Przodownik kolumny, czyli wół

DSCN2051Przyjechaliśmy na wieś i jesteśmy z siebie bardzo zadowoleni. Przyjechaliśmy dopiero w sobotę, gdyż miało padać cały dzień, ale nie padało wcale. Jechaliśmy żwawo i jechało się dobrze. Na wirażach uprawialiśmy model jazdy za liderem, gdzie my byliśmy liderem. Jechali za nami wszyscy, a my przestrzegaliśmy przepisów. Mężowi się przypomniało, że jest głodny, a kanapka była w bagażniku, ale gdy zobaczyłam w lusterku całe mnóstwo świateł jadącej za nami kolumny, nie chciałam się zatrzymywać i tracić pozycji lidera. Wiodłam ich za sobą aż do ostatniego ograniczenia, po czym przyspieszyłam o 50% (z 60 do 90). Mimo to dwóch niecierpliwych kierowców postanowiło mnie wyprzedzić, a jeden z nich, charakteryzujący się ujemną kulturą osobistą, nawet podczas tego wyprzedzania trąbił. W sumie miał prawo się zdenerwować, bo przodownik kolumny to wcale nie ktoś szybki. Ktoś szybki nie da się włączyć do kolumny. Przykra prawda jest taka, że przodownik kolumny to wół, którego nie da się akurat wyprzedzić. My byliśmy dziś wieczorem tym wołem, ale nie z winy Lanosa, który jest zrywny. Po prostu tak dobrze nam się rozmawiało, że nie patrzyliśmy na prędkościomierz. A poza tym nie stać nas na mandaty.

Jechaliśmy i jechaliśmy. Drogę znamy na pamięć. Było uroczo. Z czasem jednak wszystko co dobre, kończy się i oto zajechaliśmy do naszej wsi. Na skrzyżowaniu z tą ulicą, na której kiedyś obwołano nas wesołymi ludźmi, próbował nas zatrzymać autostopowicz. Nie z nami jednak takie numery. Przecież na pewno wracał od kupli z popijawy cwaniak jeden. Nawet się nie zatrzymaliśmy. Nie było sensu. Przecież właśnie kończyliśmy kurs i było grubo po 22. Skręciliśmy w naszą ulicę i zrobiło nam się głupio. Przecież czy popił, czy nie, dokądś dojść musi, a my mamy auto i przejechanie paru dodatkowych kilometrów bardzo nam nie robi, chociaż do bogatych nie należymy. Zawróciłam w bramie szkoły, która to brama była otwarta, gdyż nadchodzi rok szkolny (pozdrawiam wszystkich nauczycieli!) i cofnęłam się. Chłopak szedł już naprzód i spytaliśmy go dokąd by chciał, a on odrzekł, że do Wdzydz. Bardzo nas to ucieszyło, bo lubimy Wdzydze wieczorem. Mąż wziął na kolana koszyk wałówki, a chłopak wsiadł. Okazało się, że jechał do pracy na jutro rano,a konkretnie to szedł i szedł tak już od dwóch godzin, a chwilami biegł, bo z Kościerzyny się przemieszczał. W dodatku padł mu telefon, a do tego przecież padało, o czym zapomniałam wspomnieć. Spadliśmy mu jak z nieba, bo z braku telefonu nie miał czym świecić, a jest nów i ciemna noc, zaś droga do Wdzydz to najgorszy odcinek przez najciemniejszy las. I on tak szedł już 12 kilometrów i nikt go nie wziął. My mu bardzo pomogliśmy i jesteśmy szalenie zadowoleni.

Nie był to nasz pierwszy raz jako braczy autostopowicza. Już dawno temu postanowiliśmy, że na odcinku drogi między miastem, a naszą wsią będziemy ludziom pomagać, gdyż autobus jeździ tu mało razy dziennie a ostatni to odjeżdża około 15:30! Sami nie mając auteczka szliśmy pieszo. Raz w zimie (zresztą sobie naprzeciw. ‚O! jak romantycznie!’, zachwycą się czytelniczki…), a raz w maju. A raz w sierpniu kawałek. W tym maju i sierpniu próbowaliśmy brać autostopy, ale ludzie serc nie mają i nigdy nikt się nie zatrzymał. Nam jako posiadaczom auteczka tez się jakoś nie składało, zawsze auteczko było wypchane wózkiem, wielkimi zakupami, tobołkami. Nie było miejsca. A czasem człowiek zaufania nie wzbudzał, bo się chwiał.

