Wyspy owcze

DSCN0466Wiecie, ten blog jest taki podróżniczo-kulinarny. Nie zamieszczam tu przepisów, bo przepisy to są wszędzie, ale napiszę, że w Maczku dobre frytki, albo że w Pizza Hucie pogorszyła się promocja, ewentualnie, że święto barszczu i że można naśladować. Akurat dzięki jednemu czytelnikowi mam intratną i prywatną promocję do Maczka (jeszcze przez miesiąc ją mam), ale jednocześnie umiem sobie w domu machnąć takiego hamburgera, że prawie jak w Maczku, a taniej. No i w domu to macham drobiowego. Myślę, że kulinarny aspekt bloga jest taki w sam raz żeby nie zniechęcić nikogo, kto sobie nie ugotuje sam jak niektóre czytelniczki (piję tu oczywiście do Panny Swawolnej, do której mam wielki żal, że tak się chwali wszystkim, a umiejętnościami Róży zwłaszcza). No i jest blog jednocześnie podróżniczy, bo nas więcej w domu nie ma niż jesteśmy i o tym piszę jeśli akurat w domu jestem i nie śpię (dlatego rzadko piszę). Jest to też blog grzybiarski, bo uwielbiamy grzyby, ale ostatnie porządne grzybobranie to mieliśmy 3 lata temu. 2 lata temu nasz wówczas dwulatek dawał odrobinę rano pospać i korzystaliśmy z tego, a na grzyby szliśmy po ósmej rano, gdy już wszystkie były zebrane przez kogoś innego. Rok temu coś tam sobie ususzyliśmy, ale też bez tej spiny że musimy. Sloł liwing i nic nie trzeba. Tylko wszystkich niezebranych rydzów szkoda. Bo rydz to taki najlepszy grzyb. A tacka rydzów kosztuje 25 złotych. A sprzedają tacki z rydzami, tylko drogo.

12072664_426360540888515_3365882727143972397_nKiedy więc Mąż zobaczył na fejsbuku, w kaszubskiej grupie zdjęciowej to oto zdjęcie i w dodatku opisane skąd się wzięło, wpadł na pomysł. Nie przedstawił mi pomysłu od razu, bo byłabym sceptyczna. Przedstawił go w słoneczną sobotę w taki sposób, że padła na podatny grunt. Bo zdjęcie pochodziło z wyspy Ostrów Wielki, a ta wyspa jest niedaleko przystani, z której czasem wypożyczamy rower wodny. No i pomyśleliśmy, że wypożyczymy i popłyniemy i że na pewno nikogo tam przed nami nie było i że zbierzemy pełno rydzów i wyjdzie taniej niż kupić sobie tackę. Może nie bywacie w lesie tak często jak my i nie widzicie absurdu w myśleniu, że w sobotnie popołudnie miało kogoś przed nami nie być, ale my tak właśnie myśleliśmy. Plan był taki, że przez godzinę płyniemy, godzinę zbieramy (od razu trafiwszy na odpowiednie pola rydzowe) i trzecią godzinę wracamy. Zamiast porządnego roweru wodnego w kształcie auta, który kosztowałby dyszkę za godzinę, wzięliśmy rowerek dwuosobowy. A płynął z nami Ursus, co generowało odrobinę dyskomfortu z racji trzymania go w bezruchu. Ale za to ten rowerek kosztował 8 za godzinkę, a my jesteśmy oszczędni. Pomijając jednak aspekt finansowy, mały dwuosobowy rowerek był zwrotniejszy od swojego droższego kolegi. I nogi osoby niepedałującej też miały się gdzie pomieścić. Także skorzystaliśmy po dwakroć.

DSCN0383Wyruszyliśmy tuż po 15 zaopatrzeni w termos z miętą i litr soku. Jedzenia nie braliśmy, bo chwilę wcześniej zjedliśmy kurczę z rożna. No i nie jechaliśmy przecież na długo. Początek podróży, jeszcze na przystani, Ursus zainicjował wrzuceniem bucika do wody i potem był już bez bucików (drugi mu odebrano zachowawczo). Niedługo później zmoczył skarpetki i był także bez skarpetek, ale przypominam, że była to sobota niepasująca do października, w którym wystąpiła. Owa sobota pasowała raczej do czerwca*. Mieliśmy oczywiście mapę, ale jakoś stosowanie mapy na jeziorze wychodzi gorzej niż na lądzie i nie dopłynęliśmy na wyspę od razu. Zajęło nam to 75 minut, a po drodze mieliśmy chwile zwątpienia, ale uznaliśmy zgodnie, że na wyspie szanse udanego rydzobrania będą większe niż na trudno dostępnym lądzie i że na ląd, nawet najtrudniej dostępny, to my sobie możemy pofrunąć naszym zielonym wehikułem. Więc pedałowaliśmy ile sił w nóżkach. A może nie macie takich długich nóżek jak my, ale rowery wodne robione są dla krótkich nóżek i długie nóżki męczą się pedałując bez możliwości wyprostowania. Biedne długie nóżki!

