Ursus znaczy niedźwiedź

DSCN5374Jako Cytrynna mam dużo obowiązków i mało praw, ale staram się nie narzekać. Mam w końcu blog Cytrynny, który uwielbiam. Już myślałam, że jestem wolna i po mało obfitującym we wpisy czerwcu potrafię się od wpisów powstrzymać, ale jednak nie potrafię. Przypomina mi o tym subtelnie i nie krępując mojej wolności Mąż, który komentuje stare wpisy jak gdyby nigdy nic i wywołuje chęć tworzenia nowych bez władczych sugestii, które przecież mógłby stosować.

Jednym z moich licznych obowiązków jest bycie szoferem Męża. W niedzielę byłam nawet szoferem Męża, Staszka i dwóch kumpli. Pierwszy raz wiozłam tyle chłopa i udało mi się nie popełnić ani jednego błędu, który by mnie zdyskredytował. Najgorzej wiozło się Męża, który zasiadł z tyłu pośrodku i uniemożliwiał wyprzedzanie, gdyż zasłaniał sobą całą szybę. Mimo zaplanowanego na rano wyjazdu, wyruszyliśmy o 13:30, gdyż kumple się grzebały. Mąż nie docenił wcale, że ja to jednak jestem szybka w kontraście. Przymknął na nich oko nie doceniając mnie! DSCN5357Kumple są fotografem i reżyserem, więc mojej nowej sukience, która wcale nie miała powstać*, dostała się mini-sesja i to taka, jakiej Mąż by nie zrobił, bo Mąż robi zdjęcia jak leci a ja muszę odrzucać najgorsze. Niestety, podczas drugiego zakładania celem miecia fajnych fot na rowerze wodnym w sukience poszedł zamek. Poszedł i już go nie ma. A był to drugi zamek, który miała,  bo pierwszy był zupełnie kiepski i za tani i się nie nadał.

Innym moim obowiązkiem jest zbieranie poziomek, gdy Mąż ma na to akurat ochotę. Akurat miał i akurat dopisała pogoda. Niebo chmurzyło się w poniedziałek przez dzień cały i groziło wyładowaniami, ale nie spadła ani kropla niczego. Przez bite dwie godziny zapełnialiśmy słoiki w okopach przy drodze. Nikt nie musiał martwic się o synka, gdyż on był z dziadkami i było mu dobrze. Potem wróciliśmy do domu i synek dostał obiad, po czym poszedł z nami na spacer by zasnąć. Buntował się bardzo, bo my oznaczamy atrakcje i zasypiać przy nas to strzał we własną stopę. Mimo to raczył przespać godzinę, podczas której pokłóciliśmy się śmiertelnie i pogodziliśmy warunkowo. DSCN5436Kłócimy się jak zwykle i jak każdy- o ulubione sposoby spędzania wolnego czasu. Wiem z autopsji prawie własnej, że jest to możliwa przyczyna rozpadów związków. Więc poświęcam się, bo związek ze mną jest fajny. Ale czasem dochodzi do przegięć. Po całym dniu zbierania poziomek i leżenia w rowie, z jedną tylko herbatą i to o poranku i to nieulubioną, bo ulubiona się skończyła, każe mi się iść na spacer a podczas tego spaceru omawiać, co będziemy robili dalej, by dzień był super. A wiadomo, że nie będzie super, bo niebo całe zachmurzone i na pewno lunie lada chwila! Tego było za wiele nawet dla kogoś tak skłonnego do poświęceń jak ja. Zatem zbuntowałam się i odmówiłam. Wówczas grożono mi tym co zwykle ostatnio. Mianowicie Mąż, który pracuje 70 godzin w tygodniu (!) i siedzi w zamknięciu cały tydzień chce mieć weekendy rozrywkowe, bo inaczej goni w piętkę i nie daje rady. A ja akurat lubię siedzieć w zamknięciu i lubię domatorstwo i kanapę i nawet film, a na pewno samodzielnie czytaną książkę. I sama mam co robić. Ale bym DSCN5521się poświęciła, bo wiadomo jaka jestem. Tyle, że on z całą pełnią chamstwa pyta co dalej i grozi, że dogoni piętkę. Już nawet zawracaliśmy do domu,  kiedy udało się jakimś przypadkiem jemu zrozumieć mnie i zaoferować konsensus. Zrozumiał i odkrył, że ja potrzebuję jedynie ciepła i czułości i że gdy zrezygnuje z chamstwa, to może mu być fajnie. Od tego czasu był milszy i daliśmy radę spędzić ze sobą resztę dnia i nawet popływać rowerem wodnym po jeziorze, bo w końcu się odrobinkę przejaśniło. Pływaliśmy dla odmiany sami, gdyż synek miał atrakcje zapewnione przez dziadków.