Niedawno jednak, gdy wieczorną porą wybraliśmy się nad jezioro do Juszek, spotkaliśmy dwie laski z plecaczkami. Jedna była szczupła i gadatliwa, a druga obfitsza i niezbyt rozmowna. Stanęłam przy nich, bo mi szkoda było, że takie duże plecaczki. A one wykorzystały sytuację i zapakowały się z wszystkim do naszego zieloniutkiego auteczka, które wiozło już wózek, kosz z wałówką, sprzęt wodny i naszą trzyosobową rodzinę i nie było w nim miejsca na nic więcej. Auteczko załadowane laskami i ich bagażami ledwo jechało, a przecież woziło już kumpli Męża, którzy nie są lekcy i nie męczyło się tak. Powieźliśmy je do ośrodka, gdzie miały obozować jako wychowawcy obozu. Laska mniej rozmowna narzeknęła do koleżanki, że jest biedna, bo następnego dnia musi dostać się do Gdańska po dzieci przybywające na obóz i wówczas ja (znów ja!) zaoferowałam, że przecież my następnego dnia do Gdańska właśnie jedziemy. Wzięliśmy ją i było trochę drętwo. Zamknęła okno i nie było przewiewu (a był to ten upalny poniedziałek, który był taki upalny). Do tego zbywała pytania mężowskie. Nie doceniała też mojego brawurowego omijania miasta w dzień targowy. No cóż. Mimo spędzenia razem prawie dwóch godzin, nie zawarliśmy przyjaźni na całe życie jak to było w przypadku odwiedzin u Gajków.

Niestety, czytelnicy nie wiedzą jakie minki bym robiła czytając ten wpis i muszą go sobie zinterpretować sami. A minky jest najmilsze na świecie i ja sobie kiedyś uszyję kaftanik z minky z satynową podszewką i nie będę go wcale zdejmować. O!

[TU BĘDĄ NOWE KOLOROWE FOTECZKI JAK WRÓCĘ NA ŁONO SZYBKIEGO INTERNETU.]

Reklamy

Kozia mama czyli satyriatis

DSCN0682Jak to zwykle bywa, pobyt na wsi był za fajny, by opisywać go na bieżąco, zaś powrót do miasta był tak skrajnie niefajny, że oblał powłoką kwasu całe wspomnienie wyjazdu i uniemożliwił rzetelne opisanie go. Tym razem rozeszło (rozpłynęło) się o mleko. Najpierw okazało się, że w puszce z mlekiem jest inna łyżeczka niż zawsze stosowane łyżeczki, co mogłoby wskazywać jakoby użyto tańszego mleka, które bezczelnie przesypano dla niepoznaki do puszki po najdroższym możliwym. Mało tego, główny zainteresowany odmówił wypicia wieczornego mleka (o wartości zwielokrotnionej przez dodanie acidolacu) kręcąc stanowczo główką i zaprzeczając czemu tylko się dało. Mleka odmawiał głośno i kategorycznie oraz długotrwale i nieugięcie. Nerwy wszystkich wiszą na włosku i gotowe zerwać się nagle. W niczym nie przypominał dziś synka zachwycającego, którym był przez ostatnich 5 dni. Bezmleczne zaśnięcie odbyło się na tyle późno, że nie została już ani chwila wieczora, a zamiar wczesnego położenia się został żywcem pogrzebany.DSCN1045

Nikt już nie pamięta o tym, że zaledwie dobę temu było jeszcze fajnie. Nikt tego nie ma ochoty opisywać. A było fajnie. Byliśmy wszędzie i robiliśmy wszystko. Byliśmy nawet na jeziorze i spotkał nas tam sztorm i nie mieliśmy jak przypedałować rowerem wodnym do przystani. Pedałowali wszyscy na zmianę, lecz znosiło nas ciągle w to samo, odległe od celu miejsce. Dwie i pół godziny pedałowaliśmy, a każda minuta kosztowała. Najmłodsi zgubili czapeczkę i cofaliśmy się po nią. Istnieją naprawdę urocze zdjęcia z pedałowania Cytrynny i Staszka wraz, ale widać na nich całe nogi, gdyż wiatr zawiewał sukienką jak chciał, przez co urocze zdjęcia nie nadają się do publikacji (jako intymne, nóżki są jak najbardziej okej) i nie ma publicznego dowodu, że Cytrynna nierobem nie jest.

