Majówka z Maurycym*

DSCN7485W tym roku zgodnie z zapowiedzią mieliśmy majówkę. Zaczęła się w ostatniej chwili, bo do przedostatniej Mąż pracował. Zaczęła się poniekąd pozytywnie, gdyż w drodze mieliśmy stłuczkę niegroźną, która zapewniła nam 200 złotych gotówki na majowe szaleństwa. Biedny jest Lanos, ale właśnie dbamy o niego. Siedzi w warsztacie, do którego zawiozłam go osobiście i zupełnie samodzielnie.

Wieczorem pierwszego dnia majówki nad Wdzydzami powitaliśmy gości z daleka, zaprzyjaźnione małżeństwo blogerów z dziećmi i króliczkiem. Dostaliśmy od nich ekskluzywny prezent, który trafił w nasz gust i który przywieźliśmy ze sobą do Gdańska by kontemplować, chociaż bardziej pasuje on do wsi. Na króliczka zaś poleciał Staszek i zupełnie przez to zapomniał, że powinien chociaż przez kwadrans pobyć nieufny.

Ogólnie nie miewamy gości, gdyż nie mieszkamy u siebie. Czasem nie możemy mieć gości, a czasem, jak w roku 2011, dobrowolnie zasłaniamy się faktem niemieszkania u siebie. Tym razem jednak zrobiliśmy wszystko, by móc gości mieć. Poniesione wysiłki, których było mnóstwo, opłaciły się.

DSCN7401Spędziliśmy kilka uroczych dni, zrobiliśmy dużo zdjęć, wieczorami grywaliśmy w Dixit, moim zdaniem nader przeciętną grę, która jednak w tym akurat towarzystwie sprawiała wrażenie fajnej. Wydaje mi się niemożliwe, żebym to ja miała być tym, kto co wieczór nalegał, by nie grywać w co innego, ale chyba tak właśnie było.

Byliśmy w Garczynie na strusiach. Zadziałało słynne prawo traktujące o tym, że ilekroć przyjedziemy do pustego miejsca, momentalnie się ono zapełnia. A nie nadjechaliśmy wcale rano. Poszliśmy na klasyczny spacer wokół jeziora zahaczając o gospodarstwo z koniem, kurami i gęsiami. Dzieci lubią zwierzaczki, więc była to atrakcja w sam raz dla nich. Mój Mąż DSCN7251bardzo chciał mieć sesję erpegie i przymusił męża z zaprzyjaźnionego małżeństwa do jej przeprowadzenia. W tym celu nadjechali koledzy. Nie mógł jednak ten mój Mąż w pełni korzystać z tejże sesji, gdyż zamartwiał się, jak to źle zrobił żonie z zaprzyjaźnionego małżeństwa. Jak zwykle nie myślał o żonie własnej, która wcale nie miała lepiej.

Goście za pomocą swoich dzieci pokazali nam, jak bardzo potrzebuje rodzeństwa Staszek. Do myślenia o rodzeństwie zachęcają nas też sąsiedzi, z którymi interaktowaliśmy wczoraj. Nas zachęcać nie trzeba, gdyż Staszek musi mieć konkurencję i sam o rodzeństwo prosi zapewniając z bagażach wcale niepotrzebne lubrykaty.

Mimo, że atrakcji takiego typu, jaki zapewniamy sobie naDSCN8190 naszych „zwykłych” wyjazdach było jakieś 5 razy mniej, zgodnie uznaliśmy majówkę za jeden z dwóch najlepszych wyjazdów, jakie nam się trafiły odkąd na wsi nie mieszkamy. Mąż od chwili pożegnania powtarza w kółko „ale fajnie było z …”<- tu pada nazwisko rodziny, którą gościliśmy. Ja jednak nie byłabym sobą, gdybym nie zwróciła uwagi na kwasy. Otóż mąż z zaprzyjaźnionej rodziny zjadł wszystkie czipsy na raz, mimo że były to czipsy dla diabetyka a mieliśmy tez pełno czipsów zwykłych. A mój Mąż może jeść tylko takie dla diabetyka i  w dodatku lubi jeść paczkę przez tydzień. Drugim kwasem było pokazanie dwóch środkowych palców na raz i to bez wyraźnego powodu. Tak się nie robi (Misi).

DSCN8086Po pożegnaniu udaliśmy się do S., wioski, w której rezydował Marcin z dziećmi i teściami**. Synek lulnął po drodze i spał sobie w cieniu, a zbudziwszy się, nie mógł dojść do siebie i przypuszczamy, że miał szoczek, że się zdziwił i że tęsknił. Z tej swojej niemocy w dojściu do siebie, nie skorzystał z możliwości chodzenia boso po trawie ani interaktowania z dziewczynką ledwo co starszą.

Wróciliśmy do domu i zrobiło nam się bardzo przykro i nie miało to nic wspólnego z koniecznością sprzątnięcia tegoż domu, lecz spowodowane było rozdzierającą serca tęsknotą podkreślaną przez pustkę tego, niedawno jeszcze tak pełnego domu.Sprzątaliśmy jednak dzielnie aż do 23 żeby ci, którzy przyjadą po nas mogli mieć wrażenie, że nikt oprócz nich w tym domu nie bywa. Bardzo lubią mieć to wrażenie.

DSCN7491Wpis jest taki mało szczegółowy, bo smutno mi jak wspominam. Podobnie ma Mąż, więc smucimy się razem wśród fotek. Goście, nie dość, że wcale nie byli intruzami, to okazali się być fajniejsi niż obie nasze rodziny razem wzięte (nie liczę tu Staszka, bo on jest jednak bardziej nami niż naszą rodziną).

