to nie chciał udawać, że go nie ma. W domu osuszyliśmy się szybko i ruszyliśmy omijając korki do centrum handlowego na pizzę 2012 1oraz po herbatki dla dziecinki. Synek jadł oliwki, których ja nie lubię, a Mąż chwilowo nie może. Dobry z niego synek- gdy jemy jajka, zawsze się z nim dzielę i on zjada białko a ja żółtko. Po zakupach zasnął w samochodzie, dał się w stanie uśpienia przenieść do domu i został ze swoją babcią podczas gdy rodzice pobiegli do kina na mało randkowy, acz wart obejrzenia film Syberiada.

Następne wyjście na forty za rok, jutro zaś jest drugie największe święto w roku- 4 kwietnia. Prognozy prześcigają się w próbach zepsucia randki. Tydzień temu obiecywali dzień słoneczny, teraz portale zgodnie twierdzą, że w każdym mieście Pomorza ma być śnieżyca całodniowa. My wybraliśmy Kartuzy. Choćby i śnieżyło, choćbyśmy musieli przesiedzieć 2012 2w lokalu dzień cały, randki nie przeniesiemy. Należy nam się ona jak psu micha, a dysponujemy tak dobrym kierowcą, że na miejsce jakoś dojedziemy. Zresztą ja nie wierzę z prognozy. Celem prognoz jest zatrzymanie nas w domu.

* Oczywiście mam na myśli wjazd od strony południa, wjazd z północy się nie liczy, bo jest przez Gdynię, a wiadomo jak ma się Arka do Lechii. My jako Gdańszczanie i właściciele zielonego samochodu oraz sąsiedzi pobliskiego pubu jesteśmy na na Lechię skazani.

**Mąż uważa, że to właściciel pupy siedzi, a pupa też leży jako i ten bagaż.

***Mógł to być chłopak ze wsi, ino żeby razem się w tym Gdańsku znaleźć, z młodzieńczymi sympatiami się nigdy w Gdańsku nie znalazłam.

Kiepściutkie ubranko z 2008

Kiepściutkie ubranko z 2008

2009 1

2011 3

2013 1

2013 2

2013 5

Reklamy

Niedzielny kierowca

DSCN4146Kiedy Cytrynna i Mąż poszukiwali wehikułu dla siebie, widzieli oferty niejednego takiego, którym „dziadek tylko do kościoła jeździł”. Cytrynna ze swojego dzieciństwa z kolei pamięta tłumy samochodów napierających na kościół i próbujących do  niego wjechać. Współcześnie cytrynnina rodzima parafia ma nawet frontowe wejście z parkingu. Ona sama nie ma aspiracji na jeżdżenie tylko do kościoła, jest taka fajna za kierownicą, że powinna jeździć cały czas za wyłączeniem jazdy do kościoła, bo kościoły są tak blisko, że nie ma co.

Wczoraj jednak, kiedy miała odbyć dwie podróże, okazało się, że ich zielony mustang nie odpala. Szczęśliwie zbiegło się to w czasie z propozycją najlepszego znajomego, że w jedną z zaplanowanych podróży zabierze on swoich przyjaciół. Już już mieli odmawiać i się wdzięczyć, że może to oni jego, bo przecież po drodze i och, ach, ale chcąc nie chcąc musieli skorzystać z tej jakże miłej oferty. Tym sposobem znów jechali turkusową limuzyną z beżowym wnętrzem.DSCN4119