DSCN0389Wylądowaliśmy, wszedłszy boso do wody wciągnęliśmy łódź na brzeg, uwiązaliśmy do gałązki co by nie odpłynęła przypadkiem, bo byłby przypał, po czym porzuciliśmy bluzy, mokre skarpetki oraz mapę i wyruszyliśmy.

Najpierw okazało się, że w lesie ktoś już był i poprzewracał muchomory. Potem okazało się, że innych grzybów oczywiście nie ma. A jeszcze później do naszych uszu dobiegł śmiech dzieci znajdujących się na wyspie, która miała być przecież bezludna. O zaskoczeniu, jakim było odkrycie tam domków to już nawet trudno pisać. Ale za to bardzo miło stąpało się po suchych i trzeszczących porostach. Obraliśmy kierunek przeciwny niż domek i śmiech dzieci i nawet na chwilę rozdzieliliśmy się w zagajniku. To ja pierwsza zobaczyłam stado owiec! Było ich 28 i były tam naprawdę! A potem na tej niby-bezludnej wyspie odnaleźliśmy drogę o dwóch koleinach, którą coś kiedyś musiało jechać lub jeździć. I poszliśmy tą drogą. A zachodzące słońce krzyczało ‚Misiu Cytrynno i reszto! Nie idźcie tą drogą!’. Ale my byliśmy głusi i zaślepieni. Już DSCN0478po chwili  przy owej drodze odnaleźliśmy dwa pierwsze prawdziwki i jedyny tego dnia rydz, co tylko nas utwierdziło w obranym kierunku wędrówki. Nabraliśmy przekonania, że po zdjęciu na fejsbuniu wyspę musiało odwiedzić wielu grzybiarzy. Myliliśmy się bardzo. Wędrowaliśmy drogą i było miło. Gdy odrobinę się schłodziło, zgodnie każdy podzielił się skarpetką z pozbawionym swoich onucek Ursusem. Wiedzieliśmy, że czas wracać do łodzi, gdyż czekały nas jeszcze zakupy w mieście gdyż nie wszystko co potrzebne zabraliśmy tego dnia z domu i starszy syn na nasze zakupy oczekiwał w towarzystwie dziadków.

DSCN0453Wiecie, jestem dobra z mapy, ale tym razem coś poszło nie tak. Skręciliśmy, a potem szliśmy wzdłuż brzegu i ja wypatrywałam łodzi, a jej nie było. Z perspektywy Męża sprawa wyglądała zupełnie inaczej- on ma poczucie przestrzeni, ale tym razem się przeliczył. W efekcie okrążaliśmy wyspę, o czym ja nie wiedziałam, a on wiedział. Ja dywagowałam gdzie jesteśmy w danym momencie, a on wiedział, że nie mam racji. On po prostu myślał, że skoro relatywnie szybko dopłynęliśmy, to porównując odległości na mapie wyspa nie jest taka duża (a była duża, liczyła 8 kilometrów obwodu). A ja myślałam, że jesteśmy gdzie indziej. Obrazek kontrastuje moje myślenie z. rzeczywistością.

ostrow - Copy

DSCN0467O 18:27 zadzwonił chłopak z przystani zapytać jak nam idzie, bo on w sumie tylko do 18 pracuje. Chciał na nas czekać, ale ostatecznie poczekał na nas ktoś inny. Miał chłopak szczęście, że podaliśmy przytomnie numer tego telefonu, który braliśmy ze sobą. Tuż po tym my zadzwoniliśmy do Taty powiedzieć, że chyba jest kłopot, ale sobie poradzimy, jednak możemy nie dać rady zrobić potrzebnych zakupów. I szliśmy dalej. Co jakiś czas drogę przecinał głęboki wąwóz, ale na szczęście jeszcze zanim się ściemniło poznaliśmy pierwszy taki wąwóz i wiedzieliśmy, że one są krótkie- łatwiej obejść dookoła niż zagłębić się i wynurzyć. Bo kolejne 3 pokonaliśmy już w gęstniejącej ciemności. Ciemność otulała nas coraz bardziej niczym kocyk, którego nie mieliśmy. Szczęściem naprawdę nie było zimno, a jedyna osoba która potrzebowała odrobinę ciepła, miała długi rękawek. Dla podrasowania atmosfery Mąż dywagował, komu trzeba będzie oddać ubranka jeśli przyjdzie nam zanocować na wyspie (oczywiście każdy miałby oddać Ursusowi).

DSCN0495Ogólnie pozbyliśmy się kłopotliwej odpowiedzialności za zakupy, ale były jeszcze takie problemy jak zapadająca ciemność, nierówny teren (kostki pracowały jak w fabryczce kroków), konieczność dopłynięcia, puste brzuszki i idący na plecach i śpiący przy tym Ursus, co sprawiało, że nie można było iść szybko, bo mu główka latała. Wiecie, jako matka szyjąca nie kupię gotowego kapturka do Tuli, a jako matka blogerka nie mam kiedy uszyć. I jeśli dziecię zaśnie z przodu, to boli mnie ręka od podtrzymywania, a jeśli z tyłu, to główka lata. Na latającą główkę zaradziliśmy tak, że zdjęliśmy szelki i ja się obróciłam przodem do śpiocha, ale przez to tym bardziej nie mogłam iść szybko.