Jeszcze innym moim obowiązkiem jest obrabianie owoców do słoików. Poziomki trafiły do słoików dzisiaj przy walnej pomocy Męża, który wrócił wcześniej. Mąż wyparzył słoiki i odbierał zakręcone by ustawić je do góry denkami na ścierce. Miał tak mnóstwo pracy, że zmęczył się i poszedł spać. To, że ja nie śpię, spowodowane jest tym, że idę spać do synka, który tylko na to czeka i dzięki temu mogę teraz oto siedzieć w kuchni i dbać o blog Cytrynny.DSCN5600

Oprócz dbania o blog oglądam też mieszkania. Istnieje jedno fajne w całym mieście, ale jest na trzecim piętrze a to nie wiadomo, czy nie za wysoko i czy dam radę wszystkie dzieci wnieść. Nigdy nie mieszkałam tak wysoko. Jeszcze w zeszłym tygodniu istniało inne nie najgorsze i już prawie było nasze, ale poszło w cudze ręce, gdyż były to bogatsze ręce.

Pisałam już raz  o Ursusie, ale nie wiedziałam wówczas, jak bardzo bliskim stworzeniem Ursus jest. Otóż w niedzielę na poboczu leżało zwierzątko z pasiastym ogonem i znów musieliśmy się kłócić, a przynajmniej spierać, czy był to szop pracz, jak twierdziłam ja, czy może zwykły kot, jak to rację miał Mąż. Pasiasty ogon wskazywałby na szopa, ale zwierzątko było chude i zwykłe. Przy okazji czytania artykułu o szopie celem weryfikacji natknęliśmy się na informację, że szop jest ursusem  i że poniekąd jest misiem jako i ja jestę misię. Skądinąd szop jest bardzo interesujący i ma nawet kość prącia.

*Nie miała powstać, gdyż po pierwsze mam listę rzeczy do szycia wedle priorytetu i są na niej nie tylko sukienki i nie tylko dla mnie  a po drugie nie miałam na nią materiału. Materiał wpadł przypadkiem, a lista poszła wówczas się gonić. Za szycie poza harmonogramem spotkała mnie słuszna kara.

DSCN5696

DSCN5452

DSCN5529

Reklamy

Kolej na sukienkę

DSCN3140Uszyłam sukienkę. Nie jest letnia, bo zasłonka, z której powstała, zawiera poliester. Szyłam ją przez cały marzec z założeniem, że jeśli nie stworzę nic lepszego, to właśnie ją poślę na burdowy konkurs „wiosenna stylizacja”. Niczego lepszego nie uszyłam, a i z nią ledwo zdążyłam.

Gdy sukienka była w stanie surowym zamkniętym, przestraszyłam się tego, jak bardzo mi wyszła i długo bałam się podszywania dekoltu i nadawania pożądanej długości w obawie, że jednak zepsuję. W piątek dziurawiąc palce zabrałam się za ukończenie dzieła, gdyż zbliżał się termin jego prezentacji.

Wadą sukienki są na pewno zbyt małe podkroje pach. Przeszkadzają w odśnieżaniu i w noszeniu dziecka po schodach, ale dla damy z pewnością się takie nadają, a ja chcę być damą. Burda twierdzi, że Jackie Kennedy szła w podobnej sukience do ślubu, więc rzeczywiście jest to model dla damy (119, Burda 03/2008).