Celem wczorajszej wyprawy było położone na obrzeżach mieszkanie W., w którym regularnie odbywają się spotkania planszówkowe. R. przywiózł Smallworld, a W. miał Bang. Gdy chłopcy grali w to pierwsze, Cytrynna sprytnie wycofała się do opieki nad Stasiem, bo gra miała mnóstwo zasad i była bardzo kolorowa, zbyt skomplikowana jak dla matki małego dziecka. Później, gdy jeden chłopiec sobie poszedł a postanowiono grać w Bang, musiała Cytrynna wziąć udział w rozgrywce jak ten przysłowiowy dziadek do brydża czy innego pokera. Tym sposobem Staszkowi pozwolono być samopas i to okazało się zgubne. Cwaniak wziął się za żucie jednego kafelka growego i zdestruował go. Przez to nieszczęsne wydarzenie małżeństwo czuje się zobowiązane odkupić właścicielowi grę.W efekcie posiądzie własną grę, a odda tylko jeden kafelek. Właściciel wprawdzie zapewnia, że kafelek jest nieistotny, ale wiadomo- nie można folgować i korzystać z kurtuazyjnych zapewnień. Staszek wczoraj sprzeniewierzył 6 dyszek i tylko faktowi, że małżeństwu gra się nawet spodobała, DSCN4145zawdzięcza, że nie sprzeniewierzył ich bezpowrotnie. W ferworze około-Stasich wydarzeń nikt nie zauważył, że wszystkie rozgrywki we wszystkie gry wygrał Mąż.

Z kolei poranną wycieczkę z dnia wczorajszego musiała rodzina zamienić na przejażdżkę tramwajową, która Staszkowi do gustu nie przypadła. Marzł biedaczek tak, że poliki mu  purpurowiały a na ręce łaskawie pozwolił wsunąć niekrępujące ruchów rękawiczki. I nawet dwa czisy w Maku jedzone przez każdego z większych i oddawane także DSCN4086mniejszemu nie uratowały sytuacji w drodze powrotnej. Podróż z wujkiem to był jednak o niebo lepszy komfort. Zwłaszcza, że Stasiaczek ma sympatyczną zabawkę kupioną na wagę przez mamusię. Jest to lusterko śpiewające, które rozjaśnia ciemność dziecka w ciemnym samochodzie. I mama śpiewa razem z lusterkiem. „Mirror, mirror, help me find…”.

Dzisiaj, gdy Staszek był u babć na obiedzie tak zdrowym, że mama by nigdy takiego nie zrobiła, bo mama wierzy, że większość zdrowia zapewnia duża ilość snu, a dopiero resztę te obiady u babć, rodzicom przyszło zająć się zmarzniętym akumulatorem zieloniutkiego. Jest to wyjątkowo dobry akumulator, bo zieloniutki dobrze używa swoich akumulatorów. Z pierwszego korzystał niezawodnie przez 12(!) lat, a teraz ma drugi, który państwo sprawili mu na swoją pierwszą rocznicę ślubu. Drugi akumulator też nigdy nie zawiódł, bo państwo, żyjąc na wsi,  wyjmowali skrzyneczkę zawsze, gdy nie planowali podróży i trzymali ją w cieple. Cytrynna opanowała wykręcanie do perfekcji. Tym razem jednak wyglądało na to, że w końcu i ten nowy niezawodny zawiódł. A nie mógł sobie stać taki zawiedziony, bo nadchodził poniedziałek a miejsce zaparkowania było miejscem płatnym poza weekendem.

DSCN4299Tutaj na scenę wchodzi sama Cytrynna i resztę opowie w pierwszej osobie jako uczestniczka opisywanych zdarzeń.

Żal mi było moich zgrabiałych łapek, które są takie suche, bo nie lubię ich smarować, gdyż kremy się nie wchłaniają. Łapki marzły na samą myśl o zdjęciu rękawiczek i wykręcaniu nieszczęsnego akumulatora. Już nawet zaplanowaliśmy gdzie akumulator umieścimy, żeby Stasia nie skusił. Już zaczerpnęliśmy informacji, skąd zdobyć prostownik (z samochodu taty na parkingu u pana Leszka, prawe drzwi). Nie posiadamy własnego prostownika, ponieważ nigdy nie był nam potrzebny i uważamy go za rzecz zbędną. Pomyślałam jednak, że wsiądę i spróbuję odpalić, bo przecież stoi już pół dnia na słońcu i to nie kosztuje i a nuż odpali. Odpalił oczywiście. Za pierwszym razem, jak zawsze. Być może miał wczoraj grypę jako i mama moja oraz mama matki chrzestnej, obie zupełnie niezależnie. Nikt nie ma do zieloniutkiego pretensji, ale na wypadek gdyby wczorajsze niedomaganie było niedomaganiem akumulatora należało jechać go rozjeździć.