DSCN0428Kiedy było już prawie zupełnie ciemno, a my byliśmy mniej więcej w zielonym punkcie na poniższej mapie, po drugiej stronie wyspy (w moim mniemaniu, w rzeczywistości po drugiej stronie cypla) zobaczyliśmy ludzi. Mieli światło ogniska. Podeszliśmy do nich by poprosić o kromkę chleba, gdyż burczało już w brzuszkach. Byli to bardzo dobrzy ludzie i zaoferowali nam nie tylko cały bochenek, ale i hamburgera na zimno. My wzięliśmy jedynie kilka kromek chleba, gdyż należymy do skromnych. Ludzie okazali się też mieć telefon z GPSem. Spytaliśmy ich gdzie jest Stanica PTTK we Wdzydzach czyli miejsce, z którego wyruszyliśmy. A oni wskazali nam kierunek, po czym pokazali w tym telefonie, że jesteśmy na wyspie. Byli przekonani, że my nie wiemy, iż jesteśmy na wyspie. Dla Męża było jasne, w którą stronę iść do łodzi, a ja byłam przekonana, że właśnie przeszliśmy na drugą stronę wyspy i zawracamy w miejsce, które już obeszliśmy za dnia i naszej łodzi tam nie znaleźliśmy. Dla bezpieczeństwa nieprzegapienia szliśmy samym brzegiem jeziora, co było trudne, bo ciemno i gałęzie drzew nisko. Jedna z gałęzi zrobiła solidną szramę Ursusowi na skroni, ale przygody wymagają orderów. No i pod włosami nie widać. W sumie nie wiedzieliśmy nawet o tej porysowanej skroni i myśleliśmy, że płacze bez powodu niewdzięcznik jeden kiedy my tu dla niego wszystko.

ostrow2

DSCN0516Omijaliśmy gałęzie, a było to naprawdę niełatwe, bo trzeba było pochylać się bardzo nisko, a dziecko z przodu trochę ważyło i w dodatku popłakiwało na myśl o kolejnej gałęzi wbijającej się w czoło. Ostatecznie podjęto decyzję o wspięciu się na skarpę, gdzie szłoby się lepiej. Mąż poszedł na zwiad, potem ten sam Mąż wciągnął nas, a potem wrócił po koszyk z grzybami, bo jako fachowcy zbieramy te nasze znaleziska do koszyka. Po osiągnięciu skarpy wypadki potoczyły się już błyskawicznie. Usłyszeliśmy wołanie, wołanie nas zaprosiło. A dobiegało z drewnianego domu kilka metrów przed nami. W kręgu światła świecy ukazała się kobieta i nas spytała cośmy za jedni (tylko milej). Sama podała swoje imię (M.) i obwieściła, że jest panią na wyspie. Ona także była przekonana, że musieliśmy się wziąć z kosmosu i na pewno nie wiemy, że jesteśmy na wyspie. Gdy zobaczyła Ursus, z miejsca otuliła go kocem. Postanowiła nas odprowadzić. Po drodze opowiedziała nam o wyspie, o tym, że jeszcze do poprzedniego roku wyspa była zamieszkana i że oto DSCN0519ona jest nam siostrą w trudach rodzicielstwa, bo właśnie spędza pierwszy od lat weekend bez swoich dzieci. Zajrzała do naszych grzybów, chciała nam donieść swoich zbiorów i nawet spytała, czy jadamy rydze (a przecież po nie właśnie przybyliśmy!!!), ale Mąż nie pociągnął tematu, a ja nie chciałam wyskakiwać jak ten filip z konopi, bo na ogół wyskakuję, co się niekorzystnie odbywa na naszych relacjach z kobietami, które lubią subtelność i savoir vivre, więc mało, że psuję relacje z kobietami, to jeszcze obrywam od Męża. Mąż  to umie rozmawiać z kobietami, ale nie przez telefon tylko na twarz, bo teksty to miewa żenujące, ale buzią nadrabia. I dlatego właśnie nasi znajomi to głównie faceci. No ale tych rydzów, co ich nie dostaliśmy, to nie mogę przeboleć, a i Mąż troszkę żałuje.

DSCN0522Ja wsiadłam do rowerka suchą nogą. Mąż i M. nas wypchnęli po czym pedałowaliśmy oboje metodą cała naprzód (na ogół pedałuje Mąż, ja pedałuję czasami w zastępstwie, ale razem to nie bywa). Księżyc jawił się w trzeciej kwadrze i niebo chmurami nie zaszło, ale jednak czarna noc. Dopiero za zakrętem ukazały się światełka z przystani, ale zanim się ukazały to żadna żarówka z żadnego lądu nie przyświeciła. Byliśmy tylko my, nasze kapoczki obok i puste jezioro (drogę do wyspy pokonaliśmy w kapoczkach, ale jakoś z powrotem po ciemku to już bez. Nie groziło nam więc, że nie trafimy, ale szansa utopienia istniała. Czujecie ten dreszczyk?