Sfotografowanie sukienki okazało się większym wyzwaniem niż jej uszycie. DSCN3045W zasadzie w ostatniej chwili okazało się, że stylizacja to też dodatki i że jakość stylizacji oraz jakość zdjęcia zostaną poddane ocenie. Pogody nie ma, z zimna zamarzają mi gałki oczne i krew w policzkach i wyglądam jak czerwonooki buraczek. Nasz nadworny fotograf prątkuje różyczką i nie może focić. Wiosny nie ma. Zdjęcia na śniegu wyglądają średnio, pozowanie na śniegu wcale nie jest fajne. Śnieg wdziera się do butów, wiatr zawiewa pod sukienkę. Płuca drżą ze strachu przed zapaleniem.

W drodze na Wielkanoc zatrzymaliśmy się w zajeździe, w którym czasem kupujemy kiełbaski. Była tam zdatna sceneria. Zmieniłam zimacze na szpilki ślubne, w których nie umiem chodzić. Dobrałam kapelusz i bukiet więdnących tulipanów. Miałam także torebeczkę i czułam się jak kuriozum. A musiałam jeszcze zdjąć kurtkę. Zdjęcia, na których wyszłam lepiej, były w gorszym świetle. Gdyby nie powstało nic lepszego, coś bym z nich wybrała.

DSCN3150Pojechaliśmy dalej. Mąż zaproponował objechanie Kościerzyny objazdem służącym do omijania korków. Objazd biegnie wzdłuż torów i nie na każdej mapie jest. Jadąc zaobserwowałam malowniczą scenerię przy torach kolejowych i postanowiłam podjąć kolejną próbę sfotografowania stylizacji na konkurs. Dobrnięcie do toru w szpileczkach nie wchodziło w grę. Poczłapałam w butach zimowych. Synek nie chciał przeszkadzać i usiadł na śniegu, co doprowadzało mnie do szału, ale doceniałam. Przebraliśmy go niezwłocznie po powrocie do auta. Przed powrotem jednak odbyła się sesja. Była mniej więcej 15:09 i stanęłam  w szpileczkach na nieczynnym  torze kolejowym. Zimacze leżały przede DSCN3043mną, ale poza kadrem. Mąż rozpoczął sesję. Słyszałam jakieś stuki, więc na wszelki wypadek poleciłam usunięcie moich kozaczków poza tor. O 15:10 powstały dwa pierwsze zdjęcia. Potem, nagle niespodziewanie zza górki wyskoczył pociąg relacji Gdynia-Kościerzyna. Nie miał prawa się tam znaleźć, bo sprawdzałam i wiem, że o 15:10 NIC tamtędy nie przejeżdża (po fakcie sprawdzałam). Mąż zdążył kazać mi uciekać, ja zdążyłam zejść poza tor, Mąż zdążył kazać mi uciekać dalej. Jakoś uciekłam mimo, że nie chciałam moczyć szpilek w śniegu. Po przejeździe pociągu, w tej samej minucie, zdążyło powstać 8 kolejnych zdjęć na torze. Zatem o 15:10 zrobiliśmy 12 zdjęć. Wygląda na to, że między każdym było średnio 5 sekund interwału. Wynika stąd, że na ewakuację miałam NAPRAWDĘ MAŁO CZASU.

W niedzielę, w ciocinym ogródku powstały lepsze zdjęcia z lepszymi tulipanami, ale ze względu na przeżyte przeżycia musiałam posłać na konkurs zdjęcie z toru. Nie muszę grozić, że jeśli nie wygram maszyny, to rzucę się pod pociąg, bo już się rzucałam.

Obchodziliśmy dziś wtorek po Wielkanocy, jedno z największych naszych świąt w roku, ale niestety nie mam siły dziś o tym pisać.

DSCN3138

DSCN3139

DSCN3152

DSCN3136

DSCN3435

Jak ja szyję?

DSCN7640Szyję mistrzowsko… Wszystko, co wychodzi spod mojej maszyny jest idealne, dopracowane w każdym szczególe i tłumy się zabijają o to, kto będzie mógł nosić kolejne sukienki Cytrynny. Nie, tak nie jest. I nawet nie zależy mi na tym, aby tak było. Chciałabym tylko sama być zadowolona ze swoich prac. Nie jestem, bo i nie mam prac. Co wcale nie znaczy, że nie szyję.

