Zagubiłam się

DSCN3856Znalazłam na pulpicie folder pełen słitaśnych fotek do wpisu, który nie powstał, bo zasnęłam wtedy, gdy powstać miał. Teraz to one do niczego już nie pasują. A był to ten weekend, który obejmował 24 i 25 sierpnia. To wtedy pewien paskudny zgred w średnim wieku przyszedł do nas nad Strupino i rzekł chamskim i roszczeniowym tonem, że nasze dziecko za głośno mu się drze i że on nie po to przyjeżdża tutaj żeby mu się ktoś darł. A nie byliśmy na jego pomoście. Ze zgredami tak to już jest, że nie ma dla nich dobrej riposty. Do dziś nie ma. a dziecko akurat krzyczało z radości, bo ten pomost szczególnie lubi i kamienie stamtąd wrzuca do wody. Podobnie jest z jełopami, które zaparkują sobie na chodniku w deszczu. Wózkiem nie przejadę, ale mojej niezawodnej naklejki też nie przylepię, bo szyba mokra i nie będzie się trzymać wcale.

A w ogóle poza tym to mi się nic pisać nie chce, musiałam dziś dużo zmoknąć, bo akurat popsuły się wszystkie tramwaje w mieście i trzeba było będąc już całym mokrym szurać na pociąg, czyli kolejkę. Kolejka przyjechała i ja w nią wsiadłam w ostatniej chwili, a w chwili wysiadania okazało się, ze nie była to kolejka, lecz przewóz regionalny i gdyby mnie skontrolowano, to prezenty urodzinowe poszłyby się gonić. Jestem więc wykończona nerwowo, bo podziałało to na moje nerwy.  Co zaś tyczy się prezentów urodzinowych, to na pewno jakieś będą, bo przecież mam jutro urodziny jak i rok temu miałam.

Niepewność jutra mnie dobija, bo w ogóle nie wiem, czego się spodziewać. Mąż mówi, że nie ma dla mnie nic i nic nie planuje. Oczywiście tak może być naprawdę, ale prawdopodobnie ma mnóstwo i ma jakiś znakomity plan niespodziankowy, lecz nie chce go zdradzić, a ja przecież nie znoszę niespodzianek i jakiejkolwiek niepewności.

Poza tym skończyło mi się lato, a ja przecież nie znoszę jesieni i nie toleruję zimy. Ale kupiłam dziś sobie cały komplet Ani z Zielonego Wzgórza, taki sam jak kiedyś miałam i taniej niż niegdyś sprzedałam, czyli zaspekulowałam z korzyścią.

DSCN3891

DSCN3913

DSCN3928

DSCN3997

DSCN4009

DSCN4066

DSCN4088

DSCN4091

????????????????????????????????????????????????

DSCN4122

Reklamy

Noce bywają chłodne

sad3Dzisiejszy dzień rozpoczęliśmy jak zwykle za wcześnie. Jesteśmy na wsi i mamy tu bardzo wygodne łóżko, dokładnie takie jak w Gdańsku, przy czym tutejsze nam podarowano, a gdańskie kupiliśmy sami. Tu jednak, w przeciwieństwie do miasta, można sobie w nocy otworzyć okno i oddychać powietrzem a nie własnym azotem czy innym dwutlenkiem węgla, więc śpi się znakomicie. Nic więc dziwnego, że kiedy synek zarządził pobudkę, nikt jakoś z impetem nie zbiegł na dół celem przygotowania śniadania. Inna kwestia, że nie za bardzo było z czego śniadanie przygotować. Z trudem wyżebrałam podanie mi herbaty do łóżka. Osoba przynosząca (w tej roli Mąż) wygarnęła mi, że do łóżka to ja sobie mogłam godzinę wcześniej.

Ponieważ, jak powszechnie wiadomo, ja funkcjonuję na czułość i bardzo źle znoszę, gdy ktoś jest niemiły, musiałam zafunkcjonować na niższych obrotach. Osobą przygotowującą wyjazd był Mąż i o mało nie zapomniał o bateriach do aparatu, a ciasteczek dla mnie to w ogóle nie wziął. A oprócz czułości, ja funkcjonuję przecież też na cukier. Jakoś nam się udało jednak wyruszyć i to przed dziesiątą, co w naszym przypadku oznacza sukces częściowy. Udaliśmy się oczywiście do miasta, gdyż brakowało wody, brakowało bananów, brakowało pieczywa, brakowało dziecięcego picia, kończyły się pieluchy… Jednym słowem, bida z nyndzo.

Na naszym niedawno odkrytym i ulubionym parkingu nie było wcale miejsc, w rossmannie była promocja tylko na drogie i ekskluzywne pieluchy premium, których nawet nasz wymagający syn nie stosuje. W efekcie ten jeden raz je postosuje, bo inne się po prostu nie opłacały*. Pod Lidlem w ogóle nie było miejsc, ale ja jedno znalazłam. Rok temu bym nie umiała na nim zaparkować, ale jak wiadomo z dnia na dzień jestem coraz lepszą kierowniczką.