Należy jeszcze czytelnikom wiedzieć, że akurat mieliśmy prawie 3 godziny, bo mieliśmy iść do kina na randkę małżeńską jak nasi znajomi z Warszawy. Pozakinowe miejscaDSCN4227 randkowe także znajdują się w promieniu 5 minut pieszo. Innych, średnio odległych miejsc randkowych nie znamy, bo nie bywamy. Znamy jeszcze tylko Sopot, który znajduje się 14 km od celu do celu. Skoro samochód odpalił, to ruszyliśmy bez zbędnego zastanawiania. Lanos próbował mnie zniechęcić do siebie tak jak w dniu zakupu, gdy na dużym skrzyżowaniu nie chciał dać sobie wrzucić trójki, ale zatrzymałam się i dwa razy przećwiczyłam WSZYSTKIE biegi i on zrozumiał, że ja wiem, co robię i był już posłuszny. Jechałam i jechałam, zmieniałam pasy, rozpędzałam się, by zdążyć na zielonym lub turlałam się powoli na widok czerwonego, by w efekcie nie redukować biegu do jedynki, lecz ruszyć za ślamazarną kolumną z dwójki. Delektowałam się pustymi pasami i możliwością ich płynnego zmieniania. Mąż się trochę utemperował i tez rozumiał, że należy chwalić. Gdzieniegdzie bąkał, że chyba zmieniam pas choć nie zmieniałam, ale na drogach zwężonych o pokłady śniegu mogło mu się zdawać. Było bardzo sympatycznie. Bez trudu znalazłam drogę na której już raz pilotowałam, a którą ze dwa razy jechałam też jako nie-pilot (jechaliśmy potocznie zwanym pasem nadmorskim, bo inaczej-po prostej to żadna atrakcja).

Okazało się, że nie będzie żadnych problemów z parkowaniem i nie musimy się skrycie zakradać na tyły urzędu miejskiego, w które wtajemniczył mnie dziadek-geodeta i stały bywalec DSCN4149tegoż urzędu. W niedzielę nawet w Sopocie parkowanie nie kosztuje. Zrobiłam pętelkę by wrócić na przeoczone miejsce i wysiedliśmy. Odwiedziliśmy Carrefour, w którym kiedyś kupiliśmy multum wody, gdy Stasio był jeszcze świeżynką nieujawnioną. Poszliśmy na Monciak. Szliśmy prędko w dół chcąc szybko osiągnąć pijalnię czekolad, ale zatrzymały nas gofry w atrakcyjnych cenach. Pożywieni popędziliśmy na molo, bo wydawało się, że jest ciepło. Rzeczywiście było cieplej niż dwa tygodnie temu i cieplej niż w kwietniu, bo nie wiało. Wiatr od morza (znany z „Ludzi bezdomnych” słynnego pisarza erotycznego) nie wiał, bo morze zamarzło. Zamarzło do połowy. Połowy mola. Ptaki szlachetnych typów siedziały i czekały na zostanie nakarmionymi. Ludzie szli przez molo prosto w morze, a im głębiej w morze, tym bardziej jednak wiało. Gdy moje policzki zrównały się kolorami z czapeczką, zawróciliśmy. Poszliśmy do Montblanka na czekoladę. Ja wzięłam oczywiście białą, bo deserową to robię w domu i nie jest gorsza, biała to taki niby frykas. Następnym razem muszę pamiętać, by jednak zasknerzyć i wziąć czystą, bo dodatki przyćmiewają czekoladzie smak.