Szyciu poświęcam wszystkie myśli i całe miejsce w szafie oraz czas, którym dysponuję. Mam materiały, mam sprzęt, od niedawna mam wyśmienitą deskę do prasowania (kupiona oczywiście okazyjnie dzięki obitej podstawce pod żelazko), a wkrótce dostanę także manekin. Manekin stoi w kąciku od rocznicy ślubu, ale Mąż nie ma kiedy mi go wręczyć, a nie wyjmę z pudełka sama, bo to takie nieuroczyste… DSCN7638Na nieszczęście jednak moje problemy wcale nie wynikają z braku manekina.

Mam także zapas materiałów, nad którymi rozpływam się, bo są cudowne. Większość moich materiałów to kwieciste bawełny, ale mam też kilka jednobarwnych dzianin.

Mam odmalowane wykroje, które przykładam do materiału i odważnie tnę. Potem je obrysowuję starannie czym popadnie i odpinam. Staram się pilnować szpilek, bo mam małe dziecko, a małe dzieci podobno połykają szpilki i giną. Moje czasem jakąś znajdzie, bo szpilek nie da się upilnować i wtedy mi oddaje. Mi osobiście kiedyś weszła w nogę gigantyczna szpila, ale to nie było w żadnej pracowni krawieckiej, tylko na plaży w Jantarze. Tnę więc, rysuję i zszywam na mojej wypasionej maszynie. Idzie jakoś. Zabezpieczam końce, szyję po narysowanych liniach. Przymierzam. DSCN7641Pierwsza chwila prawdy. Na ogół zwisa i jest do niczego, ale w tej dobrej wersji bycia „do niczego”, że można uratować, bo gdyby opinało, to PO PTAKACH. Zupełnie ostatnio jednak używałam wykroju w mniejszym rozmiarze i prawie nie zwisało. Ponadto użyłam dzianiny rozciągliwej we wszystkie strony i okazało się, że nie trzeba wszywać zamka. Wszystko zapowiadało się tak optymistycznie, jak jeszcze nigdy. Przerwałam szycie w momencie pozytywnym, by wrócić do niego w momencie bardziej sprzyjającym.

Zapomniałam dodać jeszcze rzeczy bardzo istotnej- szyję głównie wieczorami, gdy padam na twarz a moje nerwy aż rwą się z postronka i są podrażnione niczym ząb u nieumiejętnego dentysty. W dzień czasem miewam czas, ale wtedy na ogół zmywam DSCN7639naczynia, których przez noc w tajemniczych okolicznościach urosła fura i przywracam resztę do domu do stanu, w jakim bywa on przez tą chwilę po przywróceniu zanim dziecku stan względnego uporządkowania nie wyda się nieprawidłowy. Biorąc pod uwagę czas bycia naczyń czystymi i czas bycia mieszkania uporządkowanym, to robię BEZ SENSU. Jeśli dodać do tego jeszcze fakt, że moje nerwy w dzień, chociaż nieco podrażnione, nie rwą się jeszcze nigdzie, o wiele lepiej zrobiłabym szyjąc właśnie w dzień.

Wczoraj wieczorem, po całym dniu uganiania się za wskakującym na łóżka i podchodzącym niebezpiecznie blisko do ich brzegów synem, który uparcie odmawiał zjedzenia czegokolwiek nieczekoladowego, zasiadłam do maszyny i do przerwanej sukienki, która zapowiadała się idealnie. ByłDSCN7645 to krój wyszczuplający i udało mi się idealnie spasować wszystkie szwy tak, by schodziły się w jednym miejscu. Każda przymiarka zachwycała. Należało jeszcze tylko przyszyć starannie przygotowane odszycie dekoltu i rękawy, także przygotowane. Minęło wiele godzin, popłynęło wiele autentycznych łez, nadszedł jeden moment odzyskania utraconych nadziei i jeszcze bardziej druzgocąca chwila klęski po tym momencie. Dekolt zupełnie nie wyszedł. Dzianina w trakcie prucia gubiła swoje dziane oczka, dekolt powiększony celem zakrycia tych pogubionych oczek też nie wyszedł. Można jeszcze odpruć całą górę i zmienić na jednokolorową z JAKIMŚ ŁATWIEJSZYM dekoltem. Ale nie ma w domu NIKOGO, kto podjąłby się odprucia tegoż.

