Fotostory o poziomce

W zeszłą sobotę stanął nam w polu Lanos i zostawiwszy go, ruszyliśmy z wózkiem w 4 kilometrową podróż do domu. Inna szczęśliwa rzecz, że to pole, w którym zepsuł się, było 200 metrów od warsztatu. W podróży do domu okazało się, że w przydrożnym rowie pełno jest poziomek. Nie mogliśmy się nimi najeść, bo dziecko głodne i gorączkujące jechało w wózku. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że gorączka jest z ząbkowania i ja się martwiłam. W międzyczasie rodzina powiedziała nam, gdzie są jagody, więc w niedzielę, zaraz po Mszy i bez obiadu zapakowawszy mleko, termosy, pieluszki, chusteczki, ciuszki na zmianę i chipsy dla siebie oraz puste słoiki w ilości hurtowej ruszyliśmy na długą pieszą wycieczkę trasą sentymentalną, którą pokonywaliśmy w sierpniu 2007, oboje z gorączką, bez sprawnej komórki i bez wody a Mąż nawet z kleszczem w udzie. W planie były jagody, jagody, jagody oraz poziomki. Po litrze jagód jagody znudziły się a zaczął się las poziomkowy. Stasio po mleku spało, potem nie spało, ale zbieranie poziomek akceptowało. Cwaniaczek zjadł liście dębowe, które dostał do zabawy, więc w przydrożnym rowie zwrócił je, dał się przebrać i czerpał radość z przydrożnego rowu,  ja sprzątałam wózek po wymiotach, a Mąż zbierał poziomki, których już wówczas mieliśmy litr, ale trafiło się takie poletko, że grzechem byłoby przejść obok niego obojętnie. Efekt- słoik 0,7 litrowy na dodatek. Owoce zagotowane czekały w lodówce na poniedziałek, który miał przynieść cukier żelujący oraz truskawki na rozmnożenie poziomek, gdyż straciły one na objętości boleśnie. W jedynych dwóch sklepach w naszej wsi tego dnia truskawek nie było, ale na szczęście po południu przeszedłszy w deszczu owe 4 kilometry odebraliśmy naszego zieloniutkiego i mogliśmy sprowadzić truskawki z nieodległej Kościerzyny. Mimo godziny 19 pan z samochodu sprzedawał truskawki na koszyki. Uśpiwszy Stasio dokonaliśmy reszty, truskawki miksując a następnie dodając do nich całe poziomki. Wyszło 1,5 słoika jagód oraz 9,5 słoika truskawko-poziomek, które są ekstra. Uf, z tego wpisu o mało nie przypaliła mi się kaszka na jutrzejsze śniadanie dziecka. Ale jednak nie, dobrze jest, a będzie jeszcze lepiej.

Reklamy

Jeżyk i gorączka

Właśnie przybyły mi 3 ładne strony zwiększające objętość mojej nieszczęsnej pracy magisterskiej. Zimno jest bardzo, dolega mi wszystko, czyli gorączka z dreszczami, ból gardła, mięśni, ucha, zatok i ogólnie głowy, karku i jeszcze mdłość. Wszelkie powody, by na dziś zakończyć pracę. Och, jakże chętnie bym spała jednym ciągiem wiele godzin. A jeszcze chętniej i bardziej długoterminowo tworzyłabym cuda, które widzę oczami wyobraźni z wspaniałych regularnie dodawanych do kolekcji materiałów. A trochę mniej chętnie i może długoterminowo, ale w terminie odległym, zajęłabym się dekupażem, bo wydaje mi się, że mogłabym to robić ze Stasio i byśmy się fajnie bawili.
Ale napisać chciałam przede wszystkim o jeżyku. Jeżyki są super i jeszcze jakoś żyją w tym mieście, chociaż lekko nie mają. Na poboczach dróg ostatnio widzieliśmy mnóstwo (ok 1szt/10km) martwych przedstawicieli gatunku, a wczoraj jeden zabłądził nad Motławę i biedny nie miał jak się wydostać, bo do najbliższej zieleni daleko i trzeba byłoby jeszcze przez bramę przejść, a brama akurat przynależała do lokalu gastronomicznego. Trzymał się muru, a każda próba wychylenia kończyła się zdjęciami z fleszem robionymi przez uhahanych turysto-kibiców. Na szczęście pojawiliśmy się my, którzy już jednego jeżyka mamy na zdjęciu i więcej dręczyć nie potrzebujemy i go uratowaliśmy. Ja dałam rękawiczki ze skóry, które noszę w kieszeni, gdy już mam kieszenie przy sobie, Piotr założywszy je, wziął zwierzątko i cały czas czując szybkie bicie jego jeżego serduszka zaniósł do najbliższej enklawy zieleni- w okolice nieczynnej toalety publicznej na ulicy Świętego Ducha. Tam jeżyk po chwili się odwinął z kulki i ruszył aklimatyzować się na nowym, względnie bezpiecznym terenie a my jeszcze przeżywaliśmy akcję.

3-miesięczne Stasio z jeżykiem z pluszu