Wróciliśmy do domu, bez przeszkód, bez ani jednego zgaśnięcia i z jednym tylko zaszarżowaniem na łuku i wirażu gdy się światło zmieniało na niekorzystne i DSCN4077szkoda było tracić pęd. W domu oczywiście syn nie spał, bo podobno nikt poza nami go nie potrafi uśpić. Z czasem zaobserwowaliśmy też, że magnetyczny miś z lodówki został zrzucony, a następnie pozbierany z kawałków i ukryty, ale osoby odpowiedzialne nie przyznają się i zrzucają winę na grawitację. Niemniej jednak jest bardzo sympatycznie. Staszek zdążył już zasnąć, obudzić się niezadowolony i ponownie zasnąć. A my mamy wszelkie szanse na publikację posta przed północą i rozegranie rozgrywki małżeńskiej w upragnione od wielu dni Carcassonne.

A bycie niedzielnym kierowcą polecam każdemu, kto chce nabrać pewności siebie. Ja jestem już tak pewna siebie, że bym i do Warszawy nas zawiozła, albo, nie bądźmy skromni, do Zakopanego też.

DSCN4240

DSCN4262

DSCN4225

Jakaś sobota wieczór, czy co?

DSCN2980Odkąd pamięć sięga nie mieliśmy tak przyjemnego dnia. Mąż wynegocjował z rodzicami, że od 11:30 do 15:00 oraz od 17:30 do 19:30 zajmą się Stasiaczkiem. Godziny powrotów były twardo ustalone, gdyż rodzice twierdzą, że nie potrafią synka uśpić oraz, bardzo wygodnie, że nie potrafią sporządzić kolacji. Dopołudniowe 3 i pół godziny to bardzo niewiele, ale jeśli dobrze się je zaplanuje, mogą być wystarczające. Wstępny plan przewidywał jazdę do Feszyn Hałs w Szadółkach, gdzie nigdy jeszcze nie byliśmy w okresie przecen, a miałam szansę dostać wiele tanich sukienek i może kubraczek na zimę, który nie byłby płaszczem po mamie ani po teściowej. Jedyny autobus odjeżdżał o 11:29 z przystanku odległego o około 10 minut drogi. Wybiegliśmy z domu o 11:27 ignorując informacje o przyniesionych nam zakupach. Szybko jednak przypomniało się nam, że bieganie robi Mężowi podobnie źle jak mi robiło na miesiąc przed porodem. Postanowiliśmy nie biec i zmienić plany. Przypieczętowaniem zmiany planów okazał się być brak karty pamięci w aparacie. DSCN3012Mąż wrócił się po kartę, bo lepiej nie pojechać i móc robić zdjęcia niż pojechać i nie móc robić zdjęć.

Pomyśleliśmy, że możemy pojechać pociągiem skm, skoro Mąż i tak ma bilet miesięczny a ja mam zapas bilecików w portfelu. Nie wiedzieliśmy, gdzie wysiądziemy, ale pojechaliśmy. Pojechaliśmy najdalej jak bilety pozwalały, bo aż do Sopotu. Sopot jest bardzo randkowy, mimo że Mąż tam pracuje, bo pracuje po stronie lewej, a wszystko inne odbywa się po prawej stronie (torów i głównej przelotówki). W Sopocie byliśmy tuż przed zrobieniem testu ciążowego i było bardzo fajnie. Miałam wówczas szarą kurteczkę, którą bardzo lubiłam, a w której wkrótce później zepsuł się zamek. Z powodu przedłużającej się reklamacji oddano mi pieniądze i mogłam sobie kupić kurteczkę niebieską, niby ten sam model, ale nowszy, tańszy i gorszy. Nostalgiuję za szarą kurteczką, a ponieważ motywy chodzą parami, to mijaliśmy sklep indyjski o nazwie Nostalgia, który w mojej wczesnej młodości bardzo mnie kręcił. Mimo upływu lat miałam jednak dziś tę samą czapeczkę, co przed laty. Czapeczka jest z Zakopanego i chociaż posiadam wiele nowszych, tę faworyzuję. I Męża też miałam tego samego, co wówczas.