Jestem ofiarą złudzenia, że dzianina jest łatwiejsza. Każde takie złudzenie, kosztuje mnie dodatkowe centymetry gdzieś (na szczęście nie wiem ile, ani gdzie dokładnie). Po każdym takim złudzeniu trudniej szyć, bo i figura już nie ta, co przed nim i wiara we własne możliwości mniejsza. Nie mogę się jednak poddać, bo bardzo potrzebuję sukienek. Za którymś razem jakaś wyjdzie…

DSCN7642

O uchu van Gogha

DSCN2269Sukienka z październikowej Burdy podobała mi się od pierwszego wejrzenia. Wzdychałam do niej grubo przed ukazaniem się numeru, a posiadłszy magazyn, co kilka dni go otwierałam by spojrzeć i marzyłam. Całkiem niedawno (no, gdzieś na początku grudnia) Mąż wysłał mnie na duże zakupy tkaninowe do internetu. Kupiłam wtedy również fiołkowy kaszmir idealny na wymarzone cudo. Zrobiwszy wykrój, zaczęłam się zastanawiać, czy może jednak nie byłoby dobrze uszyć egzemplarz próbny z czegoś tańszego. Nie lubię jednak pracy niepotrzebnej i egzemplarz próbny musiał być z czegoś, co także bym nosiła. W efekcie pod nożyczki poszedł materiał wprawdzie tańszy, ale uznany przeze mnie za najładniejszy w plebiscycie na mój najładniejszy materiał. Były to kwieciste zasłonki złowione i grubo podlicytowane na allegro kilka miesięcy temu. Mi osobiście wzór na zasłonkach kojarzył się z „Gwieździstą nocą” van Gogha.

Wybrałam swój teoretyczny rozmiar,DSCN2083 skroiłam, pozszywałam zakładki, rozprasowałam i wielki klops! Miałam problem z zakładkami biustowymi, na przodzie oczywiście. Wtedy pierwszy raz zajrzałam do instrukcji w Burdzie. Okazało się, że moje pracowicie oszpilkowane i pozszywane fałdki są zupełnie źle! Najgorzej na świecie. Nie należało spinać kresek parami, lecz trójkami i każda środkowa kreska z trójki miała być linią pomocniczą do zginania. Wszytko, co pozszywałam (oczywiście turbogęstym szwem nie uznającym poprawek), należało rozpruć. W międzyczasie namalowane linie się utleniły, gdyż do ich zaznaczenia użyłam nowego nabytku- pisaka krawieckiego. Tak minęły pierwsze trzy wieczory szycia. Nauczyłam się wówczas żeby przynajmniej przeglądać instrukcje przed szyciem.

Etapem drugim było zszycie ze sobą przodu i dwóch tyłów. Wszyłam zamek pamiętając, że Burda w moim przypadku zapewnia garb na misiaka. Wszyłam go więc ściągając nieco górne części obu tyłów. Tym sposobem proste szwy, które miały biec pionowo przez całą sukienkę, przestały być proste. 2Przymiarka pierwsza. Mimo niezdjętej spod spodu bluzki, sukienka okazała się być wielka niczym wór na zimowy zapas kartofli. Zebrałam ogromne ilości po bokach, ściągnęłam więcej przy zamku i jeszcze w dwóch tylnych zakładkach. Lepiej. Rękawy początkowo wszyłam tak, jak wykrój nakazywał i zwisały, wtedy zebrałam co nieco w środkowej zakładce przodu, która również pozwalała zapakować misiaka/kangurka na przód oraz zwiększyłam podkrój ramion. Ruchy ręką stały się niekomfortowe. Przywróciłam wszycie rękawów zgodne z instrukcją. Wszyłam zamek odpowiednią stopką. Operacje prób i cofania błędów trwały niemal dwa tygodnie, frustracja sięgała przysłowiowego zenitu, opadała lekko i wznosiła się jeszcze wyżej. Do tego każde oznaczenia momentalnie znikały, bo materiał jest nieco oślizgły, eksperci pewnie nazwali by to satynowanym, ale jest oślizgły. Rozpaczałam zwłaszcza nad 3 metrami fiołkowego kaszmiru, który zdawał się być bezużyteczny. Bo na każdą inną sukienkę wystarczyłyby mi 2 metry, a na DSCN2271powtarzanie tego samego gotowa nie byłam.