Kupiwszy bułki i keczup, udaliśmy się nad jezioro Sudomie, nad które trafiliśmy po raz pierwszy. Znaleźliśmy ładny pomost i tam rozbiliśmy obóz śniadaniujący. Niebo było najładniejsze na świecie, lepsze niż kiedykolwiek, najlepsze tego lata. Wychodziły urocze foteczki, a błękit nieba odbijał się w tafli wody. Wywrotka, której popuściła cuma, omal nie odpłynęła na środek jeziora. Zjedliśmy przemiłe śniadanie i ruszyliśmy dalej. Eksperymentalnie pojechaliśmy drogą bardzo dobrej jakości, która na samym swoim końcu okazała się kończyć, czyli dobiegać do miejsca, gdzie łączyły się dwa duże jeziora. Nie było żadnych oznaczeń, ze uliczka jest ślepa, a była! Gdyby nie czujność kierowcy oraz Męża, który na prośbę kierowcy wyszedł sprawdzić, to wjechalibyśmy sobie jak gdyby nigdy nic do jeziora i zalali silnik. Zamiast tego, wycofaliśmy się na nieodległą zawracajkę i rozbiliśmy kolejny obóz. Ja oczywiście siedziałam, a Mąż i syn brodzili po przesmyku międzyjeziornym, który nawet maleńkiemu synkowi nie sięgał do ud. Synek chwytał ślimaki i był zadowolony, Mąż prezentował mu pałki trzcinowe oraz drugi brzeg. Cieszyliśmy się latem aż do trzynastej z hakiem. Potem wyruszyliśmy dalej. Ponieważ mieliśmy kupiony keczup, postanowiliśmy udać się do Szarloty, w której zawsze świeci słońce i o ile dałoby się wejść za darmo, zjeść tam obiad. Nikt nie pilnował bramy i nie pobierał pięciozłotówek, więc weszliśmy. Synek był tam po raz pierwszy, gdyż opłaty wprowadzono tuż przed tym, zanim go do Szarloty zabrać chcieliśmy. Był zachwycony. Najpierw obszedł cały parking aut bezbłędnie rozpoznając ople oraz wypytując się o inne marki. Potem zachwycił się jeszcze bardziej zwierzaczkami, których było mnóstwo- króliczki, kozy (strasznie zahukane), gęsi i kury oraz świnki- małe czarne świnki rożnych rozmiarów, które ssały swoje mamusie, a potem biegały. Synek aż wspinał się na zbudowany z poziomych drągów płot by lepiej je widzieć. Od świnek zupełnie i wcale nie mógł oderwać się. Nawet nazywał je prosiaczkami, a do kurek robił ‚koko’ i wydawał inne ptasie dźwięki o wysokich tonach.  Co chwilę jednak wracał do prosiaczków i wspinał się na ich płot. Z czasem się jednak nasycił i poszliśmy zamawiać obiad. Nie było jednak kurczaków, na które się nastawiliśmy, więc zamówiliśmy same kartofelki. Polaliśmy je własnym keczupem i spożywaliśmy w zadowoleniu, aż nagle przestał działać aparat. Zaprzestanie działania aparatu stanowiło dzisiaj meritum dnia. O 14:39 powstało ostatnie zdjęcie. Potem nie nastąpił żaden uraz mechaniczny, a aparat odmówił współpracy. Obiektyw wysuwał się i chował w sposób zupełnie losowy, nie wysuwając się jednak do położenia satysfakcji.

A mowa tu o nad wyraz cennym aparacie Nikon P80 kupionym w roku 2008 za pierwsze zarobione pieniądze. Aparat ten zrobił z nami około 105 500 zdjęć** i uwiecznił wszystkie najmilsze chwile poza ślubem. Na ślubie aparatu nie było i to jedna z gorszych decyzji. Był nawet na porodzie i wisiał przez cały czas na szyi mamy, która w końcu zdecydowała się zrobić kilka fotek wnukowi, co by nikt potem nie miał do niej pretensji o brak foteczek.

Ostatnio niedomagał trochę z powodu porysowanego szkiełka obiektywu, ale miał nam jeszcze długo posłużyć, gdyż jedyny mogący go zastąpić sprzęt jest poza naszym zasięgiem finansowym. Wprawdzie przyjaciel rzekł raz niefrasobliwie, że kupi nam wymarzony aparat, ale mimo, że nie należymy do bogatych, nie możemy przyjąć tak hojnego prezentu.

Byliśmy załamani, bo robienie zdjęć jest dla nas bardzo istotne. Oczywiście od razu okazało się, że jest mnóstwo okazji do zrobienia zdjęć, a nie było czym ich zrobić. W szczególności widzieliśmy z bardzo bliska jelenia, który stał tuż obok i patrzył na nas ufnie, trzy gołe baby oraz jedno mordobicie. I nikt nam w to nie uwierzy!  Ponadto okazało się, że identyczny aparat w stanie idealnym możemy zdobyć na allegro za 350 złotych, czyli kwotę wprawdzie wydawalną, ale oddalającą nas od wymarzonego aparatu o wiele miesięcy, a może i o dwa lata. Zadzwoniliśmy tez do przyjaciela z aparatem, co by do nas przyjechał robić fotki, ale przyjaciel akurat odbywał wyjazd służbowy. Ja zapowiedziałam Mężowi, że zepsuję nam resztę wyjazdu i to wcale niezłośliwie, wręcz serdecznie. Po prostu aparat jest najważniejszy na świecie i on czyni nasze wycieczki. Nikt na świecie nie potrzebuje aparatu tak bardzo jak my.

Przecierpieliśmy tak bez sprzętu fotografującego cały pobyt nad Strupinem podczas którego synek spał, przeżyliśmy spacer do Szenajdy, Dyskutowaliśmy o tym, jak nabędziemy nowy-używany aparat i ile spróbujemy odkładać na ten wymarzony. Już miałam sprawdzać ceny używanych aparatów, pomiędzy którymi 5 lat temu rozstrzygał się wybór, czy może któryś inny nie będzie tańszy, ale nie działał internet.