*Tytuł wpisu wymyślił Mąż, niezależnie od tytułu bliźniaczego wpisu u Maurycego.

**Marcin jest jedyną osobą wymienianą na blogu z imienia.

DSCN7814

DSCN7820

DSCN7512

DSCN8013DSCN7823

Sloł liwing

Jesteśmy w domu czyli na wsi. Przyjechaliśmy na dwie noce i w nadziei na grzyby. Sąsiad miał wczoraj pełne wiadra z tych okolic właśnie. Staszo dziś cały dzień marudziło, oczko ropieć przestało, ale marudność niesamowita dziecię ogarnęła. Zataczało się niczym pijak i po każdym zatoczeniu rzewnie wyło, bo łkaniem tego nazwać się nie da. Apetyt zerowy, ale na to akurat nerwy mam stalowe, dopóki dziecko pije. A pije. Trochę mniej, ale wystarczająco. Więcej, niż pić dostaje gdy nie pod moją opieką przebywa. W samochodzie dziecko ożyło i odżyło. Liczyłam, że zaśnie, a nie zasnęło, nic to jednak, bo spało wcześniej. Rozpoczęła się nasza dwudniowa przygoda ze sloł liwingiem. Oczywiście jutro nieliczne i z samego rana jedynie się odbywające Msze oraz chęć wyprzedzenia innych grzybiarzy w dzikim pędzie po pełne kosze zmusza nas do pewnych ustępstw, ale jednak ogólnie zamierzamy się nie spieszyć. Pierwszy raz od lat nie przyjechały z nami żadne książki do magisterki, sam wyjazd choć krótki, ma charakter stricte nienaukowy. Ja to zamierzam sprzątać, bo już poprzednim pobytem dużo ogarnęłam i są szanse na efekty, a ja lubię gdy są efekty. Mam już na sobie tutejszą piżamę, którą od dłuuugiego czasu noszę tylko i wyłącznie tutaj. Mąż opracowuje scenariusz na mającą się wkrótce odbyć sesję RPG swoich marzeń. Staszo śpi w swoim łóżeczku. Raz już próbowało wymusić przejście do dużego łóżka, krzykiem oczywiście, ale mama po raz pierwszy nie była miękka, a chyba mu tez bardzo nie zależało, bo niemal nie oponował wracając do łóżeczka. Zresztą tutejsze łóżeczko jest dużo wygodniejsze od gdańskiego. Nie ma co się oszukiwać, i tak wiadomo kto w czyim łóżku skończy.

 Najlepiej sloł liwing prowadzić w Lidlu. Sobotni wieczór jest ku temu idealny. Lidl jest pustawy, wszak wszyscy zrobili zakupy przed południem w największym tłoku lub odłożyli na niedzielę, by ja właściwie święcić. Nieliczni tylko przybywają po trunki na wieczór. W Lidlu jest wszystko, co potrzeba. Są wrzosy na sadzonki, jest pieczywo typu bułki, jest ser gorgonzola, są ciastka amerykańskie z czekoladą, które może jeść już i domagające się frykasów Stasio. Są ziemniaki- do wyboru w workach lub na sztuki. Samodzielnie wybierając można wybrać te lepiej się nadające na frytki, a do tego jest taniej. Jest śmietana do jutro_zebranych maślaczków. Są chipsy najróżniejszych struktur i smaków, nawet takie w kształcie misia. Są oczywiście soki typu kubuś. I maślanka. I banany dla niemających apetytu niemowlaków. I słoiki dla leniwych lub rekreujących się matek. I znicze, ale to akurat nam nie było dziś potrzebne. I woda_z_Lidla, dla uzależnionych od wody, najlepsza w smaku ze wszystkich znanych wód, mineralne konkurująca z Cisowianką, lepsza od Pomorzanki i przy okazji najatrakcyjniejsza cenowo. I już słodycze bożonarodzeniowe. W zeszłym roku zaskoczyły nas 4 października, w tym roku są jeszcze wcześniej. Mąż był łaskaw nawet kupić mi keks z marcepanem, który smakiem wprawdzie nie powala, ale smakuje Świętami. Nie śmiałam już prosić o pierniki norymberskie, które smakują nocnym jedzeniem podczas nocnych karmień Stasi. (Mężu, gdybyś to czytał przed poniedziałkiem, to będziesz wiedział jak mnie ucieszyć). Wracając do Lidla, nie zapomniano i o atrakcjach dla najmłodszych. Wózek jak to wózek, jeździ i ma miejsce na berbecia. Jest i karton, z którego maluch nie wyjdzie sam choćby poskoczył. A żeby sloł liwing z Lidla rodem był naprawdę sloł, to pracuje tylko jedna kasa. Nikomu to jednak nie przeszkadza, bo nikt się nigdzie nie spieszy!

 Posilona lidlową bułeczką Stasiunia nabrała humoru i przyjechawszy pod dom zakręciła się niczym rasowa gospodyni. Doglądała, jak rodzice nosili tobołki i zakupy, wymachiwała pogrzebaczem, testowała zmiotkę i trochę też szufelkę. W końcu zabrała się za zupełnie ręczne wywalanie popiołu z kominka, który sama otworzyła. W tym jednym miejscu po paru minutach matka zainterweniowała, umyła łapki i kominek zamknęła, a popiół zmiotła. Dziecko odmówiło kolacji, ale wypiło większość mleka, po czym wcale nie miało zamiaru spać, lecz odbierało bodźce. Chichrało się jak przysłowiowa pensjonarka i kombinowało, czy lepiej wydłubać matce nos, czy wydrapać oczy. W końcu matka swoim schrypiałym głosem opowiedziała krnąbrnemu synkowi najnudniejszą historię jaką udało jej się skompilować i to go zmogło.