DSCN3060W Sopocie poszliśmy do Maka na czisy, bo ja rano nie zdążyłam zjeść śniadania. Potem zaczęliśmy wędrówkę Monciakiem w dół. Pierwszym przystankiem była pijalnia czekolady Wedel, gdzie się grzaliśmy i gdzie pani będąca z mężem i córeczką wskazywała swemu mężowi mego męża za wzór do naśladowania gdyż ten mój zdjął ze mnie płaszcz. Tam też, korzystając z internetu w telefonie, przejrzeliśmy repertuar kin by zdecydować, że nie ma nic, co by nas mogło uraczyć. Powędrowaliśmy dalej w dół. Chcieliśmy pić kolejną czekoladę w belgijskiej czekoladowni, ale nikt z nas nie miał spustu na takie kalorie. Wsiedliśmy do windy w budynku informacji turystycznej, gdyż winda chroni od wiatru i roztacza widoki. Wjechawszy na trzecie piętro wysiedliśmy i okazało się, że jest tam lokal z tanią herbatą i widokami. Obserwowaliśmy morze, które nie zamarzło, lodowisko i wyświetlacz informujący o reklamach oraz dacie i pogodzie. Zastanawialiśmy się, DSCN3144czy jest -1,7 czy -17, bo wyświetlacz był częściowo ośnieżony. Wkrótce później jednak inny wyświetlacz poinformował, że według niego na dworze panuje -2, ale odczuwa się -9. Było to zgodne z moimi odczuciami. Rozgrzawszy się, zdecydowaliśmy nie iść nad morze, bo jednak zapas polarków z plecaka wyczerpał się a dalej wiało i przewiewało. Powędrowaliśmy w górę i akurat był czas wracać.

Sopot nie jest może miejscem idealnym na randki, bo ilekroć tam jesteśmy, to albo jest zimno, albo są tłumy jak latem, ma w dodatku brzydkie stojaki na rowery i  gorsze choinki niż u nas. Choinka na głównym gdańskim deptaku jest duża i prawdziwa i można ją zmacać. Choinka z Sopotu jest ogrodzona i tylko ktoś tak długoręki jak Mąż może przechylić się przez barierkę. Wtedy jednak poczuje, że jest to choinka sztuczna, z najpodlejszych trocin sztucznochoinkowych i nawet nie jest drzewem, lecz sznurami trocin spuszczonymi wzdłuż drucianego stelaża udającego drzewo. Ale broni się Sopot sankami. U nas sanek nie widziałam, u nas śnieg momentalnie zamienia się w błoto, w Sopocie zaś jest tak zimno, że mają i śnieg i ludzie mogą wozić dzieci sankami. Maurycyteo pisał niedawno o sankach dla dzieci. DSCN3022My dziś widzieliśmy dzieci w sankach z kocykami, z pokrowczykami i do pociągania i do popychania. Nie znałam sanek do popychania. To jest super, że można dzidziunię popychać i nie trzeba włazić w zaspę ilekroć się spojrzy na taką dzidzię. Kupimy Staszkowi sanki do popychania i pojedziemy z nim do Sopotu.

Dojechawszy do Gdańska weszliśmy po drodze do Madisona, gdzie można kupić ciabatty z suszonymi pomidorami. Akurat ich nie było, ale miały dojść za 10 minut. W tym czasie poszliśmy do kapucynów, z którymi było ustalone, że zależnie od stanu synka możemy potwierdzić lub odwołać chrzest w zupełnie ostatniej chwili. Kapucyni są naprawdę w porządku, ale ich nadrzędna parafia- kościół pw. Świętej Brygidy to dopiero jest w porządku a nawet super. Wprawdzie kancelaria pracuje w nie najdogodniejszych porach, ale gdyby każdy tak pracował jak ta kancelaria to byłoby cudo. Spotkaliśmy się już z uprzejmością pań w urzędach, gdy towarzyszył nam Stasio, ale kancelaria była rozumiejąca, wyrozumiała i idąca na rękę w każdej sytuacji, nawet bez Stasia i żaden ze spotkanych tam księży nie był tak protekcjonalny jak nasz domowy proboszcz czy proboszcz ze wsi. Zaczęlibyśmy regularne DSCN3113chodzenie do Brygidy, ale chodzimy już do kapucynów, którzy są jej kościołem rektorskim i bardzo ich lubimy. Ponadto kapucyni mają sympatyczną i nieszkodliwą scholę dziecięcą, a wiem z doświadczenia, że w Brygidzie śpiewa pani organistka, która nieco nie najlepiej rezonuje z moimi bębenkami.