Z mocno śpiącym Lulaczkiem wędrowaliśmy po lasach, aż około godziny 19 dowędrowaliśmy do auteczka. Wówczas wzięłam naszego Nikona do ręki i sprawdziłam, czy nie ozdrowiał, lecz on wciąż pozostawał biedny. Stuknęłam więc kilka razy dłonią w chaotycznie wysuwający się obiektyw i to pomogło! Nasz aparat się ustawił, nastawił, powrócił do swojego trybu pracy i przyniósł ulgę drżącym portfelom. Wciąż ma porysowaną szybkę, ale działa!

Zostalibyśmy w lesie jeszcze i jeszcze, ale usłyszeliśmy dźwięki trąby jerychońskiej. Pierwsza myśl była, że to pociąg, ale dźwięki się powtarzały co jakiś czas i psy słychać było i ja się bardzo bałam, że to polowanie na misie i że ktoś nas ustrzeli, więc wraz z 66 litrami wody z Lidla odjechaliśmy do domu.

*Zupełnie tanie pieluchy się naprawdę nie opłacają. Syn wie, że są tanie i reaguje odparzeniami na znak protestu ilekroć spróbujemy, więc nie próbujemy.

**Gdyby je oglądać po sekundzie każde, to zajęłoby to pół tygodnia roboczego, a przecież wiadomo, że są to zdjęcia wyśmienite i sekunda nie wystarczy.

NAJŁADNIEJSZE NA ŚWIECIE FOTECZKI Z DZISIAJ POJAWIĄ SIĘ OCZYWIŚCIE W STOSOWNYM CZASIE.

Tęgość tęgiego mężczyzny i tężyzna w Tęgoborzu, czyli rzecz o tężcu

DSCN9791Dzień miał być niespecjalny i leniwy, gdyż przez cały dzień miało padać deszczem i przelatywać. Po burzliwej i obfitującej w grzmoty nocy nastał jednak pogodny, acz pochmurny poranek. Poszliśmy na Mszę by zaskoczyć się miło, że wygląda na to iż pierwsze małżeństwo we wsi spodziewa się piątego dziecka, zaś proboszcz zdecydował się przeprowadzić dawno planowany remont elewacji po kosztach. Kościół był do tej pory z białej cegiełki a obecnie zostaje ocieplony styropianem i cegiełki nie będzie wcale widać, ale za to nie będzie też kosztować pięciu fortun. Prawdopodobnie nawet jednej fortuny taki remont nie pochłonie. A i malować potem będzie taniej.

Po Mszy pozwolono mi wypić w pośpiechu herbatę, której nie pozwolono mi wypić rano. Rano biorę tabletkę na czczo i przez pół godziny nie wolno mi pić herbaty i to jest okrutne, bo potem nie dostaję dodatkowego czasu. Tak się mnie tu traktuje! Spakowawszy wszystko co się dało pojechaliśmy nad Strupino, gdzie biwakowaliśmy wczoraj po południu. Nasza plaża była na szczęście niezajęta, ale nosiła ślady bytowania wandali w postaci jakiejś zupełnie obleśnej konserwy, petów, ampułki wyglądającej groźnie i ziarenek kukurydzy oraz rozlanego wosku. Konserwa okazała się być resztką świeczki i mamy nadzieję, że ampułka też, ale pety i kukurydzę musiał Mąż w czynie społecznym zebrać (pozbierał wszystko z woskiem włącznie ale bez konserwy, bo ta się nie zmieściła do butelki po ajsti), gdyż zamierzamy na tą plażę często wracać. Jest taka odludna, że można tam sobie być nawet grubym jak ja, albo mieć spadające gacie jak Mąż, albo nie mieć ich wcale jak synek. Po mnie szybko zaczął chodzić kleszcz i nawet go sfociliśmy. Ta starcza skóra na zdjęciu to moja prawa ręka. Pozwalałam mu przechodzić z ręki na rękę i z ręki na nogę dając złudzenie, że może sobie wybrać najlepszy kąsek aż w końcu zatłukłam drania i rozerwałam na strzępy. Mąż wyłowił z jeziora kamyczki i za ich pomocą wyznał mi miłość. Wszak dziś minęło 76 wspólnych miesięcy. Synek znów się specjalizował w piciu Bobofruta. Robi to doskonale i prawie się nie oblewa, chyba że zapomni iż trzyma kubeczek. Niestety nie było dość ciepło by się w całości zanurzyć i popływać, a miałam dziś strój z dwóch kawałków i zrobiłabym to szybciej niż wczoraj.

DSCN9769Po około dwóch godzinach plażowania uznaliśmy, że już dość i postanowiliśmy udać się na spacer usypiający synka. Synek zjadł obiad, potem zjadł jeszcze banana i sucharka i znów trochę banana i pił picie i pił drugie picie i co jakiś czas się o coś upominał i szliśmy i szliśmy i okrążyliśmy całe Strupino, co zajęło nam bez mała 3 godziny a synek oka nie zmrużył. Mieliśmy tylko jeden mały popas na ‚naszym’ pomoście, gdzie synek dwa razy wrzucił kamienie do wody, a Mąż je dwa razy wydobył. Za każdym razem wydobywał o jeden mniej niż wrzucono, gdyż kamienie zapadały się jak kamień w wodę. Synek wykorzystał wówczas moment zdjęcia pieluchy na oddanie srużki do jeziora, co wskazywałoby iż jest dzieckiem trochę odpieluchowanym. A rodzicom oszczędziło 72 grosze! Bardzo fajnie! Strupino jest wielkie i całe otoczone biwakami. Niektóre biwaki mają pełno wychodków a jeden biwak ma tylko dwa wychodki i ludzie wychodzą w las i zostawiają multum papierków. Za każdym razem podcierają się w innym miejscu! Jest to wyjątkowo przykre, bo tak źle traktowany jest DSCN9900najlepiej znany nam brzeg! Podczas okrążania szliśmy też ścieżką, którą wczoraj szły konie i leżały tam także ich stolce. Mąż, który chodzi w lesie boso, bo nie ma czucia w stopach, ale czuje, że po mchu idzie się najprzyjemniej, musiał zaprzeć się z całych sił i wznieść powyżej poziomu swoich stóp by je ominąć, gdyż nie domyłby kopyt a ponadto uważa, że KOŃSKIE STOLCE TO TĘŻEC!!!* Synek, który lubi wywalać buty, wywalił lacze firmy KROKS i my je wprawdzie podnieśliśmy, ale na koniec spaceru okazało się, że jednego lacza brakuje. Już wiemy, co jutro zrobimy. Wprawdzie to lacze za dyszkę, ale dyszka to kupa kasy, więc mamy zaplanowaną trasę spacerową na jutro:) Tym niemniej zupełny czilałt i bezstres, bo w razie niepowodzenia, to jednak lacze za dyszkę a nie buty za pińćset. Okrążanie Strupina ma jedną wadę w postaci giezów latających i gryzących. Ja mam około 170 ugryzień na kończynach. Mąż nie ma żadnego, bo szłam za nim i strącałam.