Dotarliśmy bezpiecznie na ląd, wróciliśmy do domu, Mąż wymoczył nogi celem rozgrzania a ja położyłam się z Ursusem i dreszczami przed dziewiątą i zasnęłam. W nocy bolały główka i nóżki. Zaś następnego dnia odwieźliśmy pożyczony koc na przystań oraz zajrzeliśmy na fejsik. O ile na przystani nic nas nie zaskoczyło, o tyle na fejsiku już tak. Zdjęcie, które nas zachęciło do przybycia na wyspę, zostało tam wrzucone przez samych właścicieli.

*Mówimy oczywiście o sobocie 3 października. Druga sobota października też nie pasowała do października, w którym wystąpiła, ale za to pasowała do grudnia. Ot, taka półroczna amplituda temperatur między dwiema kolejnymi sobotami.

Reklamy

Mistrz kierownicy

DSCN9950Mąż mi dziś powiedział, że jestem mistrzem kierownicy. Było to podczas arcytrudnego manewru opuszczania zatłoczonego parkingu przy politechnice. Tak naprawdę nie wyrażał swojego zdania, lecz swoje stłamszenie, bo chwilę wcześniej przetrzymał nas przez bez mała półtorej godziny na miejscu, bez możliwości skoknięcia do pobliskiej piekarni po bułeczkę czosnkową, gdyż wydawało mu się, że spotkanie potrwa krótko. Ten sam Mąż dwa dni wcześniej poniżył mnie każąc opuścić auto podczas parkowania tyłem w zatoce gdy wjechałam na krawężnik twierdząc, że przecież tak się wjeżdża tyłem do zatoki. Wyjechał, wyprostował koła i jednym płynnym ruchem znalazł się w owej zatoce, dostatecznie głęboko bez żadnego zmuszania kół do pokonania krawężnika. Mimo to ja wiem, że jestem mistrzem kierownicy, o!

Spędziliśmy DSCN9025na wsi jeden z ostatnich tak uroczych weekendów. Grzyby się kończą, a i pogoda nie sprzyja przebywaniu na powietrzu. Ładnie zrobiło się dopiero w chwili wyjazdu, czyli dzisiaj. Prognoza pogody na sobotę, sprawdzana w piątkowy wieczór, znów się nie sprawdziła. Liczyliśmy na słońce, a kuliliśmy się w dwóch kurteczkach zimowych.Tak naprawdę tylko ja potrzebowałam dwóch kurteczek, a konkretnie to kurteczki i kamizelki z puchu. Mężowi wystarczyła kurteczka i polarek. Synek nie potrzebował takiego oręża, gdyż został z dziadkami w ciepłym domu i mógł chodzić w niczym nie przykrytej zielonej koszulce z nadrukiem Goofiego. Wie, że to Goofy i że ma ją od chłopca imieniem Mateusz.

Ogólnie jesteśmy bardzo uzależnieni od synka i od wózka. Zupełnie już nie potrafimy chodzić bez nich i tak też DSCN9029było tym razem. Odbyliśmy śniadanie na trawie w Płocicach, podczas którego zmarzliśmy tak, że musieliśmy się długo rozgrzewać w autku. Potem przejechaliśmy na parking przy jarze Wdy, gdzie ostatnio bywaliśmy często. Na parkingu oprócz nas było trzech grzybiarzy z Gdańska a dominującymi wśród grzybiarzy z Gdańska markami samochodów były Daewoo i Ford. Spacerowaliśmy znajdując grzyby, ale było tak zimno, że nikt nie wyjął ręki ze wspólnej kieszeni by jakiegokolwiek z nich podnieść. Pojechaliśmy do miasta na randkę, ale brakowało nam dziecka domagającego się udziału w napoleonce. A zimno wciąż było.  Dopiero z czasem trochę się rozkręciliśmy i pod koniec wycieczki udaliśmy się do ogrodu botanicznego zwiedzać drzewka, ławki i huśtawki. Bardzo nam się podobało, ale znów myśleliśmy tylko o tym, jak fajnie byłoby tam Staszkowi. DSCN9923Gdyby nie to, ze mieliśmy dwa aparaty i mogliśmy robić sobie zdjęcia jak robimy zdjęcia… nie moglibyście teraz podziwiać naszych zdjęć podczas robienia sobie zdjęć!

W niedzielę udało nam się rozkręcić zupełnie. Poszliśmy z kocem na łąkę czytać sobie na głos. Aktualnie czytamy drugi tom Pottera i jesteśmy zachwyceni (Mąż) oraz ponownie zachwyceni (ja). Niedawno widzieliśmy oba siódme filmy (a pierwszy siódmy film widzieliśmy też w kinie na początku ciąży), więc teraz czytamy. Potter bardzo nam się kojarzy z ciążą i to jest bardzo miłe. Ale znów ledwo dawały radę nasze starcze kręgosłupy, a do tego spadł przelotny deszcz i musieliśmy powędrować na przystanek autobusowy. podczas wędrówki deszcz przeleciał a przystanek okazał się bardzo ciemny sam w sobie, więc rozbiliśmy nowy obóz tuż obok na trawie oparci o skarpę. Skarpa zapewniająca podparcie starczym kręgosłupom sprawiła, że jesteśmy już za połową owego drugiego tomu.