Skończywszy z sympatycznymi kapucynami wróciliśmy po bułki i zakupiliśmy ich 13. Większość została zamrożona. Tak rzadko się trafiają. W domu Stasiaczek Lulaczek został uśpiony, a my zjedliśmy obiad i zaplanowaliśmy, co zrobimy, gdy wstanie. Po przebudzeniu Lulaczka mieli wrócić rodzice na dalsze dwie godziny opieki.  Rozważaliśmy pójście do Cafe Południk 18, gdzie graliśmy raz w Carcassonne, gdy jeszcze nie mieliśmy własnego, ale uznaliśmy, że mają za mało dodatków na zaspokojenie naszych wyuzdanych już potrzeb. Wzięliśmy więc własną grę i poszliśmy szukać innej kawiarni. Chcieliśmy sympatycznego lokalu z dużym stolikiem, jednak z nieznanych przyczyn DSCN3174(jakaś sobota wieczór czy co?) wszędzie były tłumy i tłumy potrafiły nawet dwuosobowo zajmować duże stoły. W sympatycznym Cafe Retro, gdzie kiedyś oblewaliśmy (herbatą) przyjazd mojej maszyny nie było dużych stolików. Oferowano nam, że zadzwonią, gdy się jakiś zwolni, ale nie mogliśmy czekać. Nasz zegar tykał. Nie grymasząc więcej zdecydowaliśmy się na sprawdzoną Pikawę, gdzie jest najlepsza znana szarlotka i gdzie wprawdzie nie było dużego stołu, ale mogliśmy za to wybrać między jajowatym oraz nieco mniejszym-kwadratowym. Wzięliśmy ten jajowaty na samym środku głównej sali, bo Mąż łaknął zgiełku. Graliśmy póki starczyło kart, inicjując dziś kolejny dodatek-rzekę i spóźniając się nieco na żądaną godzinę. Wygrałam oczywiście ja, bo Mąż buduje długie drogi zamiast skupić się na odbieraniu mi miast jako ja czynię. Niestety jaki stół taka gra- była jajowata. W wielu miejscach trzeba było rezygnować ze wspaniałych DSCN3165możliwości, bo nie było gdzie dokładać kart. Ale za to całość była zwarta w przeciwieństwie do naszej klasycznej gry na dywanie.

Stasiaczek po powrocie nie chciał jeść ani jaglanki, ani kanapki ani nawet przygotowanej przez nas manny. Dziadkowie z kolei nie chcieli pójść nie pomógłszy przy kąpieli, której nasze dziecko nie znosi. Obiecaliśmy im jednak, że najpierw nakarmimy Stasiaczka. Akurat nagrywał się sympatyczny stary polski film, który mieliśmy oglądać dziś wieczorem, jednak około 20:50 zdecydowalismy się dołączyć do lecącego już „masz wiadomość”. Żadne z nas nigdy tego filmu nie widziało, chociaż też jest bardzo stary i  pewnością leciał w niejednym autokarze pędzącym przez noc ze szkolną wycieczką. Synek również chętnie oglądał, gdyż od czasu swej choroby jest zapalonym telewidzem. Natomiast film nagrany zostanie nam na jakiś inny wieczór, w którym telewizja nie zapewni takich miłych atrakcji.

DSCN3042