Prawdopodobnie prace nad tą sukienką trwały od 7 grudnia, bo tak wskazują różne okoliczności. Pamięć już na nic nie wskazuje. Zakończyły się 31 grudnia! Gdybym miała jakiekolwiek skłonności do okaleczania się, każdego dnia obcinałabym sobie jakieś ucho albo palec. Nie mam jednak takowych, nie potrafię nawet się ukłuć inaczej niż przez przypadek. Próbowałam, bo pewnego wieczora zepsułam Mężowi nakłuwacz, a akurat miał zbadać krew w warunkach chałupniczych. Chciałam udowodnić, że mogę się ponakłuwać dowolną ilość razy, ale ani razu nie doszło do rozlewu krwi.DSCN2272

Gdy któryś z wieczorów przyniósł w końcu przełom i wszystko leżało akceptowalnie, rozpoczęła się faza wykończeń, wbrew pozorom wcale nie łatwiejsza ni nie szybsza, bo nie było już wcale a wcale zapału. Nadałam sukience pożądaną długość, jakimś cudem zrobiłam odszycie dekoltu tak, że odstaje on tylko bardzo lekko i prawie nie rozlazł się. Za to jest gruby, bo nałożyło się na siebie jakieś 17 warstw wcale nie cienkiego materiału. Skromnie mówiąc, jestem zachwycona, chociaż zdjęcia nie chcą tego oddać. Zachowały to dla siebie.

Oto model 108 z Burdy 10/2012. Zdjęcia, mimo że tym razem plenerowe, są  fatalne. Prawdopodobnie zawiniła pogoda – małosłoneczna i wybór miejsca – ponurego i szarego, zamiast żywego i kolorowego, jak na przykład Ikea. Ale fotograf i aparat są bez zarzutu. Fotografem jest Mąż, a aparat ma 5 lat i jest doskonały.

DSCN2121

O krecie na łące

DSCN8177Uszyłam sukienkę. Zajęło mi to 4 wieczory, czyli bardzo dużo, ale efekt był zniewalający. Był. Zniewolił i przeminął. Do wczoraj byłam zachwycona i wniebowzięta, ale nic dziwnego, w końcu wczoraj ją skończyłam. W ledwo ukończonej, jeszcze ciepłej udałam się wraz ze Stasiaczkiem mimo mrozu do Ikei. Dobrze, że była ciepła, bo na dworzu tak było zimno, że aż dziecko w wózku stało co by tyłka sobie nie zmrozić. Dziecko nie uznaje rękawiczek, ale z tym staniem  w wózku to jednak pokazało, że ma instynkty. Jeździmy do Ikei co najmniej raz w tygodniu, bo tam sprzedają lampy, których nam ciągle mało. Jeździmy autobusami, gdyż tak jest sympatyczniej. Mąż jadący nam z naprzeciwka nawalił, bo przepuścił eskaemkę i przyjechał na styk. Na styk też dojechaliśmy do celu.

33Nie było już czasu na sesje zdjęciowe w nowej sukience na ikeowych kanapach, ledwo zdążyliśmy zebrać potrzebne lampy i już wracaliśmy, bo zamykali.  Sesja zdjęciowa odbyła się więc w domu. A w domu nie ma ani kanap z Ikei ani nawet wolnej ściany. Następnym razem spróbuję fotek na tle drzwi albo może na klatce schodowej, która zaimituje finezyjnego lofta. Tym razem jest jak jest.

Przedstawiam więc sukienkę-łąkę. Jest bardzo kwiecista, a ja jestem z niej zadowolona. Wykorzystałam górę modelu 125 z Burdy 5/2011, który podobał mi się od bardzo dawna. Przy pierwszej przymiarce odstawał gdzieniegdzie, ale ja przytomnie wyłapałam dwa takie miejsca odstawania i dokonałam w nich poprawek. Wszystko wydawało się ładnie przylegać. Dół jest po prostu przymarszczony.