DSCN0143

Jak wygląda kania 2

DSCN7038Po wielu miesiącach nadszedł nowy odcinek serialu o kani. Jak wiadomo kania jest tak szlachetna, że rośnie tylko byle gdzie, bo nic jej to nie ujmuje, więc znaleźć ją można albo przez przypadek, albo wędrując po bezdrożach. Jest jak złote runo, po które wybrał się mitologiczny Jazon. E, bardziej jak wygrana w totka. Wszak Jazon złote runo jednak zdobył. Tym niemniej, wygrana w totka nie jest nijak poetycka, a kania to czysta poezja. Kania to jest niezdobyta niczym Sparta, o!

Wędrowaliśmy sobie dziś drogami i bezdrożami zupełnie nieświadomi, że będzie to długi i ciężki dzień. Szliśmy, a niektórzy jechali wózkiem. Wózkiem jechała lalka, która wykąpała się w jeziorze. Chwilami jechał i synek. My szliśmy cały czas. Szliśmy w miarę swoich i wózka możliwości żwawo, gdyż zanosiło się na deszcz. Mogło nagle zamżyć lub mogła urwać się chmura i zalać nas na miejscu. Szliśmy więc. Rozmawialiśmy na różne tematy jak to się starym małżeństwom zdarza. I wzniośle, i organizacyjnie. Padło też zdanie o kaniach- że w świetle wydarzeń zeszłego roku oraz wrzodów, w tym nie będziemy na kanie polować.

DSCN7050Co by nie kończyć spaceru idąc przez wieś, lecz pozostać bardziej na bezdrożach, odbiliśmy w lewo i szliśmy pod lasem, potem odbiliśmy w prawo i szliśmy łąką. Zamierzaliśmy przekroczyć miejscową rzekę będącą raczej kanałem na takim jednym mostku, nad który niegdyś często przychodziliśmy w ciąży spijać herbatkę po obiedzie, ale most był zagrodzony paskami materiału podłączonymi do prądu, gdyż na sąsiedniej łące pasły się konie. Szliśmy więc brzegiem rzeki aż do przeprawy. Przeprawa wyglądała tak, że był mostek złożony z trzech w miarę płasko leżących cienkich gałęzi. Mąż, hiros nad bohaterów, podniósł wózek w dwie ręce a ja uruchomiłam aparat na tryb kręcenia filmu. I poczułam się oszukana jak nie wiem co, bo on sobie przeszedł rzeką w kaloszach w ogóle olewając mosteczek, a ja się spodziewałam, że utrzyma równowagę z obciążeniem na takim wątłym mosteczku, co to wprawdzie nie był zielony, ale uginał się. Po mostku przeszedł jednak synek. Ja w swoich czerwonych kaloszkach udających Hantery tez przeszłam rzeką, bo w ogóle nie mam równowagi. I tak oto znaleźliśmy się po właściwej stronie rzeki.

Wtedy je zobaczyłam. Były dwie. Takie jak trzeba. Prawdziwe i poetyckie. Pachniały z daleka. Wysokie i szlachetne. Wybijały się z trawy. Od razu wiedzieliśmy, że to one. Wiedział i synek, który kań do tej pory nie oglądał. Podszedł i powiedział ‚kana’. Chodziliśmy od jednej do drugiej podziwiając. Mniejsza była zbyt młoda, ale mimo wcześniejszych bezkaniowych planów wiedzieliśmy, że większą poniesiemy ze sobą.

DSCN7033Nasza kania liczyła sobie 28 centymetrów wzrostu i 0,18 metra średnicy. Idealnie wpisywała się w kanony kaniej urody. Miała jednak jedną maleńką wadę- obrączka na trzonie nie była ruchomą. Nasuwało to pewne wątpliwości, gdyż wiadomo, że legenda tajemniczej śmierci bo rzekomym zjedzeniu domniemanej kani jest silnie zakorzeniona. Postanowiliśmy w drodze do Gdańska zahaczyć o kościerski sanepid, gdyż kiedyś przeczytaliśmy artykuł o grzybach odsyłający niepewnego grzybiarza do sanepidu. Ja osobiście nie wiem, skąd pracownik sanepidu miałby kompetencje do znania się na grzybach! Zmieniliśmy plan na odwiedziny w położonym nieopodal leśnictwie Debrzyno. Już mielimy odjeżdżać, już w bagażniku leżały wszystkie nieubrane sukienki, gdy odkryłam tę przerażającą prawdę! Nie ma klucza do auteczka! Oczywiście nie było jednego z kluczy. Jako istota ogarnięta nerwicą natręctw na punkcie swojego bezcennego wehikułu, zawsze mam przy sobie oba komplety, na wszelki wypadek.

Rozpoczęliśmy szeroko zakrojone poszukiwania klucza, który mógł być wszędzie- zarówno w domu jak i zgubiony na spacerze. Przerwaliśmy poszukiwania by zdążyć do leśnictwa w godzinach jego pracy. Popędziliśmy przez las. Byliśmy na miejscu o 15:31 i nie mijaliśmy po drodze nikogo. Szczekały psy. Stała tojota. Drzwi nie otworzył nikt. Zadzwoniliśmy na numer wpisany pod godzinami urzędowania.