DSCN9843Z nieuśpionym dzieckiem wróciliśmy do domu po mleko, była już 18-ta! Liczyliśmy, że zaśnie nam we Wdzydzach. Ale ledwo opuściliśmy auteczko, synek ujrzał ambulans i myśl o spaniu minęła niczym poranna mgła. W karetce spędził mnóstwo czasu i ani na chwilę nie przestawał się cieszyć, co jest niejako sprzeczne z naszymi rodzicielskimi zamiarami, gdyż postanowiliśmy, że nasze dzieci nie będą się bawić karetkami ani szpitalami, nawet z Dupelka.

Przy ponownym ładowaniu się do auteczka synek raczył rzec, że on tatę koffa. Słowo powtórzył kilkukrotnie  żeby nie było wątpliwości, gdyby ktoś postronny je miał.

A zaraz dla własnej przyjemności będziemy oglądać nawzajem swe ciała pod kątem towarzyszy. Mąż zapowiedział!

*Ja, która zjadłam wszystkie rozumy i umiem zinterpretować internet na swoją korzyść, wiem, że w końskim stolcu nie ma tężca, bo koń z tężcem nie robi.

DSCN9778

DSCN9846

DSCN9849

DSCN9923

O rzut kamieniem

DSCN2973Spędziliśmy na wsi kolejny weekend. Zaczęliśmy go w sobotę późnym wieczorem po dniu spędzonym przez Męża na wytężonej pracy w pracy, zaś przeze mnie na próbach uśpienia Staszo, które spania odmówiło, w zasadzie po raz pierwszy w mojej matczynej karierze i to przy zachowaniu sprzyjających warunków. Innym odmawia gdy tylko inni próbują (zawsze, lecz z uwagi na rzadkie próby- rzadko), mi jednak nigdy jeszcze. Oczywiście nie zmarnowałam dnia na nieudane próby, lecz puściłam krnąbrnego syna przed telewizor, sama zajmując się Mocarstwem Marcina Wolskiego, gdyż należało mi się to jak psu micha.

W niedzielę, tuż po Mszy, czyli grubo po dwunastej (a byliśmy na Mszy wcześnie…) wyruszyliśmy z naszym przenośnym piknikiem do odległych o rzut kamieniem Juszek. Po drodze dogoniliśmy jełopa z Gdańska, który jechał przez las z prędkością niespełna 20 km/h i rozjuszał Cytrynnę, która siedziała mu na ogonie, a nawet na zderzaku. Nie zatrąbiła jednak bo jest pełna kultury, a on nie zjechał na bok, bo był jełopem. I tak przez całe 4 kilometry… Na tej łące co zawsze spotkaliśmy kozę i koźlę- te co zawsze. Koźlę przezDSCN2392 tydzień rozwinęło się tak, ze musiało już być przypięte do pachołka. Nikomu to jednak nie przeszkadzało. Synek i Mąż bawili się w najlepsze z mamą kozą i z małym koźlęciem, które ma już płeć i to koziołkową, a nie kozią. Synek zapodawał trawkę, a Mąż nadstawiał się koziołkowi do zabawy. Koziołek korzystał. Ja też chciałam mieć słit focie, ale zwierzątko poturbowało mi ramię lekko i ugryzło, też lekko, co zniechęciło mnie do pozowania.

Gdy zabawy znudziły się Cytrynnie dość, by nie chciała już tolerować tego, że inni bawią się dobrze, cała rodzina wyruszyła dalej. Pojechaliśmy na plażę nad jeziorem Strupino, gdzie bawiliśmy zeszłej soboty. Stały tam już 3 inne samochody i odbywał się nawet grill, więc objechaliśmy zawracajkę dookoła i odjechaliśmy stamtąd w poszukiwaniu dojazdu do plaży na przeciwległym brzegu, którą to plażę wypatrzyliśmy przez okno. DSCN2499Znaleźliśmy taki dojazd i rozpoczął się piknik. Syn chciał wejść do wody i dostał taką możliwość. Robił pod siebie niczym ptak, który wydala na bieżąco i to było urocze. Stolce zakopywaliśmy w lesie nieopodal, bo to jednak razi wzrok. Dziś zaś usłyszałam od bliskiej osoby, że powinniśmy mieć specjalne pieluchy do wody, bo „zanieczyszczamy jezioro sikami Staszka”. Piszę o tej fizjologii, gdyż był to istotny krok w drodze do postępu. Postęp nastąpił wczoraj, kiedy to synek postanowił sam nieprzymuszany zasiąść na nocniku i wydalić do niego kawałek marchewki. Ucieszyło go to niesamowicie i wiele razy jeszcze na nocnik wracał żeby polać ‚marchewkę’.  Radośnie próbował też nurzać stopy w nocniku i roznosić produkty po dywanach, ale matka była czujna i silna. Odkrył naturalną ludzką potrzebę oglądania własnego stolca i zapewne nie będzie go chciał już robić inaczej. Rozpoczyna się era oszczędzania pieluch (i lania gdzie popadnie). Dziecko będzie tańsze w utrzymaniu i DSCN3362można sobie zrobić drugie praktycznie nie zwiększając kosztów. Syn do tej pory od nocnika uciekał i żaden znawca go namówić nie mógł a dziś stało się to siłami natury*.

