Kura domowa się realizuje

Wczoraj przez nasz dom (ani dom, ani nasz- mieszkanie rodziców) przeszła fala gości, jakiej nie było u nas jeszcze nigdy czyli 12 osób. Aż krzeseł brakło i Mąż wraz z A. szedł po dodatkowe do babci.

Po porannej wizycie u promotora spotkałam swojego Męża, który, odkąd jest stłamszony zwolnieniem, towarzyszy chętnie. Dobrze, że towarzyszył, bo w Lidlu chcieliśmy płacić kartą banku zwracającego 3% za zakupy spożywcze, a tam jak zwykle- „to nie jest pani karta”. Nie jest. Nie mam swojej karty, bo konto należy do Męża. Jaki seksizm! Co gorsza, moje przedślubne konto zostało uwspólnione. Nie mam nic swojego. Sama po maturze pracowałam na kasie w hipermarkecie (i nie wspominam tego najlepiej). W owych czasach  nakazywano pracownikom sprawdzać, czy płeć osoby płacącej zgadza się z płcią właściciela karty. Jest to jedyny sposób na sprawdzenie, czy karta nie została skradziona bez oglądania dowodu tożsamości, co z kolei naruszałoby nietykalność osobistą, intymność i anonimowość, a może jeszcze coś. Skądinąd ani złodziej nie szedłby płacić kartą, która mogłaby go łatwo wkopać (nieswojej płci) a i osoba poszkodowana zaraz zastrzegłaby kartę, więc kuriozalne jest to mocno i Mąż chce mi napisać upoważnienie do korzystania z karty. Zastanawiamy się także, czy w przypadku kart zbliżeniowych ktoś sprawdza płeć konsumenta, bo przecież tym bardziej powinien (nie ma przecież potwierdzenia w postaci kodu).

Po Lidlu z pełnymi plecaczkami (ja) i obładowani siatkami (Mąż) przeszliśmy na pobliski rynek. Rynek w dzień targowy to nasze odkrycie ostatniego miesiąca. Odkryliśmy jeden na spacerze z synkiem. Ceny są mocno konkurencyjne w stosunku do cen z hali targowej, która jest czynna codziennie i która jest tak blisko domu i do tego umiejscowiona jest na gdańskiej starówce i nastawiona na zyski z turystów. Wczorajszy rynek był ciasny, zatłoczony i bardzo kojarzył mi się z dzieciństwem, kiedy to dziadek mnie na podobny zabierał. I uwaga, kupiliśmy jajka po 20 groszy za sztukę! Gdy opowiedziałam o nich mamie, stwierdziła, że na pewno fermowe. Skąd by nie pochodziły (napis głosił, że są gospodarskie, a w pobliskim sklepie spożywczym jajka kosztują 4 razy więcej i są fermowe po prostu), do ciasta nadały się idealnie. Nabyliśmy też ogromne truskawki, wielkości morel, które początkowo (przed omyciem ich z błota, na dworze i po drodze) były słodkie, potem zaś (po umyciu, w domu) okazały się być kwaśne. I maliny do ciasta zaplanowanego na wieczór- 6 złotych za duży pojemnik, wobec 12 za takowy przy hali targowej! Z malinami wszystko było w porządku i po drodze i w domu. Ciężar plecaka wymusił poprzestanie na tych zakupach, ale w piątek mam plany zakupić hurtowe ilości żółtej fasolki ubóstwianej przez Męża, bo jestem taaaka gospodarna a taniej samemu pomrozić oraz morel, których cena (6 zł) też powala w porównaniu z cenami z hali (10-12 zł). Z morel trzy lata temu usmażyłam dodając miód, cukier trzcinowy i cynamon najlepszy dżem świata. Były go tylko 3 słoiczki a jeden podarowałam jeszcze mamie. W 2010 była powódź i ceny tych owoców wzrosły kilkakrotnie, czyniąc je niedostępnymi jako produkt na dżem. A w ogóle to nie wiem jak mogliśmy żyć w nieświadomości i płacić za owoce i warzywa jak za zboże przez te lata.
Wróciwszy do domu, prędko ubiłam co trzeba na biszkopt czekoladowy i zaczęłam go piec. W międzyczasie topiłam czekoladę i biłam śmietanę na mus czekoladowy. Potem biłam śmietanę na krem do tortu malinowego autorskiego. Miałam doskonały pomysł żeby zmodyfikować przepis na tiramisu o maliny i zastąpić amaretto czekoladą w biszkopcie, ale dla dobrej konsystencji dodałam dużo serka mascarpone i było zbyt serowe moim eksperckim zdaniem. Sam biszkopt chciałam polać wódką malinową, ale niechęć do wódki sprawiła, że dałam jej tylko śladowe ilości i był zbyt suchy w porównaniu z biszkoptem z tiramisu i całość nie rozpływała się w ustach, ale goście rozpływali się, więc efekt osiągnęłam. Na ogół inni mają lepsze zdanie o moich tworach niż ja sama. Całość udekorowałam ładnie, a ładne podanie, to połowa sukcesu. Dobrze, że była N., która tort kroiła, bo ja moimi lewymi rączkami nie dałabym rady. Jeszcze nigdy nie kroiłam tortu. Zawsze mam to szczęście, że jest ktoś sprawniejszy. Chociaż musu zrobiłam podwójną porcję (na 16 osób), podzielona na 14 pucharków wyglądała skromnie, więc tuż przed podaniem położyłam na nim lody, bitą śmietanę, truskawkę, maliny i biszkopcik. Wyglądało prawie profesjonalnie. Sama nie jadłam, bo podawałam, ale podobno zadziwiającym uczuciem było, że lód nagle przestawał być zimny.  O 16, gdy wszystko było gotowe, zabrałam Stasia na spacer, aby babcie odpoczęły i uśpiłam go na tym spacerze. Wróciwszy, przygotowałam szybki obiad dla Męża (ulubiona ostatnio fasolka i jajka sadzone, które uwielbiamy razem, ale nie te za 20 groszy). Przenieśliśmy łóżeczko i zaczęli się schodzić wszyscy.