Odebrał facet, któremu wyłożyłam sprawę. Był fatalnym gburem. Rzekł, że pracują do 15:30 i on jest już w Gołuniu (6 kilometrów dalej wyboistą leśną drogą, więc chyba pospieszył się), a w ogóle, to nikt nie rozpozna pani kani, bo to odpowiedzialność grzybiarza, DSCN7028nikt nie weźmie takiej odpowiedzialności. Proszę nie przynosić grzybów do leśnictwa, lecz korzystać z atlasów, A w ogóle to on się na niczym nie zna i jest tylko w zastępstwie.

W międzyczasie pierścień naszej kani rozluźnił się i opadł. Wróciliśmy do domu na 2 godziny dalszych bezowocnych poszukiwań klucza. Jeśli ktoś go odnajdzie, będzie mógł nam pod osłoną nocy zwinąć auteczko. Gdy rozpadało się na dobre, poszłam samotnie pod parasolem szukać klucza na trasie spaceru i oczywiście nie znalazłam. Pojechaliśmy. Było już dawno po godzinach pracy wszelkich instytucji leśnych. Zajechaliśmy jednak do leśnictwa Sikorzyno, które słynie z tego, że i w godzinach pracy jest opuszczone*. Jako że nie były to godziny pracy, więc tym bardziej było opuszczone.

Mieliśmy jeszcze plan zatrzymać się przy grzybiarzu-samochodziarzu. Któż lepiej rozpozna grzyb niż grzybiarz, który z ich rozpoznawania żyje? Jednak gdy napotkaliśmy grzybiarza, mój refleks podziałał z odrobinę zbyt dużym opóźnieniem (miał do tego pełne prawo jako że padał deszcz) i zatrzymaliśmy się kilkadziesiąt metrów za nim. Pobocze było wąskie a za mną nikt nie jechał, więc zaczęłam cofać się. Wtedy nadjechał tir. Nie ufam kierowcom tirów, nie wiem jaki mają refleks i czy przypadkiem nie czerpią radości życia z rozjeżdżania ślicznych zielonych auteczek, więc skończyłam cofanie i po stresującym zgaśnięciu silnika i pozwoleniu wyminąć się, ruszyłam do przodu.

DSCN7047Planowaliśmy zjeść dziś po ósemce naszej kani, a jutro resztę. Mąż wąchał ją, syn spał i tak jechaliśmy. Oprócz wąchania łapał się jednak za głowę. Miał jeszcze iść do pracy, a myśl o grzybie nie dałaby spokoju. Już planował, że jak tylko zje, to nie będzie spał czekając na objawy zatrucia. Czytelnicy pewnie nie wiedzą, ale w zeszłym roku bardzo nas nastraszono i padło to na podatny grunt.

Jaki los spotkał kanię? Na polecenie kierowcy, pasażer musiał przełamać swoje opory, otworzyć okno i wyrzucić ją z pędzącego auteczka w otchłań. Podobno rozprysła się w powietrzu. Być może świadczy to o fakcie, że była robaczywa.

A ja, która wrzodów nie mam i grzyby jeść mogę, kupię sobie jutro tacuszkę boczniaków, którą będę mogła zjeść łapczywie sama i to o normalnej porze, nie zaś o godzinie powrotu Męża z pracy. Kania, oprócz szlachetności, miała jedną wielką zaletę- była za darmo, ale to boczniaki smakują lepiej.

*Zasłynęło tak pewnego listopadowego dnia roku 2011, kiedy to znaleźliśmy przy drodze martwego borsuka i chcieliśmy, by specjaliści zatroszczyli się o niego. Borsuk był taki szlachetny!

DSCN7053

DSCN7027

DSCN7028

DSCN7039

O rzut kamieniem

DSCN2973Spędziliśmy na wsi kolejny weekend. Zaczęliśmy go w sobotę późnym wieczorem po dniu spędzonym przez Męża na wytężonej pracy w pracy, zaś przeze mnie na próbach uśpienia Staszo, które spania odmówiło, w zasadzie po raz pierwszy w mojej matczynej karierze i to przy zachowaniu sprzyjających warunków. Innym odmawia gdy tylko inni próbują (zawsze, lecz z uwagi na rzadkie próby- rzadko), mi jednak nigdy jeszcze. Oczywiście nie zmarnowałam dnia na nieudane próby, lecz puściłam krnąbrnego syna przed telewizor, sama zajmując się Mocarstwem Marcina Wolskiego, gdyż należało mi się to jak psu micha.