Synek kąpał się, jadł banany w wodzie i biszkopty na brzegu. Pozwalał ważkom lądować na swojej czuprynie. Uciekał w las porywając ojcowskie kapcie (tak! Mąż nosi klapki i to do skarpet! Jest bardziej polski niż Polak w sandałach i skarpetach!) i gubiąc je po drodze. W pewnym momencie zawołał z odległego jagodziska, bo pokłuł się w stópkę i nie mógł zrobić ni kroku. Zanurzony w wodzie zapomniał jednak, że nie mógł. Rozmawialiśmy ze sobą próbując wymienić jakąkolwiek wadę Cytrynny jako żony, gdy nagle zabrakło miejsca na kolejne zdjęcia DSCN2618w aparacie, a właśnie miał dojść do głosu Mąż sprawiający wrażenie, że ma coś do powiedzenia. Wówczas owa Cytrynna posłała swego Męża do auteczka, by z jej portfela wydobył zapewnioną na taki wypadek zapasową kartę pamięci. Nie trzeba dodawać, że światło dzienne żadnej wady nie usłyszało dzięki takiemu zabiegowi.

Myślałam, że spędzimy nad jeziorem dzień cały. Było rajsko i leniwie, ale w pewnym momencie Mąż zarządził odwrót. Odjechaliśmy drogą, która biegła do Wdzydz. Na drodze spotkaliśmy parę rowerzystów, którzy jechali w parze obiema jej stronami i laska, która jechała niewłaściwą ze stron, w ogóle nie kwapiła się do ustąpienia słusznego pierwszeństwa auteczku. Wymusiła zatrzymanie, po czym zsiadła ze swojego wehikułu i na bok drogi zeszła z komentarzem, żeby wolniej jechać. Cytrynna odparła jej o wiele słuszniej swoją racją. Z Wdzydz udaliśmy się do L. omijając dom szerokim łukiem. Syn usnął w auteczku i dał się przenieść na wózek, więc pozwolono mu spać dalej przez dwugodzinny spacer. Nie było jagód, lecz znaleźliśmy duże kurkowisko. W sam raz na jajecznicę. W sam raz dla owrzodziałych. DSCN2866Potem zaś udaliśmy się do Czarliny, gdzie niegdyś był pomost, na który lubiliśmy przyjeżdżać. Bardzo często, gdy wracaliśmy z Gdańska do domu, Mąż wiózł nas na ten pomost w ciemną noc mimo protestów swojej żony. Tym razem pomost nie nadawał się do wejścia wcale, był zwandalizowany totalnie. Nie załamaliśmy się mimo to i powędrowaliśmy na odległy o rzut kamieniem cypel, gdzie przycupnięto i kamieniami w wodę rzucano. Rzucał każdy. Ustalono pewne sprawiedliwe reguły wedle których kamieniem Cytrynny był zawsze ten, który poleciał dalej. Do zabawy włączył się i synek, którego kamienie jakimś cudem spadały z brzegu do wody ledwo tylko o ten brzeg hacząc.

Następnego dnia wyruszyliśmy nieco wcześniej. Pojechaliśmy do odległych o kilka rzutów kamieniami Płocic, gdzie dawno nas nie było. Zagajnik w Płocicach słynie z grzybów i tak było i tym razem. Zapełniliśmy kurkami pudełko od bułki, z którego trzeba było w tym celu bułkę wyjąć. DSCN2805Pojechaliśmy dalej, gdyż naszym celem był jar Wdy pod Płocicami. Od dawna planowaliśmy tamtędy pójść, ale zawsze albo ktoś spał albo komuś nie chciało się. Tym razem nie spał nikt, a ci, którym się nie chciało, zostali zahukani. Szliśmy, a ze ściółki zaczęły wyglądać do nas kolejne kurki. Przeznaczyliśmy dla nich różową czapeczkę. Nagle i niespodziewanie Mąż ujrzał prawdziwy duży grzyb będący borowikiem. Był to grzyb o kubaturce 6 litrów, gdyż mierzył 20 na 20 na 15 centymetrów. Wzięliśmy go z zamiarem zaszpanowania przed kimś, kto by docenił, lecz ogląd grzyba w domu przyniósł niepokojące niusy- grzyb zsiniał niczym typowy ‚szatan’, co połączone z jego wyglądem wskazuje, że prawdopodobnie był to borowik ceglastopory lub inna niewesoła odmiana. Z żalem odnieśliśmy go do lasu.