DSCN1142Byliśmy także w lesie i znaleźliśmy tam pierwszą tegoroczną kurkę. Myśleliśmy żeby podarować ją tacie do jajecznicy jako miły gest, ale znaleźliśmy dla kurki zastosowanie lepsze. Widzieliśmy też żmijkę żywą i raka martwego. Kąpaliśmy się w jeziorze i kąpała się też lala o szmacianym brzuszku, prezent synka w jego dniu. Macaliśmy się z krowami, które uciekały i cielakami, które uciekały mniej. Budziły nas ptaki, które są okropne, defekują na pozostawione przed domem na chwilę koce i na świeżo umyte auta oraz budzą o świcie, ale są sentymentalne, bo tak samo budziły dwa lata temu, a my lubimy sentymenty. W Juszkach spotkaliśmy ‚naszą’ kozę oraz jej młode, które doceniło cytrynniny urok i mając do wyboru skłonne karmić je zielskiem Stasio, gotową do zjedzenia lalę oraz sympatycznego maślanego Męża, nieodmiennie wybierało Cytrynnę, którą obskakiwało swymi kopytkami oraz drapało swymi rogami. Syn DSCN1455od kóz uczy się zwinności i skacze niczym górski okaz tego zwierzęcia między przodem a tyłem samochodu. Potrafi sam załadować się na swój fotel, gdy uzna, że czas na wycieczkę. Potrafi przejść płynnie na przód i rozregulować lusterka. To on jest podejrzany o zrobienie luzów na kierownicy. Chętnie włożyłby kluczyk do stacyjki i odjechał, ale przecież JESZCZE nie sięga do pedałów. Ogranicza się do wskazywania, gdzie kluczyk wkładać. Zawsze pierwszy widzi auteczko z daleka i biegnie do niego, klepie po masce mówiąc „lania” i wskazuje po kolei wszystkie dziurki na klucz. Istnieje hipoteza, że jako siedmiolatek będzie rwał laski na samochód ojca, którym będzie potajemnie jeździł:)

DSCN1596Byliśmy w najlepszym mieście świata na festynie z okazji dnia dziecka i synek zasiadł w aucie strażackim, ale nie docenił. Docenił za to balonik i miał. Macał psa, gonił kota, kopał piłkę i zdmuchiwał dmuchawce (strząsał tylko).

W lasach błądziliśmy i przynajmniej raz dziennie gubiliśmy samochód. Odkryliśmy nowe trasy i nowe miejsca, zarówno piknikowe jak i potencjalnie grzybiarskie. Odkryliśmy też ‚skrót’ z Juszek do Wdzydz. Jeśli następnym razem będziemy chcieli powitać we Wdzydzach gości, którzy skręcą na Juszki, będziemy mogli ich przynawigować, bo już umiemy. Odkryliśmy także trasę spacerową z Gołunia nad Strupino. Byliśmy na nieczynnym peronie w Olpuchu, który dobrze wspominamy.

Synek nauczył się zamykać w samochodzie od środka i wie, że oraz DSCN2109jak się otworzyć. Otworzyć potrafi sobie także i banana. Zgubiliśmy tylko jedną skarpetkę. A odkurzanie zasypanego czipsami auteczka wzbogaciło nas o 5 złotych w trzech monetach oraz poszukiwaną przez całą zimę skrobaczkę do szyb (w marcu kupiliśmy zapas skrobaczek żeby na przyszłą zimę już mieć) oraz dawno temu zagubioną baterię numer dwa do aparatu. Mieliśmy wchodzić na ambonę (też sentymentalną), ale była mokra i śliska a w kaloszach nikt nie był dość pełnosprawny, by jeszcze dziecko asekurować lub wnosić. Obiecaliśmy więc synkowi paśnik i dotrzymaliśmy słowa. Porównywaliśmy Ice Tea Liptona i Ice Tea Siti z Lidla na korzyść tej ostatniej. Karmiliśmy synka słoikami. Przez długi czas wybieraliśmy pizzę i żadna nam nie pasowała, aż odkryliśmy ostatnią pozycję w menu- pizzę z 5 wybranymi składnikami i wyboru dokonaliśmy w try miga. Kupiliśmy sobie drewniane misie jakich jeszcze nie mieliśmy (za 6 złotych wiadomo gdzie). Nosiliśmy sukienki (akurat tylko Cytrynna) lub DSCN1947koszulki pasujące do dziecięcych czapek (to z kolei tylko Mąż). Pożyczaliśmy mamine sweterki przemoczonym synom. Mąż wynalazł czapeczkę różową taką jaką żona już miała i która pobrudziła się smarem podczas wymiany kół. Teraz tą zasmarowaną może mieć Mąż i ona jest męska a Cytrynna może mieć czapeczkę bez smaru i mogą do siebie pasować jak jeszcze nigdy. Żonie udało się po kawałku, kradnąc czas wycieczkom i ze snu rwąc przeczytać najnowszego Prezydenta von Dyzmę. Na wycieczkach tez przeżyliśmy, chociaż to akurat duże pole do konfliktów, bo Mąż wolałby być aktywny, a żona wolałaby długo leżeć. Mąż pozwala żonie rozbijać piknik kilka razy dziennie i polegiwać wśród ciastek czekoladowych i butelek z napojami, byle daleko od domu.