W niedzielę, tuż po Mszy, czyli grubo po dwunastej (a byliśmy na Mszy wcześnie…) wyruszyliśmy z naszym przenośnym piknikiem do odległych o rzut kamieniem Juszek. Po drodze dogoniliśmy jełopa z Gdańska, który jechał przez las z prędkością niespełna 20 km/h i rozjuszał Cytrynnę, która siedziała mu na ogonie, a nawet na zderzaku. Nie zatrąbiła jednak bo jest pełna kultury, a on nie zjechał na bok, bo był jełopem. I tak przez całe 4 kilometry… Na tej łące co zawsze spotkaliśmy kozę i koźlę- te co zawsze. Koźlę przezDSCN2392 tydzień rozwinęło się tak, ze musiało już być przypięte do pachołka. Nikomu to jednak nie przeszkadzało. Synek i Mąż bawili się w najlepsze z mamą kozą i z małym koźlęciem, które ma już płeć i to koziołkową, a nie kozią. Synek zapodawał trawkę, a Mąż nadstawiał się koziołkowi do zabawy. Koziołek korzystał. Ja też chciałam mieć słit focie, ale zwierzątko poturbowało mi ramię lekko i ugryzło, też lekko, co zniechęciło mnie do pozowania.

Gdy zabawy znudziły się Cytrynnie dość, by nie chciała już tolerować tego, że inni bawią się dobrze, cała rodzina wyruszyła dalej. Pojechaliśmy na plażę nad jeziorem Strupino, gdzie bawiliśmy zeszłej soboty. Stały tam już 3 inne samochody i odbywał się nawet grill, więc objechaliśmy zawracajkę dookoła i odjechaliśmy stamtąd w poszukiwaniu dojazdu do plaży na przeciwległym brzegu, którą to plażę wypatrzyliśmy przez okno. DSCN2499Znaleźliśmy taki dojazd i rozpoczął się piknik. Syn chciał wejść do wody i dostał taką możliwość. Robił pod siebie niczym ptak, który wydala na bieżąco i to było urocze. Stolce zakopywaliśmy w lesie nieopodal, bo to jednak razi wzrok. Dziś zaś usłyszałam od bliskiej osoby, że powinniśmy mieć specjalne pieluchy do wody, bo „zanieczyszczamy jezioro sikami Staszka”. Piszę o tej fizjologii, gdyż był to istotny krok w drodze do postępu. Postęp nastąpił wczoraj, kiedy to synek postanowił sam nieprzymuszany zasiąść na nocniku i wydalić do niego kawałek marchewki. Ucieszyło go to niesamowicie i wiele razy jeszcze na nocnik wracał żeby polać ‚marchewkę’.  Radośnie próbował też nurzać stopy w nocniku i roznosić produkty po dywanach, ale matka była czujna i silna. Odkrył naturalną ludzką potrzebę oglądania własnego stolca i zapewne nie będzie go chciał już robić inaczej. Rozpoczyna się era oszczędzania pieluch (i lania gdzie popadnie). Dziecko będzie tańsze w utrzymaniu i DSCN3362można sobie zrobić drugie praktycznie nie zwiększając kosztów. Syn do tej pory od nocnika uciekał i żaden znawca go namówić nie mógł a dziś stało się to siłami natury*.

Synek kąpał się, jadł banany w wodzie i biszkopty na brzegu. Pozwalał ważkom lądować na swojej czuprynie. Uciekał w las porywając ojcowskie kapcie (tak! Mąż nosi klapki i to do skarpet! Jest bardziej polski niż Polak w sandałach i skarpetach!) i gubiąc je po drodze. W pewnym momencie zawołał z odległego jagodziska, bo pokłuł się w stópkę i nie mógł zrobić ni kroku. Zanurzony w wodzie zapomniał jednak, że nie mógł. Rozmawialiśmy ze sobą próbując wymienić jakąkolwiek wadę Cytrynny jako żony, gdy nagle zabrakło miejsca na kolejne zdjęcia DSCN2618w aparacie, a właśnie miał dojść do głosu Mąż sprawiający wrażenie, że ma coś do powiedzenia. Wówczas owa Cytrynna posłała swego Męża do auteczka, by z jej portfela wydobył zapewnioną na taki wypadek zapasową kartę pamięci. Nie trzeba dodawać, że światło dzienne żadnej wady nie usłyszało dzięki takiemu zabiegowi.

Myślałam, że spędzimy nad jeziorem dzień cały. Było rajsko i leniwie, ale w pewnym momencie Mąż zarządził odwrót. Odjechaliśmy drogą, która biegła do Wdzydz. Na drodze spotkaliśmy parę rowerzystów, którzy jechali w parze obiema jej stronami i laska, która jechała niewłaściwą ze stron, w ogóle nie kwapiła się do ustąpienia słusznego pierwszeństwa auteczku. Wymusiła zatrzymanie, po czym zsiadła ze swojego wehikułu i na bok drogi zeszła z komentarzem, żeby wolniej jechać. Cytrynna odparła jej o wiele słuszniej swoją racją. Z Wdzydz udaliśmy się do L. omijając dom szerokim łukiem. Syn usnął w auteczku i dał się przenieść na wózek, więc pozwolono mu spać dalej przez dwugodzinny spacer. Nie było jagód, lecz znaleźliśmy duże kurkowisko. W sam raz na jajecznicę. W sam raz dla owrzodziałych. DSCN2866Potem zaś udaliśmy się do Czarliny, gdzie niegdyś był pomost, na który lubiliśmy przyjeżdżać. Bardzo często, gdy wracaliśmy z Gdańska do domu, Mąż wiózł nas na ten pomost w ciemną noc mimo protestów swojej żony. Tym razem pomost nie nadawał się do wejścia wcale, był zwandalizowany totalnie. Nie załamaliśmy się mimo to i powędrowaliśmy na odległy o rzut kamieniem cypel, gdzie przycupnięto i kamieniami w wodę rzucano. Rzucał każdy. Ustalono pewne sprawiedliwe reguły wedle których kamieniem Cytrynny był zawsze ten, który poleciał dalej. Do zabawy włączył się i synek, którego kamienie jakimś cudem spadały z brzegu do wody ledwo tylko o ten brzeg hacząc.