Znajdowanie pierwszych grzybów w lesie powoduje, że DSCN2708człowiek przestaje doceniać las i wpada w nałóg grzybiarza. Musieliśmy wybrać moment stopu i zawrócić by synek mógł usnąć. Zrezygnowaliśmy z odwiedzenia znajdującej się o rzut kamieniem Łubiany co by synka nie targać. Zjedliśmy pizzerki w mieście i odwiedziliśmy ulubione sklepy nic w nich nie znajdując. Kupiwszy kosz truskawek, odjechaliśmy przez las. Syn domagał się podawania mu czerwoniutkich owoców i chociaż było późno, ani myślał spać. Zatrzymaliśmy się nad jednym z „naszych” mostków i spotkaliśmy krowę. Krowy są nieco tchórzliwe i chociaż mają siłę pokonać każdego człowieka poza Ursusem, uciekają przed nim na ile postronek pozwala. Ja jestem zaklinaczem krów i mówię do nich zawsze miło o naszych czystych intencjach, ale one zdają się to ignorować. Tym razem jednak krowa mnie posłuchała, uwierzyła w nasze dobre zamiary, zaufała i pozwoliła synkowi dosiąść się na potrzeby słit foci.

Będąc blisko Juszek, podjechaliśmy do ‚naszych’ kóz. Synek ocierał się o mamę kozę lub pozwalał jej dźgać rogami swoje plecy. Mąż pozwalał młodemu koźlątku na wszystko. DSCN3392Gdy ja chciałam się pobawić, dołączył do mnie synek i wówczas o mało nie stracił oczka. Koźlę chciało się bawić, a on był taki malutki i nic nie kumał. Nie wiedział, że rogi należy od siebie odpychać. Ja wiedziałam, ale nie miałam żadnego pola manewru, gdyż synek włażąc na mnie, unieruchomił mi większość kończyn. Mogłam tylko gderać i zrzędzić. Mąż, który jest nieczuły na gderanie i zrzędzenie, zignorował moje okrzyki i kręcił sobie spokojnie film o małym nieszczęśliwszym Staszku, którego nie bawiła już zabawa i o koźlęciu, które nagle podbiło Stasie oczko… Historię o zupełnie legalnym przewróceniu się w lesie uwiarygodnia zdobyta później na schodach szrama na przeciwległym policzku.

Tak ubawionego synka zabraliśmy do domu, ofutrowawszy czym się dało i podawszy mleko, poszliśmy uśpić nad jezioro. Uśpiony synek spał a my czytaliśmy sobie naszych Marcinów Wolskich siedząc pod drzewem… Było mega. Osobiście uważam ów wieczór za najlepszy w całym wyjeździe.

*Uważam, że nie jest to nadużycie bardzo ładnego i wiele wyrażającego określenia, gdyż dotyczy naturalnego procesu w życiu dziecka. Pod oknem zaś mamy parasol lokalu gastronomicznego z identycznym hasłem i dotyczy on piwa, co jest już solidnym nadużyciem i razi mnie niesamowicie.

DSCN2659

DSCN3037

DSCN3072

DSCN3263

Kozia mama czyli satyriatis

DSCN0682Jak to zwykle bywa, pobyt na wsi był za fajny, by opisywać go na bieżąco, zaś powrót do miasta był tak skrajnie niefajny, że oblał powłoką kwasu całe wspomnienie wyjazdu i uniemożliwił rzetelne opisanie go. Tym razem rozeszło (rozpłynęło) się o mleko. Najpierw okazało się, że w puszce z mlekiem jest inna łyżeczka niż zawsze stosowane łyżeczki, co mogłoby wskazywać jakoby użyto tańszego mleka, które bezczelnie przesypano dla niepoznaki do puszki po najdroższym możliwym. Mało tego, główny zainteresowany odmówił wypicia wieczornego mleka (o wartości zwielokrotnionej przez dodanie acidolacu) kręcąc stanowczo główką i zaprzeczając czemu tylko się dało. Mleka odmawiał głośno i kategorycznie oraz długotrwale i nieugięcie. Nerwy wszystkich wiszą na włosku i gotowe zerwać się nagle. W niczym nie przypominał dziś synka zachwycającego, którym był przez ostatnich 5 dni. Bezmleczne zaśnięcie odbyło się na tyle późno, że nie została już ani chwila wieczora, a zamiar wczesnego położenia się został żywcem pogrzebany.DSCN1045

Nikt już nie pamięta o tym, że zaledwie dobę temu było jeszcze fajnie. Nikt tego nie ma ochoty opisywać. A było fajnie. Byliśmy wszędzie i robiliśmy wszystko. Byliśmy nawet na jeziorze i spotkał nas tam sztorm i nie mieliśmy jak przypedałować rowerem wodnym do przystani. Pedałowali wszyscy na zmianę, lecz znosiło nas ciągle w to samo, odległe od celu miejsce. Dwie i pół godziny pedałowaliśmy, a każda minuta kosztowała. Najmłodsi zgubili czapeczkę i cofaliśmy się po nią. Istnieją naprawdę urocze zdjęcia z pedałowania Cytrynny i Staszka wraz, ale widać na nich całe nogi, gdyż wiatr zawiewał sukienką jak chciał, przez co urocze zdjęcia nie nadają się do publikacji (jako intymne, nóżki są jak najbardziej okej) i nie ma publicznego dowodu, że Cytrynna nierobem nie jest.