DSCN2056

DSCN0767

DSCN0967

DSCN0983

DSCN0997 DSCN1019 DSCN1021 DSCN1032

Fotostory o jeziorze

W ostatnią sobotę, która to sobota stanowiła większość naszych tegorocznych wakacji, odwiedziliśmy dom. Było upalnie, gorąco i nieznośnie. Niestety również sucho, przez co grzyby nie obrodziły. W niedzielę było mokro, za to nie było ogólnej pogody wycieczkowej, więc późno-sobotnio-wieczorna konieczność powrotu do Gdańska okazała się nie tak straszna jak się w sobotę malowała. Wracaliśmy już podczas burzy, ale byliśmy w puszce Faradaya, więc nic nam nie groziło, powiedział mój fizyk. Podpytywany o otwarte okna nieco się zmieszał, ale żaden piorun kulisty nie wpadł, więc czyja by ta puszka nie była, bezpieczeństwo zapewniła. A tak się składa, że głównym właścicielem zielonej puszeczki jestem ja, a nie żaden Faraday.

W sobotę po zaliczeniu naszych zagajników i zebraniu kilku kurek oraz rytualnych już zakupach w kościerskim Lidlu, który jest taki sielski, miły i wakacyjny jak to tylko Lidle bywają, udaliśmy się do Lipusza na poszukiwanie jeziora. Wybór taki, bo w Lipuszu jeszcześmy nie byli. Jeziora gołym okiem nie było widać, spytaliśmy jakiegoś tubylca i nakazał cofnąć się do wioski, potem „w lewo przy młynie i w prawo za torami”. Młyna nie było widać, ale za torami skręciliśmy w prawo i jechaliśmy, jechaliśmy, aż niczego nieświadomi wytoczyliśmy się na drogę główną, co o mało nie skończyło się źle. Zawróciwszy z powrotem do wioski spytaliśmy innego tubylca i tak samo nakazał jechać za młynem w lewo, około półtora kilometra i będzie jezioro. Jechaliśmy, jechaliśmy, żadnego młyna na horyzoncie, a upał dawał się we znaki. Po jakichś 15 kilometrach znaleźliśmy inne jezioro. Zjedliśmy tam lody, ciastka francuskie, wypłukaliśmy ręce i nogi aż ja wpadłam na szalony pomysł pokazania dziecku wody. Dziecko, rozpieszczone zbyt ciepłymi kąpielami, wcale nie krzyczało więc zachęcona obnażyłam do pieluchy i pozwoliłam zanurzyć się. Były i kąpiele błotne i bicze wodne. Pielucha namokła, ale szacunek do współplażujących nie pozwolił obnażyć Stasia. W samochodzie znalazła się nawet płachta z bawełny do okrycia wychodzącego z wody. Schłodzeni i zadowoleni wróciliśmy do domu odnajdując po drodze młyn w centrum wsi. Przez las drogą zupełnie nieuczęszczaną goniła nas jakaś audica. Ja się bałam, strach był zatrzymać się na opuszczonym parkingu i dać się wyprzedzić, bo a nuż by nie wyprzedziła albo zastawiła dalej drogę. Zwiewaliśmy terenowym Lanosem 70km/h po wybojach a ona za nami, ale potem odbiła i mogłam odetchnąć. w domu wypiłam gorącą herbatę (tak! mimo upału ja muszę!) a następnie wyposażeni w stroje kąpielowe dla siebie i ręcznik dla Stasio pojechaliśmy nad Strupino. Wybór był dobry, bo w naszej wsi nad jeziorem stało ze 20 aut, a w naszym miejscu nad Strupinem nie było nikogo. Miejsce jest nasze, bo już dwa razy z różnych kierunków trafiliśmy w ten sam punkt przez przypadek. Miejsce rozpoznajemy po powalonym przez bobra drzewie. Jako miejsce plażowe dopiero debiutowało, ale debiut wypadł wyśmienicie. Woda była znośna, a na głębokości Stasia to i ciepła. Stasio znalazło jakiś kijek i się nim zabawiało. Ja bardzo chciałam się już kapać, ale Piotr, który się Stasiem zajął co chwile pozował do coraz to lepszych fotek i ja kilkanaście razy wychodziłam z wody odkładać aparat, aż w końcu sobie darowałam fotki. Na mojej głębokości woda nie była już taka fajna, ale dało się przepłynąć.

Potem były Wdzydze. We Wdzydzach dosyć podłe frytki i talarki. Ucieszyłam się, że nie zamówiłam pieroga z kurką, bo bym pewnie żałowała.  Potem Mąż podjechał a ja popchałam wózek nad wdzydzkie jezioro, gdzie grano kiepskie szanty. Stasio wypił mleko i złapał parę komarów na swe łydki a potem pojechaliśmy do domu na chwilę i do Gdańska.

Jestem bardzo zadowolona ze Stasia i jeziora. Trochę go poprzemieszczaliśmy po powierzchni wody. I nawet stąpał po dnie i w ogóle aż miło było na niego patrzeć jak się cieszył. A po powrocie zrobił się jakiś bardziej przymilny, tulący się, uśmiechnięty.