A  dziś  jest rocznica bitwy pod Kłuszynem, polecam  więc piosenkę Elektrycznych Gitar. Kuba Sienkiewicz jest najbardziej cenionym przez nas twórcą, a a płyta Historia jest najlepszą płytą z naszego płytozbioru, o przepraszam, płytoteki,nie ma słowa płytozbiór.

Reklamy

Fotostory o poziomce

W zeszłą sobotę stanął nam w polu Lanos i zostawiwszy go, ruszyliśmy z wózkiem w 4 kilometrową podróż do domu. Inna szczęśliwa rzecz, że to pole, w którym zepsuł się, było 200 metrów od warsztatu. W podróży do domu okazało się, że w przydrożnym rowie pełno jest poziomek. Nie mogliśmy się nimi najeść, bo dziecko głodne i gorączkujące jechało w wózku. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że gorączka jest z ząbkowania i ja się martwiłam. W międzyczasie rodzina powiedziała nam, gdzie są jagody, więc w niedzielę, zaraz po Mszy i bez obiadu zapakowawszy mleko, termosy, pieluszki, chusteczki, ciuszki na zmianę i chipsy dla siebie oraz puste słoiki w ilości hurtowej ruszyliśmy na długą pieszą wycieczkę trasą sentymentalną, którą pokonywaliśmy w sierpniu 2007, oboje z gorączką, bez sprawnej komórki i bez wody a Mąż nawet z kleszczem w udzie. W planie były jagody, jagody, jagody oraz poziomki. Po litrze jagód jagody znudziły się a zaczął się las poziomkowy. Stasio po mleku spało, potem nie spało, ale zbieranie poziomek akceptowało. Cwaniaczek zjadł liście dębowe, które dostał do zabawy, więc w przydrożnym rowie zwrócił je, dał się przebrać i czerpał radość z przydrożnego rowu,  ja sprzątałam wózek po wymiotach, a Mąż zbierał poziomki, których już wówczas mieliśmy litr, ale trafiło się takie poletko, że grzechem byłoby przejść obok niego obojętnie. Efekt- słoik 0,7 litrowy na dodatek. Owoce zagotowane czekały w lodówce na poniedziałek, który miał przynieść cukier żelujący oraz truskawki na rozmnożenie poziomek, gdyż straciły one na objętości boleśnie. W jedynych dwóch sklepach w naszej wsi tego dnia truskawek nie było, ale na szczęście po południu przeszedłszy w deszczu owe 4 kilometry odebraliśmy naszego zieloniutkiego i mogliśmy sprowadzić truskawki z nieodległej Kościerzyny. Mimo godziny 19 pan z samochodu sprzedawał truskawki na koszyki. Uśpiwszy Stasio dokonaliśmy reszty, truskawki miksując a następnie dodając do nich całe poziomki. Wyszło 1,5 słoika jagód oraz 9,5 słoika truskawko-poziomek, które są ekstra. Uf, z tego wpisu o mało nie przypaliła mi się kaszka na jutrzejsze śniadanie dziecka. Ale jednak nie, dobrze jest, a będzie jeszcze lepiej.