DSCN1142Byliśmy także w lesie i znaleźliśmy tam pierwszą tegoroczną kurkę. Myśleliśmy żeby podarować ją tacie do jajecznicy jako miły gest, ale znaleźliśmy dla kurki zastosowanie lepsze. Widzieliśmy też żmijkę żywą i raka martwego. Kąpaliśmy się w jeziorze i kąpała się też lala o szmacianym brzuszku, prezent synka w jego dniu. Macaliśmy się z krowami, które uciekały i cielakami, które uciekały mniej. Budziły nas ptaki, które są okropne, defekują na pozostawione przed domem na chwilę koce i na świeżo umyte auta oraz budzą o świcie, ale są sentymentalne, bo tak samo budziły dwa lata temu, a my lubimy sentymenty. W Juszkach spotkaliśmy ‚naszą’ kozę oraz jej młode, które doceniło cytrynniny urok i mając do wyboru skłonne karmić je zielskiem Stasio, gotową do zjedzenia lalę oraz sympatycznego maślanego Męża, nieodmiennie wybierało Cytrynnę, którą obskakiwało swymi kopytkami oraz drapało swymi rogami. Syn DSCN1455od kóz uczy się zwinności i skacze niczym górski okaz tego zwierzęcia między przodem a tyłem samochodu. Potrafi sam załadować się na swój fotel, gdy uzna, że czas na wycieczkę. Potrafi przejść płynnie na przód i rozregulować lusterka. To on jest podejrzany o zrobienie luzów na kierownicy. Chętnie włożyłby kluczyk do stacyjki i odjechał, ale przecież JESZCZE nie sięga do pedałów. Ogranicza się do wskazywania, gdzie kluczyk wkładać. Zawsze pierwszy widzi auteczko z daleka i biegnie do niego, klepie po masce mówiąc „lania” i wskazuje po kolei wszystkie dziurki na klucz. Istnieje hipoteza, że jako siedmiolatek będzie rwał laski na samochód ojca, którym będzie potajemnie jeździł:)

DSCN1596Byliśmy w najlepszym mieście świata na festynie z okazji dnia dziecka i synek zasiadł w aucie strażackim, ale nie docenił. Docenił za to balonik i miał. Macał psa, gonił kota, kopał piłkę i zdmuchiwał dmuchawce (strząsał tylko).

W lasach błądziliśmy i przynajmniej raz dziennie gubiliśmy samochód. Odkryliśmy nowe trasy i nowe miejsca, zarówno piknikowe jak i potencjalnie grzybiarskie. Odkryliśmy też ‚skrót’ z Juszek do Wdzydz. Jeśli następnym razem będziemy chcieli powitać we Wdzydzach gości, którzy skręcą na Juszki, będziemy mogli ich przynawigować, bo już umiemy. Odkryliśmy także trasę spacerową z Gołunia nad Strupino. Byliśmy na nieczynnym peronie w Olpuchu, który dobrze wspominamy.

Synek nauczył się zamykać w samochodzie od środka i wie, że oraz DSCN2109jak się otworzyć. Otworzyć potrafi sobie także i banana. Zgubiliśmy tylko jedną skarpetkę. A odkurzanie zasypanego czipsami auteczka wzbogaciło nas o 5 złotych w trzech monetach oraz poszukiwaną przez całą zimę skrobaczkę do szyb (w marcu kupiliśmy zapas skrobaczek żeby na przyszłą zimę już mieć) oraz dawno temu zagubioną baterię numer dwa do aparatu. Mieliśmy wchodzić na ambonę (też sentymentalną), ale była mokra i śliska a w kaloszach nikt nie był dość pełnosprawny, by jeszcze dziecko asekurować lub wnosić. Obiecaliśmy więc synkowi paśnik i dotrzymaliśmy słowa. Porównywaliśmy Ice Tea Liptona i Ice Tea Siti z Lidla na korzyść tej ostatniej. Karmiliśmy synka słoikami. Przez długi czas wybieraliśmy pizzę i żadna nam nie pasowała, aż odkryliśmy ostatnią pozycję w menu- pizzę z 5 wybranymi składnikami i wyboru dokonaliśmy w try miga. Kupiliśmy sobie drewniane misie jakich jeszcze nie mieliśmy (za 6 złotych wiadomo gdzie). Nosiliśmy sukienki (akurat tylko Cytrynna) lub DSCN1947koszulki pasujące do dziecięcych czapek (to z kolei tylko Mąż). Pożyczaliśmy mamine sweterki przemoczonym synom. Mąż wynalazł czapeczkę różową taką jaką żona już miała i która pobrudziła się smarem podczas wymiany kół. Teraz tą zasmarowaną może mieć Mąż i ona jest męska a Cytrynna może mieć czapeczkę bez smaru i mogą do siebie pasować jak jeszcze nigdy. Żonie udało się po kawałku, kradnąc czas wycieczkom i ze snu rwąc przeczytać najnowszego Prezydenta von Dyzmę. Na wycieczkach tez przeżyliśmy, chociaż to akurat duże pole do konfliktów, bo Mąż wolałby być aktywny, a żona wolałaby długo leżeć. Mąż pozwala żonie rozbijać piknik kilka razy dziennie i polegiwać wśród ciastek czekoladowych i butelek z napojami, byle daleko od domu.

DSCN2056

DSCN0767

DSCN0967

DSCN0983

DSCN0997 DSCN1019 DSCN1021 DSCN1032

Przechodniu beknij sobie

DSCN7882Przyjechaliśmy na wieś i stopniowo rozgrzewamy dom z temperatury przeraźliwie niskiej do znośnej po to, by jutro odjechać. Już wczoraj wieczorem dałam znać, że mam zatoki i nie zamierzam ich wystawiać na mróz, bo będą chorsze. Mąż  z kolei zresponsował, że on nie zamierza zużywać weekendu na siedzenie w domu i jeśli ja nie zamierzam być całego dnia na podwórku, to on pójdzie sobie do pracy na dzień cały, bo ma co robić, a weekend służy do zwiększenia wydajności a nie do jej zmniejszenia. Wydajność można zwiększyć wykonując pracę lub regenerując siły na powietrDSCN7955zu. Zmniejsza się ją siedząc w domu i gnuśniejąc. Zasypialiśmy w atmosferze konfliktu, ale rano zbudzeni dzieckiem zgodnie wstaliśmy i znieśliśmy plecaczki do samochodu, gdyż bagażnik wypchany był nowymi komodami na klocuszki, samochód stal już pod oknami jak to w weekend tylko może, a pogoda była ładna i głupio nie jechać. Zanim osiągnięto zgodę Mąż przedstawił swoje roszczenia dotyczące planu dnia i okazało się, że są akceptowalne. Jechałam ładnie. Raz laska w małym samochodzie, co to jest tak mały, że nie widać go nawet w lusterkach, wjechała mi w martwy punkt, ale ja miałam refleks i Mąż ani pisnął. Jechałam tak ładnie, że nie zazrzędził ani razu i tylko w okolicach fotoradarów przypominał o ich istnieniu. Potem nawet  stwierdził, że się wyrobiłam. Albo rzeczywiście, albo ma wyrzuty sumienia po wczorajszych studentkach i dlatego jest taki miły.