Następnego dnia wyruszyliśmy nieco wcześniej. Pojechaliśmy do odległych o kilka rzutów kamieniami Płocic, gdzie dawno nas nie było. Zagajnik w Płocicach słynie z grzybów i tak było i tym razem. Zapełniliśmy kurkami pudełko od bułki, z którego trzeba było w tym celu bułkę wyjąć. DSCN2805Pojechaliśmy dalej, gdyż naszym celem był jar Wdy pod Płocicami. Od dawna planowaliśmy tamtędy pójść, ale zawsze albo ktoś spał albo komuś nie chciało się. Tym razem nie spał nikt, a ci, którym się nie chciało, zostali zahukani. Szliśmy, a ze ściółki zaczęły wyglądać do nas kolejne kurki. Przeznaczyliśmy dla nich różową czapeczkę. Nagle i niespodziewanie Mąż ujrzał prawdziwy duży grzyb będący borowikiem. Był to grzyb o kubaturce 6 litrów, gdyż mierzył 20 na 20 na 15 centymetrów. Wzięliśmy go z zamiarem zaszpanowania przed kimś, kto by docenił, lecz ogląd grzyba w domu przyniósł niepokojące niusy- grzyb zsiniał niczym typowy ‚szatan’, co połączone z jego wyglądem wskazuje, że prawdopodobnie był to borowik ceglastopory lub inna niewesoła odmiana. Z żalem odnieśliśmy go do lasu.

Znajdowanie pierwszych grzybów w lesie powoduje, że DSCN2708człowiek przestaje doceniać las i wpada w nałóg grzybiarza. Musieliśmy wybrać moment stopu i zawrócić by synek mógł usnąć. Zrezygnowaliśmy z odwiedzenia znajdującej się o rzut kamieniem Łubiany co by synka nie targać. Zjedliśmy pizzerki w mieście i odwiedziliśmy ulubione sklepy nic w nich nie znajdując. Kupiwszy kosz truskawek, odjechaliśmy przez las. Syn domagał się podawania mu czerwoniutkich owoców i chociaż było późno, ani myślał spać. Zatrzymaliśmy się nad jednym z „naszych” mostków i spotkaliśmy krowę. Krowy są nieco tchórzliwe i chociaż mają siłę pokonać każdego człowieka poza Ursusem, uciekają przed nim na ile postronek pozwala. Ja jestem zaklinaczem krów i mówię do nich zawsze miło o naszych czystych intencjach, ale one zdają się to ignorować. Tym razem jednak krowa mnie posłuchała, uwierzyła w nasze dobre zamiary, zaufała i pozwoliła synkowi dosiąść się na potrzeby słit foci.

Będąc blisko Juszek, podjechaliśmy do ‚naszych’ kóz. Synek ocierał się o mamę kozę lub pozwalał jej dźgać rogami swoje plecy. Mąż pozwalał młodemu koźlątku na wszystko. DSCN3392Gdy ja chciałam się pobawić, dołączył do mnie synek i wówczas o mało nie stracił oczka. Koźlę chciało się bawić, a on był taki malutki i nic nie kumał. Nie wiedział, że rogi należy od siebie odpychać. Ja wiedziałam, ale nie miałam żadnego pola manewru, gdyż synek włażąc na mnie, unieruchomił mi większość kończyn. Mogłam tylko gderać i zrzędzić. Mąż, który jest nieczuły na gderanie i zrzędzenie, zignorował moje okrzyki i kręcił sobie spokojnie film o małym nieszczęśliwszym Staszku, którego nie bawiła już zabawa i o koźlęciu, które nagle podbiło Stasie oczko… Historię o zupełnie legalnym przewróceniu się w lesie uwiarygodnia zdobyta później na schodach szrama na przeciwległym policzku.

Tak ubawionego synka zabraliśmy do domu, ofutrowawszy czym się dało i podawszy mleko, poszliśmy uśpić nad jezioro. Uśpiony synek spał a my czytaliśmy sobie naszych Marcinów Wolskich siedząc pod drzewem… Było mega. Osobiście uważam ów wieczór za najlepszy w całym wyjeździe.

*Uważam, że nie jest to nadużycie bardzo ładnego i wiele wyrażającego określenia, gdyż dotyczy naturalnego procesu w życiu dziecka. Pod oknem zaś mamy parasol lokalu gastronomicznego z identycznym hasłem i dotyczy on piwa, co jest już solidnym nadużyciem i razi mnie niesamowicie.

DSCN2659

DSCN3037

DSCN3072

DSCN3263