Przyszywałam go ściegiem 1,5 mm żeby się nie rozjeżdżał. DSCN8173Materiał jest z takich nieuwzględniających poprawek, bo każda wypruta nitka pozostawia po sobie włókna i zmechacenia. Niestety poprawki były i to w 1,5-milimetrowym, również nieuwzględniającym poprawek szwie. Na sam koniec odgadłam, który rękaw jest prawym, a którym lewym i prawidłowo je wszyłam, chociaż były to moje pierwsze rękawy w karierze krawieckiej. Ponieważ struktura materiału na to pozwalała, a ja za podszywaniem nie przepadam, to dół wykończyłam maszynowo. Z rękawami i dekoltem się jednak postarałam, żeby było ładnie i niewidocznie. Zamek też się zupełnie przyzwoicie przyszył i nie zacina się. Samego ustalenia długości dokonał Mąż z kawałkiem listwy podłogowej jako miarką. DSCN8169Moim zdaniem wcale nie jest równo, ale sama odmierzając odległość od pasa nie zrobiłabym tego lepiej.

Co jest nie tak? Dekolt! Już wczoraj przejawiał oznaki niedopasowania, albo wręcz luzu. Dziś z każdą minutą stawał się luźniejszy. Poza tym materiał pod wpływem kurtki skołtunił się tam gdzie się z kurtką stykał. Może błędem było przerabianie pseudo-fizelinowej zasłonki przypominającej agrowłókninę na sukienkę. Ale cóż miałam robić jak była taka kwiecista?

Zakładam sukienkę po raz pierwszy. Mąż: wyglądasz jak łąka. Gdybyś była łąką, to ja chciałbym być kretem.

DSCN8162

z przodu

 

bDSCN8161

z boku

Nocna uprawa kwiatów

Zabrałam się, porzuciłam zmywanie naczyń i szyję! Są liczne opóźnienia wynikające z nieprzewidzianych trudności materiałowo-sprzętowych, zegara przyspieszającego wtedy, gdy ja szyję, igły łamiącej się w moim palcu (to podchodzi pod trudności sprzętowe) oraz, co boli najbardziej,  zmarnowania wczoraj 5 godzin z powodów zdrowotnych (3 godziny (!) cennego Stasiego snu i dwie godziny, w których Stasio wyszło z domu). W efekcie chyba nie będę miała na sukienki na pierwszą niedzielę Adwentu do kościoła. Nie oszukujmy się, na pewno jej nie będę miała. Ale jednak szyję. I powstaje coś cukierkowo-apetycznego, na szare dni.

DSCN8107

Dookoła kwiatów

Idąc za ciosem, prezentuję kolejną, acz wcześniej uszytą sukienkę w kwiaty. Podobnie jak landrynka, również i ta powstała z wielkiej poszewki na kołdrę.
Wykrój góry pochodzi z Burdy 03/2011 (model 108/109) i uważam go za doskonały. Szyłam z tego wykroju 3 góry sukienek i nie przestaje mnie zachwycać. Zresztą dzięki pełnemu odszyciu z podszewki jest równie ładny w środku jak i na zewnątrz. Niestety coś poszło nie tak z zamkiem i tył będę jeszcze poprawiać celem otrzymania ładnego trójkąta.

Dół jest półkolem o obwodzie dwa razy większym od pożądanego, całkiem starannie przymarszczonym. Długość jest mniej więcej równa, ale jej ustalanie to jedna z takich chwil, w których głośno wzdycham za manekinem. Niestety Mąż prędzej sprawiłby mi manekina niż pomógł z miarką.

U mojej babci zawsze była taka długa drewniana linijka bez skali, panie przychodzące do przymiarki zawsze zakładały ‚dyżurne’ pantofle na obcasie i stawały przed wielkim (gdzieś metr na dwa) lustrem, a babcia obchodziła je dookoła z miarą i zaznaczała właściwą długość. Ja długość swoich sukienek odmierzam równo od talii, czasem coś się omsknie i równo przestaje być. A Wy jak to robicie?