Spędziliśmy leniwe przedpołudnie w Kościerzynie jedząc pizzerki z salami i szwendając się. W najlepszym mieście świata ktoś życzliwy dał poradę zdrowotną (zdj. 1), którą Mąż i Staszek próbowali uskutecznić. Zaszliśmy do Lemon Tree na barszcz i on był ekstra. CDSCN7818hociaż regularnie powtarzam barszcz z przepisu, nie udaje mi się tego efektu osiągnąć. Pani Kasi było bardzo miło, gdy zamówiliśmy drugi. Zamawialibyśmy do oporu, ale czekały nas spacery za jasności, a i Staszek nie współpracował za dobrze. Przy pierwszym barszczu stanął tyłem do nas na skórzanej kanapie i gapił się w przestrzeń. Skwapliwie korzystaliśmy z chwili spokoju, chociaż jednocześnie niepokoiliśmy się bardzo. Przy drugim barszczu trochę pochopnie wyrwaliśmy go z osowienia i zaczął sprawiać trudności. Mogliśmy byli dać mu kilka minut więcej.

Wieś powitała nas śniegiem po kostki. Ktoś DSCN7938(ratrak, pług, jak zwał tak zwał) odśnieżył nam drogę zasypując cały podjazd. Żeby wejść na teren działki długonogi Achilles musiał przeskoczyć płot, wziąć z szopy łopatę i wytorować drogę do furtki oraz zrównać z ziemią jej bezpośrednią okolicę, bo nie latała ani wte ani wewte. Po zmianie pieluch ruszyliśmy dalej. Niedokładnie naprędce odśnieżone hałdy śniegu utrudniały zawrócenie. Koła utknęły w zaspie, Mąż spytany jak kręcić odparł: „tak tak tak tak i tak” wykonując jednocześnie ruch ręką jakby skreślał błędnie napisane słowo. Spytany o kolejność tych „taków” zaoferował, że może on zawróci. Ze dwa razy się tak oferował, ale ponieważ pod maską mamy setki konia ja jestem tak wyśmienita i mam tak dużo wyobraźni przestrzennej, to konie sobie poradziły ze śniegiem i pojechaliśmy do Juszek drogą przez las z głębokimi koleinami.  Staszek zaczął przysypiać i musieliśmy szybko wysiadać. Ale nie mogliśmy wysiąść, bo jechaliśmy. Znaleźliśmy inną drogę nad nasze Strupino i na szczęście ktoś tamtędy już jechał, więc była przejezdna. Szybko zabrakłoDSCN8051 miejsca na aparacie, bo ktoś zdjął tylko dwa foldery. Przeglądaliśmy, co można by usunąć. Był już nawet wyznaczony do usunięcia film sprzed trzech tygodni, w którym Staszek chodzi po błocie a ja nieświadoma, że to film mówię, żeby Mąż focił, to naszym znajomym z Warszawy wypadną gałki z orbit, że nie przyjechali na roztopy, ale Mąż stwierdził, że gdzieś była seria pięciu filmów i żebym spośród tamtych jeden usunęła. Staszek, który czekał na zrobienie fotki nurzając gołe łapy w śniegu się wówczas wkurzył i skończyło się na bezfociu i małej furii. Wróciliśmy do domu i Stasio usnęło otulone termoforami, a my zajęliśmy się tym, po co tu przyjechaliśmy, czyli segregowaniem klocków Lego, które kupiliśmy na Święta a myliśmy przez cały wyjazd ślubny i suszyliśmy przez całą ostatnią nieobecność. Złożyliśmy 3 nowe DSCN7994komody na klocuszki. Było wybornie, uroczo i rozkosznie. Mąż bardzo chwali sobie integrację sensoryczną poprzez klocki Lego. Z obudzonym Stasiem obejrzeliśmy film na diwidi*. Próbowaliśmy jeden film, ale nie dość, że miał napisy, to zacinał się. Zmieniliśmy na „Narzeczoną dla geniusza” i to jest od dziś mój ulubiony film. Oglądaliśmy go do końca trzymając Staszka siłą na dole i powyżej pory usypiania, bo ja odmówiłam zostawienia sobie części na śniadanie. Trzymany siłą Staszek zainteresował się suwakiem własnej bluzy i już kuma jak to działa.

Muszę jednak pozostawić drogich czytelników z pewnym niedosytem informacji o naszym sielskim życiu, gdyż noc jest krótka, a nie dość, że mamy kuriozalne ilości klocuszków do rozsegregowania, to jeszcze chcemy się oddać odśnieżaniu, bo to wywołuje endorfiny i tak spędzaliśmy podroż poślubną, więc wiadomo.

*Film był tak naprawdę na fałcede i trzeba było w połowie zmienić płytkę. Gdybyśmy byli w kinie studyjnym, to byłby na dyskietkach i je trzeba byłoby zmieniać co 10 sekund. Stąd nazwa- studyjne, bo to studenci zmieniają te dyskietki.

   DSCN8124

DSCN8123

DSCN8010